Z rozdziałem drugim uwinęłam się dość szybko, napisałam go w dwa dni.
Chcę podziękować mamie, za sprawdzenie czy nie było błędów ;p
Mam szczerą nadzieję że się Wam spodoba i oczywiście jestem
ciekawa Waszych opinii, które możecie napisać w komentarzach!
Krytyka mile widziana! Jeśli macie dla mnie jakieś rady, piszcie.
Miłego czytania,
Panna Potter.
Pan Weasley stanął przed starym autem. Ford Anglia, Bob uwielbiał takie starocie.
- Gotowi?- spytał Pan Artur.
- Tak- odpowiedzieliśmy jednocześnie z Ronem. Usiedliśmy na tylnym siedzeniu.
- Dzisiaj niestety nie możemy polecieć. Jest za duży tłok- poinformował nas kierowca. Dopiero teraz zauważyłam, że Pan Weasley nie siedzi za kierownicą. Młodszy rudzielec zauważył moje zdziwienie.
- Zostaniemy eskortowani. Wiesz... tak dla bezpieczeństwa.- szepnął. Potaknęłam.
- Jest aż tak źle?- spytałam.
- Nie czytałaś Proroka Codziennego?
- Nie miałam okazji...- spojrzałam na niego wymownie.
- Ach, no tak. Sama-Wiesz-Kto powrócił. Harry to widział, był przy tym, ale nikt mu nie chce wierzyć. Prorok robi z niego i Dumbledore'a wariatów. Ministerstwo chce wszystko zatuszować.- opowiedział Ron.
- Jak to?! Czemu im nie wierzą? Po co mieli by kłamać?
- Harry'ego przedstawili jako nastoletniego smarkacza, domagającego się uwagi, a profesora jako starego szaleńca. Ludzie w to uwierzyli. Nie mam pojęcia dlaczego.- spuścił głowę, zrezygnowany.
- Ron... mogę się Ciebie o coś spytać?- zaczęłam niepewnie.
- Oczywiście.
- Jaki jest Harry?
- Cóż, podobny do Ciebie.- parsknął- A jeśli chodzi o cechy... Sama się przekonasz. Tylko ostatnio trochę dziwnie się zachowuje... Myślę, że to wszystko, przez co przeszedł zaczyna go przerastać. Ale Hermiona i ja staramy się mu pomóc.
- Hermiona?
- Taak, nasza przyjaciółka. Polubisz ją.- kąciki ust rudzielca uniosły się lekko.
- Co masz na myśli mówiąc, że Harry dziwnie się zachowuje?
- Bardzo łatwo go zirytować, prawie się nie śmieje, jest bardzo zamknięty w sobie. Mam nadzieję że jego reakcja, kiedy Cię zobaczy, nie będzie zbyt... wybuchowa.- mruknął Ron. Nie pomyślałam o tym. Co jeśli Harry wcale nie chciał mnie poznać? Co jeśli mnie nie zaakceptuje? Stare zmartwienia zastąpiły nowe.
- No, dzieciaki. Jesteśmy.- zawołał Pan Weasley. Trzęsącymi się dłońmi otworzyłam drzwiczki od auta. Stanęliśmy przed rzędem domów. Rozejrzałam się po okolicy. Był bardzo pochmurny dzień. Nagle usłyszałam swoje imię.
- Talia! Jesteś bardzo rozkojarzona.- zaśmiał się Ron- Chodź do środka.
Dopiero kiedy się odwróciłam, zdałam sobie sprawę, że wcześniej nie widziałam mieszkania numer dwanaście. Teraz stałam przed jego drzwiami. Eh, ta magia.
***
- Harry, pomożesz mi z tą szafką?- usłyszałem głos Hermiony.
- Tak. Coś się w niej gnieździ?- spytałem wstając z fotela.
- Nie. Syriusz powiedział że są w niej same niepotrzebne rzeczy.
Bez dalszej rozmowy zaczęliśmy opróżniać szafkę stojącą w salonie. Dom powoli zaczynał przypominać miejsce w którym można normalnie funkcjonować, ale nadal był bardzo przygnębiający. Co musiał czuć Syriusz, nie mogąc się stąd ruszyć tak długi czas? Na samą myśl robiło mi się głupio, że użalałem się tak nad sobą. Dwa miesiące u wujostwa nie mogły być gorsze od tej ruiny. Z drugiej strony, mogli mnie powiadomić o tym, co się tutaj działo. Ta niewiedza, bezradność... Zwłaszcza kiedy On powrócił... To było nie do wytrzymania. Przecież to ja przed nim stałem, to ja z nim walczyłem. Czemu więc Ron i Hermiona zostali wtajemniczeni, a ja nie? Ogarnęła mnie nagła fala złości. Stawiłem czoła Voldemotowi już kilka razy, a co zrobili moi przyjaciele? Z zamyślenia wyrwał mnie trzask drzwi. Po chwili zobaczyłem Rona stojącego w wejściu do salonu.
- Harry, Hermiona, chodźcie ze mną do kuchni. Musicie kogoś poznać.- wydyszał podekscytowany.
- Kogo?- zapytała Hermiona.
-Sama się przekonaj.- powiedział oddalając się do kuchni. Spojrzałem niepewnie na moją przyjaciółkę. Ona tylko wzruszyła ramionami i wstała. Poszedłem jej śladem.
Bez większego przekonania, lub entuzjazmu zszedłem do kuchni. Pani Weasley, w wyśmienitym nastroju, szykowała obiad, posyłając wszystkim swój ciepły uśmiech. Pan Weasley rozmawiał zawzięcie z Lupinem. Bliźniacy i Ginny, najwidoczniej bardzo podekscytowani, również z kimś rozmawiali. Tylko z kim? Dziewczyna siedziała tyłem do wejścia.
Widziałem tylko jej czarne, długie loki. Ginny zerknęła na mnie z wyczekiwaniem w oczach. Czarnowłosa odwróciła się w moją stronę. Intensywnie zielone tęczówki patrzyły prosto na mnie. Strach, niepewność, nadzieja... Jej wzrok wyrażał tyle emocji naraz. Stałem jak wryty. Ja ją skądś znałem, tylko skąd? A może kogoś mi przypominała?
- Cześć Harry.- powiedziała cicho, ale usłyszałem ją.
Nagle przypomniał mi się krzyk mojej matki, kiedy Voldemort ją zabijał. Jej głos... Jej głos był tak podobny do głosu tej dziewczyny. Jej oczy...
- Harry, ta młoda dama ma na imię Talia.- usłyszałem Syriusza, jakby z oddali - Sądzę że powinniście zamienić ze sobą parę zdań.
- Dzieci, na górę do swoich pokoi. Obiad zjemy później.- zawołała Pani Weasley. Wszyscy zaczęli opuszczać kuchnię. Przechodząc obok Talii, Pani Weasley uścisnęła dziewczynę i szepnęła jej coś do ucha. Nie podobała mi się ta sytuacja. Co się tutaj działo?
- Przygotuj się,- zaczął Fred - Na bombę.- dokończył George, potem oboje przeszli przez drzwi. Kiedy zostaliśmy sami, Talia wstała niepewnie i zrobiła krok w moją stronę. Widać było że się nad czymś wahała. Wyciągnęła dłoń. Uścisnąłem ją.
- To o czym będziemy rozmawiać?- spytałem.
- Cóż, najpierw bym chciała, żebyś mnie wysłuchał. To bardzo ważne.- powiedziała patrząc mi prosto w oczy. Jej spojrzenie strasznie onieśmielało. To tak jakby miała dostęp to każdego zakamarka twoich myśli.
- Dobrze.- mruknąłem i usiadłem przy stole. Talia zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
- To chyba zacznę od początku.- przyjęła stanowczy, już bardziej odważny ton - To co Ci teraz powiem, może być wstrząsające. Istnieje też możliwość że mi nie uwierzysz. Jednak muszę z Tobą o tym porozmawiać. Piętnaście lat temu, w Dolinie Godryka zginęli twoi rodzice...
- Tak, wiem o tym.- przerwałem jej. Nie miałem zamiaru wysłuchiwać jak ktoś opowiada o tamtym zdarzeniu.
- Harry, prosiłam Cię żebyś mnie wysłuchał.
- Przepraszam.- wymamrotałem.
- Tamtej nocy straciłeś rodziców. Ja wiem co czujesz, bo również ich straciłam.- przerwała na chwilę.
- Czy to jest jakaś terapia? Bo jeśli tak, to ja naprawdę jej nie potrzebuję.
- Nie to nie jest terapia. Chodzi o to... Jak ja mam Ci to powiedzieć... Harry, nie tylko ty straciłeś swoich rodziców.- patrzyła na mnie niepewnie - Może inaczej... Kiedy Voldemort przybył do Doliny, byłam w twoim wieku. Mama poprosiła sąsiadkę, żeby się mną zajęła. Nie było mnie więc w domu. Po jakimś czasie, z tego co mi powiedziano, rozległ się krzyk. Dochodził on z mojego domu. Pani Bathilda Bagshot, sąsiadka która się mną zajmowała, wzięła mnie ze sobą, żeby sprawdzić Co się stało. On zabił moich rodziców. To znaczy... Naszych rodziców.- spuściła wzrok.
Co? Naszych rodziców? O czym ona mówiła?
Co? Naszych rodziców? O czym ona mówiła?
- Chyba Cię źle zrozumiałem...
- Nie, dobrze mnie zrozumiałeś.
- Nie, nie, nie. To nie możliwe...
- A jednak...
- Przestań.
- Harry, przecież...
- Przestań!
- Nie.
- TO NIE JEST TEMAT DO ŻARTÓW! - nie mogłem wytrzymać. Co ona sobie wyobrażała?! Serce biło mi niemiłosiernie szybko. Złość wzrastała z każdą sekundą, choć gdzieś głęboko wiedziałem, że powinienem się uspokoić.
- Myślisz że żartuję?! Kto jak kto, ale ty chyba powinieneś mnie zrozumieć!
- Co masz namyśli?- warknąłem.
- Prorok Codzienny, Ministerstwo... Nikt Ci nie wierzy, że widziałeś Voldemorta!- uniosła się.
- Pewnie jesteś jedną z nich.
- Wręcz przeciwnie. Ja Ci wierzę. Szukałam Cię trzy lata. Myślałam że musimy trzymać się razem, że po tym co się stało, powinniśmy się wspierać...
- Jak wytłumaczysz fakt, że nigdy o tobie nie wiedziałem? Że nie trafiłaś do wujostwa razem ze mną?- szepnąłem z lekką satysfakcją w głosie.
- Rzecz w tym, Harry, że nikt nie mógł dowiedzieć się o moim istnieniu. Sam Dumbledore tego chciał. Podobno miał mnie na oku przez te wszystkie lata. Zanim mnie zapytasz czemu musiałam się ukrywać, muszę się przyznać, że nie wiem. Pytałam się Pani Bagshot, ale nie mogła mi powiedzieć. Nie mam pojęcia. Ale wiem jedno. Jesteśmy rodzeństwem, mamy teraz tylko siebie.- to ostatnie zdanie wypowiedziała bardzo cicho. Nie wiedziałem co powiedzieć. Co jeśli mówiła prawdę? Odchrząknąłem i podniosłem krzesło, które wcześniej przewróciłem.
- Gdzie się ukrywałaś?- spytałem, już spokojnie.
- Wszędzie.
***
Patrzyłam na Harry'ego. Obserwowałam, jak jego wyraz twarzy zmieniał się co minutę. Czy właśnie taki był? Przecież Ron mnie ostrzegał, pomyślałam. Ciężar tragicznych przeżyć rzeczywiście musiał go już przerastać.
- Zostawałam przekazywana z rodziny, do rodziny. Pewnego dnia nie mogłam tego już wytrzymać. Uciekłam. Błąkając się ulicami, spotkałam piekarza, który się mną zajął. Pani Bathilda też mnie odwiedzała.- streściłam.
- Och.
- Harry, ja naprawdę Cię nie okłamuję. Bo i po co?
- Nie wiem po co miałabyś to robić. Pamiętasz coś z tamtej nocy?- wymamrotał niepewnie.
- Pamiętam tylko ten krzyk. A ty?
- Też go pamiętam. Wiem jeszcze że widziałem zielone światło.- przerwał. Wahając się, położyłam dłoń na jego dłoni. Poczułam że się wzdrygnął, ale nie cofnął ręki. Chyba najgorsze miałam już za sobą, a przynajmniej miałam taką nadzieję.
- Przepraszam.- powiedział nagle.
- Za co?
- Za to że się tak uniosłem.
- Szczerze mówiąc, zdziwiłabym się, gdybyś zareagował inaczej. Wiadomość, że nagle ma się siostrę nie należy do tych zwyczajnych.- zaśmiałam się.
- Nie karzmy im już dłużej czekać z obiadem.- Harry wstał powoli. Kierowana jakimś dziwnym impulsem, obeszłam stół i przytuliłam się do brata. Przez pierwszą chwilę stał tylko, nie wiedząc chyba co robić, ale w końcu odwzajemnił uścisk. Nagle, przez drzwi wpadli bliźniacy, a za nim Ginny, Hermiona i Ron.
- Jak słodko!- zawołał Fred.
- Daj im spokój!- żachnęła się Hermiona, po czym posłała mi przepraszający uśmiech.
- Podsłuchiwaliście?- zaśmiał się Harry.
- Uszy dalekiego zasięgu.- wytłumaczyła Ginny - Talia, usiądź koło mnie.- wskazała mi krzesło.
- Oho, ja bym na twoim miejscu uważał Harry. Ginny już się dobiera do twojej siostry, stworzy kolejnego diabła.- jęknął z udawanym strachem George.
- Zamknijcie się.- zawołała Ginny. Na przeciwko mnie siedziała Hermiona, bacznie mi się przyglądając. Po mojej drugiej stronie usiadł Harry. Wszyscy zaczęliśmy rozmawiać o Hogwarcie. Opowiadali mi, czego mogę się spodziewać. Bliźniacy zakładali się do którego domu mogłam trafić. Padło na Gryffindor.
- A co jeśli Tiara Przydziału również będzie się wahać? Tak jak przy Harry'ym.- zauważyła Hermiona.
- Freddie! Dopiero teraz do mnie dotarło, że już nie jesteśmy jedynymi bliźniakami w tym domu!- krzyknął George.
- A wiesz, że myślałem o tym samym, braciszku? Tylko że oni nie są identyczni, więc nasza posada jest jeszcze po części bezpieczna.- odparł Fred. W tym momencie do kuchni weszli Państwo Weasleyowie, Syriusz, Lupin, Bill i Charlie. Wszystkich poznałam wcześniej, przed rozmową z Harry'ym.
- Spodziewaliśmy się głośniejszej kłótni.- odezwał się Charlie - Szybko się z nim rozprawiłaś.
- Charlie! Najważniejsze, że Harry nie jest już sam.- powiedziała Pani Weasley.
- Harry nie był sam.- włączył się Syriusz- Miał mnie i was.
- Och, wiesz o co mi chodzi Syriuszu! Oczywiście że Harry jest dla mnie jak syn, ale bardzo się cieszę że Talia go znalazła.
- Gdyby nie Ron, to by mnie tu nie było.- wtrąciłam szybko. Kątem oka dostrzegłam lekki uśmiech Hermiony.
- Właśnie, Ron! Skąd wiedziałeś że to ona?- zawołała Ginny.
- Cóż... Pamiętasz jak tydzień temu było to ważne zebranie? Poprosiłaś mnie żebym zrobił Ci herbatę. Usłyszałem to i owo. Tata kazał mi nic wam nie mówić, dopóki jej nie znajdziemy. Kiedy ją zobaczyłem, musisz przyznać że są podobni, od razu ją rozpoznałem.- opowiedział Ron.
- Szukaliście mnie?- zapytałam zaskoczona.
- Oczywiście że tak. Musieliśmy Cię zabrać w bezpieczne miejsce, zanim ktoś inny by...- zaczął Lupin, ale mu przerwałam.
- Obawiam się że już mnie znaleźli.
- Co?- żachnął się Harry.
- Dzień przed moją wizytą w Ministerstwie, w piekarni. Dostałam list, czytałam go i nie zauważyłam kiedy śmierciożerca dostał się do środka. Torturował Boba. Powiedział że wiedzą o mnie wszystko. Mówił też że... że Voldemort... Nie pamiętam dokładnie, wszystko działo się tak szybko.- czułam się źle, nie mówiąc całej prawdy o wizycie śmierciożercy. Nie chciałam mówić o tym przy nich wszystkich.
- Arturze, musisz wysłać sowę do Dumbledore'a.- szepnęła Pani Weasley. Wszyscy patrzyli na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Załatwiłaś go?- zapytał podekscytowany George.
- Użyłam Drętwoty.
- Ech, to musiał być początkujący. Spokojnie mógł odbić zaklęcie.- powiedział Fred.
- Nie jeśli użyło się zaklęcia niewerbalnego.- uśmiechnęłam się zgryźliwie.
- Zaklęcie niewerbalne? Przecież ty nie chodziłaś do szkoły! Jak to możliwe?!- oburzył się George.
- George!- fuknęła jego matka.
- To nie znaczy, że się nie uczyłam. Musiałam sobie jakoś dać radę, prawda?
- Skoro tak... Jak już będziemy w Hogwarcie, trzymaj się nas.- zaśmiał się George ,a Fred pokiwał głową.
- Rozważę tą propozycję.- odpowiedziałam.
- Dobrze, już! Smacznego wszystkim! - zawołał Syriusz.
Po obiedzie wszyscy udaliśmy się do swoich pokoi. Dzieliłam sypialnię z Ginny i Hermoiną. Leżąc na swoich łóżkach, opowiadały mi dalej o Hogwarcie. Byłam bardzo ciekawa jak tam było. Bałam się reakcji uczniów na wiadomość, że miałam na nazwisko Potter.
- Mam nadzieję że trafisz do Gryffindoru. Gdybyś była w Slitherinie, musiałabyś się męczyć z tymi nadętymi cymbałami.- westchnęła Ginny, wyciągając się wygodnie na swoim łóżku, które stało naprzeciwko mojego.
- W jaki sposób Tiara ma mnie przydzielić do właściwego domu?- zapytałam.
- Gryfoni słyną z odwagi, mężnych serc i lojalności, Ślizgoni ze sprytu, wyniosłości i talentu, a przynajmniej tak mówią. Tak naprawdę to są zwykłymi snobami, zazwyczaj mają bogatych rodziców, przez co myślą że są lepsi od wszystkich. Krukoni są inteligentni, pragną więcej i więcej wiedzy. Puchoni to wrażliwcy, są zazwyczaj bardzo przyjaźni. Tiara potrafi dotrzeć do tego jaki jesteś i na podstawie wniosków które wyciągnęła, przydziela Cię do właściwego domu.- wytłumaczyła mi Hermiona. Dokąd ja miałam trafić?
- Chyba nie lubicie Ślizgonów, prawda?- parsknęłam.
- To już stało się tradycją. Gryffindor i Slytherin od zawsze ze sobą rywalizują, a zwłaszcza, jeśli chodzi o Quidditcha.- mruknęła Ginny.
- Uwielbiam Quidditcha! Dostałam miotłę od mojej trzeciej rodziny zastępczej, ale niestety ktoś mi ją ukradł.- wspomnieniami wróciłam do tego cudownego uczucia, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy dosiadałam miotły.
- To chyba u was rodzinne. Może chciałabyś się zgłosić do drużyny? Gdybyś była w Gryffindorze, ty i Harry gralibyście razem! Zacieśnilibyście więzi braterskie i tak tam.- zawołała Ginny. W tym samym momencie do pokoju wpadli Harry, Ron i bliźniacy.
- Nikt was nie nauczył pukać?- powiedziały jednocześnie moje współlokatorki.
- Grzeczniej moje panie. Chcemy wam tylko dotrzymać towarzystwa.- zaśmiał się George. On i jego brat usiedli na łóżku Hermiony (nie wyglądała na zadowoloną), Ron usadowił się koło Ginny a Harry obok mnie. Uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Nie mogłam uwierzyć, że obeszło się bez cichych dni, bez większych awantur, czy też nienawiści.
- Było nam całkiem dobrze, dziękujemy.- wymamrotała Hermiona.
- Wolisz żeby matka nas teraz zagoniła do sprzątania? Powiedzieliśmy, że chcemy porozmawiać z Talią.- powiedział Ron.
- Co oczywiście jest prawdą.- dodał Fred - Podsłuchaliśmy rozmowę rodziców i reszty. Podobno Lucjusz Malfoy już wie o tobie.- dokończył drugi bliźniak.
- Nie dziwię się, przecież jest śmierciożercą. A jeśli ten, którego spotkała Talia nie kłamał, to rzeczywiście wszyscy już muszą wiedzieć.- powiedział Harry.
- Lucjusz Malfoy? Coś mi to mówi...- mruknęłam pod nosem.
- To arystokrata, jest bardzo wpływowy i ma wtyki w Ministerstwie. Jego syn, Draco Malfoy też jest w Hogwarcie. Oczywiście to Ślizgon. - odezwała się Hermiona.
- Już wiem! On był w domu mojej ostatniej rodziny zastępczej!
- To stąd musieli się o tobie dowiedzieć! Wychodzi na to że szukali Cię już od dłuższego czasu.- Harry wyglądał na zmartwionego.
- Ale czemu jest to tak ważne?- spytał Ron.
- Nie mam pojęcia. Pani Bagshot powiedziała mi jedynie, że posiadam coś bardzo ważnego, żaden przedmiot. Więcej nie chciała mi powiedzieć.
- Bagshot? Bathilda Bagshot? Znasz ją?- podekscytowała się Hermiona.
- No tak, znam ją od urodzenia. To ona mnie uczyła.- mrugnęłam to bliźniaków. Oni tylko pokręcili głowami, ale nie zdołali ukryć uśmiechów.
- Wysłałam jej sowę z prośbą, czy nie mogłaby przyjść do Ministerstwa, ale nie było jej. Nie odpowiedziała mi też na list.- dodałam.
- Może sowa do niej nie dotarła?- zasugerowała Ginny.
- Może...
- Przynieśliśmy szachy czarodziejów, komu mam skopać tyłek?- George zmienił temat. Przyjęłam jego wyzwanie. Grałam pierwszy raz, więc na początku Ron mi pomagał. Niestety rudzielec mnie ograł. Graliśmy, rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się do wieczora. Po kolacji wszyscy rozeszli się po swoich pokojach. Był to długi i wyczerpujący dzień. Zasnęłam prawie od razu. Śniła mi się kobieta. Krzyczała. Broniła małego niemowlęcia, leżącego w swoim łóżeczku za jej plecami. Rozbłysnęło się zielone światło. Jej miedziane włosy przykryły jej twarz, ciało bezwładnie padło na ziemię. Krzyk ustał.
- Spodziewaliśmy się głośniejszej kłótni.- odezwał się Charlie - Szybko się z nim rozprawiłaś.
- Charlie! Najważniejsze, że Harry nie jest już sam.- powiedziała Pani Weasley.
- Harry nie był sam.- włączył się Syriusz- Miał mnie i was.
- Och, wiesz o co mi chodzi Syriuszu! Oczywiście że Harry jest dla mnie jak syn, ale bardzo się cieszę że Talia go znalazła.
- Gdyby nie Ron, to by mnie tu nie było.- wtrąciłam szybko. Kątem oka dostrzegłam lekki uśmiech Hermiony.
- Właśnie, Ron! Skąd wiedziałeś że to ona?- zawołała Ginny.
- Cóż... Pamiętasz jak tydzień temu było to ważne zebranie? Poprosiłaś mnie żebym zrobił Ci herbatę. Usłyszałem to i owo. Tata kazał mi nic wam nie mówić, dopóki jej nie znajdziemy. Kiedy ją zobaczyłem, musisz przyznać że są podobni, od razu ją rozpoznałem.- opowiedział Ron.
- Szukaliście mnie?- zapytałam zaskoczona.
- Oczywiście że tak. Musieliśmy Cię zabrać w bezpieczne miejsce, zanim ktoś inny by...- zaczął Lupin, ale mu przerwałam.
- Obawiam się że już mnie znaleźli.
- Co?- żachnął się Harry.
- Dzień przed moją wizytą w Ministerstwie, w piekarni. Dostałam list, czytałam go i nie zauważyłam kiedy śmierciożerca dostał się do środka. Torturował Boba. Powiedział że wiedzą o mnie wszystko. Mówił też że... że Voldemort... Nie pamiętam dokładnie, wszystko działo się tak szybko.- czułam się źle, nie mówiąc całej prawdy o wizycie śmierciożercy. Nie chciałam mówić o tym przy nich wszystkich.
- Arturze, musisz wysłać sowę do Dumbledore'a.- szepnęła Pani Weasley. Wszyscy patrzyli na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Załatwiłaś go?- zapytał podekscytowany George.
- Użyłam Drętwoty.
- Ech, to musiał być początkujący. Spokojnie mógł odbić zaklęcie.- powiedział Fred.
- Nie jeśli użyło się zaklęcia niewerbalnego.- uśmiechnęłam się zgryźliwie.
- Zaklęcie niewerbalne? Przecież ty nie chodziłaś do szkoły! Jak to możliwe?!- oburzył się George.
- George!- fuknęła jego matka.
- To nie znaczy, że się nie uczyłam. Musiałam sobie jakoś dać radę, prawda?
- Skoro tak... Jak już będziemy w Hogwarcie, trzymaj się nas.- zaśmiał się George ,a Fred pokiwał głową.
- Rozważę tą propozycję.- odpowiedziałam.
- Dobrze, już! Smacznego wszystkim! - zawołał Syriusz.
Po obiedzie wszyscy udaliśmy się do swoich pokoi. Dzieliłam sypialnię z Ginny i Hermoiną. Leżąc na swoich łóżkach, opowiadały mi dalej o Hogwarcie. Byłam bardzo ciekawa jak tam było. Bałam się reakcji uczniów na wiadomość, że miałam na nazwisko Potter.
- Mam nadzieję że trafisz do Gryffindoru. Gdybyś była w Slitherinie, musiałabyś się męczyć z tymi nadętymi cymbałami.- westchnęła Ginny, wyciągając się wygodnie na swoim łóżku, które stało naprzeciwko mojego.
- W jaki sposób Tiara ma mnie przydzielić do właściwego domu?- zapytałam.
- Gryfoni słyną z odwagi, mężnych serc i lojalności, Ślizgoni ze sprytu, wyniosłości i talentu, a przynajmniej tak mówią. Tak naprawdę to są zwykłymi snobami, zazwyczaj mają bogatych rodziców, przez co myślą że są lepsi od wszystkich. Krukoni są inteligentni, pragną więcej i więcej wiedzy. Puchoni to wrażliwcy, są zazwyczaj bardzo przyjaźni. Tiara potrafi dotrzeć do tego jaki jesteś i na podstawie wniosków które wyciągnęła, przydziela Cię do właściwego domu.- wytłumaczyła mi Hermiona. Dokąd ja miałam trafić?
- Chyba nie lubicie Ślizgonów, prawda?- parsknęłam.
- To już stało się tradycją. Gryffindor i Slytherin od zawsze ze sobą rywalizują, a zwłaszcza, jeśli chodzi o Quidditcha.- mruknęła Ginny.
- Uwielbiam Quidditcha! Dostałam miotłę od mojej trzeciej rodziny zastępczej, ale niestety ktoś mi ją ukradł.- wspomnieniami wróciłam do tego cudownego uczucia, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy dosiadałam miotły.
- To chyba u was rodzinne. Może chciałabyś się zgłosić do drużyny? Gdybyś była w Gryffindorze, ty i Harry gralibyście razem! Zacieśnilibyście więzi braterskie i tak tam.- zawołała Ginny. W tym samym momencie do pokoju wpadli Harry, Ron i bliźniacy.
- Nikt was nie nauczył pukać?- powiedziały jednocześnie moje współlokatorki.
- Grzeczniej moje panie. Chcemy wam tylko dotrzymać towarzystwa.- zaśmiał się George. On i jego brat usiedli na łóżku Hermiony (nie wyglądała na zadowoloną), Ron usadowił się koło Ginny a Harry obok mnie. Uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Nie mogłam uwierzyć, że obeszło się bez cichych dni, bez większych awantur, czy też nienawiści.
- Było nam całkiem dobrze, dziękujemy.- wymamrotała Hermiona.
- Wolisz żeby matka nas teraz zagoniła do sprzątania? Powiedzieliśmy, że chcemy porozmawiać z Talią.- powiedział Ron.
- Co oczywiście jest prawdą.- dodał Fred - Podsłuchaliśmy rozmowę rodziców i reszty. Podobno Lucjusz Malfoy już wie o tobie.- dokończył drugi bliźniak.
- Nie dziwię się, przecież jest śmierciożercą. A jeśli ten, którego spotkała Talia nie kłamał, to rzeczywiście wszyscy już muszą wiedzieć.- powiedział Harry.
- Lucjusz Malfoy? Coś mi to mówi...- mruknęłam pod nosem.
- To arystokrata, jest bardzo wpływowy i ma wtyki w Ministerstwie. Jego syn, Draco Malfoy też jest w Hogwarcie. Oczywiście to Ślizgon. - odezwała się Hermiona.
- Już wiem! On był w domu mojej ostatniej rodziny zastępczej!
- To stąd musieli się o tobie dowiedzieć! Wychodzi na to że szukali Cię już od dłuższego czasu.- Harry wyglądał na zmartwionego.
- Ale czemu jest to tak ważne?- spytał Ron.
- Nie mam pojęcia. Pani Bagshot powiedziała mi jedynie, że posiadam coś bardzo ważnego, żaden przedmiot. Więcej nie chciała mi powiedzieć.
- Bagshot? Bathilda Bagshot? Znasz ją?- podekscytowała się Hermiona.
- No tak, znam ją od urodzenia. To ona mnie uczyła.- mrugnęłam to bliźniaków. Oni tylko pokręcili głowami, ale nie zdołali ukryć uśmiechów.
- Wysłałam jej sowę z prośbą, czy nie mogłaby przyjść do Ministerstwa, ale nie było jej. Nie odpowiedziała mi też na list.- dodałam.
- Może sowa do niej nie dotarła?- zasugerowała Ginny.
- Może...
- Przynieśliśmy szachy czarodziejów, komu mam skopać tyłek?- George zmienił temat. Przyjęłam jego wyzwanie. Grałam pierwszy raz, więc na początku Ron mi pomagał. Niestety rudzielec mnie ograł. Graliśmy, rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się do wieczora. Po kolacji wszyscy rozeszli się po swoich pokojach. Był to długi i wyczerpujący dzień. Zasnęłam prawie od razu. Śniła mi się kobieta. Krzyczała. Broniła małego niemowlęcia, leżącego w swoim łóżeczku za jej plecami. Rozbłysnęło się zielone światło. Jej miedziane włosy przykryły jej twarz, ciało bezwładnie padło na ziemię. Krzyk ustał.
Kolejny rozdział przeczytany i śmiało stwierdzam, że co nastepny to lepszy :D nie zawiodłas mnie co do moich oczekiwań wydarzeń w domu Weasley'ów: bliźniacy zabawni, jak zawsze, każdy sie udzielał, każdy rozmawiał, było zabawnie. Każdy się poznał, Talia poznała najważniejsze infrmacje o Hogwarcie. A no i to, że Fred i George powiedzieli jej, żeby trzymali się razem ^^ właśnie tego się spodziewałam, z nimi nigdy nie będzie nudno ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :*
Twoje słowa są jak miód na serce :3 Dziękuję Ci ślicznie! Oby następne rozdziały Cię nie rozczarowały :)
UsuńPozdrawiam! :*