środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział VI Wybuch

Witam! Przychodzę do was z nowym rozdziałem i jak sama nazwa mówi, 
będzie się działo. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Zachęca do komentowania.
Wasze zdanie bardzo by mi pomogło. W poprzedniej notce zapomniałam 
dodać, że  niedawno powstał fan page mojego bloga :D 
Link -> https://www.facebook.com/onatezprzezylafanpage
Zapraszam serdecznie! Tam będę informowała o wszystkim na bieżąco, 
na przykład jak pojawi się nowy rozdział, albo pojawią się zmiany. 
Nie przedłużam, życzę miłego czytania! 

Panna Potter


- Gratuluję!- krzyknęła mi do ucha Ginny. Byłyśmy w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
Cała drużyna, w tym ja, Harry i Ron zebrała się przy kominku.
- Byłaś nie do prześcignięcia! Wymijałaś graczy jak zawodowiec!- Angelina poklepała mnie po ramieniu.
- To dzięki miotle Herry’ego.- zaprzeczyłam, ale zrobiło mi się ciepło na sercu. Wreszcie ktoś dostrzegł we mnie coś pozytywnego.
- Wiesz ile osób by z niej pospadało przy takiej prędkości? Dziewczyno! Doskonale manewrujesz.
- Dzięki.- zarumieniłam się.
Wieczorem w Pokoju Wspólnym zebrało się sporo uczniów. Komuś udało się przemycić kremowe piwo na tą okazję. Po raz pierwszy poczułam się tu dobrze. Naprawdę dobrze. Tego wieczoru większość zapomniała jak mam na nazwisko. Zapomnieli, że większość mojego życia „nie istniałam”. Zamiast chłodnych spojrzeń, widziałam uśmiechy. Nikt nie pytał się jak to możliwe że jestem siostrą Harry’ego. Rozmawialiśmy o Quidditchu, o zespołach muzycznych, o wszystkim i o niczym. Fred i George dali pokaz swoich bombonierek. Towarzyszyły im salwy śmiechu. Jednak w pewnym momencie zobaczyłam że mój brat siedzi na fotelu i patrzy nieobecnym wzrokiem na tańczący ogień w kominku. Przeprosiłam Gryfonkę z którą rozmawiałam i podeszłam do niego. Bez słowa podałam mu butelkę kremowego piwa. Wziął je.
- Chcesz o tym pogadać, czy zostawić Cię w spokoju?- spytałam uśmiechając się do niego delikatnie. Po naszej pierwszej kłótni, wiedziałam już jak miałam się zachowywać w takich sytuacjach. W pierwszej chwili spojrzał na mnie lekko poirytowany, ale wzrok złagodniał po paru sekundach.
- Idź do nich. Wszystko w porządku.
- Nie muszę. Daj mi się na coś przydać. W końcu Cię znalazłam, a ty nie chcesz mi się zwierzać.- zaśmiałam się, w nadziei, że poprawi mu to humor.
- Nie zapominaj że masz brata, a nie siostrę.- parsknął. Jego oczy jednak dalej pozostawały bez cienia emocji.
- To o niczym nie świadczy. Jestem po to, żeby Ci pomóc.
- Jeśli będę miał potrzebę porozmawiać, do dam znać.
- Na pewno?
- Na pewno.- odpowiedział nie patrząc mi w oczy. Podniosłam ręce w geście kapitulacji i wróciłam do świętujących Gryfonów. Myśleli że w tym roku będą mieli najlepszą dróżynę. Też miałam taką nadzieję.
- Mówię wam. Damy w kość Ślizgonom. Malfoly’owi posiwieją te tlenione włoski z rozpaczy.- zgrywał się George. Wszyscy ryknęli śmiechem, ja razem z nimi. Nie miałam nic przeciwko Draconowi, o ile zachowywał się w porządku. Niestety bardzo często był denerwujący.
Rudzielec uniósł wysoko butelkę piwa.
- Za najlepszą drużynę!- krzyknął.
- Za najlepszą drużynę!



Będąc już w objęciach Morfeusza, coś zakłóciło mój spokój. Nagle zobaczyłam przed sobą czarne drzwi. Stałam naprzeciwko nich w ciemnym korytarzu. Wiedziałam jednak że to nie moje nogi dotykają czarnej, kamiennej posadzki. Nikogo nie było w zasięgu mojego wzroku, lecz na pewno nie byłam sama. Czułam obecność kogoś jeszcze. Wyciągnęłam rękę w stronę drzwi. Te jednak zdawały się oddalać. Starałam się z całych sił, żeby nie poddać się tej dziwnej sile, która ciągnęła mnie do tyłu.
Wcale nie chciałam przejść przez te drzwi, ale ktoś inny owszem. Przed oczami błysnęła mi zieleń czyiś oczu.
Harry.
Obudziłam się dysząc ciężko. Jak to było możliwe? Nie musiałam się długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że nie śnił mi się mój sen. Rozejrzałam się po dormitorium, nieprzytomna. Było ciemno, a jedynym źródłem światła był blask księżyca, wpadający przez okno. Moje współlokatorki spały. Zegarek na moim nocnym stoliczku wskazywał trzecią nad ranem. Opadłam ciężko na poduszki. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Czemu śnił mi się sen brata?

                                                                                     ***

Widziałem ją. Czułem ją. Jak to możliwe? Jak to możliwe, że czułem ją w swoim śnie? Nie była jego częścią. Ona była tam ze mną. Patrzyła moimi oczami. Ruszała moim ciałem. A może tylko mi się to wydawało? Niestety wiedziałem aż za dobrze że to nie możliwe. Nie mogło mi się to pomylić. Jej obecność zdawała się wręcz namacalna. A te drzwi...
- Wszystko w porządku Harry?- wymamrotał Ron. Słyszałem troskę w jego głosie.
- Tak... Tak. To tylko zły sen.- odpowiedziałem.- Zejdę na dół.
- Po co?
Nie odpowiedziałem. Wyszedłem z dormitorium i zbiegłem szybko po schodach, pragnąc usiąść w moim ulubionym fotelu i wszystko przemyśleć. W kominku nadal trzaskał ogień. Fotel był jednak zajęty przez kogoś innego.
- Co ty tu robisz?- zdziwiła się Talia.
- A ty?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Nie mogłam spać.- rzekła po chwili ciszy. Wiedziałem że kłamała.
- Ja też.- skłamałem. Znowu nastała cisza.
Patrzyliśmy w powoli gasnący ogień, rozważając czy podjąć temat. Byłem przekonany że wiedziała. Czułem to. Siedziała skulona, opierając brodę o kolana, które oplotła rękami. Ruszała nerwowo palcami w nieznanym mi rytmie.
- Miałam dziwny sen.- odezwała się w końcu.
- Wiem.- powiedziałem cicho.- To był mój sen.
- Wiem.- szepnęła. Wpatrywała się we mnie swoimi dużymi oczami.
- Ty widziałeś te drzwi i korytarz.- stwierdziła.
- Tak, ale nie mam pojęcia gdzie.- odpowiedziałem. Mówiłem prawdę. Nie mogłem sobie przypomnieć gdzie natknąłem się na te czarne drzwi.
- Czemu ja tam byłam?- spytała.
- Tego nie wiem.- westchnąłem. Talia odwróciła wzrok w stronę okna. Wpatrywała się w idealnie widoczny księżyc. Jej twarz była niemalże taka sama jak mamy. Myślami wróciłem do zdjęcia rodziców, które leżało na dnie mojego kufra. Byliśmy z Talią do siebie podobni, ale też różni. Nie miała wiele z ojca, no może charakter. Poczułem że chcę z nią porozmawiać. Nie mogłem już wytrzymać. Musiałem się komuś zwierzyć.
- Talia?
- Tak?- spojrzała na mnie.
- Na szlabanie u Umbridge... muszę przepisywać zdanie „ Nie wolno opowiadać kłamstw.”. Dostaję wtedy od niej specjalne pióro. Zamiast atramentu...
- Proszę, nie mów mi że daje Ci to pióro które rani dłoń podczas pisania.- warknęła. Jej oczy płonęły, pomimo mroku, widziałem w nich czystą złość. Zastanawiałem się, skąd zna to pióro.
- Niestety.- pokazałem jej dłoń. Zacisnęła usta w cienką linię i przymknęła oczy. Zaczęła ciężko oddychać, jednak uspokoiła się po dłuższej chwili.
- Idź z tym do Dumbledore’a.- powiedziała stanowczo.
- Nie.- wszedłem jej w słowo.- Nie dam jej satysfakcji.
- Harry, tu nie chodzi o zranioną dumę czy satysfakcję. Ta kobieta robi Ci krzywdę. Ona jest szalona.- syknęła. Emanowała złością. Powietrze wokół niej zdawało drgać.
- Talia... Spokojnie.- położyłem jej dłoń na ramieniu, ale przeszył mnie dziwny prąd. Moja siostra wydawała się być w transie.
- Talia!- zawołałem. Potrząsnęła lekko głową i znów wyglądała... zwyczajnie.
- Słucham?- spytała zdezorientowana.
- Wszystko w porządku?
- Tak.- odpowiedziała. Jej wzrok padł na moją dłoń. Westchnęła ciężko, ale była spokojna.
- Proszę Cię, Harry. Musisz to zgłosić.- jęknęła, trzymając moją dłoń przed oczami, oglądając ją uważnie.
- Nie. Co by mi to dało? Ona jest z Ministerstwa.
- No to nie daj się jej.
- Postaram się.- usiadłem na oparciu fotela i objąłem ją ramieniem.- Idź spać.
- Nie chce mi się spać.- powiedziała. Niestety ziewnięcie ją zdradziło.
- Dobranoc.- zaśmiałem się, popychając ja w stronę schodów.
- Dobranoc, Harry.- pomachała do mnie wspinając się po schodkach.
Nie spałem jeszcze długo po jej odejściu.

                                                                                      ***


Leżałem wpatrując się w sufit. Byłem zmęczony, ale nie mogłem zasnąć. Chrapanie Blaise’a stawało się nie do zniesienia. W końcu nie wytrzymałem i cisnąłem w jego kierunku poduszkę. Chrapnął głośno, budząc się z głębokiego snu.
- Stary, nie powinieneś pić przed pójściem spać, bo chrapiesz jak niedźwiedź.- poskarżyłem się kiedy usiadł.
- Stary, nie powinieneś budzić mnie o tej porze, jest dopiero czwarta.- mruknął przeciągając się.
- No to nie chrap.- warknąłem.
- Rozumiem, że jesteś poirytowany dzisiejszym dniem, ale nie wyżywaj się na mnie.- powiedział, rzucając mi poduszkę.
- Poirytowany to mało powiedziane. Jak ja mam się teraz zbliżyć to tej dziewczyny, skoro dostała się do drużyny? Jeśli oni wygrają, nie będę milusi, jeśli my wygramy, ona będzie chciała mnie zabić. Tyle dobrze, że nie jest szukającym.
- Ja myślę że teraz macie wspólny temat. Możesz zaproponować jej prywatne lekcje.- mrugnął do mnie.
- Prywatne lekcje? Chyba nie za dobrze się czujesz. Nie będę pomagać wrogom.
- Wiesz, teraz nie jest twoim wrogiem, a przynajmniej masz się o to postarać.- stwierdził.
- No wiem, wiem. Ale Quidditch się nie liczy. Nie będę jej pomagał.
- Możesz też się z nią podrażnić. Wbrew pozorom, dziewczyny to lubią.- parsknął.
- Ona ma chyba dość droczenia.- przeczesałem dłonią włosy, opierając się o podgłowie łóżka.
- Nie wiem jak mam Ci pomóc, spoko krytykujesz każdy mój pomysł. A skoro już o niej mowa, to zaczepiłeś ją po naborach?
- Nie. Szła z Angeliną i resztą drużyny.- westchnąłem. Po południu wszyscy Ślizgoni postanowili popatrzeć jak idą nabory do drużyny Gryffindoru. Bawiliśmy się idealnie, kiedy Wieprzlej ledwo trzymał się na miotle.
- Okazja była dobra. Co sądzisz o jej zdolnościach? Może to ona powinna Cię pouczyć, co?- uśmiechnął się zgryźliwie.
- Uważaj na to co mówisz.- posłałem mu mordercze spojrzenie.- Może i umie się utrzymać na miotle, ale nic więcej.
- Ja bym to określił inaczej, ale nie będę się już kłócił.- wzruszył ramionami.
- Ojciec ciągle przysyła mi te cholerne listy. Nie pisze o niczym innym. Mam tego dość.- powiedziałem, już bardziej łagodnie. Zabini był jedyną osobą z którą mogłem rozmawiać o takich sprawach. Był też moim najlepszym przyjacielem, ale nie przeszkadzało mu to we wnerwianiu mnie.
- Wiesz, teraz jest to bardzo ważne. Dużo od tego zależy.- odrzekł, ale wiedziałem że też nie jest tym zadowolony.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jestem jego synem. Nie ważne jak dobre, albo złe mam stopnie. Nie ważne czy dostałem się do drużyny. Nic nie jest dla niego ważne. Uzależnił się od Czarnego Pana.
- To on trzyma go przy życiu. Wiemy jaki jest twój ojciec. Uczepi się każdego, kto może mu coś zaoferować, a Czarny Pan oferuje jemu i jego rodzinie bezpieczeństwo.To dużo.- stwierdził. Miał rację i wiedziałem to. Czasami po prostu wolałem żeby wszystko wyglądało inaczej. Czasami.
- Jak tam z Pansy?- dodał po chwili.
- A jak ma być?- zdziwiłem się.
- No wiesz, prowadzacie się ze sobą i wszyscy wiemy, że najchętniej już by otrzymała od Ciebie pierścionek zaręczynowy.
- Nie prowadzam się z nią, to ona się mnie uczepiła.- warknąłem.
- Czyli nic?
- Absolutnie nic, ale może się przydać.- powiedziałem.
- W czym?
- W utrzymaniu pozorów. Nikt nie może się dowiedzieć co kombinuję, a ona jest idealną zasłoną.- wytłumaczyłem.
- Też racja.- padł z powrotem na poduszki.- Mów sobie co chcesz, ale ta Potter jest niezła w Quidditczu.- pomimo że było ciemno, wiedziałem że się uśmiechał.
- Zamknij się.
- A jak się z tym czujesz? Tak naprawdę?- spytał nagle.
- Z czym?- mruknąłem czując już jak wraca zmęczenie.
- Z tą misją.
- Szczerze, to nie mam pojęcia jak się mam za to zabrać, a co dopiero, czy mi się uda. Ta dziewczyna jest strasznie skomplikowana.
- No, no, no. W końcu jakaś okazała się wyzwaniem a nie łatwą zdobyczą.
- Dobrze wiesz że nie o to chodzi. Nie mam jej w sobie rozkochać, tylko sprawić, żeby mi zaufała. Nie wiem tylko jak to zrobić.
- Twój ojciec napisał „za wszelką cenę”. Jeśli nie uda Ci się z nią zaprzyjaźnić, to możesz ją uwieść.
- Jesteś debilem, Blaise.
- Ja? To ty nie umiesz zrobić tego inaczej. Myślisz że szeptanie jej do ucha sprawi że będzie chciała się z tobą zaprzyjaźnić? Ty ją ewidentnie uwodzisz.- zaśmiał się.
- Skoro jesteś taki mądry, to sam kup jej bransoletki przyjaźni i wykaż się. Chętnie to zobaczę.- syknąłem.
- Niestety, to nie moja misja. Draco, ja nie mówię że nie powinieneś jej uwieść. Moim zdaniem to będzie bardziej skutecznie. Nie odmówi chłopakowi, który skradł jej serce.
- Nie chcę jej serca.
- Ale Czarny Pan chce. Możesz podać mu je na talerzu.- stwierdził.
- Dobra, idź spać, bo zaczynasz bredzić.- warknąłem, chowając głowę w poduszki. Blaise nic nie odpowiedział. Po chwili znowu usłyszałem jego, tym razem ciche chrapanie. Byłem jednak tak zmęczony, że nie przeszkadzało mi to. Zasnąłem po krótkiej chwili.

                                                                                  ***

Poniedziałek. Obudziła mnie Hermiona. Okazało się że spałam o wiele za długo i zostało mi tylko piętnaście minut do rozpoczęcia lekcji. Zerwałam się z łóżka w błyskawicznym tempie i ubrałam się w szaty. Włosy w pośpiechu upięłam w kok. Czysta i gotowa pobiegłam razem z Hermioną na eliksiry. Burczenie w brzuchu przypominało mi, jakie dobre śniadanie przegapiłam.
- Czemu mnie nie obudziłaś?- wydyszałam.
- Sama zaspałam! Nie mam pojęcia dlaczego.- jęknęła.
Przed klasą zobaczyłam mojego brata i Rona.
- Wziąłem dla was tosty.- szepnął wciskając nam do rąk po toście. Wepchnęłam go sobie do buzi, rozkoszując się jego smakiem.
- Dzięki Ron.- powiedziałam.
Byłyśmy z Hermioną dostatecznie szybkie, żeby jeszcze czekać na nauczyciela. Snape spóźniał się.
Rozmawiając z Hermioną, poczułam na sobie czyiś wzrok. Rozejrzałam się. Oczywiście Draco Malfoy uśmiechał się łobuzersko. Uniosłam brew. Te jego gierki zaczynały mnie denerwować.Mrugnął do mnie, ja tylko pokręciłam głową. Czemu mnie mógł mnie zostawić w spokoju? A chcesz tego?; odezwała się moja podświadomość. Przypomniał mi się dzień, w którym nazwał Hermionę szlamą. Znałam odpowiedź. Tak. Wreszcie usłyszeliśmy kroki profesora.
- Do klasy, na miejsca i ma być idealna cisza. Zaraz do was dołączę. Malfoy, na słówko.- warknął. Wszyscy uczniowie ustawili się do kolejki i pojedynczo wchodzili do klasy. Stałam na jej końcu. Kontem oka dostrzegłam Wysokiego mężczyznę o długich jasnych włosach. Domyśliłam się że to ojciec Malfoya. Chłopak był jego młodszą kopią. Zauważył, że się na niego patrzę.
- Dzień dobry, panno Potter.- uśmiechnął się, odsłaniając rząd idealnie prostych, białych zębów.
- Dzień dobry.- odparłam cicho. Napotkałam wzrok Dracona. Nie wyglądał na szczęśliwego. Miałam przeczucie, że relacje z jego ojcem nie mają się najlepiej. Tylko czemu Pan Malfoy przybył do szkoły? Posłałam Draconowi pocieszający uśmiech. Odwzajemnił go, ale nie dotarł do jego oczu. Weszłam do klasy.

                                                                                       ***

- Witaj Draco. Severusie, możesz wrócić do klasy. Chcę pomówić z synem.- powiedział ojciec z wyższością.
- Lucjuszu.- Snape skinął głową. Odczekaliśmy, aż mężczyzna zniknie za drzwiami.
- Nastąpiły pewne zmiany, synu.- zaczął.
- Zmiany?
- Czarny Pan nie może czekać do wakacji. Dziewczyna będzie nam potrzebna w ferie świąteczne. Wszystko jest już ustalone, plan gotowy. Reszta jest w twoich rękach, chłopcze.
- Ferie?! Jak mam sprawić, by zaufała mi do ferii?- wycedziłem przez zęby, zniżając głos. Nikt nie mógł nasz usłyszeć.
- To jest twoje zadanie, Wykaż się, a zostaniesz nagrodzony. Nawal, a konsekwencje będą spoczywały nie tylko na tobie, ale na całej rodzinie.- wysyczał groźnie.
- Postaram się, ojcze.
- To nie wystarczy. Musi Ci się udać.
- Ja...- nie dokończyłem, widząc dyrektora szkoły. Szedł w naszym kierunku.
- Dzień dobry, Lucjuszu! Cóż za miła niespodzianka!- przywitał się – Co Cię do nas sprowadza?
- Witaj Albusie. Przybyłem, żeby przekazać Draconowi złe wieści. Jego babka odeszła wczoraj w nocy.- westchnął, idealnie udając smutek. Poszedłem jego śladem.
- Ach, to rzeczywiście bardzo złe wieści. Moje kondolencje, Lucjuszu. Chcesz zabrać młodego Pana Malfoya do domu?- zapytał starzec z zatroskaną miną.
- Och nie, Albusie. To bardzo ważny rok. Nim się obejrzymy, Draco będzie ostatni raz powtarzał materiał do SUM’ów. Nie może zaniedbać szkoły. Chciałbym jednak, żeby wrócił do domu tydzień przed feriami. Nasza rodzina chce się wtedy pożegnać z babcią. Bardzo chciała, aby pogrzeb odbył się zimą. Draco powinien być wtedy z nami.- odpowiedział ojciec.
- Nie wydaje mi się, aby był z tym jakiś problem.- odparł dyrektor.
-  Wrócę już do klasy.- wtrąciłem się. – Do widzenia, ojcze.
Zostawiłem ich. Spojrzenia wścibskich uczniów wcale mnie nie zrażały. Nic mnie nie obchodziły. Jednak napotkałem wzrok ciekawskich, przenikliwych oczu. Były zielone. Talia patrzyła mi prosto w oczy. Mogłem w jej tęczówkach zobaczyć wszystkie pytania, które chciała mi teraz zadać. Wiedziałem jak bardzo chce dowiedzieć się czegoś ode mnie. Posłałem jej zgryźliwy uśmiech i zająłem miejsce obok Blaise’a.
- Czego chciał twój staruszek?- szepnął mój sąsiad.
- Później.- odpowiedziałem.
- Skoro pan Draco zaszczycił nas wreszcie swoją obecnością, możecie zacząć przygotowywać eliksir słodkiego snu. Jest on bardzo pracochłonny. Macie dwie godziny, a wszystkie instrukcje znajdziecie w książkach.- burknął nauczyciel.
              
                                                                                      ***

Spakowałam książki do torby. Minęła ostatnia lekcja, był piątek. Tydzień minął mi bardzo spokojnie, pomijając masę prac domowych. Nie marzyłam o niczym innym, niż paść na wygodną kanapę w Wierzy Gryffindoru. .  Niestety kiedy tam dotarłam, okazało się że wypoczynek na kanapie nie wchodził w grę. Bliźniacy demonstrowali swój nowy wynalazek, a wokół nich zgromadziła się masa uczniów. Poszłam szybko do dormitorium, przebrałam się w koszulę flanelową i czarne dżinsy. Następnie wyszłam z zamku, kierując się na błonia. Tam usiadłam, opierając się o drzewo i zaczęłam pisać wypracowanie które zadała nam profesor McGonnagall. Słońce zaczynało przybierać bardziej pomarańczowy kolor, co spowodowało piękne refleksy na niebie. Odłożyłam pióro by rozkoszować się tym widokiem. Nagle moich uszu doszły dźwięki kłótni.
- Pansy, daruj sobie!- krzyknął męski głos.
- Nie wtrącaj się!- pisk dziewczyny był coraz głośniejszy, co oznaczało że kłócąca się dwujka była coraz bliżej.
- Wracaj do zamku, na Merlina! Draco się wścieknie!- rozpoznałam biegnącego w moim kierunku Blaise’a Zabiniego. Dopiero po chwili zobaczyłam, że biegnie on za kimś. 
Tym kimś okazała się Pansy Parkinson. Szła z dumnie podniesioną głową, nie zwracając uwagi na ciemnoskórego chłopaka.
- Hej ty, Potter!- zawołała, najwidoczniej wściekła.
-Witaj Pansy.- odparłam grzecznie. Naprawdę nie miałam ochoty na kolejną aferę. Poza tym, z doświadczenia wiedziała, że bycie miłym daje Ci stu procentową wygraną, jeśli chodzi o kłótnie. Może to wyprowadzić drugą osobę z równowagi, ale tak długo jak sama byłam spokojna, nie za bardzo się tym przejmowałam. Obietnica, którą złożyłam Dumbledore’owi nie dawała o sobie zapomnieć.
- Dobrze Ci radzę, odczep się od Dracona. On Cię nie chce.- piszczała ciskając swoim spojrzeniem błyskawice.
- Pansy, to nie ja uczepiłam się jego ramienia jak rzep.- powiedziałam spokojnie.
Zrobiła oburzoną minę.
- Zazdrościsz mi i tyle! On jest zainteresowany mną i nie możesz tego znieść. Jeśli myślisz, że zdołasz mi go odebrać, to jest mi Ciebie żal.
- Draco nie jest rzeczą, więc masz rację, nie mogę Ci go odebrać. Nie przejmuj się, Parkinson, nie jestem zainteresowana.
- Nie kłam, widzę jak patrzysz na mojego Dracona. Marzysz o tym, żeby traktował Cię tak jak mnie.- rzekła.
- Jeśli chodzi Ci o to jak romantycznie nie zwraca na Ciebie uwagi i warczy na każde słowo które padnie z twoich ust, to tak. Marzę o tym.- powiedziałam, rozciągając się wygodnie na trawie. Usłyszałam chichot Blaise’a.
- Zamknij się Blaise! A ty nawet nie wiesz o czym mówisz, Potter! Zazdrościsz mi i tyle. Ty nie masz przyjaciół, twój brat unikał Cię przez lata a rodzice smażą się w piekle. Nie wspominając już o tym, że nie specjalnie chwalili się twoim przyjściem na świat.- syknęła.
Jej słowa podziałały na mnie, jak płachta na byka. Zerwałam się z ziemi i podeszłam do niej zdecydowanym krokiem, zatrzymując się kilka centymetrów przed nią.
- Nie waż się tak do mnie mówić.- warknęłam, patrząc jej prosto w oczy. Zauważyłam w nich strach.
- Talia!.- zawołał Zabini. Próbował mnie od niej odciągnąć, ale wyrwałam się.
- To prawda, Potter. Bądźmy szczere. Jesteś zbędna. Nikomu na tobie nie zależy.- szepnęła Pansy, ale nie była już tak pewna siebie.
- Zamilcz.- wycedziłam przez zęby.
- Zerem, Potter. Jesteś zerem.- powtarzała.
- Pansy, ucisz się!- wtrącił się Blaise.
- Zerem.
- POWIEDZIAŁAM ZAMILCZ!- ryknęłam na całe gardło. Owładnęła mną furia. Czułam ogień w żyłach. Nienawiść wypełniła cały mój umysł. Serce chciało przebić się przez moją klatkę piersiową. Obraz przede mną pulsował.

                                                                                      ***

Nie mogłem już nic poradzić. Talia wyglądała przerażająco. Jej źrenice powiększyły się. Nie widziałem już intensywnej zieleni, tylko głęboką, czystą czerń. Oddychała Ciężko, dłonie zacisnęła w pięści.
- Zerem.- powtórzyła bezgłośnie Pansy ze złośliwym uśmieszkiem. Talia nie dała rady. Z jej piersi wydobył się przeraźliwy krzyk.
W następnej chwili, odepchnięta przez potężną siłę, Pansy poleciała parę metrów dalej. Nie mogłem teraz panikować. Pobiegłem do niej.  Leżała na ziemi z pół przymkniętymi oczami. Cała się trzęsła. Jej ciało przeszywały pojedyncze spazmy. Mamrotała coś niezrozumiałego. Twarz miała wykrzywioną z bólu.
- Pansy, spokojnie. Już spokojnie.- podniosłem jej głowę i położyłem ją sobie na kolanach.

                                                                                      ***

Ból. Moją klatkę piersiową przeszedł promieniujący ból. Był nie do zniesienia. Padłam na kolana. Poczułam na policzkach łzy. Ból nie znikał. Podniosłam wzrok. Mimo łez, zdołałam rozpoznać Blaise’a. Na jego kolanach coś leżało.
Pansy.
Podniosłam się, próbując ignorować pieczenie z całych sił.
- Blaise.- jęknęłam. Poczułam jak gardło mi się zaciska.
- Talia, uspokój się. Musisz być spokojna.- ostrożnie położył głowę Pansy na ziemię. Wyglądała strasznie. Podszedł do mnie i położył mi dłonie na ramionach.
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Potrafię jej pomóc. Usunę jej to z pamięci. Będzie dobrze.- mówił uspokajającym głosem. Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, wybuchnęłam płaczem, co pogorszyło tylko ból. Zabini podtrzymał mnie mocniej, bo kolana się pode mną uginały.
- Nic nie będzie dobrze.- jęknęłam w jego bluzkę.- Co to w ogóle było?
- Ja nie mogę Ci powiedzieć, przepraszam. Ale spokojnie, wszystko będzie dobrze.- zaczął gładzić moje plecy, co podziałało na mnie uspokajająco.
- To ja?- spytałam, ocierając łzy. Jeszcze nigdy nie byłam tak zagubiona. Nie miałam pojęcia co się stało, co się działo i co będzie. A do tego to pieczenie, okropnie mocne pieczenie...
- Niestety tak.- odparł.- Muszę zająć się Pansy. Wracaj do zamku, musisz się uspokoić. Wiem że to dziwnie zabrzmi, ale zrobisz najlepiej, jeśli pójdziesz do Malfoya.
- Dlaczego?- stęknęłam. Mówienie zaczynało boleć.
- Idź do niego. On Ci pomorze.
- Dobrze.- nie miałam siły się sprzeciwiać. Nie chciałam też, żeby Harry zobaczył mnie w takim stanie.
Blaise wypuścił mnie z objęć. Odczekałam chwilę, aby się upewnić, czy mogę stać o własnych siłach. W końcu ruszyłam z stronę zamku. Boleści w klatce piersiowej nie ustępowały.
Mój umysł był przeciążony. Czułam się jakbym zaraz miała wybuchnąć. Nie wiedziałam jak się znalazłam w pokoju wspólnym Ślizgonów. Czy wejścia nie strzegł portret? Nic nie pamiętałam. Pokój był pusty. Panowała w nim zieleń. Na jego środku stały trzy duże, skórzane kanapy. Na jednej z nich siedział Malfoy.

                                                                                      ***

Siedziałem rozciągnięty wygodnie w pokoju Ślizgonów, czytając książkę. Rozkoszowałem się ciszą i spokojem. Nikogo nie było. Niestety coś zakłóciło ten spokój. A raczej ktoś. Usłyszałem kroki i ciężki oddech. Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Wyglądała okropnie. Policzki miała mokre od łez, oczy czerwone i duże ze strachu, włosy lekko potargane. I ból wymalowany na jej twarzy. Poczułem lekkie ukłucie w sercu.
- Draco...- jęknęła. Momentalnie podniosłem się z kanapy i podbiegłem do niej.
- To boli.- żaliła się. Objąłem ją ramieniem.
- Chodź, zaprowadzę Cię w spokojne miejsce.- powiedziałem cicho.
Zdziwiłem się, kiedy poczułem jak słaba była. Jej nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Ojciec ostrzegał mnie przed tym, ale nie miałem pojęcia, że mogło być aż tak źle. Ledwo powstrzymywała jęki. To rzeczywiście musiało boleć. Zamknąłem drzwi od mojego dormitorium. Posadziłem ją na małej kanapie, stojącej w koncie. Od razu zwinęła się w kłębek, ściskając się na klatkę piersiową.
- Co się stało.- zapytałem po dłuższej chwili.
- Nie wiem... Nie pamiętam.- wymamrotała. Jednak zaraz otworzyła wcześniej zamknięte oczy.
- O nie... Pansy... Ja... Ja ją skrzywdziłam. Zrobiłam jej krzywdę.- jęczała. Znowu zaczęła wpadać w panikę. Usiadłem obok niej i przyciągnąłem do siebie, ściskając mocno.
- Spokojnie.- szepnąłem. Barek stojący naprzeciwko zaczął się niepokojąco trząść.
- Cii, już spokojnie. Pamiętasz, czy ktoś tam jeszcze był?
- Blaise.
- On się wszystkim zajmie. Nie martw się.- głaskałem ją uspokajająco po włosach.
- Czemu to tak boli? Co to jest?- jęknęła. Już kompletnie opadła z sił.
- Rozumiem, że nikt Ci jeszcze nie wytłumaczył?
- Czego? 
- Powiem Ci, jak nabierzesz sił.
- To tak strasznie boli...
- Gdzie?- spytałem.
- Klatka piersiowa, głowa, dłonie...
- Wszystko.- dokończyłem, a ona ledwie wyczuwalnie kiwnęła głową.
- Położę Cię spać.- rzekłem.
- Nie będziesz mnie niósł do Wierzy Gryffindoru.- zaprotestowała.
- Nie mam takiego zamiaru. Będziesz spać tutaj.
- Ale...
- Żadnych ale.- uciszyłem ją. Wstałem, ostrożnie podniosłem Talię i położyłem ją na moim łóżku.
- Nie wytrzymam, Draco. To jest nie do zniesienia.- mamrotała w poduszkę.
- Wiem, ale to minie. Jak się obudzisz, wszystko będzie już w porządku.- zapewniłem ją. Gdyby zobaczył mnie teraz Zabini...
- Mogę Cię o coś prosić?- wychrypiała, już powoli zasypiając.
- Zależy.
- Nie chcę być sama...
- Nie będziesz.- westchnąłem. Usiadłem obok niej i na dowód wziąłem ją za rękę
- A teraz śpij.- rozkazałem.
Nie tak wyobrażałem sobie piątkowy wieczór, ale wiedziałem, że byłem o krok dalej.
                                                                                     
                                                                             ***

Nie chciałam otwierać oczu. Byłam wykończona. Powoli wszystko zaczęło do mnie wracać.
Błonia, Pansy, Blaise, złość, a potem już tylko ból i widok ciała Pansy targanego spazmami. Otworzyłam oczy. Pokój, w którym się znajdowałam był w strasznym stanie. Powybijane okna, popękane ściany, szkło walało się po podłodze, porozlewany alkohol... Dopiero po chwili zorientowałam się, że byłam wtulona w czyjeś ramie. Merlinie...
- Dzień dobry.- mruknął Draco. Podniosłam się powoli. Ból już minął.
- Co się tutaj stało?- ziewnęłam.
- Cóż, najwidoczniej śniło Ci się coś złego.- odezwał się inny głos. Spojrzałam na drugi koniec pokoju. Blaise Zabini leżał na łóżku, uśmiechając się do mnie.
- Zaraz to naprawię.- dodał. Jedno machnięcie jego różdżki i wszystko wróciło do normy.
- Przepraszam.- powiedziałam cicho.
- Nie przepraszaj, nic nie mogłaś na to poradzić.- odparł Malfoy.
- Jak ja ... TO robię?
- Robisz to niekontrolowanie.- zaśmiał się Blaise. Draco spiorunował go wzrokiem.
- Do tego już doszłam, ale...
- Obiecałem, że wszystko Ci powiem, ale nie teraz i nie tutaj.- powiedział  blondyn.
- Nadal Cię boli?- spytał.
- Nie, już nie.- odpowiedziałam pocierając klatkę piersiową.- Zaraz, jak to możliwe? Czemu ja nic nie wiem, a ty tak?- oburzyłam się.
- To też Ci wytłumaczę.- parsknął Draco.
- W takim razie masz mi dużo do wyjaśnienia. Jak się czuje Pansy?
- Dobrze. Uleczyłem ją i wymazałem tamto zajście z pamięci.- odpowiedział Blaise.
- Nikt inny tego nie widział, prawda?- spytałam niepewnie.
- Nikt.- odparł Draco. Nadal siedział obok mnie.
- Która godzina?- dopytywałam się.
- Jest dopiero siódma wieczorem. Spałaś dwie godziny.
- Macie tutaj...
- Łazienka jest za tamtymi drzwiami.- przerwał mi Draco, wskazując odpowiednie drzwi.
- Dziękuję.- mruknęłam. Szybko zeskoczyłam z łóżka. Za szybko, bo zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się szafki.
- Wszystko w porządku.- powiedziałam i ,tym razem wolniej, poszłam do łazienki. Była sporych rozmiarów. Stała tam wanna i duży blat z dwiema umywalkami, wykonanymi z czarnego kamienia. Nad blatem wisiało lustro. Wyglądałam okropnie. Przyglądając się sobie, dostrzegłam coś dziwnego. Rozpięłam pierwsze trzy guziki koszuli. Moim oczom ukazały się świeże blizny. Były sine, wyglądały jak pęknięcia na szkle. Na szczęście nie bolały.
- Cholera, co się ze mną dzieje...

niedziela, 9 sierpnia 2015

Rozdział V Misja

Na samym początku chcę bardzo przeprosić za takie spóźnienie.
Byłam cały tydzień w lesie z rodziną, a tam oczywiście nie ma 
internetu. Jednak nie siedziałam bezczynnie. Napisałam długi 
rozdział, dłuższy niż zwykle. Mam nadzieję że się wam spodoba!
Jest w nim dużo Malfoya, taka rekompensata ;) Zapraszam do 
dzielenia się uwagami i opiniami w komentarzach! 
Miłego czytania, 

Panna Potter. 




Czekałem w gabinecie profesora Snape’a. Czułem na sobie jego zimny wzrok.       
- Pamiętaj co mówił Ci ojciec.- powiedział, a jego głos był wyprany ze wszelkich emocji.
- Jak mógłbym zapomnieć.- syknąłem, nie patrząc na niego.
- Musisz się kontrolować. Jeden zły ruch i dziewczyna Cię znienawidzi. O ile już tego nie zrobiła.-  ostatnie zdanie dodał po chwili ciszy. Posłałem mu jedynie obojętnie spojrzenie.
- O to nie musisz się martwić.- odpowiedziałem lekceważąco. Nauczyciel zerwał się z miejsca.
- Nie zapominaj z  kim masz do czynienia.- mruknął groźnie.
- Nie musi się pan o to martwić, profesorze.- poprawiłem się, ale i tak patrzyłem na niego z wyższością. Nie mógł mi nic zrobić. Nawet gdyby bardzo chciał, a na pewno tak było.
 Wrócił po chwili na swoje miejsce, za dużym, ciemnym biurkiem. Oparłem się o jego brzeg, stojąc przodem do drzwi. Dokładnie minutę później usłyszeliśmy pukanie.
- Wejść.- zawołał Severus Snape.
Drzwi się otworzyły i do gabinetu weszła drobna dziewczyna z burzą czarnych loków. Już nie miała ich związanych w gruby warkocz. Musiałem przyznać, że jak na siostrę tego przeklętego Pottera, była ładna. Miała coś w sobie, coś, czego nie dało się opisać. Jej zielone oczy posyłały mi wściekłe spojrzenia, co dodawało jej tylko uroku. Miałem dosyć tych wszystkich dziewcząt, które wodziły za mną tęsknym wzrokiem, czekając tylko na reakcję z mojej strony. Mimo że Talia była dość atrakcyjna, nie było dla mnie trudne zachować przy niej trzeźwy umysł. Była siostrą Bliznowatego. To sprawiało że była dla mnie przegrana. Jednak zadanie, które dostałem od ojca mogło okazać się zabawne.
- Dobry wieczór, profesorze.- powiedziała stając dwa metry od biurka.
- Spóźniłaś się.- burknął w odpowiedzi nauczyciel. Jej twarz pozostała niewzruszona.
-Przepraszam.- powiedziała cicho, nie spuszczając wzroku z mężczyzny.
Trzeba było jej przyznać, była twarda, jeśli chodziło o kontakt wzrokowy.
- Skoro już mowa o przeprosinach, jesteś je winna Draconowi.- rzekł Snape po chwili ciszy. Gryfonka zrobiła zdziwioną minę.
- Wątpię, żebym miała za co przepraszać, profesorze.
- Jestem innego zdania, Potter. Groziłaś uczniowi przed moją klasą. Nie akceptuję takich wybryków. Fakt, że w Gryfindorze dopuszcza się do takiego ... dzikiego zachowania, nie daje Ci prawa...
- Szkoda, że nie słyszał Pan jakie słowa padły z ust Dacona.- przerwała mu. Nasze spojrzenia się skrzyżowały. Posłałem jej złośliwy uśmieszek. Zmrużyła oczy.
- Nie przerywaj mi. Masz do wyboru przeprosić, albo przez kolejny miesiąc czyszcząc kociołki, w ramach szlabanu. – powiedział niewzruszony.
- To niesprawiedliwe.- jęknęła.
- Jakże mi przykro.- odparł chłodno nauczyciel eliksirów. Zauważyłem, że we fiolkach na biurku zaczynają pojawiać się pęknięcia.
- Mam pomysł, profesorze.- odezwałem się. Pęknięcia zniknęły.
- Siedź cicho, Malfoy.- uciszył mnie Snape.
- Pannie Potter przydałby się jeden wieczór szlabanu. Jako że ja ją sprowokowałem, chętnie dotrzymałbym jej towarzystwa. Myślę że to wystarczająca kara.- powiedziałem, rozbawiony reakcją Gryfonki. Na jej twarzy pojawił się szok zmieszany z obrzydzeniem.
- To ja chyba już wolę przeprosić.- odpowiedziała szybko. Parsknąłem śmiechem.
- Czekamy, panno Potter. Nie mam całego wieczoru.- mruknął poirytowany nauczyciel.
Leniwie podszedłem do niej. Musiała podnieść głowę żeby patrzeć mi w oczy.
- Mam przeczucie, że chcesz mi coś powiedzieć.- powiedziałem, uśmiechając się nonszalancko. Wzięła głęboki wdech, ewidentnie zła. Wypuściła powietrze przez nozdrza.
- Przepraszam.- wymamrotała przez zaciśnięte zęby.
- Słucham? Nie dosłyszałem.
- Przepraszam.- powtórzyła, tym razem głośniej.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. Ująłem jej dłoń. Najdelikatniej jak potrafiłem, musnąłem ją ustami.
- Ależ nie ma za co.- mruknąłem w trzymaną przeze mnie dłoń. 
Zauważyłem lekki rumieniec na jej twarzy, ale w oczach kryła się czysta irytacja. Szybko cofnęła rękę. Snape patrzył na tą scenę z obojętnym wyrazem twarzy.
- Wystarczy. Możesz już iść, Potter. Malfoy, ty zostań.
Odprowadziłem dziewczynę wzrokiem, która prędko ruszyła w stronę drzwi. Doskonale wiedziałem że doprowadziłem ją do szału i jednocześnie wzbudziłem inne uczucie. Uczucie którego pewnie jeszcze nigdy nie poznała.
- Czy ten teatrzyk był potrzebny?- odezwał się mój nauczyciel.
- Tak. Skoro dostałem takie zadanie, muszę ją jakoś do siebie przekonać.
- Nie wydawała się zadowolona.- powiedział a w jego głosie usłyszałem udawaną troskę.
- Jeszcze.- stwierdziłem z przekonaniem. Rozmawianie na takie tematy z moim nauczycielem nie wydawało mi się kuszącym sposobem, aby spędzić resztę wieczoru. Zrobiłem krok w stronę drzwi.
- Pamiętaj Draco, nie możesz nawalić.- usłyszałem za sobą.
- Nie musisz się tym martwić.- powiedziałem, spoglądając na mojego rozmówce przez ramię. Już podnosił się z krzesła, żeby mi przypomnieć z kim mam do czynienia, dokładnie tak jak wcześniej. Ignorując to, zaśmiałem się tylko i opuściłem gabinet.
Idąc korytarzem, rozmyślałem o wszystkim, czego się dowiedziałem z długiego listu od ojca. Imię zielonookiej Gryfonki pojawiło się w nim wielokrotnie. Czułem przyjemną satysfakcję, wiedząc więcej niż ona sama. Nie miała pojęcia kim była. Mimo tego, nieświadoma, wydawała się większym zagrożeniem. Moim zadaniem było okiełznać bestię. Przekonać ją co jest dobre, a co złe. Odpisałem ojcu, że zrobię co w mojej mocy, żeby tego dokonać.


                                                                                       ***

Przechodząc przez portret Grubej Damy, zobaczyłam czuprynę czarnych włosów, wystających zza oparcia fotela. Podeszłam do mojego brata, wpatrującego się w płomienie.
- Cześć.- przywitałam się, siadając na sąsiednim fotelu.
- Jak było?- spytał, nadal patrząc na trzaskający ogień.
- O tym opowiem Ci później. Chcę z tobą porozmawiać.- odpowiedziałam cicho. Wreszcie przeniósł na mnie  wzrok.
- Słucham.- powiedział krótko.
- Ostatnio zauważyłam, że... Jak to określić...nie jesteś sobą.- wymamrotałam.
- Nie jestem sobą? A skąd możesz to wiedzieć.?- odparł.
- Ja...
- Wszystko ze mną w porządku, siostro.- mówiąc ostatnie słowo, usłyszałam nutkę kpiny.
- Czemu się tak zachowujesz?- spytałam, lekko urażona.
- Jak?
- Właśnie tak. Nie wiem co Cię tak irytuje. Nie mam pojęcia, czemu tak szybko się denerwujesz. Wiem jednak, że nie powinieneś odreagowywać na nas. Jeśli coś Cię gryzie, to porozmawiaj ze mną. Z chęcią Cię wysłucham, ale proszę, nie bądź taki oschły.- powiedziałam.
- Po tylu latach chcesz być przykładową siostrą?- syknął.
- Harry! Czy ty słyszysz samego siebie?- jęknęłam, w szoku po tym co usłyszałam.
- Wiem doskonale co mówię. Przestańcie mi wmawiać, że coś jest ze mną nie tak. Nie dość, że Ministerstwo się na mnie uwzięło, to jeszcze wy zaczynacie...
- No co? Co robimy? Martwimy się o Ciebie? Zależy nam na twoim samopoczuciu? Chcemy pomóc?- przerwałam mu.
- Stajecie się nie do zniesienia.- odpowiedział, po czym wstał i ruszył w stronę schodów prowadzących do dormitorium.
 Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam za nim. Chwyciłam go mocno za przedramię. Próbował się wyrwać, ale nie udało mu się. Odwrócił się do mnie, wściekły. Dostrzegłam furię w jego oczach. Jednak po paru sekundach zobaczył łzy, którym nie pozwoliłam popłynąć. Jego wyraz twarzy złagodniał. Nagle parę obrazów pospadało na ziemię. Podskoczyłam, przestraszona głośnym trzaskiem. Harry patrzył na mnie przepraszająco. Pokręciłam tylko głową. Wyminęłam go, zaciskając szczęki, powstrzymując łzy. Kiedy wreszcie leżałam w łóżku, poddałam się.  Zasnęłam z mokrymi policzkami.
Otwierając oczy, z ulgą stwierdziłam, że była sobota. Dziękowałam Merlinowi, że po tak męczącym dniu nastąpił weekend. Oznaczało to, że mogłam siedzieć w dormitorium i z niego nie wychodzić. Niestety Hermiona pokrzyżowała moje plany. Namówiła mnie żeby zejść do Wielkiej Sali i jednak zjeść śniadanie. Narzuciłam na siebie czarną bluzkę i dżinsy. Włosy nie współpracowały. Rozmawiając o tym problemie ruszyłyśmy na śniadanie. Na szczęście byłyśmy bardzo wcześnie, więc uczniów było niewiele.
- Co się stało wczoraj wieczorem?- spytała niepewnie moja przyjaciółka, smarując tost marmoladą.
- A co się miało stać?- odparłam, udając, że nie wiem o co chodzi. Dziewczyna uniosła tylko brew i patrzyła na mnie wzrokiem „Naprawdę? Wierzysz, że to Ci się uda?”. Westchnęłam.
- Zauważyłaś, że Harry jest ostatnio trochę dziwny.- powiedziałam cicho. Kiwnęła głową.
- Chciałam się zapytać Herry’ego czy coś się stało. Nie odpowiedział mi. Zamiast tego, pokłóciliśmy się. Nie mam pojęcia co w niego wstąpiło. Zachowywał się tak, jakby miał do czynienia conajmniej z Malfoy’em.-  przy ostatnim  zdaniu przypomniałam sobie poprzedni wieczór, w gabinecie Snape’a.
Spojrzałam na moją prawą dłoń.
- Naprawdę?-zdziwiła się Hermiona.- To nie jest do niego podobne. A przynajmniej nie do Harry’ego z minionych lat. Musisz dać mu trochę czasu. Niedawno dowiedział się, że ma siostrę. Dziwiłam się że tak dobrze to przyjął. Może dopiero teraz dociera to do niego i nie wie jak się ma zachować.
- Wątpię. Często o tym rozmawialiśmy na Grimmuald Place.
- On jest w paskudnej sytuacji. Wiesz przecież co wszyscy o nim mówią. Odczekaj trochę. Jeśli się nie poprawi, wtedy będziesz mogła zacząć się martwić.- dodała i uśmiechnęła się do mnie pocieszająco. Odwzajemniłam uśmiech. Postanowiłam iść za jej radą.
Po śniadaniu udałyśmy się na błonia żeby odrobić prace domowe. Ginny, która dołączyła do nas w połowie śniadania, poszła razem z nami. Był wyjątkowo ładny dzień. Świeciło słońce, ale nie było upału. Wiał lekki, przyjemny wiatr. Siedząc pod wielkim dębem, odłożyłam na chwilę piuro, żeby rozkoszować się pogodą. Zamknęłam na moment oczy i wzięłam głęboki wdech. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam stojącego przede mną Harry’ego, razem z Ronem i bliźniakami.
- Talia, mogę z tobą porozmawiać?- odezwał się ten pierwszy.
- Co, zachciało Ci się bawić w przykładnego b...- przerwała mi Hermiona, które dźgnęła mnie łokciem w bok. – Pewnie.- poprawiłam się. Wstałam i otrzepałam spodnie. Ruszyliśmy brzegiem jeziora, oddalając się kawałek od reszty.
- Ja wiem, że źle się zachowywałem. Przepraszam.- wydusił z siebie.
- Skoro wiesz, to czemu tak się zachowałeś?- spytałam oschle.
- Ja... Podniosło mnie wczoraj.
- Poniosło Cię.- prychnęłam
- Przepraszam.- powtórzył.
- No nie wiem, nie wiem.- westchnęłam teatralnie. Poczochrałam mu włosy i uśmiechnęłam się. Obiął mnie ramieniem.
- Brat powinien chronić siostrę, a nie się na niej wyżywać.- zażartowałam.
- Nie mam wprawy, ale postaram się to zmienić.- parsknął.
- Rodzeństwo znowu się kocha! Fred, dawno nie mieliśmy takich sentymentalnych momentów.- usłyszałam.
- Masz rację George. Kocham Cię braciszku.- powiedział Fred z udawanym wzruszeniem.
- Kocham Cię.- jęknął George. Udając płacz, przytulili się.
- Nie możecie popracować nad bombonierkami?- zawołałam- Rozmawiam z bratem.
- Oj nie złość się, nie przeżyłbym tego.- zawołał George.
- No cóż...- westchnęłam
- Tylko nie gniew Talii!
- Sam jesteś sobie winien.
- Trzeba sprawić, żeby się uśmiechnęła, George.- odezwał się Fred.
Po chwili George zaczął mnie łaskotać. Piszczałam w proteście, próbowałam się wyrwać, ale na marne. Ginny przybiegła mnie na ratunek, jednak i jej pomoc nic nie dała.
- George, przestań! Zaraz wpadniemy do...- nie dokończyłam. W jednym momencie straciłam grunt pod stopami.
Poczułam chłód wody. Napierała na mnie z każdej strony. Nie miałam powietrza w płucach. Zaczęłam płynąć, ale noga zaplątała mi się w glony. Wierzgałam, machałam nogami. Nic. Robiło mi się słabo. Ostatkiem sił udało mi się jednak wyplątać nogę. Wynurzyłam głowę, zachłannie wdychając powietrze.
- Ty kretynie!- usłyszałam Ginny.
- Ale nic się jej nie stało...
- Mogła się utopić!- krzyknęła Hermiona.
- Ale jej NIC się nie stało...
- ALE MOGŁO!- krzyknęły jednocześnie.
- Wszystko w porządku.- wydyszałam. Ron i Harry pomogli wyjść mi na brzeg. Położyłam się  na trawie, oddychając szybko.
- Wracajmy do zamku. Musisz się ogrzać.- powiedziała Hermiona. Machnęłam tylko ręką.
- Wszystko w porządku.- powtórzyłam.
- Talia, przepraszam.- usłyszałam George’a.
- Nie ma sprawy.
- Talie potrafią pływać, Hermiono.- zaśmiał się Fred, rozładowując w ten sposób atmosferę. Kiedy szliśmy w stronę zamku, nikt się już nie złościł. Przepychałam się z Georgem, któremu wychodziło to lepiej. Był wyższy ode mnie, co dawało mu przewagę.
- Jest jeszcze wcześnie, co robimy?- spytałam, kiedy już założyłam suche ubrania. Włosy były jeszcze mokre.
- Mamy jeszcze dużo wypracowań...
- Nie.- przerwałam Hermionie.- Po obiedzie też będzie na to czas.
- To może pomożesz mi robić czapeczki?- zawołała z nadzieją w głosie.
- Ehm... chyba pójdę do biblioteki. Wiesz, książki będą potrzebne przy pisaniu wypracowań.- powiedziałam.
- Dobrze. Widzimy się na obiedzie?
- Tak, do zobaczenia!- pożegnałam się z nią i przeszłam przez portret. Dopiero schodząc po schodach, zorientowałam się że nie wiedziałam, gdzie jest biblioteka. Idiotka; pomyślałam. Zaczepiłam pierwszą lepszą osobę.
- Cześć! Wiesz może gdzie jest biblioteka? Zapytałam dziewczynę z długimi blond włosami i twarzą elfa. Była ze Slytherinu. Zmierzyła mnie tylko wzrokiem od stóp do głów i poszła dalej tanecznym krokiem, godnym baletnicy.  
- Cholera.- mruknęłam do siebie. Zaczepiłam jeszcze kilka osób, ale reakcja była taka sama.
Nie mając innego wyboru zaczęłam szukać biblioteki sama.
Może to te mokre włosy ich odtrąciły?
Bez przesady, nie jesteś psem!
Ale czy widok dziewczyny z mokrymi włosami szukającej biblioteki to codzienny widok?
Hmm, zastanówmy się. Masz na imię Talia Potter, nikt o tobie nie wiedział i nagle okazuje się że jesteś siostrą Harry’ego Pottera, którego mają za kłamcę. Może dlatego?
Och zamknij się!
Tak wyglądały moje rozmowy same ze sobą. Kłócąc się z „wewnętrzną Talią”, nie zauważyłam że ktoś idzie obok mnie.
- A tobie co się stało?- usłyszałam znajomy śmiech. Wysoki blondyn zrównał się ze mną i patrzył ze współczuciem na moje włosy.
- Nie możesz sprawdzić, czy nie ma Cię gdzieś indziej?- spytałam z nadzieją.
- Grzeczniej, Potter. Staram się być miły. Doceń to.
- Po pierwsze, to ty postanowiłeś za mną łazić i próbować być miły, nie wiedząc czemu. Po drugie, nie należę do najmilszych osób, zwłaszcza jeśli ty wchodzisz w grę. Po trzecie, idź sobie.- mruknęłam, nie wiedząc dokąd szłam.
- Spotkałaś Irytka?- zignorował moją wcześniejszą wyliczankę.
- Nie, wpadłam do jeziora.- powiedziałam orientując się że w głowie brzmiało to o wiele lepiej. Draco zaczął się śmiać.
- Brawo, Potter.
- Mogę Ci w czymś pomóc?- zatrzymałam się i oparłam dłonie na biodrach.
- Nie, a przynajmniej nie mnie. Tobie przydałaby się pomoc, owszem.- posłał mi łobuzerski uśmiech.
- W takim razie czego chcesz?- warknęłam tracąc cierpliwość.
- Zauważyłem że krążysz po zamku i pomyślałem że może pomogę Ci znaleźć miejsce, którego szukasz.- odpowiedział.
- Skąd wiesz, ze czegoś szukam? Może po prostu spaceruję.- skłamałam.
- Jesteś w zamku zaledwie dwa dni. Chodzisz z miną, która odstrasza ludzi i błądzisz po korytarzach. Na pewno czegoś szukasz.
- Śledzisz mnie?- zaśmiałam się.
- Tak, bo nie mam nic lepszego do roboty w sobotnie przedpołudnie.- zadrwił.
- Przyznaj się.- pchnęłam go lekko w ramię.
- Chciałabyś.- powiedział z wyższością.
- Niekoniecznie.- skrzywiłam się.- Dobra, wiesz gdzie jest biblioteka?- spytałam.
- Szukasz biblioteki? Ty na prawdę jesteś stuknięta. Jest weekend.- popatrzył na mnie jak na wariatkę.
- W przeciwieństwie do Ciebie chcę zdać SUM’y.
- Mogę Cię zaprowadzić.- powiedział.
- Wystarczy, ze powiesz mi jak tam dojść.- odparłam.
- Chyba się mnie nie boisz, co?- mruknął, zbliżając się do mnie. Automatycznie zrobiłam krok w tył.
- Śnisz, Malfoy.
- Gdybym śnił,  wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.- powiedział z niebezpiecznymi błyskami w oczach. Był teraz bardzo blisko i po raz pierwszy, jego szare tęczówki mnie przytłaczały.  Do tego nie wiedziałam jak miałam zrozumieć to co powiedział.
- Jak uważasz.- wymamrotałam odwracając wzrok. Jego bliskość sprawiała, że czułam się niekomfortowo.
- To gdzie jest ta biblioteka?- westchnęłam.
- Proszę za mną.- kącik jego ust uniósł się lekko. Pokręciłam tylko głową, karcąc samą siebie.  Odepchnęłam go lekko i czekałam aż wskaże kierunek.


                                                                                    ***

Szła obok mnie, lekko naburmuszona. Wiedziałem, że nie powinienem jej denerwować, ale bycie miłym nie było w moim stylu. Nie mogłem nagle stać się milusi. Mogłaby się wtedy zorientować, że coś knułem. Nie byłem szczęśliwy, marnując na nią czas, ale musiałem to zrobić. Jedynym plusem, było to, że mogłem ją denerwować. W pewnym momencie nie będziesz mógł jej drażnić; odezwał się cichy głos w mojej głowie. Niestety miał rację. Na razie, mogłem sobie jednak pozwolić na poprawienie humoru. Zerknąłem na nią kątem oka. Była dość niska, przynajmniej jak dla mnie. Sięgała mi do brody. Była szczupła. Długie loki opadał jej na plecy, sięgając do kości ogonowej. Bystre oczy próbowały mnie zabić wzrokiem. Gdyby nie była siostrą Potter’a, może i mógłbym na nią spojrzeć... inaczej. Ale nią była.
- Daleko jeszcze?- odezwała się wreszcie.
Nie musiała wiedzieć, że wybrałem najdłuższą drogę.
- Tak.-  odpowiedziałem bezbarwnym głosem. Misja, Draco. Myśl o misji; odezwała się moja podświadomość. Odchrząknąłem.- Bardzo daleko.- dodałem, żartobliwym tonem.
- Aha.- mruknęła. Znowu nastąpiła chwila ciszy.
- Twoja szlamcia nie będzie zła, jak się dowie z kim chodzisz po zamku?
Zareagowała momentalnie. Jej twarz przybrała niebezpieczny wyraz, zacisnęła szczęki a drobne dłonie zwinęła w piąstki, którymi nie mogła zrobić mi krzywdy.
- Nie przeginaj Malfoy. Już raz Ci powiedziałam że masz tak do niej nie mówić.- warknęła.
Zacząłem się zastanawiać, po co ze mną szła, skoro tak jej nie odpowiadałem. Musiała być zdesperowana, jeśli chodziło o bibliotekę. Zaśmiałem się cicho.
- Z czego się śmiejesz?- fuknęła.
- Z Ciebie.- zaśmiałem się jeszcze głośniej, widząc jak bardzo się złościła.
- A to dlaczego?
- Bo mimo, że mnie tak nienawidzisz, idziesz ze mną korytarzem do tej głupiej biblioteki. Musi tam czekać na Ciebie ktoś bardzo ważny, skoro jeszcze nie zwiałaś.
- Nikt tam na mnie nie czeka, a poza tym... Nie nienawidzę Cię.- powiedziała.
- Na prawdę?- zaintrygowała mnie.
- Nienawiść to bardzo moce uczucie, Malfoy. Nie zasłużyłeś sobie na to żeby Cię takim darzyć.- uśmiechnęła się zadziornie.
- W taki razie, jakim uczuciem mnie darzysz, Potter?- odwzajemniłem uśmiech.
- Żadnym. Po prostu bardzo często mnie denerwujesz.- rzekła.
- No to musimy nad tym popracować.- stanąłem przed wejściem do biblioteki.
- Nie, nie musimy. Dziękuję, za pokazanie drogi. Następnym razem nie wybieraj najdłuższej drogi.- powiedziała i ruszyła w stronę wielkich drzwi.
Złapałem ją za ramię.
- No to do następnego razu.- mruknąłem cicho do jej ucha. Przytrzymałem ją jeszcze przez chwilę. Zaniemówiła, sparaliżowana moją bliskością. Kiedy w końcu uznałem, że wystarczy jej, jak na jeden dzień, puściłem ją i odszedłem.
W tym momencie byłem pewny, że nasienie zostało zasiane. Teraz wystarczyło podlewać i zobaczyć jak kwiat wykiełkuje.
                                                                                     ***
Weszłam do biblioteki z lekkim rumieńcem na twarzy. Nie miało to nic wspólnego z Draconem. Nie byłam po prostu przyzwyczajona do takiej bliskości. Zwłaszcza, jeśli chodzi o płeć przeciwną. Jeszcze to szeptanie do ucha... Bardzo dziwne uczucie. Podeszłam do regału w którym miałam nadzieję znaleźć wszystkie potrzebne książki. Nie mogąc pozbyć się tego dziwnego uczucia, poirytowana szukałam odpowiedniego tomu. No to do następnego razu ; nadal słyszałam to zdanie. Z zamyśleń wyrwały mnie spadające książki. Pośpiesznie je pozbierałam. Zaczęłam być na siebie zła. Owszem, łatwo można było mnie wyprowadzić z równowagi. Nie mogłam jednak pozwolić, żeby byle chłoptaś mógł to robić w tak głupi sposób. Teraz już wiesz, czego możesz się spodziewać ; pomyślałam. Od tej pory mogłam być przygotowana.

                                                                                        ***

Padłem na skórzaną kanapę w pokoju wspólnym. Dołączył do mnie Zabini.
- Jak Ci poszło?- zapytał.
- Tak jak powinno. Mam przynajmniej taką nadzieję. Jest bardzo nieprzewidywalna, a humor potrafi jej się zmieniać z sekundy na sekundę.
- Albo Cię po prostu nie lubi.- zaśmiał się.
- Śmieszy Cię to?- warknąłem.- Muszę wypełnić tą cholerną misję, nie mam wyboru. Stąpam po bardzo kruchym lodzie. Muszę sprawić, żeby mi zaufała, jeśli coś pójdzie źle, wysadzi mnie w powietrze. Jeśli się okaże, że pozytywne uczucia również powodują że traci nad sobą kontrolę, też wysadzi mnie w powietrze. I bądź tu człowieku mądry.
- Nie masz łatwo stary. To tak jak byś musiał utulić tykającą bombę do snu.
- Dokładnie.
- Ale przyznaj. Jest ładniutka, a jej temperament...- gwizdnął głośno. Spiorunowałem go wzrokiem.
- Jeśli interesuje Cię siostra Bliznowatego, zdrajczyni krwi, to jak z nią skończę będziesz mógł ją sobie wziąć.- zadrwiłem. Miałem nadzieję że dosłyszał sarkazm w moim głosie.
- Draco, twoim zadaniem jest przekabacić ją na naszą stronę. Jeśli Ci się uda, to nie będzie już zdrajczynią krwi. Będzie służyć Czarnemu Panu. Jeśli nie skorzystasz, to ja chętnie.- puścił do mnie oko i zatarł ochoczo ręce.
- A już myślałem, że twój idiotyzm przejdzie z wiekiem. Z niczego nie będziesz korzystał. Skoro ma służyć Czarnemu Panu, to nie będzie mogła się bawić z tobą w dzikie romanse. Zostanie jego własnością, która nie może okazywać żadnych uczuć dopóki On jej nie pozwoli.
- No tak... Szkoda.- mruknął Zabini.
- Co szkoda?- usłyszałem pisk Pansy. Podbiegła i usiadła mi na kolanach.
- Nie twój interes.- syknąłem poirytowany.
- Widziałam niedawno siostrzyczkę Potter. Chodziła po zamku jak obłąkana, z mokrymi włosami. Emily powiedziała że ją zaczepiła. Pytała o bibliotekę.-prychnęła.
- Mam ochotę potraktować ją jakąś klątwą.- dodała. Zabini i ja spojrzeliśmy na siebie w tym samym czasie.
- Masz trzymać się od niej z daleka.- warknąłem.
- Jak to? Przecież mówiłeś...
- Ale teraz mówię że masz ją zostawić w spokoju.
- I nie kombinuj.- dodał Zabini.
Parkinson wyglądała, jakby właśnie dowiedziała się że został jej tydzień życia.
- Razem z Zabinim damy sobie radę. Nie chcę żebyś brudziła sobie rączki tą wariatką.- mruknąłem i pogładziłem ją po ramieniu. Nie mogłem wzbudzać podejrzeń. Zabini ledwo dostrzegalnie kiwnął głową. Pansy uśmiechnęła się, próbując wyglądać przy tym nonszalancko. Miałem ochotę zrzucić ją z kolan i iść do dormitorium gdzie czekała na mnie butelka Ognistej Whiskey. Ojciec porozmawiał z dyrektorem szkoły i przekonał go żebym mieszkał w oddzielnym dormitorium, razem z Zabinim. Mieszkanie z resztą uczniów byłoby ryzykowne. Blaise i ja byliśmy wtajemniczeni w sprawy które nie są przeznaczone dla innych. Mieliśmy wstąpić w szeregi Czarnego Pana. Osobne dormitorium było nam potrzebne. Byłem bardzo zdziwiony, kiedy usłyszałem że ojcu się udało to załatwić.

                                                                                    ***

- Czemu tak długo Cię nie było?- spytała Ginny. Zajęłam miejsce obok niej i nałożyłam sobie pieczonego kurczaka na talerz.
- Znalazłam interesującą książkę.- odpowiedziałam.
Nie wiedzieć czemu, opowiedzenie o spotkaniu z Malfoy’em wydało mi się ryzykowne.
- Naprawdę? Jaką?- ożywiła się Hermiona. Czułam jak mina mi rzedła
- Ehm... Nie zwróciłam uwagi na tytuł.- wymamrotałam.- Była o różnych, ciekawych eliksirach.
- Ty nie możesz być moją siostrą.- zażartował Harry.
- Bez przesady. Gdyby uczył nas ktoś inny, to polubiłbyś eliksiry.
-  Za dwa tygodnie będą nabory do drużyny Quidditcha!- Ron zmienił temat.
- W tym roku nie tylko Harry będę się starał o miejsce.- Ginny uśmiechnęła się do mnie.
- No, ja też chcę spróbować!.- rudzielec wyszczerzył zęby.
- Mówiłam o Talii.
- O Talii? Umiesz grać?- zdziwił się Ron.
- Tak, a przynajmniej mam taką nadzieję.
- Zobaczy się na boisku.- wtrącił George.
- Damy Ci niezły wycisk.- dodał Fred.
- Nie mogę się doczekać.- zaśmiałam się.

Resztę soboty i całą niedzielę spędziliśmy na odrabianiu prac domowych i pisaniu wypracowań. Najwięcej kłopotów sprawiała mi historia magii. Była nie do zniesienia i straszliwie nudna. Najwięcej pracy włożyłam w eliksiry. Postanowiłam że nie spocznę, aż nie usłyszę pochwały z ust Snape’a. Ron kazał mi nie robić sobie zbędnych nadziei, ale ja się uparłam. Obrona przed czarną magią była łatwa, pomijając fakt że równie dobrze mogliśmy nic nie robić na lekcjach. Dzięki szkoleniom Pani Bagshot nie zostawałam w tyle z materiałem, wręcz przeciwnie. Większość już przerobiłam. Zwłaszcza jeśli chodzi o zaklęcia. Pani Bathilda dopilnowała, żebym umiała się bronić i dać sobie radę. Nie miałam innego wyboru.
Następny tydzień lekko się dłużył. Umbridge uwzięła się na Harry’ego, który miał u niej szlaban. Dla mnie też nie była milutka. Jej lekcje były straszne. Snape nie okazał się lepszy. Mimo starań i ciężkiej pracy, krytykował każdy eliksir i wypracowanie. Przyglądał się mi uważnie z satysfakcją w jego ciemnych oczach. Nie pozostawało mi nic więcej niż trzymać język za zębami i starać się dalej. Większość Gryfonów przyzwyczaiła się już, że istnieję. Parę uczniów zaczęło ze mną rozmawiać i może nawet lubić. Zwłaszcza Angelina, która została kapitanem drużyny Greffindoru. Bardzo się ucieszyła, kiedy powiedziałam jej że będę brała udział w naborach. Oczekiwała ode mnie równie dobrych zdolności jak u mojego brata.
Siedziałam w czwartek wieczorem w Pokoju Wspólnym z książką w ręku. Zamiast jednach czytać jej treść, obserwowałam jak bliźniaki demonstrują działanie krwotoczków truskawkowych.  Nagle zarejestrowałam ruch przy portrecie Grubej Damy. Harry szedł w moją stronę, widocznie zły.
- Co się stało?- spytała Ginny, głaskając Krzywołapa.
- Umbridge się stała.- syknął, siadając obok mnie na kanapie. Zauważyłam że trzyma się za lewą dłoń.
- Harry,- szepnęłam.- Co Ci się stało?
- Nic.
- Ile zostało Ci szlabanu?- odezwała się Hermiona.
- Jeszcze dwa tygodnie.
- Harry...- spróbowałam jeszcze raz, ale ten wstał.
- Idę się położyć. Dziennik Snów wypełnię jutro rano.- powiedział szybko i poszedł.
- Dajcie mu na razie spokój. Powie jak będzie chciał.- ziewnął Ron, przeciągając w fotelu.
- A gdyby coś się działo Ginny, też byś tak powiedział?- burknęłam.
- No nie, ale...
- Ale co?
- Ech, wy dziewczyny jesteście takie dziwne, nic nie rozumienie.
- Słucham?- oburzyła się Hermiona.
- Z wami jest zupełnie inaczej. Wy lubicie rozmawiać o swoich problemach, my nie.- wytłumaczył rudzielec.
Poczułam jak ktoś klepie mnie w ramię. Ten ktoś okazał się być pierwszoroczniakiem.
- Dyrektor prosi Cię do siebie.- pisnął niski chłopczyk. Miał piękne, niebieskie oczy.
- Dziękuję.- uśmiechnęłam się do niego. Wyszczerzy do mnie bielutkie zęby i wrócił do swoich znajomych.
Wstałam i zostawiłam moich znajomych, kłócących się o głupoty. Na szczęście wiedziałam gdzie był gabinet Dyrektora. Idąc korytarzem, zobaczyłam że ktoś stoi przy pomniku który chronił wejście, którym chciałam przejść. Był to sam Dyrektor.
- Dobry wieczór, Panie profesorze.- przywitałam się.
- Witaj! Och tak, mamy dzisiaj wyjątkowo piękny wieczór. Czekałem tu na Ciebie, ponieważ nie znasz hasła, jak mniemam?
- Zgadza się.- przytaknęłam.
- Byłbym Ci dozgonnie wdzięczny, gdybyś zachowała je dla siebie. Pewnie i tak wszyscy już je znają, więc nie ma potrzeby, żeby je rozpowiadać- westchnął radosny. Zaśmiałam się cicho.
- Żółte landrynki.- powiedział. Pomnik przesunął się, ukazując schody. Po wspięciu się na nie, weszliśmy do dużego, okrągłego pomieszczenia. Na półkach nie tylko było dużo książek, ale i różnych, delikatnych instrumentów. Błyszczały złotem lub srebrem. Nie miałam pojęcia do czego mogły służyć. 
- Usiądź.- profesor wskazał mi krzesło stojące naprzeciwko jego biurka.
- Jak Ci minęły te dwa tygodnie?- zapytał uśmiechnięty, kiedy już usadowiliśmy się na krzesłach. Pytanie zbiło mnie z tropu.
- W porządku.- opowiedziałam niepewnie.
- Podoba Ci się zamek?
- Jest przepiękny.
- A jak lekcje?
- Dobrze, profesorze.
- Nauczyciele?
- Różnorodni.
- Tak... Słyszałem że na pierwszej lekcji z profesor Umbridge doszło do sprzeczki.- nie przestawał się uśmiechać.
- Czemu mnie Pan wezwał, profesorze?- spytałam po dłuższej chwili ciszy.
- Żeby dowiedzieć się, jak miewa się twoje samopoczucie.- odparł. Uniosłam lekko brwi.
- Moje samopoczucie ma się dobrze, dziękuję.
- Widzisz Talio... Twoje samopoczucie jest dość istotne. Wiesz może o czym mówię?- patrzył na mnie wyczekująco, wytrzeszczając lekko oczy.
- Nie mam pojęcia.- przyznałam się.
- To dobrze. Nie doszłaś do nieprawidłowych wniosków, dobrze, dobrze.- mruczał pod nosem, bardziej do siebie.
- Do jakich wniosków miałam dojść?
- Na razie do żadnych, moja droga. Chcę Cię jednak o coś prosić.- rzekł ciepłym głosem.
- Oczywiście.
- Próbuj się uspokajać, kiedy następnym razem się zdenerwujesz.- powiedział.
- Chodzi o to co zaszło między mną, a profesor Umbridge?- spytałam. Cholerna ropucha.
- Nie. Tu chodzi tylko o Ciebie. Ważne jest, żebyś miała czysty, spokojny umysł.
- Gdzieś to już słyszałam.- zaśmiałam się.
- Bathilda Bagshot... Kobieta o wielkim sercu.- westchnął.
- Czemu wszyscy mi to powtarzają? Że mam nad sobą panować?
- Dowiesz się w swoim czasie.- uśmiechnął się.
- A kiedy nadejdzie ten czas?
- W odpowiednim momencie.
Mimo że zżerała mnie ciekawość, parsknęłam.
- Słyszałem że nasza drużyna będzie miała w tym roku dwoje Potterów.- zmienił temat.
- Kibicuje pan Gryffindorowi?- ożywiłam się.
- Oczywiście! Odkąd twój brat gra w drużynie, jesteśmy nie do pokonania.- rozpromienił się dyrektor.
- Jeszcze nie widziałam jak gra.- powiedziałam, próbując wyobrazić go sobie na miotle.
- Gra jak zawodowiec.- mrugnął do mnie.- Talio, życzę Ci powodzenia za tydzień i pamiętaj o co Cię prosiłem.
- Tak jest.- wstałam z krzesła.- Dobranoc, profesorze.
- Dobranoc, Talio.

                                                                                     ***

Stałem na korytarzu obok posągu. Powinna już wychodzić. Dziś rano dostałem kolejny list od ojca. Napisał że mam czas do końca roku szkolnego. Musiało mi się udać, za wszelką cenę.
Nagle usłyszałem czyjeś kroki. Wreszcie ją zobaczyłem. Szła rozkojarzona przed siebie, nie wiedząc że ma towarzystwo. Ruszyłem za nią. Kiedy byłem dostatecznie blisko, schwyciłem jej nadgarstek. Odwróciła się szybko piorunując mnie wzrokiem. Dopiero kiedy zorientowałam się że to ja ją zatrzymałem, odetchnęła z ulgą.
- Jeśli reagujesz tak za każdym razem, to nie dziwię się, że nikt Cię nie lubi.- puściłem nadgarstek Gryfonki.
- A jednak ty ciągle za mną chodzisz.- odgryzła się
- Nie chodzę za tobą, to ty wpadasz na mnie.- uśmiechnąłem się filuternie.
- Gdybyś mnie nie zatrzymał, nie wiedziałabym nawet że idziesz tym korytarzem.- stwierdziła.
- Cóż, zobaczyłem że idziesz sama. Damy nie powinny chadzać same wieczorami.
- Od kiedy jesteś taki opiekuńczy?- parsknęła.- Muszę Ci przypomnieć, że jesteśmy w szkole, więc nie martw się, nic mi się nie stanie.
- Skąd możesz wiedzieć, że jest tu bezpiecznie? Braciszek nie opowiedział Ci co się tutaj działo?- mruknąłem cicho.
- Malfoy, nie jestem w nastroju na twoje gierki, jestem zmęczona.- jęknęła.
- No dalej, nie rozmawialiśmy już tydzień.- zrobiłem krok w jej stronę.
- Wcale nad tym nie ubolewałam.- powiedziała, hardo patrząc mi prosto w oczy. Nie cofnęła się.
- Czemu Ci nie wierzę?
- Bo popadłeś w samozachwyt.- szepnęła, jakby zdradzała mi jakiś sekret.
- Nie jest ze mną chyba aż tak źle.- również szepnąłem, zakładając kosmyk włosów za jej ucho. Patrzyła na mnie z lekką drwiną.
- Tobie chyba brakuje uwagi, Malfoy.
- Możliwe.
- Niestety ja Ci nie mogę pomóc.- powiedziała z niewinną minką i zaczęła iść dalej. Co było nie tak z tą dziewczyną? Każda inna była by już moja. Miałbym ją owiniętą wokół palca. Minęły dwa tygodnie, a ja już miałem dosyć.
- Potter!- zawołałem za nią.  Odwróciła się wzdychając ciężko.
- Jeśli jednak zmienisz zdanie, to wiesz gdzie jest Pokój Ślizgonów.- posłałem jej łobuzerski uśmiech.
- Skoro myślisz, że będę się tam zapuszczać, to żal mi Cię.- odkrzyknęła.
- W taki razie znowu będę musiał Cię znaleźć.- powiedziałem ciszej, ale wiedziałem że usłyszała.
- Nie kłopocz się. Dobranoc, Malfoy.

- Dobranoc, Potter.