Witam! Na początku chciałam poinformować, że jestem na wakacjach.
Szczęście mi jednak sprzyja, bo mam dostęp do internetu, niestety nie
mogę siedzieć cały czas z laptopem na kolanach :/ Dlatego z góry przepraszam,
jeśli będą małe opóźnienia. Mogę wam jedynie obiecać że zrobię wszystko co
w mojej mocy, żeby rozdziały były na czas. Życzę przyjemnego czytania! :D
(komentarze bardzo mile widziane, krytyka również!)
Zaczęłam wpadać w panikę. Siedziałam na tym przeklętym taborecie już dłuższy czas, a Tiara Przydziału nadal nie przydzieliła mnie do domu. Słyszałam tylko jej pomrukiwania i przemyślenia na mój temat. To było nie do zniesienia. Uczniowie siedzący przy czterech długich stołach nie próbowali już zachowywać się cicho. Rozmowy były coraz głośniejsze. Co chwilę zerkałam w stronę Harry'ego, który patrzył na mnie z bezradną miną. Nawet bliźniacy już nie żartowali. Czułam jak serce chce mi się przebić przez żebra. Dłonie zaczynały mi się pocić. Merlinie, zlituj się nade mną!
- Aha! Już wiem! Trudny wybór, bardzo trudny, ale wydaje mi się że właściwy. Niech będzie... GRYFFINDOR!- wykrzyczała stara tiara. Owładnęła mną nieopisywalna ulga. Myślałam że zemdleję. Wokół mnie słyszałam niepewne oklaski. Przez nie przedzierały się wiwaty bliźniaków i Ginny.
Trzęsącymi się dłońmi, odłożyłam Tiarę przydziału na krzesełko.
-Gratuluję! Witaj w Gryffindorze!- zawołała uradowana czarownica w szmaragdowej szacie.
- Dziękuję.- wymamrotałam. Pospiesznie ruszyłam w stronę mojego brata. Potykając się o własne nogi usiadłam obok niego.
- Wiedziałem!- zwrócił się do mnie. Poklepał mnie po plecach uśmiechając się szeroko.
- No Talia, już myśleliśmy...-zaczął George.
- Że nas zawiedziesz.- dokończył Fred. Posłałam im mordercze spojrzenie, ale nie potrafiłam się powstrzymać i też się uśmiechnęłam.
Poszczególni Gryfoni gratulowali mi. Po ich minach wywnioskowałam że są bardzo zmieszani. No tak, jesteś siostrą Harry'ego Pottera ; pomyślałam.
- No! Teraz, kiedy każdy został przydzielony, mogę was zanudzić na śmierć. Jak co roku, nasz woźny, Pan Filch prosił mnie, abym wam przypomniał że wstęp do Zakazanego Lasu jest, jak sama nazwa mówi, zabroniony. Używanie magii na korytarzach między lekcjami również. Mamy dwie zmiany w gronie nauczycielskim w tym roku. Jest nam bardzo miło
powitać ponownie profesor Grubbly-Plank, która będzie prowadziła
zajęcia Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Jesteśmy również zachwyceni
mogąc przedstawić profesor Umbridge, naszą nową nauczycielkę Obrony
Przed Czarną Magią Dalej chciałbym jedynie...-przemowę Dumbledore'a przerwało dość znaczące odchrząknięcie.
Mój wzrok
zatrzymał się na niskiej kobiecie siedzącej przy stole nauczycielskim.
Była bardzo szeroka, a twarz przypominała ropuchę. Jej ubranie miało
kolor różowy. Nienawidziłam różowego. W jej włosach dostrzegłam czarną
kokardkę. Patrzyłam się na nią uważnie. Dyrektor spróbował jeszcze raz,
ale różowa ropucha znowu nie dała mu dokończyć. Wstała z krzesła.
- Bardzo dziękuję za tak ciepłe powitanie! Cieszę się ogromnie, że w tym roku będę mogła was uczyć Obrony Przed Czarną Magią. Ministerstwo Magii zawsze uważało, że edukacja młodych czarownic i czarodziejów ma zasadnicze znaczenie. Ten rzadki dar, z jakim się urodziliście może zaniknąć jeśli nie jest kształcony i szlifowany przez staranne szkolenie. Starodawne umiejętności unikalne dla społeczności czarodziejskiej muszą być przekazywane kolejnym pokoleniom, bo w przeciwnym razie stracimy je na zawsze. Cenny skarb magicznej wiedzy zgromadzonej przez naszych przodków musi być strzeżony, uzupełniany i szlifowany przez tych, którzy powołani zostali do szlachetnego zawodu nauczyciela. Ale! Doskonalmy co da się doskonalić. Zbędna wiedza przyćmiewa tylko nasze umysły, nie zostawiając miejsca na ważne informacje.- wygłosiła swój monolog i ukłoniła się. Nikt nie klaskał.
Kiedy Dumbledore skończył mówić, mogliśmy zacząć jeść. Dopiero gdy miałam widelec w ręku, zorientowałam się że byłam strasznie głodna.
- Ty jesteś Talia prawda? Siostra Harry'ego.- usłyszałam cichy głos.
Należał do chłopaka siedzącego obok Hermiony, która zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
- Tak, to ja.- odpowiedziałam z buzią pełną jedzenia.
- Jestem Neville.- przedstawił się. Uścisnęliśmy sobie ręce.
- Miło Cię poznać, Neville.- uśmiechnęłam się do czarnowłosego czarodzieja.
- Potter, czemu się nie pochwaliłeś siostrą?- odezwał się chłopak siedzący trzy miejsca dalej od Harry'ego.
Widziałam że Harry się zmieszał. Postanowiłam odpowiedzieć za niego.
- Z prostej przyczyny. Nie znaliśmy się.
To była moja wada. W sytuacjach wymagających dyskrecji lub ostrożności, nie potrafiłam trzymać języka za zębami. Byłam bardzo bezpośrednia i szczera do szpiku kości. Może dlatego żadna rodzina nie mogła ze mną wytrzymać? Z drugiej strony, co miałam odpowiedzieć? Moje istnienie nie było już tajemnicą, wszyscy o mnie wiedzieli. Nawet Ci, którzy wiedzieć nie powinni, dla mojego własnego bezpieczeństwa.
- Nie znaliście się? To jak się odnaleźliście?- mój rozmówca przybrał drwiący ton.
- Czysty przypadek.- odparłam szorstko.
- Pewnie Prorok Codzienny Ci w tym pomógł. Twój braciszek narobił dużo szumu. Twierdzi że widział Sama-Wiesz-Kogo.- parsknął
- Coś sugerujesz Seamus?- warknął Harry.
- Wszyscy dobrze wiemy że to brednie.- odpowiedział.
- Byłeś tam? Widziałeś całe zajście? Szczerze wątpię. Prosiłabym więc, żebyś nie wypowiadał się na ten temat, skoro twoim jedynym źródłem informacji jest ten szmatławiec.- syknęłam.
- Ja się mam nie wypowiadać? Moja matka nie chciała mnie puścić do szkoły!- uniósł się.
Zaciskając dłonie, poczułam jak paznokcie wbijają mi się w skórę.
- To nie jest jego wina!
- A właśnie że tak! I Dubledore'a też. Wy wszyscy chyba zbzikowaliście. A ty znasz swojego braciszka od niedawna i już wiesz o nim wszystko?- na twarzy Seamusa malowała się satysfakcja.
Zerwałam się z miejsca. W tym samym momencie zawartość kilku pucharów wybuchła we wszystkie strony, ale nie zwróciłam na to uwagi.
- Panno Potter! Proszę usiąść!- usłyszałam kobiecy głos. To była ta sama czarownica, która wywołała mnie do ceremonii przydziału. Patrzyła na mnie karcąco. Z niezadowoloną miną wróciłam na swoje miejsce.
- Jestem profesor McGonagall, opiekunką Gryffindoru. Oczekuję po moich uczniach przykładnego zachowania. Zrozumiałyśmy się?- powiedziała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Tak, Pani profesor.
- Wspaniale.- odeszła. Dopiero kiedy podniosłam głowę, zobaczyłam że wszyscy wpatrywali się we mnie i mojego brata. Nie były to uprzejme spojrzenia. Ron, Ginny, Hermiona i bliźniacy patrzyli na nas niepewnie.
No pięknie; pomyślałam.
***
Padłem na mój ulubiony fotel w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
- Przepraszam.- odezwała się Talia.
- Za co?- zdziwiłem się.
- Za to zajście w Wielkiej Sali.- rozejrzała się po pokoju. Oprócz nas, Rona, Hermiony i Ginny nie było tu nikogo.
- Żartujesz? Seamus mógł się nie odzywać, to on Cię sprowokował.- zawołał zbulwersowany Ron.
- No mógł, ale wiedzieliśmy że tak będzie, prawda?- mruknęła zrezygnowana.- A teraz nie dość, że nikt nie wierzy Harry'emu, to jeszcze ja mu przysparzam kłopotów.
- Nie bądź niemądra. Jeszcze się przekonają, że Prorok Codzienny to stek bzdur, a ty tylko stanęłaś po stornie brata. Nie zrobiłaś nic złego.- powiedziała stanowczo Hermiona, głaskając Krzywołapa.
- Ona ma rację. Wstawiłaś się za mną.- poczochrałem ją po czarnych lokach.
Byłem jej wdzięczny, ale te wścibskie spojrzenia, szepty i plotki stawały się nie do zniesienia. Byłem szczęśliwy, że się odnaleźliśmy, ale stało się to w najmniej odpowiednim czasie. Z drugiej strony cieszyłem się że jest ktoś, z kim mogłem przez to wszystko przebrnąć.
Nagle poczułem przeszywający ból w czaszce. Blizna zaczęła mnie piec jak nigdy dotąd. Powiedziałem że jestem zmęczony i udałem się do dormitorium. Na szczęście wszyscy już spali.
Powrót do Hogwartu nie cieszył mnie już tak, jak wcześniej.
***
Obudził mnie deszcz uderzający w okna.
- Dzień dobry.- przywitała mnie Hermiona. Była jeszcze w piżamie.
- Cześć. Ile zostało nam czasu?- mruknęłam, przeciągając się leniwie.
- Mamy jeszcze godzinę. Jak się czujesz?- spytała z troską.
- Wspaniale.
- A tak serio?
- Bywało lepiej, ale to mój pierwszy dzień. Nie pozwolę żeby ktoś go zepsuł.- wstałam z łóżka.
- Prawidłowo.- powiedziała uśmiechając się do mnie. Pomogła mi zapleść warkocza, trwało to dwadzieścia minut, bo moje włosy żyły własnym życiem. Podobnie jak jej włosy, choć ona miała bardziej poskręcane loki. Z warkocza sięgającego mi do pasa po jakimś czasie już uwalniały się pojedyncze kosmyki. Ubrane i gotowe, zeszłyśmy do Pokoju Wspólnego, gdzie zaczekałyśmy na Harry'ego i Rona. Potem we czwórkę udaliśmy się na śniadanie.
Kiedy zasiedliśmy do stołu, moją uwagę przykuł Seamus, który próbował zabić mnie wzrokiem. Zignorowałam go. Niestety nie mogłam zignorować faktu, że nie był jedyny. Spojrzenia wszystkich wokół paliły moją skórę.
- Ginny!- zawołałam, widząc biegnącą w naszą stronę rudowłosą.
Usiadła obok mnie.
- Myślałam, że wszystkich pozabijam w dormitorium.- wydyszała zdenerwowana.
- Co się stało?- zapytał rozbawiony Ron.
- Te wstrętne plotki się stały! Czy ludzie nie potrafią sobie znaleźć lepszych tematów?- fuknęła, nakładając sobie jajecznicy na talerz.
- Ja postanowiłam się tym nie przejmować. Tobie też to radzę, Harry.- ostatnie zdanie zwróciłam do brata.
Nie odpowiedział. Reszta śniadania minęła w ciszy.
- Oto wasze plany zajęć.- usłyszałam za plecami głos profesor McGonagall. Po wręczeniu wszystkim planu, odeszła z powrotem do stołu nauczycielskiego.
- Dwa eliksiry na sam początek! Czy oni powariowali? Jak można nam na poniedziałek dawać pierwsze dwie lekcje eliksirów?- załamał się Ron. Nie wiedziałam o co mu chodziło. Lekcje z Panią Bathildą były bardzo interesujące.
- Snape na pewno chce nas w ten sposób wykończyć.- mruknął niezadowolony Harry.
- Który to Snape?- spytałam brata. Wskazał na wysokiego mężczyznę w czarnym ubraniu. Miał długi, haczykowaty nos, usta zacisnął w cienką linię, jakby był zły a jego dość długie włosy sprawiały wrażenie nie mytych od paru miesięcy.
- Jest aż taki zły?
- Zły? On jest nie do zniesienia! Nienawidzą się z Harrym.- powiedział Ron.
- Na Ciebie pewnie też się uweźmie. Jeszcze jedna Potter? Nie, nie opuści tej okazji.- wtrącił się George.
- Cóż, jeśli do tego dojdzie, to nie pozostanę mu dłużna.- powiedziałam.
- Chodźmy już, nie chcę dawać Snape'owi powodów żeby dać nam szlaban.- odezwała się Hermiona. Pożegnaliśmy się z Ginny i wyszliśmy z sali.
- Jak słodko! Nasza szlama i panna Potter się zaprzyjaźniły!
Obróciłyśmy się jednocześnie. Za nami szedł Draco Malfoy z dziewczyną o krótkich, czarnych włosach po jego prawej i wysokim, ciemnoskórym chłopakiem po lewej. Za nimi, jak psy za właścicielem podążali jego goryle.
- Jak ty ją nazwałeś?- zawołałam. Niestety szybko się denerwowałam.
- Talia, nie warto. Naprawdę, nie zwracaj na niego uwagi.- szepnęła Hermiona i pociągnęła mnie w stronę schodów, prowadzących do lochów. Wyrwałam się z jej uścisku.
- Dobrze mnie słyszałaś, Potter.- parsknął blondyn. Dziewczyna uwiesiła się na jego ramieniu i spojrzała na mnie z wyższością.
- Nie masz nic lepszego do roboty? Nie waż się tak mówić do Hermiony i odczep się od nas- warknęłam.
- Pokazywanie ludziom gdzie jest ich miejsce mi bardzo odpowiada.- posłał mi arogancki uśmiech.
- Tak? To może najpierw byś się zastanowił gdzie twoje miejsce, Malfoy. Przeceniasz samego siebie.- odwzajemniłam uśmiech.
-Talia...- usłyszałam jęknięcie Hermiony.
- Radziłbym uważać.- warknął ślizgon. Już się nie uśmiechał.
- Na twoim miejscu, zrobiłabym to samo.- powiedziałam cicho, ale wiedziałam że mnie usłyszał.
- Dosyć tego kiepskiego przedstawienia! No, no, Potter. To twój pierwszy dzień, a ty już grozisz innym uczniom? Masz się stawić u mnie po lekcjach.- ten przerażający głos uświadomił mi że byliśmy już w lochach. Przy drzwiach od klasy stał Snape.
- Ale... To przecież on mi...
- Cisza. Odejmuję Gryffindorowi pięć punktów za niewyparzoną buzię waszej nowej koleżanki.
Spojrzałam na Malfoy'a. Odsłonił rząd idealnie białych zębów, uśmiechając się z satysfakcją. Puścił do mnie oko i wszedł do klasy.
- Chodź Talia.- usłyszałam Hermionę. Tym razem pozwoliłam się jej zaciągnąć do klasy. Po chwili dołączył do nas Ron i Harry.
- Co się stało?- spytał cicho Harry, kiedy zauważył moją minę.
- Draco ją sprowokował i teraz musi się stawić po lekcjach u Snape'a.- streściła Hermiona.
- Serio? Przywaliłaś mu w tą jego buźkę?- podekscytował się rudzielec.
- Mało brakowało.- odpowiedziała zaciskając szczęki.
- Teraz już wiesz jaki jest Snape. To opiekun Ślizgonów. - powiedział Harry.
- To wszystko wyjaśnia.- burknęłam z rezygnacją.
Czy mój pierwszy rok w Hogwarcie miał wyglądać właśnie tak?
- Schowajcie różdżki! Dzisiaj nauczę was jak uwarzyć eliksir zapomnienia. Jeden błąd i mikstura może poważnie zaszkodzić czyjemuś zdrowiu. Przepiszcie instrukcje z tablicy, potem przeczytajcie o tym eliksirze w podręcznikach. Na drugiej godzinie weźmiecie się za praktykę.
Cała klasa w ciszy wypełniła jego polecenia. Przepisując potrzebne składniki i instrukcje mogłam się uspokoić. Kolejną z wielu moich wad było to, z jaką łatwością można było mnie sprowokować. Od dwóch lat nie za bardzo panowałam nad swoimi emocjami. W każdym razie, przychodziło mi to z trudem. Pani Bathilda powtarzała mi że to będzie moją zgubą. Mówiła żebym starała się w takich momentach uspokajać, oczyścić umysł. Ale to było trudne. Typy podobne do Dracona działały na mnie jak płachta na byka. Dziwne było jednak to, że mimo jego zachowania, wiedziałam że to nie jest jedyna jego strona. Miałam przeczucie, że nie jest taki zły i nie mogłam od razu go znienawidzić. A powinnaś; odezwała się moja podświadomość. Nie oznaczało to jednak że darzyłam go jakimś przyjaznym uczuciem, o nie. Najlepiej, żeby trzymał się ode mnie z daleka.
Kiedy skończyłam czytać, jeszcze raz przeczytałam instrukcje.
1.Dodaj 2 krople wody z rzeki Lete do kociołka
2.Podgrzewać przez 20 sekund
3.Dodaj 2 gałązki Waleriany
4.Pomieszaj 3 razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara
5.Machnij różdżką
6.Pozostaw do zaparzenia i wróć po 45-60 minutach
7.Dodaj 2 porcje składniku standardowego do moździerza
8.Dorzuć 4 jagody z jemioły
9.Rozgnieść składnik za pomocą tłuczka
10.Dodaj 2 szczypty rozdrobnionych składników do kociołka
11. Pomieszaj 5 razy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara
12 Machnij różdżką
Upewniłam się że czas czekania to 45 minut, za poleceniem nauczyciela i razem z Hermioną poszłyśmy po wszystkie potrzebne składniki. Kiedy wróciłyśmy do stolika, wzięłyśmy się do pracy. Czas płynął mi bardzo szybko. Dodając składniki do kociołka, rozmawiałam z Ronem i Hermioną. Harry siedział cicho. Widziałam że czymś się przejmował, martwił. Nie był to jednak odpowiedni moment na zadawanie pytań. Postanowiłam że po kolacji z nim porozmawiam.
- Czas minął.- oznajmił Snape. Cała klasa napełniła fiolki swoimi eliksirami. Wyczyściłam zawartość kociołka i podeszłam do biurka nauczyciela. Po dłuższej chwili zaczynałam się już martwić. Oglądał zawartość fiolki, wylał kropelkę na małe szkiełko nic nie mówiąc. Trwało to za długo.
- Nie pierwszy raz warzysz ten eliksir.- to nie było pytanie.
- Zgadza się.- odpowiedziałam.
- Marna próba popisywania się. Sporo niedociągnięć, zbyt szybko mieszasz i niedokładnie rozgniotłaś składniki. Najwyższa ocena jaka mogę Ci dać, to Nędzny. Nie zapomnij, że masz się stawić po kolacji w moim gabinecie, Potter.- burknął. Końcem różdżki dotknął mojej fiolki,a ta zniknęła. Już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, ale na moje szczęście Harry odciągnął mnie od biurka.
- Co to miało być?! Nędzny? Robiłam go już pięć razy z panią Bathildą i wiem na pewno że nie popełniłam żadnego błędu!- poskarżyłam się, kiedy siedzieliśmy już w Wielkiej Sali.
- Widziałam jak pracujesz. Rzeczywiście zasługiwałaś na o wiele lepszą ocenę. Ale taki już jest Snape. On nienawidzi Gryfonów i twoje nazwisko... Cóż, tylko pogarsza sytuację. - powiedziała Hermiona.
- W takim razie jest to bardzo nieprofesjonalne z jego strony.- warknęłam.
- Nie przejmuj się. On Cię sprawdza. Wytrzymaj te pierwsze tygodnie, nie dawaj mu satysfakcji.- wtrącił się Fred. Jego brat i siedzący obok Lee pokiwali głowami.
- Jak myślisz, Malfoy też będzie musiał się u niego stawić dziś wieczorem?- spytała Ginny.
- Raczej nie. To pupilek tej niemytej głowy.- zaśmiał się George. Sok który piłam o mało nie wyleciał mi nosem. Śmiech zmieszał się z kaszlem i Harry poklepał mnie po plecach. Nagle coś mi się przypomniało.
- Harry, poczekaj na mnie wieczorem w pokoju wspólnym, chcę z tobą porozmawiać.- szepnęłam do brata.
- Coś się stało?- zapytał niepewnie.
- Nie, nie. Wszystko w porządku.
- Dobrze.- odpowiedział
Wróciłam do swojej zapiekanki. Była przepyszna. Bob świetnie gotował, ale z bólem musiałam przyznać, że jego potrawy nie dorównywały jedzeniu w Hogwarcie. Podniosłam głowę, chcąc dolać sobie soku i zobaczyłam że Draco Malfoy mi się przyglądał. Posłałam mu mordercze spojrzenie, ale on się tylko uśmiechnął. Pokręciłam głową i napełniłam swój puchar.
- Czeka nas Obrona Przed Czarną Magią.- mruknął niepocieszony Ron.
- Ciekawe jak się sprawdzi ta różowa ropucha. Jeśli jej lekcje będą równie inspirujące jak jej przemowa, to chyba odkupię od was wszystkie Bombonierki Lesera.- ostatnie zdanie skierowałam do bliźniaków.
- Jeszcze nie przetestowaliśmy ich dokładnie...
-... Ale jesteśmy do twoich usług. - powiedzieli z szerokimi uśmiechami.
- Lepiej już chodźmy.- poradziła Hermiona.
- Jak myślicie, gdzie może się podziewać Hagrid?- dodała kiedy wyszliśmy już z Wielkiej Sali.
- Nie mam pojęcia, ale to pewnie ma coś wspólnego z Zakonem.- odpowiedział cicho Harry.
- Kto to Hagrid?- spytałam.
- To nasz przyjaciel. Jest gajowym i nauczycielem Opieki nad magicznymi stworzeniami.-powiedział Ron.
- Rubeus Hagrid? Pół- olbrzym?
- Tak, ale skąd...- zaczął Harry, ale mu przerwałam.
- Znam go! Widywałam go czasami na Ulicy Pokątnej.- prawie krzyczałam.
- Na prawdę? To czemu nie mógł Ci pomóc w odnalezieniu brata?- zdziwił się Ron.
- Obowiązywała go dyskrecja. Dumbledore nie chciał ingerować zbyt wcześnie.- wyjaśniła Hermiona.
Rozmawialiśmy tak we czwórkę, dopóki drzwi do klasy się nie otworzyły. Wpuściła nas profesor Umbridge, z szerokim uśmiechem. Razem z Hermioną zajęłyśmy ławkę w środkowym rzędzie, za Harrym i Ronem.
- Dzień dobry, dzieci!- zawołała. Kilka osób wymamrotało "dzień dobry" w odpowiedzi.
- O nie, nie, nie. Tak być nie może. Kiedy mówię "dzień dobry", oczekuję, że cała klasa odpowie mi pięknym "dzień dobry, profesor Umbridge". Spróbujemy jeszcze raz?- jej uśmiech był przerażający.
- Dzień dobry, klaso!- zawołała słodkim głosikiem.
- Dzień dobry, profesor Umbridge.- odpowiedziała klasa bezbarwnymi głosami.
- O wiele lepiej! A teraz zacznijmy już lekcje. Z tego co mi wiadomo, szkoła nie miała stałego nauczyciela Obrony przed czarną magią. Spowodowało to pewne braki. Dowiedziałam się też że żaden profesor nie trzymał się zatwierdzonego przez Ministerstwo programu zajęć, co nie polepsza sytuacji. Ale nie martwcie się, dzieci. W tym roku będziemy się trzymać starannie ułożonego, zorientowanego na teorię, zatwierdzonego przez Ministerstwo Magii kursu magii obronnej. Czy wszyscy posiadają egzemplarz Teorii Obrony Magicznej Wilberta Slinkharda?
Przez klasę przeszły potwierdzające pomruki.
- Moi drodzy, czego was uczyłam? Kiedy zadaję wam pytanie, chciałabym usłyszeć odpowiedź, "Tak, profesor Umbridge" lub "Nie, profesor Umbridge". To nie jest trudne. No, spróbujmy jeszcze raz! Czy wszyscy posiadają egzemplarz Teorii Obrony Magicznej Wilberta Slinkharda?
- Tak, profesor Umbridge.- zawołaliśmy.
Spotykałam wiele irytujących osób, ale Umbrigde była wyjątkowo nie do wytrzymania. Przestałam jej uważnie słuchać. Wiedziałam tylko że mamy schować różdżki, co wydało mi się bardzo dziwne, i przepisać tekst z tablicy. Nawet nie za bardzo wiedziałam co przepisywałam. Zaczęłam uważniej słuchać, kiedy dotarł do mnie głos Hermiony.
- Mam pytanie, profesor Umbridge.- powiedziała zdecydowanym głosem. Podniosłam na nią wzrok.
- Kiedy chcemy o coś zapytać, lub coś powiedzieć, proszę o podnoszenie ręki.- odpowiedziała słodkim tonem. Ręka mojej koleżanki od razu wystrzeliła w górę. Nauczycielka westchnęła.
- Tak, panno...
- Granger, Pani profesor.
- Tak, panno Granger?- zaćwierkała.
- Mam pytanie dotyczące kursu.- powiedziała Hermiona, unosząc lekko głowę. Postawa bojowa; pomyślałam.
- Teraz właśnie o nim czytamy, kochanie.- Umbridge podniosła się z krzesła.
- Nie rozumiem celu tego kursu.- Hermiona się nie poddawała.
- Cele kursu zostałyby doskonale zrozumiane, gdyby pani o nich przeczytała w książce.- jej uśmiech nie był już taki promienny.
- Jestem innego zdania, Pani profesor. Nie ma tam nic o używaniu zaklęć obronnych.- ciągnęła Hermiona. W tej chwili wszyscy patrzyli to na Umbridge, to na Hermionę.
- Nie będziemy używać czarów?- zawołałam.
- Używanie czarów? Kochanie, nie widzę takiej potrzeby.- zaśmiała się z politowaniem Pani profesor.
- To jak się mamy nauczyć...- zaczął Ron, ale różowa ropucha nie dała mu skończyć
- Tak jak mówiłam, Ministerstwo przygotowało program, w którym teoria w zupełności wam wystarczy.- odpowiedziała.
- Jak teoria ma nas przygotować do obrony poza szkołą?- wtrącił się Harry.
- Poza murami szkoły nic wam nie grozi, kochanie. Ministerstwo Magii doszło do wniosku że wiedza teoretyczna w zupełności wam wystarczy, aby zdać SUM'y.
- Jak mamy być przygotowani do praktycznej części SUM'ów, skoro przerabiamy tylko teorię?- usłyszałam Dean'a, który siedział całkiem z tyłu.
- Tak długo, jak będzie się przykładać i systematycznie uczyć, część praktyczna SUM'ów nie sprawi wam żadnych kłopotów.- opowiedziała Umbridge.
- A co jeśli zostaniemy zaatakowani? Musimy przecież wiedzieć jak się bronić.- powiedziałam patrząc jej prosto w oczy.
- A kto według Ciebie, miałby atakować dzieciaczki takie jak ty?- zdziwiła się, a w jej głosie pobrzmiewała udawana troska.
- Och, no nie wiem. Może Voldemort?- odezwał się Harry.
Zapadła cisza. Uśmiech całkowicie zniknął z twarzy Umbridge.
- Moi drodzy. Ktoś was próbuje przekonać, że rzekomy czarnoksiężnik powrócił, ale to kompletnie mija się z prawdą!- westchnęła teatralnie.
- Pani dobrze wie że to jest prawda.- zdenerwowałam się.
- Przypominam o podnoszeniu ręki na mojej lekcji.- zawołała, nie wiedząc jak zareagować.
- Czyli twierdzi Pani, że Cedrik Diggory zmarł na własne życzenie?- krzyknął Harry.
- Śmierć Cedrika Digorry'ego była wynikiem tragicznego wypadku!- ropucha podniosła głos, nie mogąc już wytrzymać.
- Volemort go zabił, i wie pani o tym doskonale!
- Dosyć, panie Potter! Jestem zmuszona dać Ci szlaban.- przy ostatnim zdaniu znowu była już słodka i rozpromieniona.
Wszyscy siedzieli cicho.
- Panno Potter, proszę do mnie.- zawołała. Bez pośpiechu podniosłam się podeszłam do jej biurka.
- Tak, Pani Profesor?
- Twoje dzisiejsze zachowanie bardzo mi się nie spodobało. Oczywiście rozumiem, że chcesz pomóc bratu, ale musisz zachować zdrowy rozsądek. Pan Korneliusz Knot ostrzegł mnie, że możesz mieć problemy z... opanowaniem się i postanowiłam Ci w tym pomóc.-uśmiechnęła się do mnie.
- Pomóc?- powtórzyłam ze zdumieniem.
- Właśnie tak! Rozumiem, że jesteś w trudnym wieku i twoja sytuacja wcale Ci tego nie ułatwia. Dowiedzieć się że jest się spokrewnionym z taką osobą...
- Z taką osobą? Po pierwsze, TA OSOBA ma imię, a po drugie, Pani profesor, nie mam żadnych problemów. To Ministerstwo próbuje oczernić mojego brata, utrudniacie mu życie i jednocześnie mydlicie ludziom oczy.- warknęłam cicho, zanim zdołałam przemyśleć czy jest to mądre.
- Wypraszam sobie, młoda damo! Ministerstwo próbuje uspokoić ludzi. Twój brat rozpowiada wszystkim dookoła kłamstwa, próbując ściągnąć tym na siebie uwagę.- powiedziała, nadal spokojna.
Zacisnęłam pięści. Jak ta obrzydliwa ropucha śmiała mówić tak o Harry'm?! Robiło mi się gorąco. Z całych sił powstrzymywałam się od zrobienia czegoś głupiego. Patrzyłam na jej sztuczny uśmiech. Doprowadzał mnie do szału.
Nagle usłyszałam za sobą głośny, nieprzyjemny dźwięk tłuczonego szkła. Odwróciłam się. Kawałki szkła rozleciały się po całej sali. Jeden odłamek lekko zranił Umbridge w policzek . Patrzyła na mnie przestraszona.
- Co to ma znaczyć?!- szepnęła gniewnie.
- Nie mam pojęcia co to było.- odpowiedziałam nie wiedząc czemu zadała to pytanie właśnie mnie. Rozejrzałam się po klasie zdezorientowana. Po wcześniejszej ciszy nie pozostało śladu.
- Proszę o ciszę! Zaraz to naprawię!- zawołała Pani profesor. Ja tym czasem wróciłam na swoje miejsce.
- Ciekawe co spowodowało ten wybuch.- mruknęłam do Hermiony. Wzruszyła tylko ramionami.
- Reparo.- szepnęła nauczycielka unosząc różdżkę. Po chwili okna były już całe.
Kiedy lekcja wreszcie się skończyła, z ulgą opuściłam klasę. Dobry humor opuścił mnie całkowicie.
***
- Nie mogę w to uwierzyć! Czy ten Potter nie może się chociaż raz zachowywać normalnie?- pożaliła się Pansy, uwieszona na moim ramieniu. Spojrzałem na Blaise'a. Miałem przeczucie że myślał o tym samym. Tylko my wiedzieliśmy, że powrót Czarnego Pana nie był kłamstwem.
- A ta jego siostra,- ciągnęła dalej Pansy.- Jest Koszmarna! Za kogo ona się uważa?
- Trzeba pokazać tej małej awanturniczce, gdzie jest jej miejsce.- powiedział Zabini ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Zgodzę się z tobą, Blaise.- odezwałem się po raz pierwszy od lekcji Obrony przed czarną magią.
- Tylko jak tego dokonamy?
- Zostaw to mnie.- puściłem mu oko. Widząc to, Parkinson prychnęła.
- I do tego jest brzydka! Nie uważasz, Draco? Mogłaby zrobić coś z włosami!- warknęła.
Nie odpowiedziałem jej. Zaczynała mnie już denerwować. Nagle zobaczyłem gruby, czarny warkocz, z którego wydostało się już kilka kosmyków. Szła razem z Wieprzlejem, Złotym Chłoptasiem i Panną Wiem-Wszystko. Oj tak. Musiałem ją nauczyć kilku ważnych reguł.
wtorek, 28 lipca 2015
piątek, 17 lipca 2015
Rozdział III Tiara Przydziału
Bardzo przepraszam za spóźnienie! Wakacje zaczęły mi się dopiero dzisiaj, ostatni tydzień byłam bardzo zajęta. Rozdział jest trochę dłuższy. Mam wielką nadzieję że się wam spodoba! Komentarze mile widziane! Miłego czytania :)
Panna Potter
Moje pierwsze tygodnie na Grimmuald Place minęły bardzo szybko. Wszyscy starali się żeby mieszkanie wyglądało bardziej przytulnie i miło. Codziennie było coś do zrobienia. Nie narzekałam. Podczas sprzątania rozmawiałam z Hermioną i Ginny, poznawałam się coraz lepiej z Harry'm, moim bratem i dużo żartowałam z bliźniakami i Ronem. Zaczynałam czuć że właśnie trafiłam do domu, do rodziny. Wszyscy byli dla mnie przemili. Po dwóch tygodniach harówki, nareszcie nadszedł wyczekiwany przeze mnie dzień. Mięliśmy się udać na Ulicę Pokątną, kupić wszystkie potrzebne przybory szkolne i książki. Hermiona i ja miałyśmy kupić sobie też nowe szaty. Jako że to były moje pierwsze zakupy szkolne, byłam bardzo podekscytowana. Nie mogłam się doczekać wybierania kociołków, składników na eliksiry i tym podobnych. Oczywiście mięliśmy zostać eskortowani. Jeden z członów Zakonu się nie zjawił. O Zakonie Feniksa dowiedziałam się dzień po moim przyjeździe. Wytłumaczono mi dlaczego istniał i co robili jego członkowie. Voldemort czegoś szukał. Wszystko wskazywało na to, że była to broń. Syriusz chciał nam zdradzić więcej szczegółów, ale Pani Molly kategorycznie mu tego zakazała. Stwierdziła że jesteśmy za młodzi i nie mogliśmy się mieszać w takie sprawy.
Nie mogąc dłużej czekać na spóźnioną eskortę, wyruszyliśmy wreszcie na Ulicę Pokątną. Jakimś cudem, wszyscy zmieściliśmy się w małym, starym Fordzie Anglia. Po niecałej godzinie staliśmy już w księgarni "Esy i Floresy". Mama rudzielców dała nam godzinę na znalezienie potrzebnych książek. Następnie mięliśmy się spotkać pod Apteką. Rozeszliśmy się po księgarni z listami w rękach. Razem z Harry'm ruszyliśmy między regałami w poszukiwaniu podręczników na lekcje Historii Magii.
- Nie możesz się doczekać, prawda?- powiedział cicho Harry.
- Tak! Dość sporo słyszałam o Hogwarcie i w końcu, za trzy dni tam będę!- uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Kątem oka dostrzegłam że mój brat nie wyglądał na szczęśliwego.
- Harry, nie przejmuj się. To że nie wszyscy wierzą Ci teraz, nie oznacza to, że sytuacja się nie zmieni.- poklepałam go po ramieniu.Widocznie wymuszony uśmiech nie dotarł do jego zielonych oczu.
- Harry! Musisz zobaczyć tą książkę! Ona chce pożreć włosy Ginny!- zawołał rozbawiony Ron.
- Idź, ja poszukam reszty książek.- pchnęłam go lekko w stronę Rona. Harry posłał mi lekki uśmiech, tym razem bardziej szczery.
Przeglądając swoją listę, doszłam do wniosku że zostały mi jeszcze tylko podręczniki od zielarstwa, opieki nad magicznymi zwierzętami i obrony przed czarną magią. Spojrzałam na wielki zegar wiszący na ścianie. Zostało mi jeszcze pół godziny, więc postanowiłam trochę się rozejrzeć. Nogi same zaprowadziły mnie w ciemniejszą część sklepu, gdzie księgi były cięższe, a tytuły mroczniejsze. Podeszłam do ostatniego regału, tuż przy tylnej ścianie księgarni. Eliksiry dla mistrzów, przeczytałam.
- To chyba nie jest odpowiednia księga dla Ciebie.- usłyszałam cichy głos zza moich pleców. Odwróciłam się szybko. Stał przede mną wysoki, młody czarodziej o jasnych włosach. Patrzył na mnie szarymi oczami, w których dostrzegłam rozbawienie i drwinę. Był ubrany w czarną koszulę i szare spodnie. Zbyt elegancko jak na mój gust, lecz mimowolnie spojrzałam w dół na moje ubranie. Zielony sweter i przetarte dżinsy.
- Po czym to wnioskujesz?- odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
Długi kontakt wzrokowy wcale mnie nie onieśmielał. Nigdy nie miałam z tym problemu. On chyba też nie.
- Po tym że nie wyglądasz na znawczynię eliksirów. Jesteś też młoda.- odparł.
Uniosłam lekko brew.
- Nie oceniaj książki po okładce.
- Zdziwiłabyś się ile można wyczytać z czyjegoś wyglądu.- zaśmiał się. Przewróciłam oczami i odłożyłam księgę na miejsce.
- Więc, który dział byś mi polecił?- spytałam sarkastycznie.
- Chyba szukasz książki do zielarstwa.- skinieniem wskazał na moją listę.
- A widzisz, mówiłeś że wiele można wyczytać z czyjegoś wyglądu, a tu proszę, jesteś nawet spostrzegawczy.- powiedziałam.
***
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Czy ona miała jakiekolwiek pojęcie, z kim rozmawiała?
- Cóż, nie wyglądasz na głupią, więc radziłbym Ci uważać z kogo żartujesz.- syknąłem.
- To ma być komplement?- zaśmiała się. Posłałem jej lodowate spojrzenie, lecz nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Kim ona była?
- Odebrałbym to jako ostrzeżenie.- powiedziałem cicho. Zrobiłem krok w jej stronę. Pułka odcięła jej drogę ucieczki. Wyglądała na lekko zirytowaną.
- Byłbyś tak miły i odsunął się?- warknęła. Skwitowałem to parsknięciem.
- Już nie w humorze na żarty?
- Wyjątkowo mi go popsułeś.
- Szkoda.- odczekałem chwilę, świdrując ją wzrokiem. Wytrzymała. Powoli odsunąłem się od niej. Rzuciła mi gniewne spojrzenie.
- Jestem Draco.- wyciągnąłem do niej rękę. Niepewnie ją uścisnęła.
- Talia.
- A więc, do zobaczenia w Hogwarcie, Talio.- posłałem jej szelmowski uśmiech i wyszedłem z księgarni.
Talia... Trzeba będzie ją nauczyć szacunku do lepszych ; pomyślałem.
***
Szybko znalazłam wszystkie potrzebne książki po czym dołączyłam do reszty. Obiecałam sobie że po kolacji, opowiem wszystko Ginny i Hermionie. Draco... Gdzieś już słyszałam to imię.
- Tutaj jesteś! Wszędzie Cię szukaliśmy!- zawołała rudowłosa - Masz już wszystko? Za dziesięć minut musimy być w Aptece.
Kiedy szliśmy do wyznaczonego miejsca podziwiałam po drodze sklepy. Oczywiście byłam już parę razy na Ulicy Pokątnej, ale nigdy na zakupach. Zazwyczaj po informacje. Wystawy były pełne przeróżnych rzeczy, zwierząt lub roślin. Panował tu straszny tłok. Mimo że nie tak często miałam do czynienia z tłumami, nie czułam się już tak dziwnie (przypomniała mi się wizyta w Ministerstwie Magii).Do naszych uszu doszedł znajomy głos. Zobaczyłam panią Weasley.
- Jesteście wreszcie! Kupiłam potrzebne rzeczy na eliksiry. Dziewczynki,- zwróciła się do nas - Idźcie kupić nowe szaty, spotkamy się w dziurawym kotle! Ginny, tobie też przyda się nowa szata.
- Naprawdę? Mamo, jeśli to kłopot...- zaczęła, ale matka uciszyła ją gestem.
- Idźcie już, jest jeszcze tyle do zrobienia! Chłopcy, za mną!
"Madame Malkin - Szaty na wszystkie okacje" przeczytałam. Weszłyśmy do środka. Przywitała nas przysadzista kobieta, o bardzo serdecznym uśmiechu.
- Dzień dobry! W czym mogę pomóc?
- Przyszłyśmy po nowe szaty szkolne.- odpowiedział Hermiona.
- Hogwart, tak? Już się robi! Stańcie sobie tam, przed lustrem, zaraz do was przyjdę.- powiedziała śpiewnym głosem i poszła na zaplecze.
- Talia, czemu ukrywałaś się w księgarni?- spytała Ginny.
- Wcale się nie chowałam.- zaśmiałam się- Rozglądałam się i ktoś mnie zatrzymał.
- Kim był ten ktoś?- Hermiona wychyliła się zza pleców rudowłosej.
- Ma na imię Draco.
- Malfoy! Miał blond włosy?
- Tak.
- To Draco Malfoy, Ślizgon o którym Ci opowiadałyśmy.- warknęła Ginny. Musiał zaleźć jej za skórę.
- To by wyjaśniało jego wyniosłość i przesadną pewność siebie.- stwierdziłam, przypominając sobie bieg "rozmowy" z Draco.
- Co Ci powiedział?- odezwała się Hermiona.
- Przeglądałam książki z działu w tylnej części sklepu. Stwierdził że nie są odpowiednie dla mnie.
- Kretyn! Wydaje mu się że jest lepszy od innych. Oczywiście jest w błędzie, nie bierz go na poważnie.- fuknęła Ginny. Jej twarz kolorem dorównywała już rudej grzywie.
- Nie zamierzam..- odpowiedziałam.
- Najlepiej trzymaj się od niego z daleka. Harry powie Ci to samo. To tak jak by jego nemezis.- dodała Hermiona. W tej samej chwili wróciła właścicielka sklepu.
- No! Zabieramy się do pracy!- zawołała, podchodząc do nas energicznym krokiem.
Upiłam łyk herbaty. Siedzieliśmy w dziurawym kotle. George siedzący obok mnie opowiadał mi o wynalazkach, nad którymi pracował razem z bratem. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Stała za mną kobieta o miedzianych włosach.
- Mam Ci to przekazać.- podała mi skrawek papieru.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się do kobiety.
Tylni stolik w lewym koncie. Przyjdź sama.
Rozejrzałam się dookoła. Nikt nie patrzył w moją stronę. Zawahałam się. Iść?
- Zaraz przyjdę.- powiedziała do Harry'ego, który siedział po jej drugiej stronie.
- Gdzie idziesz?- spytał.
- Idę po herbatę.- odparłam bez namysłu i odeszłam.
***
Spojrzałem na jej prawie pełny kubek parującej herbaty. Czyżby coś ukrywała? Różne teorie same zaczęły przelatywać mi przez myśli.
***
Siadłam przy odpowiednim stoliku. Nie było tu dużo ludzi a już na pewno nikt nie patrzył w tą stronę. Od kogo mógł być ten liścik? Nagle usłyszałam dźwięk odsuwanego krzesła.
- Witaj ptaszynko.- szepnęła Pani Bagshot. Miała na sobie pelerynę z kapturem, który przysłaniał jej prawie całą twarz.
- Pani Bathildo! Co Pani tutaj robi?- prawie piszczałam. Uciszyła mnie gestem.
- Nikt nie może się dowiedzieć że tu jestem.- powiedziała cicho.
- Czy coś się stało? Czemu nie było pani w Ministerstwie Magii?- zasypałam ją pytaniami.
- Nic się nie stało. Przynajmniej jeszcze.- rzuciła mi zaniepokojone spojrzenie- Twoja sowa została przechwycona przez Ministerstwo, nie dotarła do mnie. O wszystkim dowiedziałam się od Dumbledore'a. Odnalazłaś brata, tak?
- Tak, jest tutaj. Może go zawołam...
- Nie! Przyszłam Cię ostrzec ptaszyno.- mówiła cicho. Strach w jej głosie wzrastał z każdym słowem.
- Ostrzec? Przed czym?- zdziwiłam się.
- Za niedługo zaczną się dziać dziwne rzeczy. Musisz być ostrożna, bardzo ostrożna! Pamiętaj aby panować nad emocjami. Nie pozwól nikomu wyprowadzić się z równowagi.- wyszeptała, rozglądając się dookoła.
- Jakie dziwne rzeczy? O czym Pani mówi?
- Nie mogę! Przepraszam Cię, Talio... Uważaj na siebie!- ścisnęła moją dłoń. Wyglądała na przerażoną.
- Pani Bagshot, co się dzieje?- spytałam niepewnie. Staruszka zaczęła mnie niepokoić.
- Dopiero będzie się działo, dziecko. Obiecaj mi że będziesz ostrożna!
- Oczywiście, będę ostrożna. Pani Bagshot... - przerwała mi.
- Muszę już iść. Miej oczy szeroko otwarte. Ludzie którzy Cię otaczają, nie zawsze mają czyste intencje. Gdyby coś się stało, masz niezwłocznie iść do profesora Dumbledore'a, rozumiesz?- wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Nic z tego nie rozumiem...- zaczęłam, ale ona wstała i w jednej chwili po prostu zniknęła.
Serce biło mi niemiłosiernie szybko, oddech przyśpieszył. Co to miało być? Jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej przerażonej. Co się miało dziać? O jakich ludziach mówiła Pani Bagshot? Zdezorientowana opadłam na oparcie krzesła i powoli wypuściłam powietrze. Jak ja miałam panować nad emocjami, skoro ma się dziać coś złego? Rozejrzałam się po lokalu. Na szczęście nikt nie obserwował tej przedziwnej sceny. Nagle napotkałam czyiś wzrok. Szare tęczowi wpatrywały się w mnie uważnie. Blondyn posłał mi szelmowski uśmiech. A tego skąd tu przywiało ; pomyślałam. Rzuciłam mu obojętne spojrzenie i wróciłam do brata i Weasley'ów.
- Gdzie twoja herbata?- spytał Harry, patrząc na mnie podejrzliwie.
Dopiero w tej chwili zorientowałam się że na stole przede mną już stał pełny kubek. Cholera.
- Powiedziałam że idę po herbatę? Miałam na myśli toaletę. Musiałam iść do toalety.- wymamrotałam. Nie potrafiłam kłamać. Efekt tylu lat samotności. Harry zmrużył oczy. Po chwili się rozluźnił i uśmiechnął się. Odetchnęłam z ulgą.
- Muszę przyzwyczaić się do tego, że od tej pory będę codziennie w towarzystwie dziewczyny. Jesteście strasznie skomplikowane.- parsknął. Klepnęłam go w ramie.
- Ginny! Znalazłam twój sweter!- krzyknęła jej matka z dołu.
- Idę mamo!- odkrzyknęła.
- O której odjeżdża jutro pociąg?- spytałam Hermiony, która właśnie sprawdzała czy wszystkie książki znajdują się w jej kufrze.
- Punkt jedenasta.- odpowiedziała.
Poszłam jej śladem i sprawdziłam czy wszystko spakowałam. Różdżka! Dumbledore miał mi ją przynieść. Usłyszałam dzwonek trzaśnięcie drzwiami. Martwiąc się, czy odzyskam różdżkę przed wyjazdem do Hogwartu, kątem oka dostrzegłam, że ktoś pojawił się w naszym pokoju.
- Dobry wieczór! Mam nadzieję że nie przeszkadzam.- zaśmiał się wysoki starzec, z długą, białą brodą.
- Profesorze! Właśnie...- umilkłam, kiedy wyciągnął w moją stronę różdżkę. Moją różdżkę.
- Tak sobie myślałem, że może Ci się przyda. Wybacz, że trwało to tak długo, ale Ministerstwo musiało sprawdzić każde jedno zaklęcie rzucone tą różdżką. Przekonywanie ich, że byłaś szkolona w domu również zajęło dużo czasu. Bo oczywiście nie wolno czarować poza szkołą, teraz tyczy się to też Ciebie.- mrugnął do mnie.
- Dziękuję.- powiedziałam. Włożyłam drewnianą różdżkę do kufra. Byłam gotowa.
- Obawiam się, że muszę was opuścić. Jutro już szkoła! Jeszcze tyle do zrobienia w Hogwarcie!
- Panie profesorze, przecież to te biedne skrzaty wszystko szykują! To one gotują, sprzątają i dbają o...- Hermiona zaczęła swój monolog, ale Dumbledore jej przerwał.
- Masz rację, panno Granger i uwierz, że jesteśmy im za to wszyscy bardzo wdzięczni. Masz moje słowo, że traktujemy je z szacunkiem...- tym razem to moja współlokatorka mu przerwała.
- Ale tu nie chodzi o szacunek! To znaczy, oczywiście że tak, ale one zasługują na wolność!- oburzyła się.
- Panno Granger. Przypadkiem podsłuchałem o pani pomyśle... WESZ, o ile dobrze zapamiętałem. Brakuje nam nowych klubów w szkole. Działaj! Ratuj skrzaty! Ja natomiast życzę wam przyjemnej podróży. Dobranoc.- uśmiechnął się starzec i wyszedł. Z trudem powstrzymałam śmiech.
- A żeby wiedział, że zadziałam!- fuknęła i poszła do łazienki z wysoko podniesioną głową. Korzystając z okazji, przebrałam się w piżamę. Leżąc w łóżku, wyobrażałam sobie zaczarowany sufit w Wielkiej Sali, o którym opowiadała mi Hermiona. Te wszystkie obrazy, stare mury, korytarze, dziedzińce... Na samą myśl gdzieś w środku budziło się we mnie bardzo ciepłe uczucie. To miał być wspaniały rok, a towarzyszyć mi będzie brat razem z przyjaciółmi.
- DZIEŃDOBEREK, WSKAKUJ W SWETEREK !!! NASZA MAŁA TALIA JEDZIE DO HOGWARTU!!
Ten wrzask skutecznie mnie obudził. Otworzyłam oczy i zobaczyłam bliźniaków z szerokimi uśmiechami na twarzach. Moich uszu doszły protesty i pomrukiwania moich współlokatorek.
- Wynocha!- jęknęła Ginny.
- Czemu tak smętnie? Dzisiaj kończą się wakacje!- zawołał Fred.
- Czeka na nas masa nauki!- dodał George.
- W tym roku na niektórych czekają sumy!- zauważył pierwszy bliźniak.
- A Filch na pewno nabrał formy!- uzupełnił go ten drugi.
- I ! Dzisiaj dowiemy się czy siostrzyczka naszego złotego chłoptasia będzie w Gryffindorze, czy raczej zostanie zdrajczynią i dostanie się do Slythrinu. Te czarne kudły i zielone oczy nie wróżą dobrze.- zaśmiał się George padając na moje łóżko, czym mnie z niego zrzucił.
- Oczywiście, tylko tak sobie żartuję. Masz naprawdę zacne kudły.- dodał i posłał mi łobuzerski uśmiech.
- Naprawdę? Dziękuję.- powiedziałam z nutką sarkazmu, pocierając plecy.
- No, dziewczęta! Szczotki w ruch, bo za niedługo śniadanie.- powiedział Fred, po czym razem z bratem opuścił pokój.
- Jak ty z nimi wytrzymujesz? - mruknęła Hermiona.
- Nie wiem.- odpowiedziała ruda, pocierając oczy.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę.- zawołałyśmy chórem.
W drzwiach stanął Harry. W ręce trzymał małą klatkę, okrytą ciemnym materiałem.
- Cześć, nie przeszkadzam?- zapytał niepewnie.
- Wchodź, wchodź.- powiedziała Ginny.
***
Przekroczyłem próg. A co jeśli jej się nie spodoba?; pomyślałem. Przypomniał mi się moment w którym to Hagrid kupił dla mnie sowę.
- Talia, wczoraj powiedziałem Ci, że możesz pożyczać Hedwigę. Doszedłem jednak do wniosku, że wolałabyś mieć własną sowę.- powiedziałem. Zdjąłem materiał z klatki.
Talia wyszczerzyła do mnie idealnie białe zęby. Szybko zerwała się z łóżka i przyjrzała się sówce. Była o wiele mniejsza od Hedwigi. Miała czarno, szaro brązowe piórka. Kiedy ją zobaczyłem, od razu pomyślałem że jej się spodoba. Nie byłem w tym dobry, ale miałem szczerą nadzieję że Talia się ucieszy.
- Harry! Dziękuję Ci bardzo! Jest naprawdę cudowna!- zawołała. Wzięła klatkę i uścisnęła mnie mocno. Odwzajemniłem uścisk.
- Cieszę się. Pomyślałem że Ci się przyda.- wymamrotałem.
- Jest idealna, bardzo, bardzo Ci dziękuję.- powiedziała, nadal się uśmiechając.
Odwróciłem się w stronę Hermiony i Ginny. Ruda uniosła kciuki w górę, a siedząca obok niej Hermiona pokiwała głową na znak aprobaty.
- To ja już wam nie przeszkadzam. Widzimy się na śniadaniu.- rzuciłem za siebie i wyszedłem.
W ciągu tych kilku tygodni, sporo dowiedziałem się o Talii. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, rozmawialiśmy na wiele tematów, ale dopiero niedawno dotarło do mnie że mam siostrę. Poczułem to. Byłem przerażony, zdezorientowany i zaskoczony, ale za to nie byłem sam. Miałem siostrę. Miałem rodzinę.
***
Zerknęłam w lustro. Prezentowałam się o wiele lepiej niż miesiąc temu, kiedy dostałam list z Ministerstwa i zmierzyłam się z śmierciożercą. Ginny splotła moje włosy w luźny warkocz opadający mi na plecy. Ubrałam czarny sweterek i dżinsy. Było w porządku. Upewniwszy się po raz kolejny że wszystko było spakowane, zeszłyśmy na dół.
- Dzień dobry, dziewczynki! Siadajcie szybko, musimy zdążyć na King's Cross.- przywitała nas Pani Weasley. Była poddenerwowana.
- Może ty zdołasz pilnować Harry'ego, żeby nie pakował się w kłopoty.- zaśmiał się Syriusz, który usiadł obok mnie.
- Zobaczę, co da się zrobić.- powiedziałam, odwzajemniając uśmiech.
- Coś mi się wydaje że Talia również odziedziczyła ten talent po ojcu.- odezwał się Pan Weasley.
- Moim zdaniem, to jest wykapana Lily.- usłyszałam nowy głos. Moody stanął w wejściu do kuchni. Poznałam go dwa tygodnie temu. Od razu wzbudził we mnie szacunek.
- Zjesz z nami, Alastorze?- spytała Pani Weasley.
- Nie kłopocz się, Molly. Za dwadzieścia minut chcę wszystkich widzieć na zewnątrz.- zerknąwszy na wszystkich po kolei, wyszedł.
Stałam jak zaczarowana. Patrzyłam na Express Hogwart. Z kotła lokomotywy buchała para. Pożegnaliśmy się już ze wszystkimi. Zdziwiłam się, kiedy Syriusz przytulił mnie mocno. Dałabym sobie głowę uciąć, że dostrzegłam jak jego oczy się świecą. Minęło już kilka tygodni, a ja nadal nie mogłam się przyzwyczaić do dobroci i miłości jaką obdarowali mnie wszyscy na Grimmuald Place.
- Talia! Chodź, musimy znaleźć sobie przedział.- zawołała Hermiona.
Zaciągnęłyśmy nasze kufry do pociągu. Moja mała sówka niespokojnie nastroszyła piórka.
- Jak ją nazwiesz?- spytała Ginny siłując się z bagażem.
- Hmmm... Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam.- odpowiedziałam, pomagając rudej.
Kiedy wreszcie wszyscy byli już w pociągu, ruszyliśmy korytarzem. Prawie każdy przedział który mijaliśmy był pełny. Po dłuższej chwili, idąc na czele, zobaczyłam wolne miejsca. Niestety nie byłam jedyna.
- Proszę, proszę. Kogo ja widzę?- mruknął drwiąco Draco Malfoy.
- Cześć.- powiedziałam bezbarwnym głosem patrząc mu prosto w szare tęczówki. Musiał wiedzieć że mnie w taki sposób nie złamie.
- A już myślałem, że wybierzesz sobie lepsze towarzystwo.- spojrzał zrezygnowany na grupkę za moimi plecami.
- Zamknij się fretko!- zagroziła Ginny.
- Zaraz, skąd ty go znasz?- zdziwił się Harry, który stanął koło mnie.
- Poznaliśmy się w księgarni, Potter. Co, już znudziła Ci się wiewióreczka i znalazłeś sobie nową pannę?- parsknął z wyższością ślizgon.
- Nie, Harry to mój brat.- powiedziałam. Blondyn przestał się śmiać. Jego wielkich rozmiarów koledzy wytrzeszczyli na mnie oczy.
- A teraz, jeśli pozwolisz, z chęcią bym już usiadła.- dodałam, widząc jego zdziwienie. Stanowczo podeszłam do drzwi przedziału, co zmusiło go do odsunięcia się. Spojrzałam na niego z rozbawieniem i satysfakcją.
- Przepraszamy was, ale musimy iść z Ronem do wagonu prefektów.- powiedziała Hermiona, niezbyt zadowolona. Szturchnęła Rona, który nadal wpatrywał się gniewnie w miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał Malfoy.
- Eeh, tak, tak. Wrócimy jak najszybciej.- dodał.
- My też musimy iść. Mamy interes z Lee Jordanem.- Powiedział George. We czwóro wyszli z przedziału. Rozsiedliśmy się wygodniej w siedzeniach.
- Nie powiedziałaś mi, że poznałaś Malfoy'a.- odezwał się nagle z wyrzutem Harry.
- Nie wiedziałam że to tak istotnie. Dopiero Hermiona i Ginny mi powiedziały że się nie znosicie. Gdybym wcześniej...
- Czyli Ginny i Hermiona o tym wiedziały?- uniósł wysoko brwi.
- No tak, ale to była bardziej taka babska paplanina, Jak widziałeś, nie rzuciłam mu się na szyję.- powiedziałam uspokajająco. Spojrzał na mnie niepewnie. Pchnęłam go lekko, żeby się rozchmurzył. Podziałało.
- Radziłbym Ci się trzymać od niego z daleka.- powiedział.
- Tak, wszyscy mi to powtarzają.- mruknęłam pod nosem.
- Talia, myślałaś już o zgłoszeniu się do drużyny?- odezwała się Ginny. Siedziała naprzeciwko mnie.
- Tak! Chyba się zgłoszę.- uśmiechnęłam się do niej.
- Jak to? Grasz w Quidditch'a?- zdziwił się Harry.
Godzinami rozmawialiśmy wyłącznie o grze. Mój brat dał mi kilka wskazówek a Ginny opowiedziała mi o damskich drużynach. Nim się obejrzeliśmy, za oknami zrobiło się ciemno. Narzuciliśmy szaty szkolne, a kufry stały już przy wyjściu.
Kiedy wyszliśmy na rześkie powietrze, zaczęłam się denerwować. Za niedługo miałam zostać przydzielona do jednego z czterech domów w Hogwarcie. Nagle poczułam jak ktoś chwyta moją dłoń.
- Nie stresuj się.- szepnęła mi do ucha Ginny. Kiwnęłam do niej głową i odwzajemniłam uścisk dłoni. Potrzebowałam tego. Razem ruszyłyśmy w stronę powozów. Z daleka rozpoznałam kościstą budowę testrali. Mieszkając w lesie, widywałam je dość często. Z książek od Pani Bathildy dowiedziałam się też że dostrzec mogą je Ci, którzy byli świadkami śmierci. Nie byłam w domu tamtej nocy, kiedy Voldemort zamordował moich rodziców. Jako sierota, błąkałam się po różnych miejscach i widziałam dużo. Niektórych zdarzeń nie chciałam pamiętać.
- Gdzie są pozostali?- spytałam.
- Nie wiem... Tam! Widzę ich.- Ginny wskazała jeden z powozów. Nasze zguby właśnie do niego wsiadały. Puściłyśmy się biegiem, przepychając się między ludźmi.
Nagle ktoś zatrzymał mnie ramieniem.
- Hej!- zawołałam w proteście. Podniosłam wzrok i po raz kolejny patrzyłam na blondyna ze Slytherinu.
- Nie mówiłaś, że jesteś siostrą Pottera. Jak to w ogóle możliwe?
- Mógł byś mnie puścić? Ginny!- próbowałam zawołać rudowłosą, która znikała już w tłumie uczniów. Nie dosłyszała mnie.
- Najpierw odpowiedz mi na pytanie.- naciskał Draco.
- Nie mam w nawyku przedstawiania mojego drzewa genealogicznego jako powitanie.- syknęłam.
- Cóż, gdybyś mnie ostrzegła, to nie zawracałbym sobie tobą głowy w księgarni.- stwierdził z pogardą.
- Nikt Cię o to nie prosił!- wyrwałam mu się. Szybko zaczęłam się rozglądać za przewozem który zajęli moi przyjaciele. Nie było go.
- Jak to możliwe, że Potter ma siostrę?- zaczął świdrować mnie wzrokiem.
- Nikt Ci nie powiedział skąd biorą się dzieci?- odpowiedziałam już bardzo poirytowana.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. Nikt o tobie nie wiedział, nigdy o tobie nie słyszał.
- Bo tak miało być.- powiedziała, zanim zdołałam ugryźć się w język. Ty idiotko! ; pomyślałam.
- Jak to?- w jego oczach widać było błyski ciekawości.
- Nie wiem jak tobie, ale nie uśmiecha mi się iść do Hogwartu na piechotę.- mruknęłam i wsiadłam do pierwszego, lepszego powozu. Odetchnęłam z ulgą. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś mnie obserwuje.
Tym kimś była dziewczyna o długich, jasnych włosach. Miała wielkie, niebieskie oczy, zwrócone w moją stronę. W rękach trzymała jakieś dziwne czasopismo. Do góry nogami.
- Cześć.- powiedziałam uprzejmie.
- Nigdy Cię nie widziałam. Jesteś nowa.- zauważyła.
- Zgadza się.
- Jestem Luna Lovegood.- uśmiechnęła się ciepło.
- Talia... Jestem Talia.- odpowiedziałam niepewnie.
- Wiem jak masz na nazwisko. Dużo osób mówiło o tobie w pociągu.- westchnęła.
Co?!
- Jak to?
- Jesteś siostrą Harry'ego Pottera. Ktoś to wszystkim rozpowiadał.- powiedziała marzycielskim głosem.
- A wiesz może kto?- spytałam zdenerwowana.
- Kilka chłopaków ze Slytherinu.
- Och... No cóż, stało się.- szepnęłam.
Przez resztę drogi żadna z nas się nie odezwała. Ciszę zakłócało jedynie ciche nucenie Luny. Kiedy wóz się zatrzymał, wyskoczyłam szybko na zewnątrz. Przed wielką bramą czekali na mnie Harry, Ron, Hermiona, Ginny, Fred i George. Już chciałam pobiec w ich stronę, ale odwróciłam się w stronę Luny, Stała samotnie przy testralach.
- Luna! Chodź z nami.- uśmiechnęłam się do niej.
- To miło z twojej strony.- powiedziała marzycielskim tonem i ruszyła w moją stronę.
Kiedy dotarłyśmy do reszty towarzystwa, Ginny i Hermiona rzuciły się na mnie.
- Gdzieś ty się podziewała?- zawołały. Kiedy wreszcie uwolniłam się od ich uścisków, spojrzałam na nie uspokajająco.
- Coś mnie zatrzymało.
- Biegłam w stronę powozu, a ty nagle zniknęłaś. Chciałam się wrócić, ale wóz już ruszył.- powiedziała Ginny.
- Mamy już naszą zgubę, a teraz chodźmy. Nie chcę się spóźnić na moją ulubioną tartę.- wtrącił się Fred.
Zamek przekraczał wszystkie moje oczekiwania. Był jeszcze piękniejszy niż sobie go wyobrażałam. Przed wejściem do Wielkiej Sali czekał Albus Dumbledore.
- Co on tu robi?- szepnął Ron. Zanim jednak ktoś zdążył coś odpowiedzieć, dyrektor szkoły ruszył w naszą stronę.
- Witajcie! Mam nadzieję że podróż była przyjemna. Niestety muszę wam porwać Talię. zaraz zacznie się Ceremonia Przydziału.- przywitał nas radośnie. Spojrzałam na swoich przyjaciół. Ginny i Hermiona uśmiechały się do mnie. Bliźniacy mieli grobowe miny, jakby to miał być mój ostateczny sąd, ale wiedziałam że tylko żartują. Ron posłał mi pocieszające spojrzenie. Harry objął mnie szybko.
- Będzie dobrze.- usłyszałam.
Idąc za Dumbledore'em czułam na sobie setki par oczu. Dyrektor zatrzymał się przed grupą młodych czarodziejów, która stała przed stołem nauczycielskim. Pierwszoroczni; pomyślałam.
- Zostaniesz wywołana na samym końcu. Nie denerwuj się, Tiara Przydziału nie ma w zwyczaju robienia komuś nazłość- mrugnął do mnie i odszedł. Stanęłam z boku grupy. Rozejrzałam się po Wielkiej Sali. Była wielka. Zamiast sklepienia, widziałam nad sobą nocne niebo. Na środku sali stały cztery długie stoły. Dostrzegłam moich znajomych. Rozmawiali, śmiali się. Modliłam się, żebym mogła do nich dołączyć.
- Witajcie moi drodzy! Miło was znowu zobaczyć! Mam nadzieję że wasze mózgownice zostały opróżnione podczas wakacji, gotowe na nowy rok szkolny. Zanim was jednak zanudzę przemową, chciałbym przywitać naszych nowych uczniów. Oby ten rok był dla was mniej przerażający, niż to sobie wyobrażacie. Niech nasza poczciwa Tiara Przydziału przydzieli was do odpowiednich domów!- po tych słowach, profesor Dumbledore usiadł.
Przed stół nauczycielski wyszła starsza czarownica w szmaragdowej szacie. Postawiła przed sobą taboret, a na nim tiarę. Po kolei wywoływała nowych uczniów. Stałam tam jak spetryfikowana. Im mniej dzieci stało obok mnie, tym bardziej byłam widoczna dla reszty w sali. Większość z nich obserwowała mnie. Słyszałam szepty. Merlinie, niech to się już skończy!
- Potter, Talia!- krzyknęła czarownica. Teraz Ci którzy nie wiedziały kim byłam, wpatrywali się na mnie ze zdziwieniem. Szepty stawały się głośniejsze.
- Cisza!- usłyszałam jakby z daleka. Usiadłam na taborecie. Nagle poczułam jak stara Tiara przykrywa mi czoło.
- Ha! Panna Potter! Nigdy bym nie uwierzyła, gdyby ktoś mi powiedział.- głos tiary słyszałam bardzo dokładnie, jakby był w mojej głowie.
- Masz dużo wspólnych cech z bratem, och tak. Odwaga, talent, bystry umysł. Trudne, bardzo trudne. Chęć pogłębiania wiedzy godna Ravencalw'u. Bezpośredniość, dobroć... może Hufflepuff? Spryt, talent, zaciętość... nadawałabyś się do Slytherinu. Tak, mogłabyś się tam dobrze odnaleźć. Jednak twoja odwaga, lojalność, mężne serce... Moc, wielka moc.- z każdym słowem tiary denerwowałam się coraz bardziej. Poczułam że ktoś stanął za moimi plecami. Profesorka szepnęła coś do mojego nakrycia głowy. Nastała krótka cisza.
- Gdzie by Cię tu przydzielić?
Panna Potter
Moje pierwsze tygodnie na Grimmuald Place minęły bardzo szybko. Wszyscy starali się żeby mieszkanie wyglądało bardziej przytulnie i miło. Codziennie było coś do zrobienia. Nie narzekałam. Podczas sprzątania rozmawiałam z Hermioną i Ginny, poznawałam się coraz lepiej z Harry'm, moim bratem i dużo żartowałam z bliźniakami i Ronem. Zaczynałam czuć że właśnie trafiłam do domu, do rodziny. Wszyscy byli dla mnie przemili. Po dwóch tygodniach harówki, nareszcie nadszedł wyczekiwany przeze mnie dzień. Mięliśmy się udać na Ulicę Pokątną, kupić wszystkie potrzebne przybory szkolne i książki. Hermiona i ja miałyśmy kupić sobie też nowe szaty. Jako że to były moje pierwsze zakupy szkolne, byłam bardzo podekscytowana. Nie mogłam się doczekać wybierania kociołków, składników na eliksiry i tym podobnych. Oczywiście mięliśmy zostać eskortowani. Jeden z członów Zakonu się nie zjawił. O Zakonie Feniksa dowiedziałam się dzień po moim przyjeździe. Wytłumaczono mi dlaczego istniał i co robili jego członkowie. Voldemort czegoś szukał. Wszystko wskazywało na to, że była to broń. Syriusz chciał nam zdradzić więcej szczegółów, ale Pani Molly kategorycznie mu tego zakazała. Stwierdziła że jesteśmy za młodzi i nie mogliśmy się mieszać w takie sprawy.
Nie mogąc dłużej czekać na spóźnioną eskortę, wyruszyliśmy wreszcie na Ulicę Pokątną. Jakimś cudem, wszyscy zmieściliśmy się w małym, starym Fordzie Anglia. Po niecałej godzinie staliśmy już w księgarni "Esy i Floresy". Mama rudzielców dała nam godzinę na znalezienie potrzebnych książek. Następnie mięliśmy się spotkać pod Apteką. Rozeszliśmy się po księgarni z listami w rękach. Razem z Harry'm ruszyliśmy między regałami w poszukiwaniu podręczników na lekcje Historii Magii.
- Nie możesz się doczekać, prawda?- powiedział cicho Harry.
- Tak! Dość sporo słyszałam o Hogwarcie i w końcu, za trzy dni tam będę!- uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Kątem oka dostrzegłam że mój brat nie wyglądał na szczęśliwego.
- Harry, nie przejmuj się. To że nie wszyscy wierzą Ci teraz, nie oznacza to, że sytuacja się nie zmieni.- poklepałam go po ramieniu.Widocznie wymuszony uśmiech nie dotarł do jego zielonych oczu.
- Harry! Musisz zobaczyć tą książkę! Ona chce pożreć włosy Ginny!- zawołał rozbawiony Ron.
- Idź, ja poszukam reszty książek.- pchnęłam go lekko w stronę Rona. Harry posłał mi lekki uśmiech, tym razem bardziej szczery.
Przeglądając swoją listę, doszłam do wniosku że zostały mi jeszcze tylko podręczniki od zielarstwa, opieki nad magicznymi zwierzętami i obrony przed czarną magią. Spojrzałam na wielki zegar wiszący na ścianie. Zostało mi jeszcze pół godziny, więc postanowiłam trochę się rozejrzeć. Nogi same zaprowadziły mnie w ciemniejszą część sklepu, gdzie księgi były cięższe, a tytuły mroczniejsze. Podeszłam do ostatniego regału, tuż przy tylnej ścianie księgarni. Eliksiry dla mistrzów, przeczytałam.
- To chyba nie jest odpowiednia księga dla Ciebie.- usłyszałam cichy głos zza moich pleców. Odwróciłam się szybko. Stał przede mną wysoki, młody czarodziej o jasnych włosach. Patrzył na mnie szarymi oczami, w których dostrzegłam rozbawienie i drwinę. Był ubrany w czarną koszulę i szare spodnie. Zbyt elegancko jak na mój gust, lecz mimowolnie spojrzałam w dół na moje ubranie. Zielony sweter i przetarte dżinsy.
- Po czym to wnioskujesz?- odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy.
Długi kontakt wzrokowy wcale mnie nie onieśmielał. Nigdy nie miałam z tym problemu. On chyba też nie.
- Po tym że nie wyglądasz na znawczynię eliksirów. Jesteś też młoda.- odparł.
Uniosłam lekko brew.
- Nie oceniaj książki po okładce.
- Zdziwiłabyś się ile można wyczytać z czyjegoś wyglądu.- zaśmiał się. Przewróciłam oczami i odłożyłam księgę na miejsce.
- Więc, który dział byś mi polecił?- spytałam sarkastycznie.
- Chyba szukasz książki do zielarstwa.- skinieniem wskazał na moją listę.
- A widzisz, mówiłeś że wiele można wyczytać z czyjegoś wyglądu, a tu proszę, jesteś nawet spostrzegawczy.- powiedziałam.
***
Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Czy ona miała jakiekolwiek pojęcie, z kim rozmawiała?
- Cóż, nie wyglądasz na głupią, więc radziłbym Ci uważać z kogo żartujesz.- syknąłem.
- To ma być komplement?- zaśmiała się. Posłałem jej lodowate spojrzenie, lecz nie zrobiło to na niej większego wrażenia. Kim ona była?
- Odebrałbym to jako ostrzeżenie.- powiedziałem cicho. Zrobiłem krok w jej stronę. Pułka odcięła jej drogę ucieczki. Wyglądała na lekko zirytowaną.
- Byłbyś tak miły i odsunął się?- warknęła. Skwitowałem to parsknięciem.
- Już nie w humorze na żarty?
- Wyjątkowo mi go popsułeś.
- Szkoda.- odczekałem chwilę, świdrując ją wzrokiem. Wytrzymała. Powoli odsunąłem się od niej. Rzuciła mi gniewne spojrzenie.
- Jestem Draco.- wyciągnąłem do niej rękę. Niepewnie ją uścisnęła.
- Talia.
- A więc, do zobaczenia w Hogwarcie, Talio.- posłałem jej szelmowski uśmiech i wyszedłem z księgarni.
Talia... Trzeba będzie ją nauczyć szacunku do lepszych ; pomyślałem.
***
Szybko znalazłam wszystkie potrzebne książki po czym dołączyłam do reszty. Obiecałam sobie że po kolacji, opowiem wszystko Ginny i Hermionie. Draco... Gdzieś już słyszałam to imię.
- Tutaj jesteś! Wszędzie Cię szukaliśmy!- zawołała rudowłosa - Masz już wszystko? Za dziesięć minut musimy być w Aptece.
Kiedy szliśmy do wyznaczonego miejsca podziwiałam po drodze sklepy. Oczywiście byłam już parę razy na Ulicy Pokątnej, ale nigdy na zakupach. Zazwyczaj po informacje. Wystawy były pełne przeróżnych rzeczy, zwierząt lub roślin. Panował tu straszny tłok. Mimo że nie tak często miałam do czynienia z tłumami, nie czułam się już tak dziwnie (przypomniała mi się wizyta w Ministerstwie Magii).Do naszych uszu doszedł znajomy głos. Zobaczyłam panią Weasley.
- Jesteście wreszcie! Kupiłam potrzebne rzeczy na eliksiry. Dziewczynki,- zwróciła się do nas - Idźcie kupić nowe szaty, spotkamy się w dziurawym kotle! Ginny, tobie też przyda się nowa szata.
- Naprawdę? Mamo, jeśli to kłopot...- zaczęła, ale matka uciszyła ją gestem.
- Idźcie już, jest jeszcze tyle do zrobienia! Chłopcy, za mną!
"Madame Malkin - Szaty na wszystkie okacje" przeczytałam. Weszłyśmy do środka. Przywitała nas przysadzista kobieta, o bardzo serdecznym uśmiechu.
- Dzień dobry! W czym mogę pomóc?
- Przyszłyśmy po nowe szaty szkolne.- odpowiedział Hermiona.
- Hogwart, tak? Już się robi! Stańcie sobie tam, przed lustrem, zaraz do was przyjdę.- powiedziała śpiewnym głosem i poszła na zaplecze.
- Talia, czemu ukrywałaś się w księgarni?- spytała Ginny.
- Wcale się nie chowałam.- zaśmiałam się- Rozglądałam się i ktoś mnie zatrzymał.
- Kim był ten ktoś?- Hermiona wychyliła się zza pleców rudowłosej.
- Ma na imię Draco.
- Malfoy! Miał blond włosy?
- Tak.
- To Draco Malfoy, Ślizgon o którym Ci opowiadałyśmy.- warknęła Ginny. Musiał zaleźć jej za skórę.
- To by wyjaśniało jego wyniosłość i przesadną pewność siebie.- stwierdziłam, przypominając sobie bieg "rozmowy" z Draco.
- Co Ci powiedział?- odezwała się Hermiona.
- Przeglądałam książki z działu w tylnej części sklepu. Stwierdził że nie są odpowiednie dla mnie.
- Kretyn! Wydaje mu się że jest lepszy od innych. Oczywiście jest w błędzie, nie bierz go na poważnie.- fuknęła Ginny. Jej twarz kolorem dorównywała już rudej grzywie.
- Nie zamierzam..- odpowiedziałam.
- Najlepiej trzymaj się od niego z daleka. Harry powie Ci to samo. To tak jak by jego nemezis.- dodała Hermiona. W tej samej chwili wróciła właścicielka sklepu.
- No! Zabieramy się do pracy!- zawołała, podchodząc do nas energicznym krokiem.
Upiłam łyk herbaty. Siedzieliśmy w dziurawym kotle. George siedzący obok mnie opowiadał mi o wynalazkach, nad którymi pracował razem z bratem. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Stała za mną kobieta o miedzianych włosach.
- Mam Ci to przekazać.- podała mi skrawek papieru.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się do kobiety.
Tylni stolik w lewym koncie. Przyjdź sama.
Rozejrzałam się dookoła. Nikt nie patrzył w moją stronę. Zawahałam się. Iść?
- Zaraz przyjdę.- powiedziała do Harry'ego, który siedział po jej drugiej stronie.
- Gdzie idziesz?- spytał.
- Idę po herbatę.- odparłam bez namysłu i odeszłam.
***
Spojrzałem na jej prawie pełny kubek parującej herbaty. Czyżby coś ukrywała? Różne teorie same zaczęły przelatywać mi przez myśli.
***
Siadłam przy odpowiednim stoliku. Nie było tu dużo ludzi a już na pewno nikt nie patrzył w tą stronę. Od kogo mógł być ten liścik? Nagle usłyszałam dźwięk odsuwanego krzesła.
- Witaj ptaszynko.- szepnęła Pani Bagshot. Miała na sobie pelerynę z kapturem, który przysłaniał jej prawie całą twarz.
- Pani Bathildo! Co Pani tutaj robi?- prawie piszczałam. Uciszyła mnie gestem.
- Nikt nie może się dowiedzieć że tu jestem.- powiedziała cicho.
- Czy coś się stało? Czemu nie było pani w Ministerstwie Magii?- zasypałam ją pytaniami.
- Nic się nie stało. Przynajmniej jeszcze.- rzuciła mi zaniepokojone spojrzenie- Twoja sowa została przechwycona przez Ministerstwo, nie dotarła do mnie. O wszystkim dowiedziałam się od Dumbledore'a. Odnalazłaś brata, tak?
- Tak, jest tutaj. Może go zawołam...
- Nie! Przyszłam Cię ostrzec ptaszyno.- mówiła cicho. Strach w jej głosie wzrastał z każdym słowem.
- Ostrzec? Przed czym?- zdziwiłam się.
- Za niedługo zaczną się dziać dziwne rzeczy. Musisz być ostrożna, bardzo ostrożna! Pamiętaj aby panować nad emocjami. Nie pozwól nikomu wyprowadzić się z równowagi.- wyszeptała, rozglądając się dookoła.
- Jakie dziwne rzeczy? O czym Pani mówi?
- Nie mogę! Przepraszam Cię, Talio... Uważaj na siebie!- ścisnęła moją dłoń. Wyglądała na przerażoną.
- Pani Bagshot, co się dzieje?- spytałam niepewnie. Staruszka zaczęła mnie niepokoić.
- Dopiero będzie się działo, dziecko. Obiecaj mi że będziesz ostrożna!
- Oczywiście, będę ostrożna. Pani Bagshot... - przerwała mi.
- Muszę już iść. Miej oczy szeroko otwarte. Ludzie którzy Cię otaczają, nie zawsze mają czyste intencje. Gdyby coś się stało, masz niezwłocznie iść do profesora Dumbledore'a, rozumiesz?- wytrzeszczyła na mnie oczy.
- Nic z tego nie rozumiem...- zaczęłam, ale ona wstała i w jednej chwili po prostu zniknęła.
Serce biło mi niemiłosiernie szybko, oddech przyśpieszył. Co to miało być? Jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej przerażonej. Co się miało dziać? O jakich ludziach mówiła Pani Bagshot? Zdezorientowana opadłam na oparcie krzesła i powoli wypuściłam powietrze. Jak ja miałam panować nad emocjami, skoro ma się dziać coś złego? Rozejrzałam się po lokalu. Na szczęście nikt nie obserwował tej przedziwnej sceny. Nagle napotkałam czyiś wzrok. Szare tęczowi wpatrywały się w mnie uważnie. Blondyn posłał mi szelmowski uśmiech. A tego skąd tu przywiało ; pomyślałam. Rzuciłam mu obojętne spojrzenie i wróciłam do brata i Weasley'ów.
- Gdzie twoja herbata?- spytał Harry, patrząc na mnie podejrzliwie.
Dopiero w tej chwili zorientowałam się że na stole przede mną już stał pełny kubek. Cholera.
- Powiedziałam że idę po herbatę? Miałam na myśli toaletę. Musiałam iść do toalety.- wymamrotałam. Nie potrafiłam kłamać. Efekt tylu lat samotności. Harry zmrużył oczy. Po chwili się rozluźnił i uśmiechnął się. Odetchnęłam z ulgą.
- Muszę przyzwyczaić się do tego, że od tej pory będę codziennie w towarzystwie dziewczyny. Jesteście strasznie skomplikowane.- parsknął. Klepnęłam go w ramie.
- Ginny! Znalazłam twój sweter!- krzyknęła jej matka z dołu.
- Idę mamo!- odkrzyknęła.
- O której odjeżdża jutro pociąg?- spytałam Hermiony, która właśnie sprawdzała czy wszystkie książki znajdują się w jej kufrze.
- Punkt jedenasta.- odpowiedziała.
Poszłam jej śladem i sprawdziłam czy wszystko spakowałam. Różdżka! Dumbledore miał mi ją przynieść. Usłyszałam dzwonek trzaśnięcie drzwiami. Martwiąc się, czy odzyskam różdżkę przed wyjazdem do Hogwartu, kątem oka dostrzegłam, że ktoś pojawił się w naszym pokoju.
- Dobry wieczór! Mam nadzieję że nie przeszkadzam.- zaśmiał się wysoki starzec, z długą, białą brodą.
- Profesorze! Właśnie...- umilkłam, kiedy wyciągnął w moją stronę różdżkę. Moją różdżkę.
- Tak sobie myślałem, że może Ci się przyda. Wybacz, że trwało to tak długo, ale Ministerstwo musiało sprawdzić każde jedno zaklęcie rzucone tą różdżką. Przekonywanie ich, że byłaś szkolona w domu również zajęło dużo czasu. Bo oczywiście nie wolno czarować poza szkołą, teraz tyczy się to też Ciebie.- mrugnął do mnie.
- Dziękuję.- powiedziałam. Włożyłam drewnianą różdżkę do kufra. Byłam gotowa.
- Obawiam się, że muszę was opuścić. Jutro już szkoła! Jeszcze tyle do zrobienia w Hogwarcie!
- Panie profesorze, przecież to te biedne skrzaty wszystko szykują! To one gotują, sprzątają i dbają o...- Hermiona zaczęła swój monolog, ale Dumbledore jej przerwał.
- Masz rację, panno Granger i uwierz, że jesteśmy im za to wszyscy bardzo wdzięczni. Masz moje słowo, że traktujemy je z szacunkiem...- tym razem to moja współlokatorka mu przerwała.
- Ale tu nie chodzi o szacunek! To znaczy, oczywiście że tak, ale one zasługują na wolność!- oburzyła się.
- Panno Granger. Przypadkiem podsłuchałem o pani pomyśle... WESZ, o ile dobrze zapamiętałem. Brakuje nam nowych klubów w szkole. Działaj! Ratuj skrzaty! Ja natomiast życzę wam przyjemnej podróży. Dobranoc.- uśmiechnął się starzec i wyszedł. Z trudem powstrzymałam śmiech.
- A żeby wiedział, że zadziałam!- fuknęła i poszła do łazienki z wysoko podniesioną głową. Korzystając z okazji, przebrałam się w piżamę. Leżąc w łóżku, wyobrażałam sobie zaczarowany sufit w Wielkiej Sali, o którym opowiadała mi Hermiona. Te wszystkie obrazy, stare mury, korytarze, dziedzińce... Na samą myśl gdzieś w środku budziło się we mnie bardzo ciepłe uczucie. To miał być wspaniały rok, a towarzyszyć mi będzie brat razem z przyjaciółmi.
- DZIEŃDOBEREK, WSKAKUJ W SWETEREK !!! NASZA MAŁA TALIA JEDZIE DO HOGWARTU!!
Ten wrzask skutecznie mnie obudził. Otworzyłam oczy i zobaczyłam bliźniaków z szerokimi uśmiechami na twarzach. Moich uszu doszły protesty i pomrukiwania moich współlokatorek.
- Wynocha!- jęknęła Ginny.
- Czemu tak smętnie? Dzisiaj kończą się wakacje!- zawołał Fred.
- Czeka na nas masa nauki!- dodał George.
- W tym roku na niektórych czekają sumy!- zauważył pierwszy bliźniak.
- A Filch na pewno nabrał formy!- uzupełnił go ten drugi.
- I ! Dzisiaj dowiemy się czy siostrzyczka naszego złotego chłoptasia będzie w Gryffindorze, czy raczej zostanie zdrajczynią i dostanie się do Slythrinu. Te czarne kudły i zielone oczy nie wróżą dobrze.- zaśmiał się George padając na moje łóżko, czym mnie z niego zrzucił.
- Oczywiście, tylko tak sobie żartuję. Masz naprawdę zacne kudły.- dodał i posłał mi łobuzerski uśmiech.
- Naprawdę? Dziękuję.- powiedziałam z nutką sarkazmu, pocierając plecy.
- No, dziewczęta! Szczotki w ruch, bo za niedługo śniadanie.- powiedział Fred, po czym razem z bratem opuścił pokój.
- Jak ty z nimi wytrzymujesz? - mruknęła Hermiona.
- Nie wiem.- odpowiedziała ruda, pocierając oczy.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę.- zawołałyśmy chórem.
W drzwiach stanął Harry. W ręce trzymał małą klatkę, okrytą ciemnym materiałem.
- Cześć, nie przeszkadzam?- zapytał niepewnie.
- Wchodź, wchodź.- powiedziała Ginny.
***
Przekroczyłem próg. A co jeśli jej się nie spodoba?; pomyślałem. Przypomniał mi się moment w którym to Hagrid kupił dla mnie sowę.
- Talia, wczoraj powiedziałem Ci, że możesz pożyczać Hedwigę. Doszedłem jednak do wniosku, że wolałabyś mieć własną sowę.- powiedziałem. Zdjąłem materiał z klatki.
Talia wyszczerzyła do mnie idealnie białe zęby. Szybko zerwała się z łóżka i przyjrzała się sówce. Była o wiele mniejsza od Hedwigi. Miała czarno, szaro brązowe piórka. Kiedy ją zobaczyłem, od razu pomyślałem że jej się spodoba. Nie byłem w tym dobry, ale miałem szczerą nadzieję że Talia się ucieszy.
- Harry! Dziękuję Ci bardzo! Jest naprawdę cudowna!- zawołała. Wzięła klatkę i uścisnęła mnie mocno. Odwzajemniłem uścisk.
- Cieszę się. Pomyślałem że Ci się przyda.- wymamrotałem.
- Jest idealna, bardzo, bardzo Ci dziękuję.- powiedziała, nadal się uśmiechając.
Odwróciłem się w stronę Hermiony i Ginny. Ruda uniosła kciuki w górę, a siedząca obok niej Hermiona pokiwała głową na znak aprobaty.
- To ja już wam nie przeszkadzam. Widzimy się na śniadaniu.- rzuciłem za siebie i wyszedłem.
W ciągu tych kilku tygodni, sporo dowiedziałem się o Talii. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, rozmawialiśmy na wiele tematów, ale dopiero niedawno dotarło do mnie że mam siostrę. Poczułem to. Byłem przerażony, zdezorientowany i zaskoczony, ale za to nie byłem sam. Miałem siostrę. Miałem rodzinę.
***
Zerknęłam w lustro. Prezentowałam się o wiele lepiej niż miesiąc temu, kiedy dostałam list z Ministerstwa i zmierzyłam się z śmierciożercą. Ginny splotła moje włosy w luźny warkocz opadający mi na plecy. Ubrałam czarny sweterek i dżinsy. Było w porządku. Upewniwszy się po raz kolejny że wszystko było spakowane, zeszłyśmy na dół.
- Dzień dobry, dziewczynki! Siadajcie szybko, musimy zdążyć na King's Cross.- przywitała nas Pani Weasley. Była poddenerwowana.
- Może ty zdołasz pilnować Harry'ego, żeby nie pakował się w kłopoty.- zaśmiał się Syriusz, który usiadł obok mnie.
- Zobaczę, co da się zrobić.- powiedziałam, odwzajemniając uśmiech.
- Coś mi się wydaje że Talia również odziedziczyła ten talent po ojcu.- odezwał się Pan Weasley.
- Moim zdaniem, to jest wykapana Lily.- usłyszałam nowy głos. Moody stanął w wejściu do kuchni. Poznałam go dwa tygodnie temu. Od razu wzbudził we mnie szacunek.
- Zjesz z nami, Alastorze?- spytała Pani Weasley.
- Nie kłopocz się, Molly. Za dwadzieścia minut chcę wszystkich widzieć na zewnątrz.- zerknąwszy na wszystkich po kolei, wyszedł.
Stałam jak zaczarowana. Patrzyłam na Express Hogwart. Z kotła lokomotywy buchała para. Pożegnaliśmy się już ze wszystkimi. Zdziwiłam się, kiedy Syriusz przytulił mnie mocno. Dałabym sobie głowę uciąć, że dostrzegłam jak jego oczy się świecą. Minęło już kilka tygodni, a ja nadal nie mogłam się przyzwyczaić do dobroci i miłości jaką obdarowali mnie wszyscy na Grimmuald Place.
- Talia! Chodź, musimy znaleźć sobie przedział.- zawołała Hermiona.
Zaciągnęłyśmy nasze kufry do pociągu. Moja mała sówka niespokojnie nastroszyła piórka.
- Jak ją nazwiesz?- spytała Ginny siłując się z bagażem.
- Hmmm... Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam.- odpowiedziałam, pomagając rudej.
Kiedy wreszcie wszyscy byli już w pociągu, ruszyliśmy korytarzem. Prawie każdy przedział który mijaliśmy był pełny. Po dłuższej chwili, idąc na czele, zobaczyłam wolne miejsca. Niestety nie byłam jedyna.
- Proszę, proszę. Kogo ja widzę?- mruknął drwiąco Draco Malfoy.
- Cześć.- powiedziałam bezbarwnym głosem patrząc mu prosto w szare tęczówki. Musiał wiedzieć że mnie w taki sposób nie złamie.
- A już myślałem, że wybierzesz sobie lepsze towarzystwo.- spojrzał zrezygnowany na grupkę za moimi plecami.
- Zamknij się fretko!- zagroziła Ginny.
- Zaraz, skąd ty go znasz?- zdziwił się Harry, który stanął koło mnie.
- Poznaliśmy się w księgarni, Potter. Co, już znudziła Ci się wiewióreczka i znalazłeś sobie nową pannę?- parsknął z wyższością ślizgon.
- Nie, Harry to mój brat.- powiedziałam. Blondyn przestał się śmiać. Jego wielkich rozmiarów koledzy wytrzeszczyli na mnie oczy.
- A teraz, jeśli pozwolisz, z chęcią bym już usiadła.- dodałam, widząc jego zdziwienie. Stanowczo podeszłam do drzwi przedziału, co zmusiło go do odsunięcia się. Spojrzałam na niego z rozbawieniem i satysfakcją.
- Przepraszamy was, ale musimy iść z Ronem do wagonu prefektów.- powiedziała Hermiona, niezbyt zadowolona. Szturchnęła Rona, który nadal wpatrywał się gniewnie w miejsce w którym jeszcze przed chwilą stał Malfoy.
- Eeh, tak, tak. Wrócimy jak najszybciej.- dodał.
- My też musimy iść. Mamy interes z Lee Jordanem.- Powiedział George. We czwóro wyszli z przedziału. Rozsiedliśmy się wygodniej w siedzeniach.
- Nie powiedziałaś mi, że poznałaś Malfoy'a.- odezwał się nagle z wyrzutem Harry.
- Nie wiedziałam że to tak istotnie. Dopiero Hermiona i Ginny mi powiedziały że się nie znosicie. Gdybym wcześniej...
- Czyli Ginny i Hermiona o tym wiedziały?- uniósł wysoko brwi.
- No tak, ale to była bardziej taka babska paplanina, Jak widziałeś, nie rzuciłam mu się na szyję.- powiedziałam uspokajająco. Spojrzał na mnie niepewnie. Pchnęłam go lekko, żeby się rozchmurzył. Podziałało.
- Radziłbym Ci się trzymać od niego z daleka.- powiedział.
- Tak, wszyscy mi to powtarzają.- mruknęłam pod nosem.
- Talia, myślałaś już o zgłoszeniu się do drużyny?- odezwała się Ginny. Siedziała naprzeciwko mnie.
- Tak! Chyba się zgłoszę.- uśmiechnęłam się do niej.
- Jak to? Grasz w Quidditch'a?- zdziwił się Harry.
Godzinami rozmawialiśmy wyłącznie o grze. Mój brat dał mi kilka wskazówek a Ginny opowiedziała mi o damskich drużynach. Nim się obejrzeliśmy, za oknami zrobiło się ciemno. Narzuciliśmy szaty szkolne, a kufry stały już przy wyjściu.
Kiedy wyszliśmy na rześkie powietrze, zaczęłam się denerwować. Za niedługo miałam zostać przydzielona do jednego z czterech domów w Hogwarcie. Nagle poczułam jak ktoś chwyta moją dłoń.
- Nie stresuj się.- szepnęła mi do ucha Ginny. Kiwnęłam do niej głową i odwzajemniłam uścisk dłoni. Potrzebowałam tego. Razem ruszyłyśmy w stronę powozów. Z daleka rozpoznałam kościstą budowę testrali. Mieszkając w lesie, widywałam je dość często. Z książek od Pani Bathildy dowiedziałam się też że dostrzec mogą je Ci, którzy byli świadkami śmierci. Nie byłam w domu tamtej nocy, kiedy Voldemort zamordował moich rodziców. Jako sierota, błąkałam się po różnych miejscach i widziałam dużo. Niektórych zdarzeń nie chciałam pamiętać.
- Gdzie są pozostali?- spytałam.
- Nie wiem... Tam! Widzę ich.- Ginny wskazała jeden z powozów. Nasze zguby właśnie do niego wsiadały. Puściłyśmy się biegiem, przepychając się między ludźmi.
Nagle ktoś zatrzymał mnie ramieniem.
- Hej!- zawołałam w proteście. Podniosłam wzrok i po raz kolejny patrzyłam na blondyna ze Slytherinu.
- Nie mówiłaś, że jesteś siostrą Pottera. Jak to w ogóle możliwe?
- Mógł byś mnie puścić? Ginny!- próbowałam zawołać rudowłosą, która znikała już w tłumie uczniów. Nie dosłyszała mnie.
- Najpierw odpowiedz mi na pytanie.- naciskał Draco.
- Nie mam w nawyku przedstawiania mojego drzewa genealogicznego jako powitanie.- syknęłam.
- Cóż, gdybyś mnie ostrzegła, to nie zawracałbym sobie tobą głowy w księgarni.- stwierdził z pogardą.
- Nikt Cię o to nie prosił!- wyrwałam mu się. Szybko zaczęłam się rozglądać za przewozem który zajęli moi przyjaciele. Nie było go.
- Jak to możliwe, że Potter ma siostrę?- zaczął świdrować mnie wzrokiem.
- Nikt Ci nie powiedział skąd biorą się dzieci?- odpowiedziałam już bardzo poirytowana.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. Nikt o tobie nie wiedział, nigdy o tobie nie słyszał.
- Bo tak miało być.- powiedziała, zanim zdołałam ugryźć się w język. Ty idiotko! ; pomyślałam.
- Jak to?- w jego oczach widać było błyski ciekawości.
- Nie wiem jak tobie, ale nie uśmiecha mi się iść do Hogwartu na piechotę.- mruknęłam i wsiadłam do pierwszego, lepszego powozu. Odetchnęłam z ulgą. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś mnie obserwuje.
Tym kimś była dziewczyna o długich, jasnych włosach. Miała wielkie, niebieskie oczy, zwrócone w moją stronę. W rękach trzymała jakieś dziwne czasopismo. Do góry nogami.
- Cześć.- powiedziałam uprzejmie.
- Nigdy Cię nie widziałam. Jesteś nowa.- zauważyła.
- Zgadza się.
- Jestem Luna Lovegood.- uśmiechnęła się ciepło.
- Talia... Jestem Talia.- odpowiedziałam niepewnie.
- Wiem jak masz na nazwisko. Dużo osób mówiło o tobie w pociągu.- westchnęła.
Co?!
- Jak to?
- Jesteś siostrą Harry'ego Pottera. Ktoś to wszystkim rozpowiadał.- powiedziała marzycielskim głosem.
- A wiesz może kto?- spytałam zdenerwowana.
- Kilka chłopaków ze Slytherinu.
- Och... No cóż, stało się.- szepnęłam.
Przez resztę drogi żadna z nas się nie odezwała. Ciszę zakłócało jedynie ciche nucenie Luny. Kiedy wóz się zatrzymał, wyskoczyłam szybko na zewnątrz. Przed wielką bramą czekali na mnie Harry, Ron, Hermiona, Ginny, Fred i George. Już chciałam pobiec w ich stronę, ale odwróciłam się w stronę Luny, Stała samotnie przy testralach.
- Luna! Chodź z nami.- uśmiechnęłam się do niej.
- To miło z twojej strony.- powiedziała marzycielskim tonem i ruszyła w moją stronę.
Kiedy dotarłyśmy do reszty towarzystwa, Ginny i Hermiona rzuciły się na mnie.
- Gdzieś ty się podziewała?- zawołały. Kiedy wreszcie uwolniłam się od ich uścisków, spojrzałam na nie uspokajająco.
- Coś mnie zatrzymało.
- Biegłam w stronę powozu, a ty nagle zniknęłaś. Chciałam się wrócić, ale wóz już ruszył.- powiedziała Ginny.
- Mamy już naszą zgubę, a teraz chodźmy. Nie chcę się spóźnić na moją ulubioną tartę.- wtrącił się Fred.
Zamek przekraczał wszystkie moje oczekiwania. Był jeszcze piękniejszy niż sobie go wyobrażałam. Przed wejściem do Wielkiej Sali czekał Albus Dumbledore.
- Co on tu robi?- szepnął Ron. Zanim jednak ktoś zdążył coś odpowiedzieć, dyrektor szkoły ruszył w naszą stronę.
- Witajcie! Mam nadzieję że podróż była przyjemna. Niestety muszę wam porwać Talię. zaraz zacznie się Ceremonia Przydziału.- przywitał nas radośnie. Spojrzałam na swoich przyjaciół. Ginny i Hermiona uśmiechały się do mnie. Bliźniacy mieli grobowe miny, jakby to miał być mój ostateczny sąd, ale wiedziałam że tylko żartują. Ron posłał mi pocieszające spojrzenie. Harry objął mnie szybko.
- Będzie dobrze.- usłyszałam.
Idąc za Dumbledore'em czułam na sobie setki par oczu. Dyrektor zatrzymał się przed grupą młodych czarodziejów, która stała przed stołem nauczycielskim. Pierwszoroczni; pomyślałam.
- Zostaniesz wywołana na samym końcu. Nie denerwuj się, Tiara Przydziału nie ma w zwyczaju robienia komuś nazłość- mrugnął do mnie i odszedł. Stanęłam z boku grupy. Rozejrzałam się po Wielkiej Sali. Była wielka. Zamiast sklepienia, widziałam nad sobą nocne niebo. Na środku sali stały cztery długie stoły. Dostrzegłam moich znajomych. Rozmawiali, śmiali się. Modliłam się, żebym mogła do nich dołączyć.
- Witajcie moi drodzy! Miło was znowu zobaczyć! Mam nadzieję że wasze mózgownice zostały opróżnione podczas wakacji, gotowe na nowy rok szkolny. Zanim was jednak zanudzę przemową, chciałbym przywitać naszych nowych uczniów. Oby ten rok był dla was mniej przerażający, niż to sobie wyobrażacie. Niech nasza poczciwa Tiara Przydziału przydzieli was do odpowiednich domów!- po tych słowach, profesor Dumbledore usiadł.
Przed stół nauczycielski wyszła starsza czarownica w szmaragdowej szacie. Postawiła przed sobą taboret, a na nim tiarę. Po kolei wywoływała nowych uczniów. Stałam tam jak spetryfikowana. Im mniej dzieci stało obok mnie, tym bardziej byłam widoczna dla reszty w sali. Większość z nich obserwowała mnie. Słyszałam szepty. Merlinie, niech to się już skończy!
- Potter, Talia!- krzyknęła czarownica. Teraz Ci którzy nie wiedziały kim byłam, wpatrywali się na mnie ze zdziwieniem. Szepty stawały się głośniejsze.
- Cisza!- usłyszałam jakby z daleka. Usiadłam na taborecie. Nagle poczułam jak stara Tiara przykrywa mi czoło.
- Ha! Panna Potter! Nigdy bym nie uwierzyła, gdyby ktoś mi powiedział.- głos tiary słyszałam bardzo dokładnie, jakby był w mojej głowie.
- Masz dużo wspólnych cech z bratem, och tak. Odwaga, talent, bystry umysł. Trudne, bardzo trudne. Chęć pogłębiania wiedzy godna Ravencalw'u. Bezpośredniość, dobroć... może Hufflepuff? Spryt, talent, zaciętość... nadawałabyś się do Slytherinu. Tak, mogłabyś się tam dobrze odnaleźć. Jednak twoja odwaga, lojalność, mężne serce... Moc, wielka moc.- z każdym słowem tiary denerwowałam się coraz bardziej. Poczułam że ktoś stanął za moimi plecami. Profesorka szepnęła coś do mojego nakrycia głowy. Nastała krótka cisza.
- Gdzie by Cię tu przydzielić?
niedziela, 5 lipca 2015
Rozdział II Niespodziewana niespodzianka
Witajcie!
Z rozdziałem drugim uwinęłam się dość szybko, napisałam go w dwa dni.
Chcę podziękować mamie, za sprawdzenie czy nie było błędów ;p
Mam szczerą nadzieję że się Wam spodoba i oczywiście jestem
ciekawa Waszych opinii, które możecie napisać w komentarzach!
Krytyka mile widziana! Jeśli macie dla mnie jakieś rady, piszcie.
Miłego czytania,
Panna Potter.
Z rozdziałem drugim uwinęłam się dość szybko, napisałam go w dwa dni.
Chcę podziękować mamie, za sprawdzenie czy nie było błędów ;p
Mam szczerą nadzieję że się Wam spodoba i oczywiście jestem
ciekawa Waszych opinii, które możecie napisać w komentarzach!
Krytyka mile widziana! Jeśli macie dla mnie jakieś rady, piszcie.
Miłego czytania,
Panna Potter.
Pan Weasley stanął przed starym autem. Ford Anglia, Bob uwielbiał takie starocie.
- Gotowi?- spytał Pan Artur.
- Tak- odpowiedzieliśmy jednocześnie z Ronem. Usiedliśmy na tylnym siedzeniu.
- Dzisiaj niestety nie możemy polecieć. Jest za duży tłok- poinformował nas kierowca. Dopiero teraz zauważyłam, że Pan Weasley nie siedzi za kierownicą. Młodszy rudzielec zauważył moje zdziwienie.
- Zostaniemy eskortowani. Wiesz... tak dla bezpieczeństwa.- szepnął. Potaknęłam.
- Jest aż tak źle?- spytałam.
- Nie czytałaś Proroka Codziennego?
- Nie miałam okazji...- spojrzałam na niego wymownie.
- Ach, no tak. Sama-Wiesz-Kto powrócił. Harry to widział, był przy tym, ale nikt mu nie chce wierzyć. Prorok robi z niego i Dumbledore'a wariatów. Ministerstwo chce wszystko zatuszować.- opowiedział Ron.
- Jak to?! Czemu im nie wierzą? Po co mieli by kłamać?
- Harry'ego przedstawili jako nastoletniego smarkacza, domagającego się uwagi, a profesora jako starego szaleńca. Ludzie w to uwierzyli. Nie mam pojęcia dlaczego.- spuścił głowę, zrezygnowany.
- Ron... mogę się Ciebie o coś spytać?- zaczęłam niepewnie.
- Oczywiście.
- Jaki jest Harry?
- Cóż, podobny do Ciebie.- parsknął- A jeśli chodzi o cechy... Sama się przekonasz. Tylko ostatnio trochę dziwnie się zachowuje... Myślę, że to wszystko, przez co przeszedł zaczyna go przerastać. Ale Hermiona i ja staramy się mu pomóc.
- Hermiona?
- Taak, nasza przyjaciółka. Polubisz ją.- kąciki ust rudzielca uniosły się lekko.
- Co masz na myśli mówiąc, że Harry dziwnie się zachowuje?
- Bardzo łatwo go zirytować, prawie się nie śmieje, jest bardzo zamknięty w sobie. Mam nadzieję że jego reakcja, kiedy Cię zobaczy, nie będzie zbyt... wybuchowa.- mruknął Ron. Nie pomyślałam o tym. Co jeśli Harry wcale nie chciał mnie poznać? Co jeśli mnie nie zaakceptuje? Stare zmartwienia zastąpiły nowe.
- No, dzieciaki. Jesteśmy.- zawołał Pan Weasley. Trzęsącymi się dłońmi otworzyłam drzwiczki od auta. Stanęliśmy przed rzędem domów. Rozejrzałam się po okolicy. Był bardzo pochmurny dzień. Nagle usłyszałam swoje imię.
- Talia! Jesteś bardzo rozkojarzona.- zaśmiał się Ron- Chodź do środka.
Dopiero kiedy się odwróciłam, zdałam sobie sprawę, że wcześniej nie widziałam mieszkania numer dwanaście. Teraz stałam przed jego drzwiami. Eh, ta magia.
***
- Harry, pomożesz mi z tą szafką?- usłyszałem głos Hermiony.
- Tak. Coś się w niej gnieździ?- spytałem wstając z fotela.
- Nie. Syriusz powiedział że są w niej same niepotrzebne rzeczy.
Bez dalszej rozmowy zaczęliśmy opróżniać szafkę stojącą w salonie. Dom powoli zaczynał przypominać miejsce w którym można normalnie funkcjonować, ale nadal był bardzo przygnębiający. Co musiał czuć Syriusz, nie mogąc się stąd ruszyć tak długi czas? Na samą myśl robiło mi się głupio, że użalałem się tak nad sobą. Dwa miesiące u wujostwa nie mogły być gorsze od tej ruiny. Z drugiej strony, mogli mnie powiadomić o tym, co się tutaj działo. Ta niewiedza, bezradność... Zwłaszcza kiedy On powrócił... To było nie do wytrzymania. Przecież to ja przed nim stałem, to ja z nim walczyłem. Czemu więc Ron i Hermiona zostali wtajemniczeni, a ja nie? Ogarnęła mnie nagła fala złości. Stawiłem czoła Voldemotowi już kilka razy, a co zrobili moi przyjaciele? Z zamyślenia wyrwał mnie trzask drzwi. Po chwili zobaczyłem Rona stojącego w wejściu do salonu.
- Harry, Hermiona, chodźcie ze mną do kuchni. Musicie kogoś poznać.- wydyszał podekscytowany.
- Kogo?- zapytała Hermiona.
-Sama się przekonaj.- powiedział oddalając się do kuchni. Spojrzałem niepewnie na moją przyjaciółkę. Ona tylko wzruszyła ramionami i wstała. Poszedłem jej śladem.
Bez większego przekonania, lub entuzjazmu zszedłem do kuchni. Pani Weasley, w wyśmienitym nastroju, szykowała obiad, posyłając wszystkim swój ciepły uśmiech. Pan Weasley rozmawiał zawzięcie z Lupinem. Bliźniacy i Ginny, najwidoczniej bardzo podekscytowani, również z kimś rozmawiali. Tylko z kim? Dziewczyna siedziała tyłem do wejścia.
Widziałem tylko jej czarne, długie loki. Ginny zerknęła na mnie z wyczekiwaniem w oczach. Czarnowłosa odwróciła się w moją stronę. Intensywnie zielone tęczówki patrzyły prosto na mnie. Strach, niepewność, nadzieja... Jej wzrok wyrażał tyle emocji naraz. Stałem jak wryty. Ja ją skądś znałem, tylko skąd? A może kogoś mi przypominała?
- Cześć Harry.- powiedziała cicho, ale usłyszałem ją.
Nagle przypomniał mi się krzyk mojej matki, kiedy Voldemort ją zabijał. Jej głos... Jej głos był tak podobny do głosu tej dziewczyny. Jej oczy...
- Harry, ta młoda dama ma na imię Talia.- usłyszałem Syriusza, jakby z oddali - Sądzę że powinniście zamienić ze sobą parę zdań.
- Dzieci, na górę do swoich pokoi. Obiad zjemy później.- zawołała Pani Weasley. Wszyscy zaczęli opuszczać kuchnię. Przechodząc obok Talii, Pani Weasley uścisnęła dziewczynę i szepnęła jej coś do ucha. Nie podobała mi się ta sytuacja. Co się tutaj działo?
- Przygotuj się,- zaczął Fred - Na bombę.- dokończył George, potem oboje przeszli przez drzwi. Kiedy zostaliśmy sami, Talia wstała niepewnie i zrobiła krok w moją stronę. Widać było że się nad czymś wahała. Wyciągnęła dłoń. Uścisnąłem ją.
- To o czym będziemy rozmawiać?- spytałem.
- Cóż, najpierw bym chciała, żebyś mnie wysłuchał. To bardzo ważne.- powiedziała patrząc mi prosto w oczy. Jej spojrzenie strasznie onieśmielało. To tak jakby miała dostęp to każdego zakamarka twoich myśli.
- Dobrze.- mruknąłem i usiadłem przy stole. Talia zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
- To chyba zacznę od początku.- przyjęła stanowczy, już bardziej odważny ton - To co Ci teraz powiem, może być wstrząsające. Istnieje też możliwość że mi nie uwierzysz. Jednak muszę z Tobą o tym porozmawiać. Piętnaście lat temu, w Dolinie Godryka zginęli twoi rodzice...
- Tak, wiem o tym.- przerwałem jej. Nie miałem zamiaru wysłuchiwać jak ktoś opowiada o tamtym zdarzeniu.
- Harry, prosiłam Cię żebyś mnie wysłuchał.
- Przepraszam.- wymamrotałem.
- Tamtej nocy straciłeś rodziców. Ja wiem co czujesz, bo również ich straciłam.- przerwała na chwilę.
- Czy to jest jakaś terapia? Bo jeśli tak, to ja naprawdę jej nie potrzebuję.
- Nie to nie jest terapia. Chodzi o to... Jak ja mam Ci to powiedzieć... Harry, nie tylko ty straciłeś swoich rodziców.- patrzyła na mnie niepewnie - Może inaczej... Kiedy Voldemort przybył do Doliny, byłam w twoim wieku. Mama poprosiła sąsiadkę, żeby się mną zajęła. Nie było mnie więc w domu. Po jakimś czasie, z tego co mi powiedziano, rozległ się krzyk. Dochodził on z mojego domu. Pani Bathilda Bagshot, sąsiadka która się mną zajmowała, wzięła mnie ze sobą, żeby sprawdzić Co się stało. On zabił moich rodziców. To znaczy... Naszych rodziców.- spuściła wzrok.
Co? Naszych rodziców? O czym ona mówiła?
Co? Naszych rodziców? O czym ona mówiła?
- Chyba Cię źle zrozumiałem...
- Nie, dobrze mnie zrozumiałeś.
- Nie, nie, nie. To nie możliwe...
- A jednak...
- Przestań.
- Harry, przecież...
- Przestań!
- Nie.
- TO NIE JEST TEMAT DO ŻARTÓW! - nie mogłem wytrzymać. Co ona sobie wyobrażała?! Serce biło mi niemiłosiernie szybko. Złość wzrastała z każdą sekundą, choć gdzieś głęboko wiedziałem, że powinienem się uspokoić.
- Myślisz że żartuję?! Kto jak kto, ale ty chyba powinieneś mnie zrozumieć!
- Co masz namyśli?- warknąłem.
- Prorok Codzienny, Ministerstwo... Nikt Ci nie wierzy, że widziałeś Voldemorta!- uniosła się.
- Pewnie jesteś jedną z nich.
- Wręcz przeciwnie. Ja Ci wierzę. Szukałam Cię trzy lata. Myślałam że musimy trzymać się razem, że po tym co się stało, powinniśmy się wspierać...
- Jak wytłumaczysz fakt, że nigdy o tobie nie wiedziałem? Że nie trafiłaś do wujostwa razem ze mną?- szepnąłem z lekką satysfakcją w głosie.
- Rzecz w tym, Harry, że nikt nie mógł dowiedzieć się o moim istnieniu. Sam Dumbledore tego chciał. Podobno miał mnie na oku przez te wszystkie lata. Zanim mnie zapytasz czemu musiałam się ukrywać, muszę się przyznać, że nie wiem. Pytałam się Pani Bagshot, ale nie mogła mi powiedzieć. Nie mam pojęcia. Ale wiem jedno. Jesteśmy rodzeństwem, mamy teraz tylko siebie.- to ostatnie zdanie wypowiedziała bardzo cicho. Nie wiedziałem co powiedzieć. Co jeśli mówiła prawdę? Odchrząknąłem i podniosłem krzesło, które wcześniej przewróciłem.
- Gdzie się ukrywałaś?- spytałem, już spokojnie.
- Wszędzie.
***
Patrzyłam na Harry'ego. Obserwowałam, jak jego wyraz twarzy zmieniał się co minutę. Czy właśnie taki był? Przecież Ron mnie ostrzegał, pomyślałam. Ciężar tragicznych przeżyć rzeczywiście musiał go już przerastać.
- Zostawałam przekazywana z rodziny, do rodziny. Pewnego dnia nie mogłam tego już wytrzymać. Uciekłam. Błąkając się ulicami, spotkałam piekarza, który się mną zajął. Pani Bathilda też mnie odwiedzała.- streściłam.
- Och.
- Harry, ja naprawdę Cię nie okłamuję. Bo i po co?
- Nie wiem po co miałabyś to robić. Pamiętasz coś z tamtej nocy?- wymamrotał niepewnie.
- Pamiętam tylko ten krzyk. A ty?
- Też go pamiętam. Wiem jeszcze że widziałem zielone światło.- przerwał. Wahając się, położyłam dłoń na jego dłoni. Poczułam że się wzdrygnął, ale nie cofnął ręki. Chyba najgorsze miałam już za sobą, a przynajmniej miałam taką nadzieję.
- Przepraszam.- powiedział nagle.
- Za co?
- Za to że się tak uniosłem.
- Szczerze mówiąc, zdziwiłabym się, gdybyś zareagował inaczej. Wiadomość, że nagle ma się siostrę nie należy do tych zwyczajnych.- zaśmiałam się.
- Nie karzmy im już dłużej czekać z obiadem.- Harry wstał powoli. Kierowana jakimś dziwnym impulsem, obeszłam stół i przytuliłam się do brata. Przez pierwszą chwilę stał tylko, nie wiedząc chyba co robić, ale w końcu odwzajemnił uścisk. Nagle, przez drzwi wpadli bliźniacy, a za nim Ginny, Hermiona i Ron.
- Jak słodko!- zawołał Fred.
- Daj im spokój!- żachnęła się Hermiona, po czym posłała mi przepraszający uśmiech.
- Podsłuchiwaliście?- zaśmiał się Harry.
- Uszy dalekiego zasięgu.- wytłumaczyła Ginny - Talia, usiądź koło mnie.- wskazała mi krzesło.
- Oho, ja bym na twoim miejscu uważał Harry. Ginny już się dobiera do twojej siostry, stworzy kolejnego diabła.- jęknął z udawanym strachem George.
- Zamknijcie się.- zawołała Ginny. Na przeciwko mnie siedziała Hermiona, bacznie mi się przyglądając. Po mojej drugiej stronie usiadł Harry. Wszyscy zaczęliśmy rozmawiać o Hogwarcie. Opowiadali mi, czego mogę się spodziewać. Bliźniacy zakładali się do którego domu mogłam trafić. Padło na Gryffindor.
- A co jeśli Tiara Przydziału również będzie się wahać? Tak jak przy Harry'ym.- zauważyła Hermiona.
- Freddie! Dopiero teraz do mnie dotarło, że już nie jesteśmy jedynymi bliźniakami w tym domu!- krzyknął George.
- A wiesz, że myślałem o tym samym, braciszku? Tylko że oni nie są identyczni, więc nasza posada jest jeszcze po części bezpieczna.- odparł Fred. W tym momencie do kuchni weszli Państwo Weasleyowie, Syriusz, Lupin, Bill i Charlie. Wszystkich poznałam wcześniej, przed rozmową z Harry'ym.
- Spodziewaliśmy się głośniejszej kłótni.- odezwał się Charlie - Szybko się z nim rozprawiłaś.
- Charlie! Najważniejsze, że Harry nie jest już sam.- powiedziała Pani Weasley.
- Harry nie był sam.- włączył się Syriusz- Miał mnie i was.
- Och, wiesz o co mi chodzi Syriuszu! Oczywiście że Harry jest dla mnie jak syn, ale bardzo się cieszę że Talia go znalazła.
- Gdyby nie Ron, to by mnie tu nie było.- wtrąciłam szybko. Kątem oka dostrzegłam lekki uśmiech Hermiony.
- Właśnie, Ron! Skąd wiedziałeś że to ona?- zawołała Ginny.
- Cóż... Pamiętasz jak tydzień temu było to ważne zebranie? Poprosiłaś mnie żebym zrobił Ci herbatę. Usłyszałem to i owo. Tata kazał mi nic wam nie mówić, dopóki jej nie znajdziemy. Kiedy ją zobaczyłem, musisz przyznać że są podobni, od razu ją rozpoznałem.- opowiedział Ron.
- Szukaliście mnie?- zapytałam zaskoczona.
- Oczywiście że tak. Musieliśmy Cię zabrać w bezpieczne miejsce, zanim ktoś inny by...- zaczął Lupin, ale mu przerwałam.
- Obawiam się że już mnie znaleźli.
- Co?- żachnął się Harry.
- Dzień przed moją wizytą w Ministerstwie, w piekarni. Dostałam list, czytałam go i nie zauważyłam kiedy śmierciożerca dostał się do środka. Torturował Boba. Powiedział że wiedzą o mnie wszystko. Mówił też że... że Voldemort... Nie pamiętam dokładnie, wszystko działo się tak szybko.- czułam się źle, nie mówiąc całej prawdy o wizycie śmierciożercy. Nie chciałam mówić o tym przy nich wszystkich.
- Arturze, musisz wysłać sowę do Dumbledore'a.- szepnęła Pani Weasley. Wszyscy patrzyli na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Załatwiłaś go?- zapytał podekscytowany George.
- Użyłam Drętwoty.
- Ech, to musiał być początkujący. Spokojnie mógł odbić zaklęcie.- powiedział Fred.
- Nie jeśli użyło się zaklęcia niewerbalnego.- uśmiechnęłam się zgryźliwie.
- Zaklęcie niewerbalne? Przecież ty nie chodziłaś do szkoły! Jak to możliwe?!- oburzył się George.
- George!- fuknęła jego matka.
- To nie znaczy, że się nie uczyłam. Musiałam sobie jakoś dać radę, prawda?
- Skoro tak... Jak już będziemy w Hogwarcie, trzymaj się nas.- zaśmiał się George ,a Fred pokiwał głową.
- Rozważę tą propozycję.- odpowiedziałam.
- Dobrze, już! Smacznego wszystkim! - zawołał Syriusz.
Po obiedzie wszyscy udaliśmy się do swoich pokoi. Dzieliłam sypialnię z Ginny i Hermoiną. Leżąc na swoich łóżkach, opowiadały mi dalej o Hogwarcie. Byłam bardzo ciekawa jak tam było. Bałam się reakcji uczniów na wiadomość, że miałam na nazwisko Potter.
- Mam nadzieję że trafisz do Gryffindoru. Gdybyś była w Slitherinie, musiałabyś się męczyć z tymi nadętymi cymbałami.- westchnęła Ginny, wyciągając się wygodnie na swoim łóżku, które stało naprzeciwko mojego.
- W jaki sposób Tiara ma mnie przydzielić do właściwego domu?- zapytałam.
- Gryfoni słyną z odwagi, mężnych serc i lojalności, Ślizgoni ze sprytu, wyniosłości i talentu, a przynajmniej tak mówią. Tak naprawdę to są zwykłymi snobami, zazwyczaj mają bogatych rodziców, przez co myślą że są lepsi od wszystkich. Krukoni są inteligentni, pragną więcej i więcej wiedzy. Puchoni to wrażliwcy, są zazwyczaj bardzo przyjaźni. Tiara potrafi dotrzeć do tego jaki jesteś i na podstawie wniosków które wyciągnęła, przydziela Cię do właściwego domu.- wytłumaczyła mi Hermiona. Dokąd ja miałam trafić?
- Chyba nie lubicie Ślizgonów, prawda?- parsknęłam.
- To już stało się tradycją. Gryffindor i Slytherin od zawsze ze sobą rywalizują, a zwłaszcza, jeśli chodzi o Quidditcha.- mruknęła Ginny.
- Uwielbiam Quidditcha! Dostałam miotłę od mojej trzeciej rodziny zastępczej, ale niestety ktoś mi ją ukradł.- wspomnieniami wróciłam do tego cudownego uczucia, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy dosiadałam miotły.
- To chyba u was rodzinne. Może chciałabyś się zgłosić do drużyny? Gdybyś była w Gryffindorze, ty i Harry gralibyście razem! Zacieśnilibyście więzi braterskie i tak tam.- zawołała Ginny. W tym samym momencie do pokoju wpadli Harry, Ron i bliźniacy.
- Nikt was nie nauczył pukać?- powiedziały jednocześnie moje współlokatorki.
- Grzeczniej moje panie. Chcemy wam tylko dotrzymać towarzystwa.- zaśmiał się George. On i jego brat usiedli na łóżku Hermiony (nie wyglądała na zadowoloną), Ron usadowił się koło Ginny a Harry obok mnie. Uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Nie mogłam uwierzyć, że obeszło się bez cichych dni, bez większych awantur, czy też nienawiści.
- Było nam całkiem dobrze, dziękujemy.- wymamrotała Hermiona.
- Wolisz żeby matka nas teraz zagoniła do sprzątania? Powiedzieliśmy, że chcemy porozmawiać z Talią.- powiedział Ron.
- Co oczywiście jest prawdą.- dodał Fred - Podsłuchaliśmy rozmowę rodziców i reszty. Podobno Lucjusz Malfoy już wie o tobie.- dokończył drugi bliźniak.
- Nie dziwię się, przecież jest śmierciożercą. A jeśli ten, którego spotkała Talia nie kłamał, to rzeczywiście wszyscy już muszą wiedzieć.- powiedział Harry.
- Lucjusz Malfoy? Coś mi to mówi...- mruknęłam pod nosem.
- To arystokrata, jest bardzo wpływowy i ma wtyki w Ministerstwie. Jego syn, Draco Malfoy też jest w Hogwarcie. Oczywiście to Ślizgon. - odezwała się Hermiona.
- Już wiem! On był w domu mojej ostatniej rodziny zastępczej!
- To stąd musieli się o tobie dowiedzieć! Wychodzi na to że szukali Cię już od dłuższego czasu.- Harry wyglądał na zmartwionego.
- Ale czemu jest to tak ważne?- spytał Ron.
- Nie mam pojęcia. Pani Bagshot powiedziała mi jedynie, że posiadam coś bardzo ważnego, żaden przedmiot. Więcej nie chciała mi powiedzieć.
- Bagshot? Bathilda Bagshot? Znasz ją?- podekscytowała się Hermiona.
- No tak, znam ją od urodzenia. To ona mnie uczyła.- mrugnęłam to bliźniaków. Oni tylko pokręcili głowami, ale nie zdołali ukryć uśmiechów.
- Wysłałam jej sowę z prośbą, czy nie mogłaby przyjść do Ministerstwa, ale nie było jej. Nie odpowiedziała mi też na list.- dodałam.
- Może sowa do niej nie dotarła?- zasugerowała Ginny.
- Może...
- Przynieśliśmy szachy czarodziejów, komu mam skopać tyłek?- George zmienił temat. Przyjęłam jego wyzwanie. Grałam pierwszy raz, więc na początku Ron mi pomagał. Niestety rudzielec mnie ograł. Graliśmy, rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się do wieczora. Po kolacji wszyscy rozeszli się po swoich pokojach. Był to długi i wyczerpujący dzień. Zasnęłam prawie od razu. Śniła mi się kobieta. Krzyczała. Broniła małego niemowlęcia, leżącego w swoim łóżeczku za jej plecami. Rozbłysnęło się zielone światło. Jej miedziane włosy przykryły jej twarz, ciało bezwładnie padło na ziemię. Krzyk ustał.
- Spodziewaliśmy się głośniejszej kłótni.- odezwał się Charlie - Szybko się z nim rozprawiłaś.
- Charlie! Najważniejsze, że Harry nie jest już sam.- powiedziała Pani Weasley.
- Harry nie był sam.- włączył się Syriusz- Miał mnie i was.
- Och, wiesz o co mi chodzi Syriuszu! Oczywiście że Harry jest dla mnie jak syn, ale bardzo się cieszę że Talia go znalazła.
- Gdyby nie Ron, to by mnie tu nie było.- wtrąciłam szybko. Kątem oka dostrzegłam lekki uśmiech Hermiony.
- Właśnie, Ron! Skąd wiedziałeś że to ona?- zawołała Ginny.
- Cóż... Pamiętasz jak tydzień temu było to ważne zebranie? Poprosiłaś mnie żebym zrobił Ci herbatę. Usłyszałem to i owo. Tata kazał mi nic wam nie mówić, dopóki jej nie znajdziemy. Kiedy ją zobaczyłem, musisz przyznać że są podobni, od razu ją rozpoznałem.- opowiedział Ron.
- Szukaliście mnie?- zapytałam zaskoczona.
- Oczywiście że tak. Musieliśmy Cię zabrać w bezpieczne miejsce, zanim ktoś inny by...- zaczął Lupin, ale mu przerwałam.
- Obawiam się że już mnie znaleźli.
- Co?- żachnął się Harry.
- Dzień przed moją wizytą w Ministerstwie, w piekarni. Dostałam list, czytałam go i nie zauważyłam kiedy śmierciożerca dostał się do środka. Torturował Boba. Powiedział że wiedzą o mnie wszystko. Mówił też że... że Voldemort... Nie pamiętam dokładnie, wszystko działo się tak szybko.- czułam się źle, nie mówiąc całej prawdy o wizycie śmierciożercy. Nie chciałam mówić o tym przy nich wszystkich.
- Arturze, musisz wysłać sowę do Dumbledore'a.- szepnęła Pani Weasley. Wszyscy patrzyli na mnie z szeroko otwartymi oczami.
- Załatwiłaś go?- zapytał podekscytowany George.
- Użyłam Drętwoty.
- Ech, to musiał być początkujący. Spokojnie mógł odbić zaklęcie.- powiedział Fred.
- Nie jeśli użyło się zaklęcia niewerbalnego.- uśmiechnęłam się zgryźliwie.
- Zaklęcie niewerbalne? Przecież ty nie chodziłaś do szkoły! Jak to możliwe?!- oburzył się George.
- George!- fuknęła jego matka.
- To nie znaczy, że się nie uczyłam. Musiałam sobie jakoś dać radę, prawda?
- Skoro tak... Jak już będziemy w Hogwarcie, trzymaj się nas.- zaśmiał się George ,a Fred pokiwał głową.
- Rozważę tą propozycję.- odpowiedziałam.
- Dobrze, już! Smacznego wszystkim! - zawołał Syriusz.
Po obiedzie wszyscy udaliśmy się do swoich pokoi. Dzieliłam sypialnię z Ginny i Hermoiną. Leżąc na swoich łóżkach, opowiadały mi dalej o Hogwarcie. Byłam bardzo ciekawa jak tam było. Bałam się reakcji uczniów na wiadomość, że miałam na nazwisko Potter.
- Mam nadzieję że trafisz do Gryffindoru. Gdybyś była w Slitherinie, musiałabyś się męczyć z tymi nadętymi cymbałami.- westchnęła Ginny, wyciągając się wygodnie na swoim łóżku, które stało naprzeciwko mojego.
- W jaki sposób Tiara ma mnie przydzielić do właściwego domu?- zapytałam.
- Gryfoni słyną z odwagi, mężnych serc i lojalności, Ślizgoni ze sprytu, wyniosłości i talentu, a przynajmniej tak mówią. Tak naprawdę to są zwykłymi snobami, zazwyczaj mają bogatych rodziców, przez co myślą że są lepsi od wszystkich. Krukoni są inteligentni, pragną więcej i więcej wiedzy. Puchoni to wrażliwcy, są zazwyczaj bardzo przyjaźni. Tiara potrafi dotrzeć do tego jaki jesteś i na podstawie wniosków które wyciągnęła, przydziela Cię do właściwego domu.- wytłumaczyła mi Hermiona. Dokąd ja miałam trafić?
- Chyba nie lubicie Ślizgonów, prawda?- parsknęłam.
- To już stało się tradycją. Gryffindor i Slytherin od zawsze ze sobą rywalizują, a zwłaszcza, jeśli chodzi o Quidditcha.- mruknęła Ginny.
- Uwielbiam Quidditcha! Dostałam miotłę od mojej trzeciej rodziny zastępczej, ale niestety ktoś mi ją ukradł.- wspomnieniami wróciłam do tego cudownego uczucia, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy dosiadałam miotły.
- To chyba u was rodzinne. Może chciałabyś się zgłosić do drużyny? Gdybyś była w Gryffindorze, ty i Harry gralibyście razem! Zacieśnilibyście więzi braterskie i tak tam.- zawołała Ginny. W tym samym momencie do pokoju wpadli Harry, Ron i bliźniacy.
- Nikt was nie nauczył pukać?- powiedziały jednocześnie moje współlokatorki.
- Grzeczniej moje panie. Chcemy wam tylko dotrzymać towarzystwa.- zaśmiał się George. On i jego brat usiedli na łóżku Hermiony (nie wyglądała na zadowoloną), Ron usadowił się koło Ginny a Harry obok mnie. Uśmiechnęłam się do niego. Odwzajemnił uśmiech. Nie mogłam uwierzyć, że obeszło się bez cichych dni, bez większych awantur, czy też nienawiści.
- Było nam całkiem dobrze, dziękujemy.- wymamrotała Hermiona.
- Wolisz żeby matka nas teraz zagoniła do sprzątania? Powiedzieliśmy, że chcemy porozmawiać z Talią.- powiedział Ron.
- Co oczywiście jest prawdą.- dodał Fred - Podsłuchaliśmy rozmowę rodziców i reszty. Podobno Lucjusz Malfoy już wie o tobie.- dokończył drugi bliźniak.
- Nie dziwię się, przecież jest śmierciożercą. A jeśli ten, którego spotkała Talia nie kłamał, to rzeczywiście wszyscy już muszą wiedzieć.- powiedział Harry.
- Lucjusz Malfoy? Coś mi to mówi...- mruknęłam pod nosem.
- To arystokrata, jest bardzo wpływowy i ma wtyki w Ministerstwie. Jego syn, Draco Malfoy też jest w Hogwarcie. Oczywiście to Ślizgon. - odezwała się Hermiona.
- Już wiem! On był w domu mojej ostatniej rodziny zastępczej!
- To stąd musieli się o tobie dowiedzieć! Wychodzi na to że szukali Cię już od dłuższego czasu.- Harry wyglądał na zmartwionego.
- Ale czemu jest to tak ważne?- spytał Ron.
- Nie mam pojęcia. Pani Bagshot powiedziała mi jedynie, że posiadam coś bardzo ważnego, żaden przedmiot. Więcej nie chciała mi powiedzieć.
- Bagshot? Bathilda Bagshot? Znasz ją?- podekscytowała się Hermiona.
- No tak, znam ją od urodzenia. To ona mnie uczyła.- mrugnęłam to bliźniaków. Oni tylko pokręcili głowami, ale nie zdołali ukryć uśmiechów.
- Wysłałam jej sowę z prośbą, czy nie mogłaby przyjść do Ministerstwa, ale nie było jej. Nie odpowiedziała mi też na list.- dodałam.
- Może sowa do niej nie dotarła?- zasugerowała Ginny.
- Może...
- Przynieśliśmy szachy czarodziejów, komu mam skopać tyłek?- George zmienił temat. Przyjęłam jego wyzwanie. Grałam pierwszy raz, więc na początku Ron mi pomagał. Niestety rudzielec mnie ograł. Graliśmy, rozmawialiśmy i wygłupialiśmy się do wieczora. Po kolacji wszyscy rozeszli się po swoich pokojach. Był to długi i wyczerpujący dzień. Zasnęłam prawie od razu. Śniła mi się kobieta. Krzyczała. Broniła małego niemowlęcia, leżącego w swoim łóżeczku za jej plecami. Rozbłysnęło się zielone światło. Jej miedziane włosy przykryły jej twarz, ciało bezwładnie padło na ziemię. Krzyk ustał.
Subskrybuj:
Posty (Atom)