porę na wstawianie rozdziałów ;p W każdym bądź razie,
oto ciąg dalszy mojego głównego opowiadania.
(Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, zaczęłam pisać
miniaturkę, której ostatnią część będzie można przeczytać w
niedzielę, trzynastego marca. Serdecznie zapraszam!).
Jest to oficjalny początek zakończenia tego opowiadania!
Oczywiście, wyjaśnienie wszystkiego, wszystkich wątków
itp. zamie mi jeszcze trochę czasu. Rozdział ten nie jest długi,
nie dzieje się w nim zbyt wiele, bo mam już wszystko poukładane
w głowie, jak ta ostatnia "część" opowiadania ma wyglądać,
więc nie chciałam zbyt dużo zdradzać w tej notce. Uważam jednak,
że to dobre wprowadzenie do tego, co ma się dziać później :)
Miłego czytała!
Panna Potter
Leżałam skulona na łóżku po ciężkim dniu pełnym bolesnych wizji, emocjonalnych huśtawek i przepysznego jedzenia Pani Weasley. Coś jednak nie dawało mi cały czas spokoju.
Dlaczego Lucjusz Malfoy był dla mnie taki miły?
Rozmawiałam z Draconem na ten temat, kiedy jego rodzice gościli mnie w Malfoy Manor. Zwierzyłam mu się ze wszystkich wątpliwości. Rozumiał je, ale zapewniał, że jego ojciec ma dobre intencje. Nawet fakt, że złożył mi wizytę, kiedy mieszkałam z moją ostatnią rodziną zastępcza go nie zdziwił. Podobno wiedział o mnie już od dawna, cały czas zastanawiając się, jak mi pomóc. Draco twierdził, że mam wątpliwości przez te wszystkie plotki, które krążą o jego ojcu, a mianowicie, że Lucjusz Malfoy był śmierciożercą. Zakon był o tym przekonany.
Naprawdę nie wiedziałam już co o tym myśleć. Zamiast łatwiejsze, wszystko stawało się bardziej skomplikowane i trudne. Przez te drobne kłamstwa i ukrywanie prawdy czułam się podle. Bo przecież musiałam okłamywać brata. Tak jak na początku czułam się bezpiecznie i na miejscu, tak teraz czułam się zagubiona w tym całym bagnie. Czemu nie mogłam być normalną czarownicą z normalnymi problemami?
Z takimi właśnie myślami odpłynęłam w sen, fantazjując o "normalnym" życiu.
***
- I co teraz zamierzasz? - spytał Teodor, bawiąc się pustą szklanką.
Razem z Blaisem i Teodorem siedzieliśmy w pokoju, który często wykorzystywaliśmy na dni takie jak ten. Mięliśmy dużo do omówienia, a barek stojący niedaleko kominka nam to umilał.
- Szczerze, to myślałem, że wszystko będzie prostsze. Oczywiście do momentu, w którym Czarny Pan będzie miał ją już w garści. Niestety, myślę, że utrudniłem sobie sprawę - odpowiedziałem, chowając twarz w dłonie.
Dostałem, czego chciałem. Talia zbliżyła się do mnie, dowiedziała się, co do niej czułem. Mimo to, z każdą chwilą żałowałem tego coraz bardziej.
- Wiem, że to nie pomoże, ale jakby na to nie patrzeć, to dostałeś rozkaz. Voldemort kazał Ci ją oczarować. Spróbuj tak o tym myśleć - odezwał się Blaise.
- Tyle że ja jej nie oczarowałem. Okazało się, że też coś do mnie czuje. To ona mnie pocałowała. Kiedy skończymy tą misję, Talia będzie mnie nienawidzić z całego serca.
Zapadła cisza. Żaden z nas nie widział wyjścia z tej sytuacji. Wszystko zostało osądzone już dawno temu, a my nie mogliśmy nic zrobić. Tylko pokomplikowałem sobie sprawę.
Zamiast trzymać się planu, zdobyć jej zaufanie i oddać ją Czarnemu Panu, zamiast pozostać obojętnym, zaangażowałem się uczuciowo. Dałem się omotać Talii Potter. Z każdą rozmową, nową informacją na jej temat intrygowała mnie coraz bardziej. Ciekawość jednak jest zgubna. Doprowadziła mnie do tego, że ta mała złośnica pokazała mi zupełnie inny świat, który bardzo różnił się od mojego. Gdybym nie dał się wciągnąć, skoncentrował się na zadaniu, nie poznałbym jej na tyle, aby ona i życie z jej perspektywy mnie zafascynowało. Ale poznałem ją, doznałem tego, czego zawsze chciałem, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Zanim Talia w ogóle pojawiła się w moim życiu, wszystko z pozoru wydawało się w porządku. Wytrzymywałem z ojcem i jego poglądami, zasadami. Byłem posłuszny. Moje życie mnie satysfakcjonowało. Owszem, razem z Blaisem i Teodorem poruszaliśmy temat "co by było gdyby", ale nie tak często jak teraz. Potem zjawiła się Talia. Sprawiła, że przejrzeliśmy na oczy. Doprowadziła do tego, że moja rzeczywistość stała się nie do wytrzymania. Uświadomiłem sobie jak bardzo mi było źle, jak bardzo chciałem coś zmienić. Tak jakby zdjęła ze mnie czar.
Zagalopowałem się i nie tylko ja przez to cierpiałem. Ona miała cierpieć jeszcze bardziej.
- A co z Pansy? - ciszę przerwał Teodor.
- Co masz na myśli?
- To twoja dziew...Była dziewczyna. Co zrobisz po powrocie do Hogwartu?
- Draco - wtrącił się Blaise.
- Co jest, Blaise?
- Wiem, że to nie jest coś, co chciałbyś usłyszeć, ale musimy być realistami. Im dłużej będziesz przekonywał Talię o tym, że Ci na niej zależy, tym gorzej. Za niedługo będzie chciała Ci wydrapać oczy. Musisz trochę zwolnić i skupić się na zadaniu, przynajmniej do chwili, w której czegoś nie wymyślimy. Nie unikniesz zakończenia, którego tak się boimy. To przegrana sprawa.
Blaise miał rację. Dobrze o tym wiedziałem. Ale jak miałem się zdystansować po tym, jak do czegoś doszło między nami?
- Co radzisz? - spytałem.
- Nikt nie może się dowiedzieć, co stało się w ferie. Ogranicz kontakty do minimum i, tak dla pewności, nie zrywaj z Pansy, jest dobrą przykrywką. Talia i tak już ma medalion, nawet jeśli się zbuntuje, to nic nie zdoła. Ona jest już jego. Czas, abyś zaczął się wycofywać.
Popatrzyliśmy po sobie. Nikt z nas tego nie chciał. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moi przyjaciele też polubili Talię. Często traktowali ją jak młodszą siostrę, a zwłaszcza Teodor, mimo, że nie okazywał tego tak, jak Blaise.
- Chyba tak będzie najlepiej - odparłem w końcu.
Musiałem znowu stać się dawnym Draconem, bezdusznym, aroganckim Draconem.
- Ale nie możesz zrobić tego z dnia na dzień - doradził Teodor.
Kiwnąłem tylko głową.
***
Obracałam w ręce małą karteczkę, na której widniała elegancko wypisana wiadomość. Był ostatni dzień roku, od północy dzieliło nas kilka godzin. Zamiast towarzyszyć wszystkim przy obiedzie, byłam w sypialni, opierając łokcie o parapet przy oknie. Carma, moja mała sówka siedziała mi na ramieniu. To ona dostarczyła mi wiadomość, zaraz po tym jak wysłałam ją do Malfoy Manor, aby poinformować Dracona, że jestem bezpieczna i wszystko ze mną w porządku. W odpowiedzi napisał mi to :
Kamień spadł mi z serca. Następnym razem nie pozwolę Ci iść samej.
Mama i tata strasznie żałowali, że się z nimi nie pożegnałaś.
Ach ,Mam do Ciebie jeszcze prośbę...
Byłoby najlepiej, gdyby nasze relacje pozostały w tajemnicy,
zwłaszcza w szkole.
Mam nadzieję, że nie sprawi Ci to przykrości.
Tu chodzi o bezpieczeństwo.
Też za tobą tęsknię.
Do zobaczenia w Hogwarcie, mała.
D.M.
Czytałam ten liścik już kilka razy i nie mogłam zrozumieć, co było niebezpiecznego w tym, że się spotykaliśmy. To nie miało sensu. Starałam się odgonić myśl, że chodziło o Pansy. Czułam się potwornie, bo kiedy pocałowałam Dracona, on był w związku. Nie mogłam jednak zapomnieć o swoich uczuciach, nie tym razem. Z tego powodu czułam się jeszcze gorzej. Byłam samolubną małolatą, która nie mogła zapanować nad hormonami.
- Talia?
Moje przemyślenia zostały przerwane przez głos Hermiona, stojącej w drzwiach pokoju. Trzymała talerz pełen jedzenia.
- Pomyślałam, że możesz być głodna - powiedziała i zamknęła za sobą drzwi.
Rzeczywiście, kiedy poczułam zapach potrawy, mój brzuch przypomniał mi o swoim istnieniu.
- Dziękuję - odpowiedziałam.
- Co się stało? - spytała.
Bez słowa podałam jej liścik od Dracona i usiadłam przy starym biurku, aby móc zjeść obiad.
Hermiona zmarszczyła brwi, kiedy podniosła wzrok znad skrawka pergaminu.
- Dziwne - podsumowała.
- Taa... Wszystko jest dziwne - odparłam, tracąc znowu apetyt.
Wstałam z krzesła i padłam na łóżko.
- Talia... Wiem, że twoje życie jest teraz skomplikowane, ale będzie lepiej. Nie powiem Ci kiedy, bo nie wiem, ale kiedyś na pewno wszystko się ułoży. Obiecuję - powiedziała Hermiona, siadając na brzegu łóżka.
- Gubię się w tym wszystkim. Wszyscy mówią mi coś innego, nie wiem kogo słuchać, nie wiem co robić... Po prostu nie wiem - jęknęłam, czując, jak łzy gromadziły mi się w kącikach oczu.
- Wiesz, nie będę kłamać, podobnie jak Harry, jesteś bardzo utalentowana, jeśli chodzi o pakowanie się w kłopoty. Mimo to, jesteś mądra i jeśli przez chwilę pomyślisz, posłuchasz swojej intuicji, to na pewno dasz sobie radę. My tylko staramy Ci się pomóc, nie znaczy to jednak, że zawsze masz nas słuchać. Posłuchaj siebie, zastanów się, co jest dla Ciebie dobre, a co nie. Tylko musisz być obiektywna.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że Hermiona się do mnie uśmiecha. To był bardzo przyjazny i ciepły uśmiech.
- Dzięki - mruknęłam, ocierając łzy rękawem.
- I pamiętaj, że nigdy nie będziesz sama. Nigdy. Masz rodzinę i przyjaciół - dodała, przytulając mnie,
Poczułam się bezpiecznie i na miejscu. Byłam w domu pełnym osób, którym na mnie zależało, a mi zależało na nich. Byłam w domu. Wszystko będzie dobrze, na pewno...
Po raz ostatni zerknęłam w lustro, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Następnie zabrałam swój kufer i klatkę, w której Carma smacznie sobie spała i zeszłam na dół.
- Talia! Dobrze, że już zeszłaś. Nastąpiła zmiana planów - powiedziała pani Weasley, gdy tylko stanęłam w drzwiach do kuchni.
Wszyscy już jedli śniadanie.
- Jak to? - spytałam, siadając koło Harry'ego.
- Nie jedziecie Błędnym Rycerzem. Skontaktowaliśmy się z profesorem Dumbledorem. Twierdzi, że w pociągu będziecie bezpieczni i pod ochroną, o co zadba osobiście. Prosił też, abyś stawiła się w wagonie nauczycieli.
- Myślałam, że profesor Dumbledore został w Hogwarcie - zdziwiłam się.
- Bo został - odpowiedział pan Weasley - Ale miał coś do załatwienia w Londynie i będzie nadzorował waszą podróż do Hogwartu.
- Och... - odparłam tylko i sięgnęłam po tosta z marmoladą.
- Dzieciaki, macie się przykładać do nauki. Już niebawem będziecie pisali SUM'y - odezwał się Syriusz.
- Przykładny tatuś chrzestny się znalazł - mruknął Moody, a kącik jego ust uniósł się lekko.
Wszyscy zaśmiali się wesoło.
- Ginny, podałabyś mi dzbanek z herbatą? - poprosiłam.
- Oczywiście.
Kiedy dziewczyna wręczyła mi dzbanek, stało się kilka rzeczy naraz.
Coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie w klatce piersiowej, a następnie poczułam, jak opuszczają mnie wszystkie siły, przez co upuściłam naczynie, a gorąca herbata rozlała się na kolorowy obrus.
Harry w ostatniej chwili zdołał mnie złapać. Gdyby nie on, uderzyłabym głową o kant stołu.
Ostatnie, co do mnie dotarło, to dźwięk odsuwanych się krzeseł,westchnięcie Pani Weasley i przekleństwo rzucone przez Syriusza. Potem była już tylko ciemność.
- Chyba się budzi.
- Całe szczęście, mamy niecałe dwie godziny do odjazdu pociągu.
- To nie jest teraz najważniejsze, Fred!
- Mam nadzieję, że nic jej nie jest...
Zanim otworzyłam oczy, upewniłam się, że nic mnie nie bolało i że w ogóle mogę się ruszać.
Kiedy uniosłam powieki, dostrzegłam twarze wszystkich, nachylające się nade mną.
- Co się stało? - spytałam słabym głosem.
Miałam już po dziurki w nosie tracenia przytomności i tym podobnych.
- Ty nam to powiedz - zaśmiał się George, ale gdy matka zgromiła go wzrokiem, jego uśmiech zniknął.
- Nie mam pojęcia - odparłam, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Nadal byłam słaba, ale czułam się w porządku.
- To chyba nie ma związku z... - zaczął Harry.
- Nie, nie. Nic nie widziałam - przerwałam mu.
Odetchnął z ulgą.
Syriusz pomógł mi wstać. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym za chwilę miała rozpaść się na kawałki.
- Wszystko w porządku - parsknęłam - Przepraszam za obrus, pani Weasley. Zaraz wszystko posprzą...
- Nie bądź niemądra! - weszła mi w słowo - Obrus to nasze najmniejsze zmartwienie. Arturze, wyślij wiadomość do Dumbledore'a. Tylko pamiętaj, użyj kodu!
- Dobrze, kochanie - odparł najstarszy z Weasley'ów i wyszedł z pokoju.
- Ginny, zrób jej ciepłej herbaty, musi nabrać sił. Za godzinę wychodzimy - powiedziała pani Weasley i również opuściła pomieszczenie.
Ginny chciała już iść do kuchni, ale zawołałam ją z powrotem.
- Darujmy sobie tą herbatę - mruknęłam, na co wszyscy parsknęli śmiechem.
Staliśmy już na peronie 9¾. Mimo, że do odjazdu pociągu zostało pół godziny, to było dość tłoczno. Znaleźliśmy przedział, zostawiliśmy tam bagaże i wróciliśmy, aby pożegnać się ze wszystkimi.
Syriusz też chciał nas odprowadzić. Specjalnie na tą okazję skorzystał ze swojego tajnego zapasu przeróżnych eliksirów. Dzięki eliksirze Wielosokowym wyglądał jak siwiejący mężczyzna w średnim wieku. Moody był jak najbardziej przeciwny, ale to nie powstrzymało Syriusza.
- Trzymaj się mała - powiedział i uścisnął mnie mocno.
- Ty też. Pamiętaj o tym, co Ci mówiłam na strychu - przypomniałam mu.
Ten w odpowiedzi cmoknął mnie w czoło.
- Nie zapomnę - szepnął i mnie puścił, abym mogła pożegnać się z resztą.
- Dziękuję, pani Weasley, za wszystko - powiedziałam i przytuliłam się do niej.
- Nie dziękuj, ptaszyno. Nasz dom, to twój dom - odparła, powstrzymując łzy.
pogłaskała mnie po włosach i uśmiechnęła się ciepło.
- Dziękuje - powtórzyłam i odwzajemniłam uśmiech.
Następnie podeszłam do Moody'ego.
- Do widzenia - odezwałam się, a jego zezujące oko zwróciło się w moją stronę.
- Macie tam uważać na siebie - mruknął pod nosem i podał mi rękę.
- Tak jest - zaśmiałam się.
Alastor skinął tylko głową.
Już chciałam iść do Pana Weasley'a, kiedy ponownie usłyszałam Moody'ego.
- Jak nie będziesz wiedziała co robić, to przypomnij sobie, że jesteś wykapana Lilly. Ona zawsze znajdywała jakieś wyjście. Musisz tylko być twardsza.
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc kiwnęłam głową. "Zbyt szybko się rozczulasz", pomyślałam, kiedy oczy zaczęły mnie szczypać
Wreszcie siedzieliśmy w przedziale. Fred i George poszli poszukać Lee Jordana, więc ostatnie wolne miejsca zajęliśmy dla Luny i Neville'a.
- Nie miałaś iść do Dumbledore'a? - przypomniała mi Ginny.
- Pociąg nawet nie ruszył. Stawię się u niego później - odparłam, opierając czoło o szybę.
Ciągle czułam to dziwne zmęczenie, jakbym przebiegła co najmniej dwadzieścia kilometrów.
- Nie mogę się doczekać meczu Quidditcha. Gryffindor musi zdobyć puchar - zmienił temat Ron.
Ostatni mecz sezonu przesunięto z powodu Balu. Miał się odbyć w lutym.
- To nie powinno być trudne. Luna bywała na treningach Krukonów i powiedziała, że nie są do końca w formie - odpowiedziałam.
- To dziwne, to przecież drużyna jej domu. Ja na jej miejscu nie kablowałbym przeciwnikom - prychnął rudzielec.
W tej właśnie chwili zjawiła się Luna, a chwilę potem Neville, więc znowu zmieniliśmy temat.
Neville nie mówił za dużo i przeważnie wpatrywał się w podłogę. Domyśliłam się, że ma to związek z naszym spotkaniem w szpitalu.
- Idę do Dumbledore'a - powiedziałam, kiedy pociąg w końcu ruszył.
- Powodzenia - zawołał za mną Harry.
Idąc korytarzem zastanawiałam się, czego chciał dyrektor. Nasza ostatnia rozmowa zakończyła się kłótnią. Może był na mnie zły?
Wymyślając różne scenariusze rozmowy z dyrektorem Hogwartu, nie zauważyłam ucznia, który znikąd pojawił się przede mną, przez co na niego wpadłam. Kiedy podniosłam wzrok, napotkałam spojrzenie stalowych tęczówek. Nie zdradzały żadnych emocji, były chłodne i niewzruszone, tak jak jego mina. Szybko się od niego odsunęłam.
- Uważaj jak łazisz, fretko - syknęłam.
Za jego plecami stała Pansy Parkinson, Dafne Greengrass, Tracey Davis i oczywiście Blaise i Teodor.
- Nikt Cię nie nauczył manier, Potter? - fuknęła Tracey, a jej przyjaciółki patrzyły na mnie, wściekłe. - Radziłabym wymyślić jakieś nowe żarty, ten jest już nudny - odparłam lekceważąco.
- A ja radziłbym grzeczniej, Potter - warknął Draco.
Nie wiedzieć czemu, ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi, mimo iż wiedziałam, że blondyn tylko udawał.
- To ma być groźba, Malfoy? - zaśmiałam się gorzko, patrząc mu prosto w oczy.
- Możliwe - odparł, robiąc krok do przodu.
Nie ruszyłam się z miejsca. Poczułam to napięcie, które nam towarzyszyło, zaraz przed tym jak go pocałowałam. Teraz jednak byłam wściekła.
Wściekła za ten liścik, za to, że Pansy nadal stała u jego boku, za to, że kazał mi udawać.
- Pomyślałabym dwa razy, zanim zaczniesz mi grozić - moje słowa ociekały jadem.
- Mam się bać?- parsknął.
- Jak najbardziej.
Mierzyliśmy się wzrokiem jeszcze przez chwilę. Pansy w końcu pociągnęła Dracona za ramię.
- Chodźmy już - warknęła zniecierpliwiona.
Wyminęłam Ślizgonów i poszłam dalej. Nagle jednak zdałam sobie z czegoś sprawę.
Zawsze, gdy byłam zła, moc dawała o sobie znać, nawet jak nad nią kontrolowałam. Tym razem nic nie czułam. Czy to dzięki medalionowi, który dostałam od Lucjusza Malfoy'a? Pewnie tak.
Kiedy dotarłam do wagonu nauczycieli, byłam już spokojniejsza.
- Talia! - zawołał przyjaźnie profesor Dumbledore, kiedy mnie zauważył.
- Dzień dobry, profesorze. Chciał się pan ze mną widzieć.
- Tak, tak. Proszę za mną.
Podążyłam za nim do następnego wagonu, w którym nie było nikogo. Przy oknie stał niewielki stolik i dwa siedzenia.
- Proszę - wskazał na jedno z siedzeń.
Gdy oboje już zajęliśmy miejsca, dyrektor odchrząknął.
- Jak się masz, Talio? - spytał.
- Dobrze, dziękuję - odpowiedziałam - Panie profesorze, chciałam przeprosić za mój ostatni wybuch złości...
- Nie przepraszaj. Rozumiem twoje oburzenie. Sam byłbym bardzo poruszony faktem, że ktoś ukrywa przede mną coś tak istotnego - zaśmiał się.
- Czemu więc nikt mi nic nie powiedział?
Znałam już odpowiedź, ale byłam ciekawa tego, co do powiedzenia miał Albus Dumbledore.
- Bo chciałem, aby twój pierwszy rok w Hogwarcie był jak najbardziej normalny. Chciałem zobaczyć, czy moc dawała już o sobie znak. Niestety, zdarzył się wypadek i za to Cię przepraszam - odpowiedział starzec.
- Niech pan nie przeprasza. Wszystko w miarę się ułożyło - odpowiedziałam.
- To dobrze - uśmiechnął się - Gdybyś jednak potrzebowała kogoś na kształt przewodnika, który Ci pomoże...
- Nie, dziękuję. Daję sobie radę - wypaliłam, zanim zdołałam ugryźć się w język.
- Na pewno?
- Tak.
- Cóż, gdybyś zmieniła zdanie, wiesz gdzie jest mój gabinet. Chętnie odpowiem też na wszystkie twoje pytania.
- Dziękuję, profesorze - odparłam.
Dyrektor spojrzał na mnie badawczo, znad szkieł jego okularów, ale po chwili, na jego twarzy znowu pojawił się przyjazny uśmiech.
- W takim razie, to chyba wszystko. Chciałbym dłużej pogawędzić, ale słyszałem, że Lee Jordan i panowie Weasley sprzedają ciekawe bombonierki.... Miłego dnia, Talio - pożegnał się i opuścił wagon.
Powstrzymałam śmiech i również wstałam od stolika.
Wracając do przedziału, gdzie czekali na mnie przyjaciele, byłam już w lepszym humorze. Oczywiście, dopóki nie wkroczyłam do wagonu, w który zajmowali gównie Ślizgoni. Wszyscy spoglądali na mnie, szepcząc i śmiejąc się złośliwie. Postanowiłam się tym jednak nie przejmować. Dobrze mi to szło, do momentu, w którym po raz kolejny zobaczyłam Dracona. Na jego kolanach siedziała Pansy Parkinson. Szybko odwróciłam wzrok i niemal biegiem wróciłam do odpowiedniego przedziału.
Ten dzień po prostu nie chciał być dobry.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że Hermiona się do mnie uśmiecha. To był bardzo przyjazny i ciepły uśmiech.
- Dzięki - mruknęłam, ocierając łzy rękawem.
- I pamiętaj, że nigdy nie będziesz sama. Nigdy. Masz rodzinę i przyjaciół - dodała, przytulając mnie,
Poczułam się bezpiecznie i na miejscu. Byłam w domu pełnym osób, którym na mnie zależało, a mi zależało na nich. Byłam w domu. Wszystko będzie dobrze, na pewno...
Po raz ostatni zerknęłam w lustro, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku. Następnie zabrałam swój kufer i klatkę, w której Carma smacznie sobie spała i zeszłam na dół.
- Talia! Dobrze, że już zeszłaś. Nastąpiła zmiana planów - powiedziała pani Weasley, gdy tylko stanęłam w drzwiach do kuchni.
Wszyscy już jedli śniadanie.
- Jak to? - spytałam, siadając koło Harry'ego.
- Nie jedziecie Błędnym Rycerzem. Skontaktowaliśmy się z profesorem Dumbledorem. Twierdzi, że w pociągu będziecie bezpieczni i pod ochroną, o co zadba osobiście. Prosił też, abyś stawiła się w wagonie nauczycieli.
- Myślałam, że profesor Dumbledore został w Hogwarcie - zdziwiłam się.
- Bo został - odpowiedział pan Weasley - Ale miał coś do załatwienia w Londynie i będzie nadzorował waszą podróż do Hogwartu.
- Och... - odparłam tylko i sięgnęłam po tosta z marmoladą.
- Dzieciaki, macie się przykładać do nauki. Już niebawem będziecie pisali SUM'y - odezwał się Syriusz.
- Przykładny tatuś chrzestny się znalazł - mruknął Moody, a kącik jego ust uniósł się lekko.
Wszyscy zaśmiali się wesoło.
- Ginny, podałabyś mi dzbanek z herbatą? - poprosiłam.
- Oczywiście.
Kiedy dziewczyna wręczyła mi dzbanek, stało się kilka rzeczy naraz.
Coś nieprzyjemnie ścisnęło mnie w klatce piersiowej, a następnie poczułam, jak opuszczają mnie wszystkie siły, przez co upuściłam naczynie, a gorąca herbata rozlała się na kolorowy obrus.
Harry w ostatniej chwili zdołał mnie złapać. Gdyby nie on, uderzyłabym głową o kant stołu.
Ostatnie, co do mnie dotarło, to dźwięk odsuwanych się krzeseł,westchnięcie Pani Weasley i przekleństwo rzucone przez Syriusza. Potem była już tylko ciemność.
- Chyba się budzi.
- Całe szczęście, mamy niecałe dwie godziny do odjazdu pociągu.
- To nie jest teraz najważniejsze, Fred!
- Mam nadzieję, że nic jej nie jest...
Zanim otworzyłam oczy, upewniłam się, że nic mnie nie bolało i że w ogóle mogę się ruszać.
Kiedy uniosłam powieki, dostrzegłam twarze wszystkich, nachylające się nade mną.
- Co się stało? - spytałam słabym głosem.
Miałam już po dziurki w nosie tracenia przytomności i tym podobnych.
- Ty nam to powiedz - zaśmiał się George, ale gdy matka zgromiła go wzrokiem, jego uśmiech zniknął.
- Nie mam pojęcia - odparłam, podnosząc się do pozycji siedzącej.
Nadal byłam słaba, ale czułam się w porządku.
- To chyba nie ma związku z... - zaczął Harry.
- Nie, nie. Nic nie widziałam - przerwałam mu.
Odetchnął z ulgą.
Syriusz pomógł mi wstać. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym za chwilę miała rozpaść się na kawałki.
- Wszystko w porządku - parsknęłam - Przepraszam za obrus, pani Weasley. Zaraz wszystko posprzą...
- Nie bądź niemądra! - weszła mi w słowo - Obrus to nasze najmniejsze zmartwienie. Arturze, wyślij wiadomość do Dumbledore'a. Tylko pamiętaj, użyj kodu!
- Dobrze, kochanie - odparł najstarszy z Weasley'ów i wyszedł z pokoju.
- Ginny, zrób jej ciepłej herbaty, musi nabrać sił. Za godzinę wychodzimy - powiedziała pani Weasley i również opuściła pomieszczenie.
Ginny chciała już iść do kuchni, ale zawołałam ją z powrotem.
- Darujmy sobie tą herbatę - mruknęłam, na co wszyscy parsknęli śmiechem.
Staliśmy już na peronie 9¾. Mimo, że do odjazdu pociągu zostało pół godziny, to było dość tłoczno. Znaleźliśmy przedział, zostawiliśmy tam bagaże i wróciliśmy, aby pożegnać się ze wszystkimi.
Syriusz też chciał nas odprowadzić. Specjalnie na tą okazję skorzystał ze swojego tajnego zapasu przeróżnych eliksirów. Dzięki eliksirze Wielosokowym wyglądał jak siwiejący mężczyzna w średnim wieku. Moody był jak najbardziej przeciwny, ale to nie powstrzymało Syriusza.
- Trzymaj się mała - powiedział i uścisnął mnie mocno.
- Ty też. Pamiętaj o tym, co Ci mówiłam na strychu - przypomniałam mu.
Ten w odpowiedzi cmoknął mnie w czoło.
- Nie zapomnę - szepnął i mnie puścił, abym mogła pożegnać się z resztą.
- Dziękuję, pani Weasley, za wszystko - powiedziałam i przytuliłam się do niej.
- Nie dziękuj, ptaszyno. Nasz dom, to twój dom - odparła, powstrzymując łzy.
pogłaskała mnie po włosach i uśmiechnęła się ciepło.
- Dziękuje - powtórzyłam i odwzajemniłam uśmiech.
Następnie podeszłam do Moody'ego.
- Do widzenia - odezwałam się, a jego zezujące oko zwróciło się w moją stronę.
- Macie tam uważać na siebie - mruknął pod nosem i podał mi rękę.
- Tak jest - zaśmiałam się.
Alastor skinął tylko głową.
Już chciałam iść do Pana Weasley'a, kiedy ponownie usłyszałam Moody'ego.
- Jak nie będziesz wiedziała co robić, to przypomnij sobie, że jesteś wykapana Lilly. Ona zawsze znajdywała jakieś wyjście. Musisz tylko być twardsza.
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc kiwnęłam głową. "Zbyt szybko się rozczulasz", pomyślałam, kiedy oczy zaczęły mnie szczypać
Wreszcie siedzieliśmy w przedziale. Fred i George poszli poszukać Lee Jordana, więc ostatnie wolne miejsca zajęliśmy dla Luny i Neville'a.
- Nie miałaś iść do Dumbledore'a? - przypomniała mi Ginny.
- Pociąg nawet nie ruszył. Stawię się u niego później - odparłam, opierając czoło o szybę.
Ciągle czułam to dziwne zmęczenie, jakbym przebiegła co najmniej dwadzieścia kilometrów.
- Nie mogę się doczekać meczu Quidditcha. Gryffindor musi zdobyć puchar - zmienił temat Ron.
Ostatni mecz sezonu przesunięto z powodu Balu. Miał się odbyć w lutym.
- To nie powinno być trudne. Luna bywała na treningach Krukonów i powiedziała, że nie są do końca w formie - odpowiedziałam.
- To dziwne, to przecież drużyna jej domu. Ja na jej miejscu nie kablowałbym przeciwnikom - prychnął rudzielec.
W tej właśnie chwili zjawiła się Luna, a chwilę potem Neville, więc znowu zmieniliśmy temat.
Neville nie mówił za dużo i przeważnie wpatrywał się w podłogę. Domyśliłam się, że ma to związek z naszym spotkaniem w szpitalu.
- Idę do Dumbledore'a - powiedziałam, kiedy pociąg w końcu ruszył.
- Powodzenia - zawołał za mną Harry.
Idąc korytarzem zastanawiałam się, czego chciał dyrektor. Nasza ostatnia rozmowa zakończyła się kłótnią. Może był na mnie zły?
Wymyślając różne scenariusze rozmowy z dyrektorem Hogwartu, nie zauważyłam ucznia, który znikąd pojawił się przede mną, przez co na niego wpadłam. Kiedy podniosłam wzrok, napotkałam spojrzenie stalowych tęczówek. Nie zdradzały żadnych emocji, były chłodne i niewzruszone, tak jak jego mina. Szybko się od niego odsunęłam.
- Uważaj jak łazisz, fretko - syknęłam.
Za jego plecami stała Pansy Parkinson, Dafne Greengrass, Tracey Davis i oczywiście Blaise i Teodor.
- Nikt Cię nie nauczył manier, Potter? - fuknęła Tracey, a jej przyjaciółki patrzyły na mnie, wściekłe. - Radziłabym wymyślić jakieś nowe żarty, ten jest już nudny - odparłam lekceważąco.
- A ja radziłbym grzeczniej, Potter - warknął Draco.
Nie wiedzieć czemu, ta sytuacja wytrąciła mnie z równowagi, mimo iż wiedziałam, że blondyn tylko udawał.
- To ma być groźba, Malfoy? - zaśmiałam się gorzko, patrząc mu prosto w oczy.
- Możliwe - odparł, robiąc krok do przodu.
Nie ruszyłam się z miejsca. Poczułam to napięcie, które nam towarzyszyło, zaraz przed tym jak go pocałowałam. Teraz jednak byłam wściekła.
Wściekła za ten liścik, za to, że Pansy nadal stała u jego boku, za to, że kazał mi udawać.
- Pomyślałabym dwa razy, zanim zaczniesz mi grozić - moje słowa ociekały jadem.
- Mam się bać?- parsknął.
- Jak najbardziej.
Mierzyliśmy się wzrokiem jeszcze przez chwilę. Pansy w końcu pociągnęła Dracona za ramię.
- Chodźmy już - warknęła zniecierpliwiona.
Wyminęłam Ślizgonów i poszłam dalej. Nagle jednak zdałam sobie z czegoś sprawę.
Zawsze, gdy byłam zła, moc dawała o sobie znać, nawet jak nad nią kontrolowałam. Tym razem nic nie czułam. Czy to dzięki medalionowi, który dostałam od Lucjusza Malfoy'a? Pewnie tak.
Kiedy dotarłam do wagonu nauczycieli, byłam już spokojniejsza.
- Talia! - zawołał przyjaźnie profesor Dumbledore, kiedy mnie zauważył.
- Dzień dobry, profesorze. Chciał się pan ze mną widzieć.
- Tak, tak. Proszę za mną.
Podążyłam za nim do następnego wagonu, w którym nie było nikogo. Przy oknie stał niewielki stolik i dwa siedzenia.
- Proszę - wskazał na jedno z siedzeń.
Gdy oboje już zajęliśmy miejsca, dyrektor odchrząknął.
- Jak się masz, Talio? - spytał.
- Dobrze, dziękuję - odpowiedziałam - Panie profesorze, chciałam przeprosić za mój ostatni wybuch złości...
- Nie przepraszaj. Rozumiem twoje oburzenie. Sam byłbym bardzo poruszony faktem, że ktoś ukrywa przede mną coś tak istotnego - zaśmiał się.
- Czemu więc nikt mi nic nie powiedział?
Znałam już odpowiedź, ale byłam ciekawa tego, co do powiedzenia miał Albus Dumbledore.
- Bo chciałem, aby twój pierwszy rok w Hogwarcie był jak najbardziej normalny. Chciałem zobaczyć, czy moc dawała już o sobie znak. Niestety, zdarzył się wypadek i za to Cię przepraszam - odpowiedział starzec.
- Niech pan nie przeprasza. Wszystko w miarę się ułożyło - odpowiedziałam.
- To dobrze - uśmiechnął się - Gdybyś jednak potrzebowała kogoś na kształt przewodnika, który Ci pomoże...
- Nie, dziękuję. Daję sobie radę - wypaliłam, zanim zdołałam ugryźć się w język.
- Na pewno?
- Tak.
- Cóż, gdybyś zmieniła zdanie, wiesz gdzie jest mój gabinet. Chętnie odpowiem też na wszystkie twoje pytania.
- Dziękuję, profesorze - odparłam.
Dyrektor spojrzał na mnie badawczo, znad szkieł jego okularów, ale po chwili, na jego twarzy znowu pojawił się przyjazny uśmiech.
- W takim razie, to chyba wszystko. Chciałbym dłużej pogawędzić, ale słyszałem, że Lee Jordan i panowie Weasley sprzedają ciekawe bombonierki.... Miłego dnia, Talio - pożegnał się i opuścił wagon.
Powstrzymałam śmiech i również wstałam od stolika.
Wracając do przedziału, gdzie czekali na mnie przyjaciele, byłam już w lepszym humorze. Oczywiście, dopóki nie wkroczyłam do wagonu, w który zajmowali gównie Ślizgoni. Wszyscy spoglądali na mnie, szepcząc i śmiejąc się złośliwie. Postanowiłam się tym jednak nie przejmować. Dobrze mi to szło, do momentu, w którym po raz kolejny zobaczyłam Dracona. Na jego kolanach siedziała Pansy Parkinson. Szybko odwróciłam wzrok i niemal biegiem wróciłam do odpowiedniego przedziału.
Ten dzień po prostu nie chciał być dobry.