Tym razem, kiedy przeszłam przez drzwi na korytarzu na siódmym piętrze, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to kominek, przed którym stało sześć foteli. Pomieszczenie było średnich rozmiarów salonem. Trzaskające wesoło płomienie z kamiennego kominka były jedynym źródłem światła, przez co salon zdawał się bardzo przytulny. Na ścianach wisiały przeróżne obrazy, a na małym stoliczku, stojącym obok foteli stała przepiękna waza,a w niej polne kwiaty.
- Tak jak już mówiłem, w tym tygodniu zajmiemy się inną formą przyjemności - powiedział Draco, rozsiadając się na jednym z foteli.
Hermiona, która zgodziła się iść z nami na lekcję i Ginny spojrzały po sobie ze zdziwionymi minami.
- A o jakiej formie mówimy? - spytałam, kiedy Ginny już otwierała usta, żeby coś powiedzieć.
- Wspomnienia - odrzekł Teodor.
Tym razem to ja zrobiłam zdziwioną minę. Wspomnienia? Skoro uważał, że moje wspomnienia mnie rozweselą, to bardzo się mylił.
- Teodor, z dnia na dzień zaczynam w Ciebie wątpić - powiedziałam.
- Każdy ma dobre dobre wspomnienia. My znamy sposób na to, aby się do nich dostać - odparł Draco
- Nie przejmuj się. Nie będzie żadnych eliksirów - zaśmiał się Blaise.
- O czym on mówi? - spytała Hermiona.
- O niczym istotnym - mruknęłam.
- Panie, zapraszam - wtrącił się Teodor, pokazując moim koleżankom ostatnie wolne fotele.
Malfoy wstał, podszedł do mnie i zaczął mi się przyglądać badawczym spojrzeniem.
- Z czym Ci się kojarzy ten pokój? - zapytał.
- Z czymś ciepłym.
- Doskonale. Mów dalej.
- Z czymś bezpiecznym... Miłym? Jest tu bardzo przytulnie.
- A co Ci się kojarzy z tym wszystkim, co wymieniłaś?
- Nie wiem... Z rodziną...
- Et Voila - przerwał mi, chwytając swoją różdżkę.
- Przecież nie mam wspomnień z rodziną - rzekłam.
- Masz, ale te chwile były już tak dawno, że nie możesz do nich wrócić myślami. Tak jak już mówiłem, znamy sposób, aby się do nich dostać. To coś podobnego do myślodsiewni.
Blondyn uniósł różdżkę tuż nad moją głową, mruknął coś cicho pod nosem i nagle, wszystko wokół nas zaczęło się rozpływać. Po chwili znajdywaliśmy się w zupełnie innym pokoju. Jego ściany były bordowe, a podłoga została wykonana z ciemnego drewna. Na panelach leżał własnoręcznie zrobiony dywan, uszyty z przeróżnych nici. Nie bardzo panował do wystroju, ale właśnie to mi się w nim najbardziej podobało. Pod oknem stało łóżeczko. Było w nim bardzo dużo koców i małych poduszeczek. Przed tym łóżeczkiem stała kobieta, która trzymała w objęciach małe dziecko. Jej Długie, kasztanowe włosy opadały jej na plecy, a zielone oczy błyszczały wesoło. Poznałam ją od razu. Moja twarz była jej twarzą. Nawet wzrost odziedziczyłam po niej. Brakowały mi jedynie jej pięknego koloru włosów, inaczej wyglądałabym dokładnie tak samo. Moja mama kołysała delikatnie małego brzdąca z ciemnymi loczkami, sięgającymi już ramion. Oczka szkraba były wpatrzone w twarz mamy, a uroczy (bezzębny) uśmiech pokazywał, jak bardzo ją kocha. Poczułam coś dziwnego, gdzieś głęboko. Była to radość, na pewno, ale też tęsknota. Przeogromna, obezwładniająca tęsknota. Sposób w jaki moja mama przyciskała do siebie małą wersję mnie, sprawiła, że po moich policzkach popłynęły łzy, ale usta wygięły się w szczerym uśmiechu. Teraz wiedziałam, że przed jej śmiercią zdążyłam przekonać się, jak to jest być kochaną przez moją mamę, o której słyszałam tak wiele wspaniałych rzeczy. Usłyszałam otwierane drzwi, tuż za nami. Odwróciłam się w tamtą stroną. Tuż przede mną stał James Potter, mój tata. Mój mały braciszek siedział mu na baranach, wymachując małymi rączkami i śmiejąc się głośno. Przez moment myślałam, że tata patrzy na mnie, ale myliłam się. Podszedł do mamy, pocałował ją w policzek i objął ją ramieniem. To był cudowny widok. Byliśmy kiedyś idealną rodziną. Byliśmy szczęśliwi.
- Jak się czujesz? - spytał cicho Draco.
Z trudem oderwałam wzrok od rodziców. Kiedy spojrzałam na Malfoya, okazało się, że od też obserwował tą rozczulającą scenę.
- Dobrze - odpowiedziałam, dziwiąc się, że mówiłam prawdę.
- A wy? - zwrócił się do reszty.
Odwróciłam się. Ginny i Hermiona ocierały łzy, a Blaise i Teodro uśmiechali się delikatnie.
- Czuję ciepło - wychlipała Ginny, a Hermiona pokiwała głową wzdychając płytko, próbując powstrzymać łzy.
- Czuję się bardzo dobrze - rzekł Blaise.
- Czuję się lepiej, niż powinienem - powiedział Teodor.
- Gotowa na następne wspomnienie? - spytał Draco.
- Poczekaj chwilkę.
Podeszłam do obejmujących się rodziców. Położyłam głowę na ramieniu mamy, a moja dłoń spoczęła na ramieniu taty. Mogłam tak stać bardzo długi czas, ale Draco przerwał tą chwilę. Delikatnie ujął moją dłoń.
- Powinniśmy przejść do innego wspomnienia - rzekł.
Rzuciłam ostatnie wspomnienie na moją rodzinę, pozwoliłam ostatniej łzie popłynąć i wróciłam do znajomych, którzy czekali przy drzwiach. Draco puścił rękę.
- Otwórz te drzwi.
Wykonałam polecenie.
Tym razem znajdowaliśmy się w piekarni Boba. Za ladą krzątała się dziesięcioletnia wersja mnie. Jej bluzka była cała w mące, podobnie jak jej włosy. Mimowolnie parsknęłam śmiechem. Reszta też się zaśmiała. Za kasą, Bob obsługiwał klientów, uśmiechając się szeroko.
- Nie wiedziałem że umiesz piec - zaśmiał się Draco.
- Bo nie wiesz o mnie dużo - odparłam.
Następne wspomnienie było w kuchni na Grimmuald Place. Byliśmy światkiem mojego pierwszego spotkania z Harrym. Na początku kłóciliśmy się zawzięcie, ale pod koniec wspomnienia wszystko było już w porządku. Kiedy przeszliśmy przez drzwi, znaleźliśmy się z powrotem w pokoju życzeń.
- To już? - odezwał się Teodor.
- Najwyraźniej - odparł Draco zdezorientowany.
- Nie masz tych wspomnień zbyt dużo - zwrócił się do mnie Blaise.
Ja tylko wzruszyłam ramionami.
- Jakoś moja moc nie reaguje na szczęście - zmieniłam temat.
- Wręcz przeciwnie - powiedziała Hermiona.
- Nie pamiętasz jak mówiłem, że twoja moc może wpłynąć na ludzi? Kontrolowałaś nasze emocje - wytłumaczył Draco.
- Naprawdę?
- Tak - przytaknęła ruda.
- Czy stan psychiczny osób w moim otoczeniu jest zależny od moich humorków? Wow
- Taa... A ty narzekasz, że masz ciężko - westchnął teatralnie Blaise.
Ginny pacnęła go w ramię.
- To my się będziemy zbierać - rzekłam.
- Trzymajcie się - zawołał za nami Teodor.
Już zamykałam za sobą drzwi, kiedy usłyszałam swoje imię.
- Talia.
- Co jest, Malfoy?
- Byłaś ładniejsza bez zębów - zaśmiał się złośliwie.
Pokręciłam tylko głową i dołączyłam do Hermiony i Ginny.
Kolejne tygodnie mijały nam bardzo szybko. Masa nauki i prac domowych pochłaniała większość wolnego czasu, którego i tak nie mieliśmy dużo. To tego wszystkiego dochodziły jeszcze lekcje z Malfoyem i oczywiście spotkania Gwardii Dumbledore'a. Razem z Hermioną wpadłyśmy na pomysł, aby skorzystać z Pokoju Życzeń. To było idealne miejsce na nasze zebrania. Były tam książki z przeróżnymi zaklęciami obronnymi i nie tylko. Harry oczywiście nie miał pojęcia, że co niedzielę mam tam również inne lekcje. Hermiona zgodziła się zachować moje spotkania ze Ślizgonami w tajemnicy. Sama zresztą na nie chodziła. Twierdziła, ze robi to tylko po to, aby mieć mnie na oku, ale wiedziałam, że to nie był jedyny powód. Ona nigdy nie przegapiłaby żadnej okazji, aby dowiedzieć się czegoś nowego, a o mojej mocy dowiadywała się coraz więcej z każdą lekcją. Okazało się, że nie tylko Malfoy wiedział tak dużo o moich mocach. Teodor też był wtajemniczony w bardzo interesujące ciekawostki o tej dziwnej energii, która tylko czekała na chwilę, w której stracę nad sobą panowanie. Właśnie ta wiedza zbliżyła go do Hermiony. Na każdej lekcji gadali jak najęci, co często nie dawało mi się skupić. Raz Draco musiał ich wygonić z pokoju, bo nie przestawali rozmawiać, nawet kiedy się ich o to prosiło tysiąc razy. Ginny i Blaise nie byli lepsi. Oni mogli by się kłócić godzinami. Ta dwójka też musiała parę razy opuścić lekcje. Dopiero wtedy mogłam się skoncentrować i w pełni skupić się na tym co robiłam. Musiałam przyznać, że Malfoy był dobrym nauczycielem. Coraz rzadziej traciłam nad sobą kontrolę. Na ostatniej lekcji powiedział, że jak utrzymam taki poziom, to za niedługo będę mogła się uczyć posługiwania się mocami, a nie tylko ich kontrolowania. Cieszyłam się. Historia, którą opowiedziała mi Luna dała mi do myślenia. Skoro jej mama mogła używać mocy do pomagania ludziom, to ja też. Właśnie ta myśl była moją motywacją.
***
Był piątek, najbardziej wyczekiwany dzień tego roku szkolnego. To właśnie dzisiaj miał się obyć Bal Przedświąteczny. Nasi goście z Durmstrangu i Beauxbatons już przybyli i szykowali na uroczystość, podobnie jak uczniowie z Hogwartu. Ostatnie trzy lekcje zostały odwołane, aby zdążono ze wszystkimi przygotowaniami. Stałem właśnie przed lustrem w łazience, układając włosy.
- Nadal nie rozumiem, czemu tak wcześnie się stroisz. Do balu zostało nam jeszcze kilka godzin - zawołał Zabini.
- Ile razy mam Ci to powtarzać? Jestem prefektem i muszę być tam wcześniej, bo to my jesteśmy odpowiedzialni za dekoracje i całą resztę.
- Wyluzuj księżniczko. Czyżby zżerały Cię nerwy przed twoim wielkim wieczorem? - zaśmiał się .
- Proszę Cię - prychnąłem - Wolałbym spędzić ten wieczór w dormitorium.
- Nie narzekaj. Bale w Hogwarcie są inne niż te w Malfoy Manor - powiedział Teodor, wchodząc do łazienki.
Stanął obok mnie przed lustrem i poprawił czarny krawat.
- Nie zmienia to faktu, że już mi się te teatrzyki znudziły. Czeka mnie "wspaniały" wieczór z Pansy - mruknąłem niezadowolony.
- Wytrzymasz - odparł Nott.
- Przypomnij mi, przyjacielu, żebym nie zakazał naszym matkom wspólnych zakupów. Wyglądamy prawie identycznie.
- Przykro mi, że wyglądam lepiej w tym od Ciebie, księżniczko - zaśmiał się Teodor.
- Marz dalej - odgryzłem się, po raz ostatni spoglądając w lustro.
Może i dzisiejszy wieczór miał być koszmarny, ale przynajmniej wyglądałem dobrze, a to najważniejsze.
***
- Au! Ginny, prosiłam Cię, żebyś mnie uczesała, a nie wyrwała włosy! - jęknęłam.
- Chcesz wyglądać olśniewająco, czy nie?
- Rzeczywiście, moja łysina będzie błyszczała jak tysiące diamentów - fuknęłam, a ruda wybuchnęła śmiechem.
Po dłuższej chwili jednak skończyła, a efekt był piękny. Ginny wyprostowała mi włosy, a następnie spięła w dość ciasnego koga, w którego wpięła małe, niebieskie kwiatki. Kiedy zajęła się moją twarzą, do dormitorium weszła Luna, którą zaprosiłyśmy. Miała już na sobie suknię, w której wyglądała przecudownie.
- Cześć! - przywitała się wesoło.
Podeszła do nas i zaczęła się wpatrywać w moją twarz swoimi dużymi oczami.
- Ginny, masz talent - rzekła.
- Dziękuję, Luna. Zaraz się tobą zajmę - odpowiedziała.
Po trzech godzinach, kiedy już się ściemniało, byłyśmy gotowe. Nie poznałam samej siebie, stojąc przed lustrem. Wyglądałam inaczej, doroślej. Ginny też nie przypominała tej zadziornej gryfonki, którą była na co dzień. Przyglądając się swojemu odbiciu, emanowała pewnością siebie, co z jej elegancką kreacją dawało niesamowity efekt końcowy. Sukienka Luny podkreślała jej urodę i łagodny charakter. Jej wygląd zapierał dech w piersiach.
- Nie wierzę, że nie użyłaś czarów - wymamrotałam, nadal patrząc w lustro z ogłupiałą miną.
- Niestety, kiedy walczyłam z twoimi włosami musiałam się wspomóc kilkoma zaklęciami - zaśmiała się, poprawiając swoje loki.
- Jestem ciekawa jak wygląda Hermiona - odezwała się Luna.
Kręciła się wokół własnej osi, obserwując, jak materiał jej sukienki wirował.
- Hermiona wygląda cudownie! - zawołała Ginny.
- O tak - zgodziłam się, przypominając sobie przyjaciółkę szykującą się kilka godzin temu.
Jako jedyna zdecydowała się na krótką sukienkę. Trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy zobaczyłam jak w niej wyglądała, mając wyprostowane włosy, które opadały jej na plecy i przepiękny makijaż, opadła mi szczęka. Nie była zwolenniczką makijażu i sukienek. Czułam się nieswojo i bardzo dziwnie. Niemniej, byłam pod wrażeniem tego, czego dokonała Ginny. Po raz pierwszy w życiu poczułam się jak dziewczyna, a nie jak... Ja.
- Dochodzi ósma, dziewczyny! Powinnyśmy się zbierać! - krzyknęła Ginny.
Kiedy zeszłyśmy na dół, Neville, Lee, George i Fred z Angeliną wstali z kanapy. Nevillowi opadła szczęka na widok jego partnerki. Niezbyt pewnym krokiem podszedł do niej i wymamrotać coś pod nosem, co zapewne miało być komplementem. Lee gwizdną głośno i zaoferował Ginny ramię. Ruda zaśmiała się krótko. George za to zareagował tak, jak się spodziewałam.
- Rany! Wyglądasz jak dziewczyna! - zawołał, mierząc mnie wzrokiem.
- Prawda? Też nie mogłam w to uwierzyć! - zaśmiałam się - Angelina! Wiedziałam, że to sukienka będzie idealna! Wyglądasz jak jakaś gwiazda!
- Dziękuję, Talia. Ty również zaszalałaś. Nie mogę uwierzyć że to ty - uścisnęła mnie przyjacielsko.
- Ej, ludzie! Zostawmy pogaduszki na później, bo się spóźnimy - pogoniła nas Ginny.
Wszyscy wyszliśmy z Pokoju Wspólnego. Gawędząc i śmiejąc się opuściliśmy zamek i ruszyliśmy na Błonia, gdzie miał się odbyć bal. Zdziwiłam się, że nie było mi zimno. Na dworze było już kompletnie ciemno i padał śnieg. "No tak, czary" pomyślałam. Im bliżej byliśmy, tym lepiej widoczny był namiot. Stanęłam jak wryta. Z odległości kilku metrów dostrzegłam, że namiot był zrobiony z niezapominajek. Dosłownie. Miliony małych kwiatuszków zostało razem splecione i teraz tworzyły namiot. To było piękne. Nad namiotem unosiły się światełka. Oniemiała weszłam do środka. Wnętrze było jeszcze piękniejsze. Było też o wiele większe, niż się spodziewałam. Wzdłuż ścian były poustawiane stoły z masą przekąsek i napojów. Nad nimi zostały powieszone girlandy niebieskich światełek, które cudownie podkreślały kolor niezapominajek i tworzyły niesamowity klimat. Gdzie nie gdzie stały okrągłe stoliki, jedne większe, drugie mniejsze. Na środku był parkiet, na którego widok się przeraziłam. Był cały z lodu.
- Ginny, jak ja mam tutaj chodzić?! - pisnęłam do przyjaciółki - Wiedziałam, że nie powinnam się namówić na szpilki!
- Spokojnie - parsknęła - to tylko wygląda jak lód, nic się nie martw. Zobacz.
Ginny odeszła kawałek dalej i zakręciła się z gracją baletnicy, na swoich wysokich szpilkach. Rzeczywiście, nic się jej nie stało. Podparłam się Georga i razem ruszyliśmy w stronę znajomych, którzy już stali na parkiecie. Chodzenie nie sprawiało mi trudności. "Dziękuję Ci, Merlinie!"
***
Stałem znudzony obok stolika z ponczem, poprawiając marynarkę. Pansy gawędziła z Dafne i Tracey.
- Miałeś rację, Draco. Bywałem na lepszych imprezach - powiedział Blaise, dolewając czegoś do swojego kieliszka.
- Dracuś, zaraz przyjdę - pisnęła mi do ucha Pansy i razem z przyjaciółkami odeszła w tylko jej znanym kierunku.
- Nareszcie - mruknął Teodor, pocierając kark.
- Przynajmniej wyglądają ładnie - zauważył Blaise.
- To nie zmienia faktu, że jest jak wrzód na...
- Ej, Draco, czy to nie Talia? - przerwał mi Nott.
Spojrzałem w skazywanym przez niego kierunku. Miał rację. Talia i jej znajomi wchodzili właśnie to namiotu. Tyle że coś mi tutaj nie pasowało. Jeszcze nigdy nie widziałem Potterównej w takim wydaniu. Oczywiście była ładna, nie dało się zaprzeczyć, ale dzisiaj wyglądała niesamowicie. Jej sukienka idealnie podkreślała figurę "Cudowną figurę" westchnęła z tęsknotą moja podświadomość, Od razu kazałem się jej uciszyć. Włosy miała spięte w wysoki kok, przez to jej twarz była odsłonięta, co działało na jej korzyść, zdecydowanie. Jej duże oczy były podkreślone makijażem, ale na szczęście nie przesadziła. Całość prezentowała się nieziemsko. Zdecydowanie była jedną z najpiękniejszych.... Stop. Moje myśli zmierzały w bardzo niebezpiecznym i zakazanym kierunku. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Żeby odwrócić swoją uwagę od Talii, spojrzałem ja jej przyjaciółki. One również wyglądały dobrze. Ruda postawiła na bardziej elegancki wygląd, co było miłym zaskoczeniem. Kontem oka widziałem, jak Blaise niemal ślinił się na jej widok. Luna o dziwo zrezygnowała ze swoich dziwactw i wybrała kreację idealnie podkreślającą jej typ urody. Angelina, kapitanka drużyny postawiła na prostotę, ale to właśnie sprawiało, że to ona zdobiła sukienkę, a nie sukienką ją. Mimo moich dużych wymagań, zawsze potrafiłem dostrzec piękno w kobiecie. A to co widziałem przed sobą, było piękne. Jedyne co mi przeszkadzało, to pewna osoba, która właśnie rozmawiał z Talią i miała rude włosy. To nie była Ginny.
- Stary...- wymamrotał Blaise.
- Wiem - odparłem.
- I to jak - dodał Teodor.
- Moi drodzy! - rozległ się głos dyrektora - Witam ! Wszyscy czekaliśmy na ten magiczny wieczór i muszę powiedzieć, że prefekci spisali się znakomicie, czyż nie? Brawa dla nich!
Wszyscy zaczęli klaskać.
- Chciałbym zaprosić wszystkich na parkiet, bo już czas na pierwszy tanieć wieczoru!
Jak na komendę, przy moim boku znalazła się Pansy. Wszyscy ustawiliśmy się na ogromnym parkiecie i kiedy zaczęła grać muzyka, zaczęły się tańce. Mimowolnie szukałem wzrokiem Talii. Nie chciałem tego robić. Nie chciałem o nie myśleć i nie chciałem jej widzieć w takim wydaniu, ale nie nie mogłem się powstrzymać. Bardzo mnie to zaniepokoiło. Po dłuższej chwili, wśród wirujących par zauważyłem roześmianą Talię. Tańczyła z Georgem Weasleyem. Bardzo mi się ten widok nie podobał. Nie dość, że ta niedojda nie umiała tańczyć, to jeszcze wyglądał jak jakaś niedorobiona kreatura mężczyzny. Jeszcze te rude włosy.
- Coś się stało skarbie? - spytała Pansy, patrząc mi się prosto w oczy.
"Opanuj się, Draco!" zrugałem się w myślach. Przyciągnąłem Pansy bliżej siebie i złożyłem delikatny pocałunek na jej policzku.
- Nic - odparłem nonszalancko i posłałem jej swój firmowy uśmiech.
Nie mogłem sobie pozwolić na takie zachowanie. Musiałem się skupić i trzymać się z dala od tej złośnicy, która dzisiaj nie wyglądała jak złośnica, na moje nieszczęście.
***
Tańcząc z Georgem, gdzieś w tłumie dostrzegłam tą bardzo dobrze mi znaną blond czuprynę. Na chwilę mnie zatkało. Owszem, Malfoy z reguły prezentował się dobrze, zawsze ubierał się nienagannie, ale musiałam przyznać, że w smokingu wyglądał... Nie. Nie, nie, nie, nie. "O czym ty myślisz dziewczyno? Nie zmieniaj się w drugą pustą lalę! Oj, ta sukienka i makijaż Ci nie służą!" zrugałam się w myślach.
- Wcale nie tańczysz tak źle, jak mówiłeś - zwróciłam się do George'a.
Rzeczywiście, tańczył całkiem dobrze... W porównaniu ze mną. Szpilki tylko utrudniały mi poruszanie się po parkiecie.
- Mówisz tak, bo jeszcze nigdy z nikim nie tańczyłaś - zaśmiał się.
- Oj tam! Jakoś sobie radzimy, to jest ważne.
- O wiele bardziej wolę Quidditcha od tego piekła.
- I tutaj się zgodzę. Co ludzie w tym widzą?
- Nie mam pojęcia.
Tańczyliśmy jeszcze chwilę, kiedy ktoś położył mi dłoń na ramieniu.
- Odbijamy! - zawołał wesoło Fred.
George puścił mnie i już po chwili tańczył z Angeliną.
- Nie zrozum mnie źle, wyglądasz jak księżniczka i takie tam, ale nie ubieraj się tak zbyt często - rzekł złośliwie Fred.
- Zwariowałeś? Zapewniam Cię, już nigdy więcej nie zobaczysz mnie w sukience.
Mijały kolejne piosenki. Tańczyłam już z bliźniakami, Lee Jordanem, Seamusem, Deanem, Nevillem i jakimś chłopakiem z Hufflepuffu, który zapewne dolał sobie coś do ponczu. W życiu bym się do tego nie przyznała, ale bawiłam się całkiem dobrze. Po małej przerwie Ginny poprosiła mnie do tańca i śmiejąc się głośno przetańczyłyśmy dwie piosenki. Wreszcie zdobyłam się na odwagę i sama zaprosiłam kogoś do tańca. Moja wybranką byłą Hermiona, która najwidoczniej też się dobrze bawiła, bo jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej wesołej. Potem zaczęliśmy tańczyć w grupie. I tak minęły mi pierwsze trzy godziny.
- Idę się czegoś napić - zawołałam do Angeliny i odeszłam na stronę.
Nalałam sobie ponczu i usiadłam przy wolnym stoliku, obserwując bawiących się uczniów. Nagle coś przykuło moją uwagę. Draco Malfoy patrzył się na mnie. Nie odwracał wzroku. Trochę mnie to onieśmielało, ale nie odwróciłam się. Po dłuższej chwili blondyn uśmiechnął się i ruszył w moją stronę. Poprawiłam szybko sukienkę.
- Czy zechcesz ze mną zatańczyć? - usłyszałam za sobą.
Podskoczyłam na krześle i obróciłam się. Za mną stał wysoki brunet, uczeń Durmstrangu. Kątem oka zobaczyłam, że Malfoy jest coraz bliżej.
- Tak - odpowiedziałam nieznajomemu.
Odetchnęłam z ulgą, kiedy chłopak prowadził mnie na parkiet. Przecież nie mogłam rozmawiać z Draconem przy tylu świadkach. Pochwaliłam samą siebie za dobrze dokonaną decyzję i zaczęłam tańczyć z chłopakiem, który miał na imię Elliot, jak się później okazało.
- Z przykrością muszę oznajmić, że następna piosenka będzie ostatnią tego wieczoru! Chcę wszystkim podziękować za przewspaniałą zabawę! - zawołał Dyrektor.
- Zatańczysz?
Przede mną pojawił się Harry.
- No pewnie - odparłam z uśmiechem.
Ostatnia piosenka była wolna. Kiwaliśmy się do jej rytmu, rozmawiając o głupotach.
- Wiesz... Mama byłaby z Ciebie bardzo dumna, gdyby Cię dzisiaj zobaczyła - powiedział Harry.
- Naprawdę tak myślisz?
Kiwną głową.
- Tata zapewne nie opuszczałby Ciebie na krok, odpędzając wszystkich chętnych do tańca z tobą - zaśmiał się.
Też się zaśmiałam, wtulając się w ramię brata.
- Tęsknię za nimi - powiedziałam łamiącym się głosem, bo przypomniało mi się wspomnienie naszych rodziców, o którego istnieniu dowiedziałam się kilka tygodni temu.
- Ja też - szepnął.
Uśmiechnęłam się sama do siebie. Brakowało mi naszych rodziców. Brakowało mi prawdziwego domu i normalnego życia. Brakowało mi tak wielu rzeczy, ale mimo to, miałam coś co było dla mnie bezcenne. Tańczyłam z moim bratem na balu, w szkole, która zastępowała mi dom. O więcej nie mogłam prosić.
niedziela, 22 listopada 2015
niedziela, 15 listopada 2015
Rozdział XVII Cisza Przed Burzą
Dobry Wieczór! Ten rozdział jest trochę krótki
i nie dzieję się w nim nic szczególnego, ale jak
sam tytuł mówi, jest to cisza przed burzą ;) Mam
wielką nadzieję, ze ten rozdział się Wam spodoba!
Jak co tydzień, namawiam was do dzielenia się opiniami
w komentarzach :) Chciałabym też ślicznie podziękować
za 576 wejść!! :D To jest jak miód na moje serducho ^^
Miłego czytania!
Panna Potter
Czułam, jak większość ciężaru opuszcza moje serce z tym cudownym "puf". Mimo, że miało być coraz trudniej, nie obchodziło mnie to w tej chwili. Liczyło się tylko jedno. Harry, mój brat, szedł obok mnie z szerokim uśmiechem, na twarzy. To był najpiękniejszy widok w całym moim życiu, które właśnie tak powinno wyglądać. Brat i siostra, walczący z przeciwnościami losu, razem. Brzmi to okropnie, ale co tam. Po mojej głowie jednak błądziła jedna myśl. Czy taki stan rzeczy miał się utrzymać na długo? Nie miałam pojęcia.
- Przysięgam, miałem ochotę zabić tego gada - warknął Ron.
Postanowiliśmy z całą Gwardią Dumbledore'a wrócić do zamku, nie śpiesząc się jednak zbytnio. W pewnym momencie Ginny poruszyła temat bójki Harry'ego z Malfoyem.
- Nie było potrzeby, Harry świetnie dał sobie radę - zaśmiałam się.
- Zastanawia mnie tylko, czemu jeszcze go nie zabiłaś. Przecież Ciebie też trafił - zauważył Harry.
Też się nad tym zastanawiałam. Draco niby przeprosił, ale nadal byłam na niego wściekła.
- Słucham? - krzyknęła Hermiona.
- To nie było celowo - powiedziałam szybko, zanim zdążyła wybuchnąć - Kiedy Harry i Malfoy rzucili się na siebie, nie wiedziałam co robić. Żaden z nich nie chciał przestać, więc wskoczyłam Harry'emu na plecy. Starałam się go w ten sposób odciągnąć, ale zanim mi się to udało, Malfoy trafił mnie w twarz.
Wszyscy wpatrywali się na mnie ze zdziwieniem. Oczywiście, po szkole chodziły już plotki i przeróżne wersje tego zdarzenia. Byłam w szoku, przekonując się jak szybko ta wiadomość się rozniosła. Niektórzy twierdzili, że to Harry mnie uderzył. Inni zaś uparli się przy swoim i powtarzali w kółko, że zwyzywałam matkę Malfoya i ten w którymś momencie nie wytrzymał. Moją ulubioną wersją jednak była ta, w której to niby ja napadłam na Ślizgona, który jedynie bronił się przede mną. Cała grupa pogrążyła się w rozmowie. Podeszłam do Hermiony. Obie zwolniłyśmy kroku tak, aby iść kawałek za grupą.
- Przepraszam, Talia. Ja naprawdę nie chciałam tego przed tobą ukrywać. Myśleliśmy, że robimy dobrze - odezwała się jako pierwsza.
Mimo, że żal mnie nie opuszczał, nie chciałam się już dłużej kłócić z bliskimi, bo nie miałam ich wielu. Miałam też świadomość, że to utrudni moje kontakty ze Ślizgonami, którzy mi pomagali, ale miałam plan. Nie wiedziałam jeszcze czy dobry, ale to zawsze był jakiś plan. O konsekwencjach miałam zamiar pomyśleć kiedy indziej.
- Ja też przepraszam. Nie powinnam się aż tak na Ciebie unosić - odparłam - Między nami wszystko okay?
- Oczywiście - powiedziała Hermiona, uśmiechając się promiennie.
Objęłam ją ramieniem i poczochrałam po głowie, jak to wszyscy mieli w zwyczaju robić mi.
- Mam jednak małą prośbę - dodałam.
- Jaką?
- Chciałabym, żebyś gdzieś ze mną poszła. Nie mogę Ci na razie powiedzieć gdzie, musisz mi zaufać.
- No dobrze...- odpowiedziała niechętnie.
- I proszę, nie wyciągaj pochopnych wniosków. Jak sytuacji się rozwinąć, zanim postanowisz mnie zabić i wrócić do Wierzy Gryffindoru.
- Postaram się - parsknęła.
- To gdzie my idziemy? - spytała Hermiona, kiedy stanęłyśmy przed schodami prowadzącymi do lochów.
Nie wyglądała na przekonaną, wręcz przeciwnie. Co jakiś czas zerkała na mnie z powątpiewaniem.
- Zobaczysz. Pamiętaj, o co się prosiłam, dobrze? - upomniałam ją.
- Tak, tak... Ale dla pewności przypominaj mi o tym, bo nie za bardzo mi się to podoba - odpowiedziała.
Szłyśmy dość ciemnym korytarzem, aż w końcu przystanęłam w odpowiednim miejscu.
- Co ty robisz?
- Cii - uciszyłam Hermionę gestem.
Wypowiedziałam hasło i sekundę później ukazało się nam wejście do Pokoju Wspólnego Slytherinu
- Talia! Odbiło Ci ? - dziewczyna zaczęła panikować.
- Och, przestań! Pamiętaj o co Cię prosiłam i uspokój się. Nie ufasz mi? - spytałam, próbując ukryć rozbawienie.
Wiedziałam doskonale, jakiej reakcji mogłam się spodziewać. Nie robiłam sobie też zbędnych nadziei, że Hermionie spodoba się jej pomysł. Draco, Teodor i Blaise też byli przygotowani na najgorsze. Wszystko z nimi ustaliłam.
Wchodząc do środka, przekonałam się, że dotrzymali słowa. W salonie nikogo nie było.
- Przecież nie możemy tutaj wchodzić! Poza tym, co masz zamiar tutaj robić?
- Hermiono, proszę Cię, nie marudź.
Doprowadziłam ją do odpowiednich drzwi. Zapukałam trzy razy. Chwilę później drzwi się otworzyły, a stał w nich Teodor Nott.
- Witam - powiedział, a na jego twarzy widniał pół uśmiech.
- Miło było - odezwała się Hermiona i szybko ruszyła w stronę wyjścia.
Pobiegłam za nią.
- Nie! Nie wyjdziesz stąd! Obiecałaś!
- Talia, nie mam zamiaru... Aua! - pisnęła, uszczypnęłam ją w rękę - A to za co?
- Za to, że nie dotrzymujesz obietnic! A teraz błagam, chodź ze mną i nie rób takiego hałasu, ktoś może Cię usłyszeć.
Hermiona zrobiła bardzo niezadowoloną minę, ale nie sprzeciwiała się aż tak bardzo, kiedy popchnęłam ją w stronę dormitorium trójki Ślizgonów, którzy oglądali całą scenkę z niewzruszonymi minami. Wepchnęłam ją do środka. Zaczęła się rozglądać po dość sporym pomieszczeniu, ale przestała, kiedy je wzrok napotkał Ginny, siedzącą na kanapie przy kominku.
- Ginny? - wydusiła z siebie Hermiona - Co ty tutaj robisz?
- Siedzę - odpowiedziała spokojnie Ginny.
- Ty też usiądź - zwróciłam się do Hermiony.
Ta nadal będąc w szoku, posłuchała mnie i usiadła obok rudej.
- O co tutaj chodzi? - spytała, kiedy trójka ślizgonów stanęła za mną.
- Musimy z tobą porozmawiać - odparłam.
Ginny przytaknęła.
- Tutaj?
- Tak, tutaj - odezwał się Draco.
Hermiona zmroziła go wzrokiem.
- Chodzi o to, że nie mam ochoty na te ciągłe kłótnie - zaczęłam, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych w pokoju - Harry nie może mi zabraniać korzystania z pomocy tej trójki, bo sam ukrywał przede mną fakt, że posiadam moc. Nie chcę, żeby ten fakt sprawił, żebyśmy się od siebie oddaliły, Hermiono. Do głowy przyszedł mi tylko jeden pomysł. Pogodzisz się z tym, że Draco, Teodor i Blaise mi pomagają, nie mówiąc o tym Harry'emu. Zanim odrzucisz moją propozycję, pozwól, że przedstawię Ci kilka powodów, dlaczego powinnaś się zgodzić.
Widziałam niepewność w oczach Hermiony, ale w końcu kiwnęła głową.
- Wiem, że wasza przeszłość nie jest kolorowa. Wiem, jak Cię traktowali. Nie myśl, że będę to tolerować - tutaj spojrzałam ukradkiem na chłopaków stojących za mną - Ale oni mi pomogli. Uczą mnie, jak panować nad mocami, pomogli mi, kiedy nie wiedziałam co się ze mną działo. Gdyby nie oni, zapewne bym się wykończyła.
Nie wiedziała co powiedzieć. Hermiona Granger otwierała usta, ale zaraz je zamykała, nie wiedząc co powiedzieć. Niesamowite.
- Talia... Ja im nie ufam - powiedziała w końcu, nie zważając na to, że osoby, o których mówiła stoją za mną.
- I wcale Cię o to nie proszę. Chcę, żebyś zaufała mi.
- Czyli ty im ufasz? - spytała.
Wzięłam głęboki oddech. "Nie chcę tego żałować"
- Tak - odpowiedziałam.
- Jesteś pewna tego, co robisz?
- Tak.
- Obiecasz mi, że to nie wpłynie w żaden sposób na twoją relację z Harrym?
- Obiecuję.
- Wiesz, że jesteś jak magnes przyciągający problemy?
Wstała z kanapy i podeszła do mnie
- Wiem - odparłam, przytulając się do wyższej ode mnie Gryfonki.
- Boję się, że będziesz tego żałować - powiedziała cicho.
- A ja nie. Nawet jeśli, to daję Ci prawo wytykania mi tego do końca życia.
Odsunęła się ode mnie i posłała mi uśmiech podobny do tych, które matki posyłają ich dzieciom, które narozrabiały, ale nie mogły się na nie długo gniewać.
- Jeśli ją skrzywdzicie, to... - zaczęła, ale Draco jej przerwał.
- Już dawno bym to zrobił, gdybym chciał. Nie pomagamy jej bez powodu.
- I właśnie to mnie martwi - odparła chłodno Hermiona
- Draco chciał powiedzieć, że mamy dobre intencje. Uwierz, nie pozwolimy, żeby włos spadł jej z głowy. Masz moje słowo - wtrącił Teodor.
- Wybacz, ale twoje słowo nic dla mnie nie znaczy - odpowiedziała mu.
- Zabolało - parsknął Nott, podchodząc do Hermiony - jak mogę to zmienić?
- Następnym razem nie wtrącaj się w nieswoje sprawy i nie prowokuj kłótni między mną a Talią - syknęła, patrząc mu prosto w jego czarne oczy.
- Muszę Cię rozczarować. Nie miałem tak złowieszczych zamiarów, o jakie mnie podejrzewasz. Chciałem, żeby Talia znała prawdę, to wszystko.
- Proszę Cię! Nie mów mi, że nagle tak się nią przejmujecie.
- Nie każ mi przypominać, do kogo przyszła, cała zapłakana i zdezorientowana kiedy miała pierwszy atak. W czyich drzwiach ledwo stała, zwijając się z bólu i prosząc o pomoc - odezwał się Malfoy, mierząc Hermionę wrogim wzrokiem.
Ginny stała i stanęła obok mnie, gotowa interweniować.
Po raz kolejny Hermiona milczała.
- Czy Ci się to podoba, czy nie, martwimy się o nią - dodał Draco.
Wiedziałam, że w ta trójka Ślizgonów na swój sposób się o mnie troszczy, ale dziwnie było to usłyszeć od Malfoya
- Dobra, skończcie już. Jesteśmy tutaj, aby się dogadać - wtrąciłam się.
- Jestem za - odparł Teodor, wyciągając dłoń do Hermiony.
Ta zawahała się na chwilę, ale w końcu ją uścisnęła. Wszyscy usiedliśmy przy kominku. Razem z Ginny, Blaisem, Draconem i Teodorem opowiedzieliśmy Hermionie o lekcjach, na których uczyłam się panować nad sobą i mocami. Opowiedzieliśmy jej też o wszystkich moich atakach. Trwało to trochę, ale z każdą chwilą, mina Hermiony łagodniała. Jej ton stał się bardziej przyjazny i nie była aż tak wrogo nastawiona. Wiedziałam, że na koleżeństwo nie ma co liczyć i że nadal będzie miała swoje obiekcje co do chłopaków, ale zgadzali się w jednym. Ślizgoni chcieli mi pomóc, a Hermiona być dla mnie wsparciem i uczestniczyć w tym wszystkim. Po jakimś czasie atmosfera zelżała. Ginny wykłócała się o coś z Blaisem, lecz na twarzach obojga widniał uśmiech, a Hermiona o dziwo rozmawiała z Teodorem o ich ulubionych książkach.
- Widzę, że twój plan się powiódł - odezwał się cicho siedzący obok mnie Draco. Skinął głową w stronę Teodora i Hermiony.
- Nie wiem jeszcze do jakiego stopnia. Bądź co bądź, ona was nienawidzi.
Draco zaśmiał się krótko.
- Auć.
- Dziwisz się jej? - spytałam.
- Nie - odpowiedział.
- Jesteś niesamowita, wiesz? Z jednej strony stajesz po stronie przyjaciółki, z drugiej trzymasz z ludźmi, który utrudniali jej życie.
- Ja widzę to inaczej. To, jak wyglądają wasze relacje, nie jest moją sprawą. Oczywiście, jeśli nadal będzie wyzywać ją od szlam, to stanę po jej stronie. Ale mi nic nie zrobiłeś, wręcz przeciwnie, pomogłeś mi, choć nie masz pojęcia jak trudno mi to przechodzi przez gardło - zaśmiałam się przy ostatnim zdaniu.
- Czyli wierzysz, że moją duszę da się jeszcze uratować? - spytał, unosząc jedną brew.
- Draco, ty nie jesteś taki zły jak sobie ubzdurałeś. Przykro mi.
- Oj, muszę Cię rozczarować... - westchnął.
***
Odetchnąłem z ulgą, kiedy Gryfonki opuściły nasze dormitorium. Ani ja, ani Blaise nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Nawet Teodor siedział na swoim łóżku ze zmarszczonym czołem.
- Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie że aż tak - odezwał się Nott, ukrywając twarz w dłoniach.
- Ta sprawa zaczyna dotyczyć zbyt wielu ludzi - powiedział Blaise.
- A to wszystko przez taką małą furiatkę - dodałem.
- Gdyby nie chciała zadowolić tylu osób naraz, byłoby o wiele prościej - zauważył Teodor.
- Wiecie co mnie najbardziej niepokoi?
Teodor i ja spojrzeliśmy w stronę Blaise'a.
- Ta "mała furiatka", jak to określiłeś, sprawia, że nie czuję się z tym wszystkim dobrze - powiedział Zabini.
- Sprecyzuj.
- Nie wiem jak wy, ale wcześniej nie miałem problemów z kłamaniem. Kłamstwo jest częścią mojego życia. A teraz? Czy tego chcesz, czy nie... Ona jest po prostu za dobra. Nie mówcie mi tylko, że jej nie lubicie.
- Ma charakterek - zaśmiał się Teodor - Gdyby nie to, że mamy ją oddać w ręce Czarnego Pana, to pewnie...
- Zaprzyjaźniłbyś się z Potterówną? - przerwałem mu.
- A ty nie? Przestań już zaprzeczać, po to się robi nudne. Ona jest dla Ciebie wyzwaniem, a wszyscy wiemy, że lubisz wyzwania.
- Czy wy już zapomnieliście po co w ogóle uganiamy się za Talią? Mamy wyznaczony cel i tego się trzymajmy.
- Malfoy, zdaję sobie sprawę z tego jak wygląda twoja sytuacja, do czego Cię zmusili. Ale przypomnij sobie naszą rozmowę przed rozpoczęciem roku szkolnego... Wiesz, po pogrzebie Alexa. Blaise, ty też tam byłeś - Teodor usiadł obok mnie - Może dało by się znaleźć jakiś sposób, żeby pokonać Czarnego Pana...
- A myślałem, że to ty jesteś tym mądrym - parsknąłem gorzko.
- Hej, ja tylko powtarzam to, co usłyszałem od Ciebie.
- Doskonale wiesz, że mieliśmy wtedy gorszy dzień. On Zabił Ci brata, mój ojciec...Wiesz, nie wyszedłem na tym dobrze, że stanąłem po twojej stronie, Blaise też nie. Ale tak to już jest. Nic na to nie poradzimy.
- Posłuchaj mnie, Stary. Nie jesteśmy jedynymi, którzy chcieliby się go pozbyć. Może gdyby tak...
- Czy ty siebie w ogóle słyszysz? To jest niedorzeczne. To nie ma prawa się udać.
- Nie chcę być pesymistą, ale Draco ma rację? Bo niby jakie mamy szanse, żeby go pokonać? To graniczy z cudem. Nott, rozumiem, chcesz pomścić brata, ale nawet jeśli by się nam to udało, to nie teraz. To nie jest odpowiednia chwila.
- Przecież Talia jest po naszej stronie.
- Nie mam zamiaru ryzykować, Nott. Jeśli spieprzę sprawę, on zabije mi całą rodzinę - warknąłem
- Przepraszam - Teodor poklepał mnie po ramieniu - Po prostu... Mam dosyć tego wszystkiego.
- Nie tylko ty - odparłem.
- Dobra, wyspowiadaliśmy się, ulżyło nam, a teraz trzeba się skupić - zawołał Blaise - Talia pogodziła się z bratem. Co robimy?
- Przecież powiedziała, ze nam ufa - odpowiedziałem zdziwiony.
- Ale to jest jej brat. Jak przyjdzie co do czego, wybierze jego stronę - powiedział Teo.
- To jak mamy sprawić, żeby wybrała naszą? - spytałem.
Zabini i Nott popatrzyli się na siebie porozumiewawczo.
- Trzeba nagiąć lekko zasady - odrzekł w końcu Blaise.
- A dokładniej?
- Rozkochaj ją w sobie - powiedział Teodor, tak, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Teodorze, zaczynam wątpić w twoją inteligencję.
- Jeśli to zrobisz, to przynajmniej zyskasz pewność, że weźmie pod uwagę to, czy nie wybrać ciebie, zamiast brata.
- Gorzej wam? Nie możemy tego zrobić. Ona będzie własnością Czarnego Pana.
- Czarny Pan nie będzie narzekał. Dla niego liczy się tylko to, żeby mieć ją w garści, a dzięki tobie tak się stanie - rzekł Blaise
Wypowiedź mojego kolegi dała mi do myślenia. Miał rację. To był sposób na sukces, ale czy aby na pewno chciałem to zrobić? Chciałem oddać ją w ręce Voldemortowi w taki sposób? Nie do końca. Nie potrafiłem się do tego przyznać, ale ta dziewczyna zyskała w jakimś stopniu moją sympatię. Zdobycie jej serca, aby następnie rozpadło się na miliony kawałków nie wydawało mi się najlepszym pomysłem. Robiłem to już setki razy, ale dziewczyny same się o to prosiły. Same uganiały się za mną, starały o moje względy. Tym razem tak nie było. Tym razem miałbym zrobić to w najbardziej okrutny sposób. Czy chciałem się na to pisać? Absolutnie nie.
- To czemu ty tego nie zrobisz? - syknąłem, choć wizja Blaise'a klejącego się to Talii nie była przyjemna.
- Bo ona najbardziej ufa tobie. Nie widzisz tego? Zawsze, kiedy ma jakiś problem, albo nie jest czegoś pewna, idzie do Ciebie. Poza tym... Wydaje mi się, że Cię lubi.
- Nie byłbym tego taki pewny.
- Rozumiem, że skupiasz się na misji, ale nie mów mi, że nie widzisz tego że Talia Cię lubi - parsknął Teodor.
Miałem już dosyć tego dnia.
***
Następnego dnia schodziłam za śniadanie z Hermioną i Ginny.
- Talia, skąd ty bierzesz taką śliczną biżuterię? - spytała, kiedy wchodziłyśmy do Wielkiej Sali.
- Cóż... To kiedyś należało do mojej mamy. Pani Bathildzie udało się znaleźć kilka rzeczy w ruinach domu. Pewnego dnia dała mi szkatułkę z biżuterią mamy.
- O rany... Twoja mama miała świetny gust - powiedziała Ginny, uśmiechając się do mnie ciepło.
- Też tak uważam - odparłam, też się uśmiechając.
Pogładziłam naszyjnik, siadając przy stole. Przywitali nas Harry i Ron. Zaraz potem dosiedli się no nas Fred, George i Lee, który zajął miejsce obok Ginny. Kontem oka dostrzegłam, jak Harry szepcze coś do Rona.
- Hermiono? - odezwał się niepewnie Ron.
- Tak? - odparła, nie przestając sparować tosta masłem.
- Pamiętasz bal Bożonarodzeniowy w czwartej klasie?
- Ten, który mi zepsułeś? Tak, pamiętam.
- Bo wiesz, nie powinnaś iść wtedy z Krumem...
- O co Ci chodzi, Ronaldzie?
- W tym roku też będą Ci z Durmstrangu i chciałem wiedzieć, czy...
- Krum już dawno ukończył szkołę - odpowiedziała chłodno.
Wszyscy obserwowaliśmy tą dwójkę, próbując powstrzymać śmiech.
- Och, no tak. W takim razie idziesz sama?
- Na to wygląda.
Hermiona spojrzała mu prosto w oczy, jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Ron nieco się zmieszał i zrobił cały czerwony.
- A może poszłabyś ze mną? - wycedził wreszcie, wyglądając tak, jakby zaraz miał stracić przytomność.
- Zapraszasz mnie na bal? - zdziwiła się Hermiona.
- No...
- Z chęcią pójdę z tobą na ten bal - odpowiedziała, uśmiechając się delikatnie.
Ron odetchnął z ulgą.
- No, Harry, teraz twoja kolej. Która panna będzie miała ten zaszczyt i pójdzie z chłopcem który przeżył? - zaśmiał się Fred.
- Już kogoś zaprosiłem - odrzekł mój brat.
- Kogo? - wypaliłam niemal od razu.
- Cho.
- Och... Fajnie. Neville, a ty z kim pójdziesz?
Neville zarumienił się lekko.
- Wczoraj zaprosiłem Lunę Lovegood.
- To świetnie! - ucieszyłam się.
- Podoba Ci się? - spytała Ginny, unosząc jedną brew.
- Czasami mnie przeraża... Ale jest bardzo miła - speszył się Neville.
Śniadanie upłynęło nam w miłej atmosferze. Rozmawialiśmy głównie o balu. Kiedy jednak wróciliśmy do wierzy, zaczęłam się zastanawiać, co Draco szykował na dzisiejszą lekcję.
- Hermiono, chciałabyś iść ze mną i z Ginny na moją lekcję? - spytałam, kiedy Harry i Ron poszli do biblioteki.
- No nie wiem...
- Zobaczyłabyś, na czym ona polega - przekonywałam ja.
- Fakt. A o której? Muszę jeszcze dokończyć esej na Transmutację.
- Po obiedzie - odparła Ginny.
- Powinnam zdążyć.
- A tak swoją drogą, to co robiliście na poprzedniej lekcji? - odezwała się po chwili Ginny.
Ostatnim razem nie mogła iść ze mną. Na samą myśl o tym co się wtedy działo robiło mi się słabo.
- Nic ciekawego...
i nie dzieję się w nim nic szczególnego, ale jak
sam tytuł mówi, jest to cisza przed burzą ;) Mam
wielką nadzieję, ze ten rozdział się Wam spodoba!
Jak co tydzień, namawiam was do dzielenia się opiniami
w komentarzach :) Chciałabym też ślicznie podziękować
za 576 wejść!! :D To jest jak miód na moje serducho ^^
Miłego czytania!
Panna Potter
Czułam, jak większość ciężaru opuszcza moje serce z tym cudownym "puf". Mimo, że miało być coraz trudniej, nie obchodziło mnie to w tej chwili. Liczyło się tylko jedno. Harry, mój brat, szedł obok mnie z szerokim uśmiechem, na twarzy. To był najpiękniejszy widok w całym moim życiu, które właśnie tak powinno wyglądać. Brat i siostra, walczący z przeciwnościami losu, razem. Brzmi to okropnie, ale co tam. Po mojej głowie jednak błądziła jedna myśl. Czy taki stan rzeczy miał się utrzymać na długo? Nie miałam pojęcia.
- Przysięgam, miałem ochotę zabić tego gada - warknął Ron.
Postanowiliśmy z całą Gwardią Dumbledore'a wrócić do zamku, nie śpiesząc się jednak zbytnio. W pewnym momencie Ginny poruszyła temat bójki Harry'ego z Malfoyem.
- Nie było potrzeby, Harry świetnie dał sobie radę - zaśmiałam się.
- Zastanawia mnie tylko, czemu jeszcze go nie zabiłaś. Przecież Ciebie też trafił - zauważył Harry.
Też się nad tym zastanawiałam. Draco niby przeprosił, ale nadal byłam na niego wściekła.
- Słucham? - krzyknęła Hermiona.
- To nie było celowo - powiedziałam szybko, zanim zdążyła wybuchnąć - Kiedy Harry i Malfoy rzucili się na siebie, nie wiedziałam co robić. Żaden z nich nie chciał przestać, więc wskoczyłam Harry'emu na plecy. Starałam się go w ten sposób odciągnąć, ale zanim mi się to udało, Malfoy trafił mnie w twarz.
Wszyscy wpatrywali się na mnie ze zdziwieniem. Oczywiście, po szkole chodziły już plotki i przeróżne wersje tego zdarzenia. Byłam w szoku, przekonując się jak szybko ta wiadomość się rozniosła. Niektórzy twierdzili, że to Harry mnie uderzył. Inni zaś uparli się przy swoim i powtarzali w kółko, że zwyzywałam matkę Malfoya i ten w którymś momencie nie wytrzymał. Moją ulubioną wersją jednak była ta, w której to niby ja napadłam na Ślizgona, który jedynie bronił się przede mną. Cała grupa pogrążyła się w rozmowie. Podeszłam do Hermiony. Obie zwolniłyśmy kroku tak, aby iść kawałek za grupą.
- Przepraszam, Talia. Ja naprawdę nie chciałam tego przed tobą ukrywać. Myśleliśmy, że robimy dobrze - odezwała się jako pierwsza.
Mimo, że żal mnie nie opuszczał, nie chciałam się już dłużej kłócić z bliskimi, bo nie miałam ich wielu. Miałam też świadomość, że to utrudni moje kontakty ze Ślizgonami, którzy mi pomagali, ale miałam plan. Nie wiedziałam jeszcze czy dobry, ale to zawsze był jakiś plan. O konsekwencjach miałam zamiar pomyśleć kiedy indziej.
- Ja też przepraszam. Nie powinnam się aż tak na Ciebie unosić - odparłam - Między nami wszystko okay?
- Oczywiście - powiedziała Hermiona, uśmiechając się promiennie.
Objęłam ją ramieniem i poczochrałam po głowie, jak to wszyscy mieli w zwyczaju robić mi.
- Mam jednak małą prośbę - dodałam.
- Jaką?
- Chciałabym, żebyś gdzieś ze mną poszła. Nie mogę Ci na razie powiedzieć gdzie, musisz mi zaufać.
- No dobrze...- odpowiedziała niechętnie.
- I proszę, nie wyciągaj pochopnych wniosków. Jak sytuacji się rozwinąć, zanim postanowisz mnie zabić i wrócić do Wierzy Gryffindoru.
- Postaram się - parsknęła.
- To gdzie my idziemy? - spytała Hermiona, kiedy stanęłyśmy przed schodami prowadzącymi do lochów.
Nie wyglądała na przekonaną, wręcz przeciwnie. Co jakiś czas zerkała na mnie z powątpiewaniem.
- Zobaczysz. Pamiętaj, o co się prosiłam, dobrze? - upomniałam ją.
- Tak, tak... Ale dla pewności przypominaj mi o tym, bo nie za bardzo mi się to podoba - odpowiedziała.
Szłyśmy dość ciemnym korytarzem, aż w końcu przystanęłam w odpowiednim miejscu.
- Co ty robisz?
- Cii - uciszyłam Hermionę gestem.
Wypowiedziałam hasło i sekundę później ukazało się nam wejście do Pokoju Wspólnego Slytherinu
- Talia! Odbiło Ci ? - dziewczyna zaczęła panikować.
- Och, przestań! Pamiętaj o co Cię prosiłam i uspokój się. Nie ufasz mi? - spytałam, próbując ukryć rozbawienie.
Wiedziałam doskonale, jakiej reakcji mogłam się spodziewać. Nie robiłam sobie też zbędnych nadziei, że Hermionie spodoba się jej pomysł. Draco, Teodor i Blaise też byli przygotowani na najgorsze. Wszystko z nimi ustaliłam.
Wchodząc do środka, przekonałam się, że dotrzymali słowa. W salonie nikogo nie było.
- Przecież nie możemy tutaj wchodzić! Poza tym, co masz zamiar tutaj robić?
- Hermiono, proszę Cię, nie marudź.
Doprowadziłam ją do odpowiednich drzwi. Zapukałam trzy razy. Chwilę później drzwi się otworzyły, a stał w nich Teodor Nott.
- Witam - powiedział, a na jego twarzy widniał pół uśmiech.
- Miło było - odezwała się Hermiona i szybko ruszyła w stronę wyjścia.
Pobiegłam za nią.
- Nie! Nie wyjdziesz stąd! Obiecałaś!
- Talia, nie mam zamiaru... Aua! - pisnęła, uszczypnęłam ją w rękę - A to za co?
- Za to, że nie dotrzymujesz obietnic! A teraz błagam, chodź ze mną i nie rób takiego hałasu, ktoś może Cię usłyszeć.
Hermiona zrobiła bardzo niezadowoloną minę, ale nie sprzeciwiała się aż tak bardzo, kiedy popchnęłam ją w stronę dormitorium trójki Ślizgonów, którzy oglądali całą scenkę z niewzruszonymi minami. Wepchnęłam ją do środka. Zaczęła się rozglądać po dość sporym pomieszczeniu, ale przestała, kiedy je wzrok napotkał Ginny, siedzącą na kanapie przy kominku.
- Ginny? - wydusiła z siebie Hermiona - Co ty tutaj robisz?
- Siedzę - odpowiedziała spokojnie Ginny.
- Ty też usiądź - zwróciłam się do Hermiony.
Ta nadal będąc w szoku, posłuchała mnie i usiadła obok rudej.
- O co tutaj chodzi? - spytała, kiedy trójka ślizgonów stanęła za mną.
- Musimy z tobą porozmawiać - odparłam.
Ginny przytaknęła.
- Tutaj?
- Tak, tutaj - odezwał się Draco.
Hermiona zmroziła go wzrokiem.
- Chodzi o to, że nie mam ochoty na te ciągłe kłótnie - zaczęłam, czując na sobie wzrok wszystkich zebranych w pokoju - Harry nie może mi zabraniać korzystania z pomocy tej trójki, bo sam ukrywał przede mną fakt, że posiadam moc. Nie chcę, żeby ten fakt sprawił, żebyśmy się od siebie oddaliły, Hermiono. Do głowy przyszedł mi tylko jeden pomysł. Pogodzisz się z tym, że Draco, Teodor i Blaise mi pomagają, nie mówiąc o tym Harry'emu. Zanim odrzucisz moją propozycję, pozwól, że przedstawię Ci kilka powodów, dlaczego powinnaś się zgodzić.
Widziałam niepewność w oczach Hermiony, ale w końcu kiwnęła głową.
- Wiem, że wasza przeszłość nie jest kolorowa. Wiem, jak Cię traktowali. Nie myśl, że będę to tolerować - tutaj spojrzałam ukradkiem na chłopaków stojących za mną - Ale oni mi pomogli. Uczą mnie, jak panować nad mocami, pomogli mi, kiedy nie wiedziałam co się ze mną działo. Gdyby nie oni, zapewne bym się wykończyła.
Nie wiedziała co powiedzieć. Hermiona Granger otwierała usta, ale zaraz je zamykała, nie wiedząc co powiedzieć. Niesamowite.
- Talia... Ja im nie ufam - powiedziała w końcu, nie zważając na to, że osoby, o których mówiła stoją za mną.
- I wcale Cię o to nie proszę. Chcę, żebyś zaufała mi.
- Czyli ty im ufasz? - spytała.
Wzięłam głęboki oddech. "Nie chcę tego żałować"
- Tak - odpowiedziałam.
- Jesteś pewna tego, co robisz?
- Tak.
- Obiecasz mi, że to nie wpłynie w żaden sposób na twoją relację z Harrym?
- Obiecuję.
- Wiesz, że jesteś jak magnes przyciągający problemy?
Wstała z kanapy i podeszła do mnie
- Wiem - odparłam, przytulając się do wyższej ode mnie Gryfonki.
- Boję się, że będziesz tego żałować - powiedziała cicho.
- A ja nie. Nawet jeśli, to daję Ci prawo wytykania mi tego do końca życia.
Odsunęła się ode mnie i posłała mi uśmiech podobny do tych, które matki posyłają ich dzieciom, które narozrabiały, ale nie mogły się na nie długo gniewać.
- Jeśli ją skrzywdzicie, to... - zaczęła, ale Draco jej przerwał.
- Już dawno bym to zrobił, gdybym chciał. Nie pomagamy jej bez powodu.
- I właśnie to mnie martwi - odparła chłodno Hermiona
- Draco chciał powiedzieć, że mamy dobre intencje. Uwierz, nie pozwolimy, żeby włos spadł jej z głowy. Masz moje słowo - wtrącił Teodor.
- Wybacz, ale twoje słowo nic dla mnie nie znaczy - odpowiedziała mu.
- Zabolało - parsknął Nott, podchodząc do Hermiony - jak mogę to zmienić?
- Następnym razem nie wtrącaj się w nieswoje sprawy i nie prowokuj kłótni między mną a Talią - syknęła, patrząc mu prosto w jego czarne oczy.
- Muszę Cię rozczarować. Nie miałem tak złowieszczych zamiarów, o jakie mnie podejrzewasz. Chciałem, żeby Talia znała prawdę, to wszystko.
- Proszę Cię! Nie mów mi, że nagle tak się nią przejmujecie.
- Nie każ mi przypominać, do kogo przyszła, cała zapłakana i zdezorientowana kiedy miała pierwszy atak. W czyich drzwiach ledwo stała, zwijając się z bólu i prosząc o pomoc - odezwał się Malfoy, mierząc Hermionę wrogim wzrokiem.
Ginny stała i stanęła obok mnie, gotowa interweniować.
Po raz kolejny Hermiona milczała.
- Czy Ci się to podoba, czy nie, martwimy się o nią - dodał Draco.
Wiedziałam, że w ta trójka Ślizgonów na swój sposób się o mnie troszczy, ale dziwnie było to usłyszeć od Malfoya
- Dobra, skończcie już. Jesteśmy tutaj, aby się dogadać - wtrąciłam się.
- Jestem za - odparł Teodor, wyciągając dłoń do Hermiony.
Ta zawahała się na chwilę, ale w końcu ją uścisnęła. Wszyscy usiedliśmy przy kominku. Razem z Ginny, Blaisem, Draconem i Teodorem opowiedzieliśmy Hermionie o lekcjach, na których uczyłam się panować nad sobą i mocami. Opowiedzieliśmy jej też o wszystkich moich atakach. Trwało to trochę, ale z każdą chwilą, mina Hermiony łagodniała. Jej ton stał się bardziej przyjazny i nie była aż tak wrogo nastawiona. Wiedziałam, że na koleżeństwo nie ma co liczyć i że nadal będzie miała swoje obiekcje co do chłopaków, ale zgadzali się w jednym. Ślizgoni chcieli mi pomóc, a Hermiona być dla mnie wsparciem i uczestniczyć w tym wszystkim. Po jakimś czasie atmosfera zelżała. Ginny wykłócała się o coś z Blaisem, lecz na twarzach obojga widniał uśmiech, a Hermiona o dziwo rozmawiała z Teodorem o ich ulubionych książkach.
- Widzę, że twój plan się powiódł - odezwał się cicho siedzący obok mnie Draco. Skinął głową w stronę Teodora i Hermiony.
- Nie wiem jeszcze do jakiego stopnia. Bądź co bądź, ona was nienawidzi.
Draco zaśmiał się krótko.
- Auć.
- Dziwisz się jej? - spytałam.
- Nie - odpowiedział.
- Jesteś niesamowita, wiesz? Z jednej strony stajesz po stronie przyjaciółki, z drugiej trzymasz z ludźmi, który utrudniali jej życie.
- Ja widzę to inaczej. To, jak wyglądają wasze relacje, nie jest moją sprawą. Oczywiście, jeśli nadal będzie wyzywać ją od szlam, to stanę po jej stronie. Ale mi nic nie zrobiłeś, wręcz przeciwnie, pomogłeś mi, choć nie masz pojęcia jak trudno mi to przechodzi przez gardło - zaśmiałam się przy ostatnim zdaniu.
- Czyli wierzysz, że moją duszę da się jeszcze uratować? - spytał, unosząc jedną brew.
- Draco, ty nie jesteś taki zły jak sobie ubzdurałeś. Przykro mi.
- Oj, muszę Cię rozczarować... - westchnął.
***
Odetchnąłem z ulgą, kiedy Gryfonki opuściły nasze dormitorium. Ani ja, ani Blaise nie wiedzieliśmy co o tym wszystkim myśleć. Nawet Teodor siedział na swoim łóżku ze zmarszczonym czołem.
- Wiedziałem, że to będzie trudne, ale nie że aż tak - odezwał się Nott, ukrywając twarz w dłoniach.
- Ta sprawa zaczyna dotyczyć zbyt wielu ludzi - powiedział Blaise.
- A to wszystko przez taką małą furiatkę - dodałem.
- Gdyby nie chciała zadowolić tylu osób naraz, byłoby o wiele prościej - zauważył Teodor.
- Wiecie co mnie najbardziej niepokoi?
Teodor i ja spojrzeliśmy w stronę Blaise'a.
- Ta "mała furiatka", jak to określiłeś, sprawia, że nie czuję się z tym wszystkim dobrze - powiedział Zabini.
- Sprecyzuj.
- Nie wiem jak wy, ale wcześniej nie miałem problemów z kłamaniem. Kłamstwo jest częścią mojego życia. A teraz? Czy tego chcesz, czy nie... Ona jest po prostu za dobra. Nie mówcie mi tylko, że jej nie lubicie.
- Ma charakterek - zaśmiał się Teodor - Gdyby nie to, że mamy ją oddać w ręce Czarnego Pana, to pewnie...
- Zaprzyjaźniłbyś się z Potterówną? - przerwałem mu.
- A ty nie? Przestań już zaprzeczać, po to się robi nudne. Ona jest dla Ciebie wyzwaniem, a wszyscy wiemy, że lubisz wyzwania.
- Czy wy już zapomnieliście po co w ogóle uganiamy się za Talią? Mamy wyznaczony cel i tego się trzymajmy.
- Malfoy, zdaję sobie sprawę z tego jak wygląda twoja sytuacja, do czego Cię zmusili. Ale przypomnij sobie naszą rozmowę przed rozpoczęciem roku szkolnego... Wiesz, po pogrzebie Alexa. Blaise, ty też tam byłeś - Teodor usiadł obok mnie - Może dało by się znaleźć jakiś sposób, żeby pokonać Czarnego Pana...
- A myślałem, że to ty jesteś tym mądrym - parsknąłem gorzko.
- Hej, ja tylko powtarzam to, co usłyszałem od Ciebie.
- Doskonale wiesz, że mieliśmy wtedy gorszy dzień. On Zabił Ci brata, mój ojciec...Wiesz, nie wyszedłem na tym dobrze, że stanąłem po twojej stronie, Blaise też nie. Ale tak to już jest. Nic na to nie poradzimy.
- Posłuchaj mnie, Stary. Nie jesteśmy jedynymi, którzy chcieliby się go pozbyć. Może gdyby tak...
- Czy ty siebie w ogóle słyszysz? To jest niedorzeczne. To nie ma prawa się udać.
- Nie chcę być pesymistą, ale Draco ma rację? Bo niby jakie mamy szanse, żeby go pokonać? To graniczy z cudem. Nott, rozumiem, chcesz pomścić brata, ale nawet jeśli by się nam to udało, to nie teraz. To nie jest odpowiednia chwila.
- Przecież Talia jest po naszej stronie.
- Nie mam zamiaru ryzykować, Nott. Jeśli spieprzę sprawę, on zabije mi całą rodzinę - warknąłem
- Przepraszam - Teodor poklepał mnie po ramieniu - Po prostu... Mam dosyć tego wszystkiego.
- Nie tylko ty - odparłem.
- Dobra, wyspowiadaliśmy się, ulżyło nam, a teraz trzeba się skupić - zawołał Blaise - Talia pogodziła się z bratem. Co robimy?
- Przecież powiedziała, ze nam ufa - odpowiedziałem zdziwiony.
- Ale to jest jej brat. Jak przyjdzie co do czego, wybierze jego stronę - powiedział Teo.
- To jak mamy sprawić, żeby wybrała naszą? - spytałem.
Zabini i Nott popatrzyli się na siebie porozumiewawczo.
- Trzeba nagiąć lekko zasady - odrzekł w końcu Blaise.
- A dokładniej?
- Rozkochaj ją w sobie - powiedział Teodor, tak, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Teodorze, zaczynam wątpić w twoją inteligencję.
- Jeśli to zrobisz, to przynajmniej zyskasz pewność, że weźmie pod uwagę to, czy nie wybrać ciebie, zamiast brata.
- Gorzej wam? Nie możemy tego zrobić. Ona będzie własnością Czarnego Pana.
- Czarny Pan nie będzie narzekał. Dla niego liczy się tylko to, żeby mieć ją w garści, a dzięki tobie tak się stanie - rzekł Blaise
Wypowiedź mojego kolegi dała mi do myślenia. Miał rację. To był sposób na sukces, ale czy aby na pewno chciałem to zrobić? Chciałem oddać ją w ręce Voldemortowi w taki sposób? Nie do końca. Nie potrafiłem się do tego przyznać, ale ta dziewczyna zyskała w jakimś stopniu moją sympatię. Zdobycie jej serca, aby następnie rozpadło się na miliony kawałków nie wydawało mi się najlepszym pomysłem. Robiłem to już setki razy, ale dziewczyny same się o to prosiły. Same uganiały się za mną, starały o moje względy. Tym razem tak nie było. Tym razem miałbym zrobić to w najbardziej okrutny sposób. Czy chciałem się na to pisać? Absolutnie nie.
- To czemu ty tego nie zrobisz? - syknąłem, choć wizja Blaise'a klejącego się to Talii nie była przyjemna.
- Bo ona najbardziej ufa tobie. Nie widzisz tego? Zawsze, kiedy ma jakiś problem, albo nie jest czegoś pewna, idzie do Ciebie. Poza tym... Wydaje mi się, że Cię lubi.
- Nie byłbym tego taki pewny.
- Rozumiem, że skupiasz się na misji, ale nie mów mi, że nie widzisz tego że Talia Cię lubi - parsknął Teodor.
Miałem już dosyć tego dnia.
***
Następnego dnia schodziłam za śniadanie z Hermioną i Ginny.
- Talia, skąd ty bierzesz taką śliczną biżuterię? - spytała, kiedy wchodziłyśmy do Wielkiej Sali.
- Cóż... To kiedyś należało do mojej mamy. Pani Bathildzie udało się znaleźć kilka rzeczy w ruinach domu. Pewnego dnia dała mi szkatułkę z biżuterią mamy.
- O rany... Twoja mama miała świetny gust - powiedziała Ginny, uśmiechając się do mnie ciepło.
- Też tak uważam - odparłam, też się uśmiechając.
Pogładziłam naszyjnik, siadając przy stole. Przywitali nas Harry i Ron. Zaraz potem dosiedli się no nas Fred, George i Lee, który zajął miejsce obok Ginny. Kontem oka dostrzegłam, jak Harry szepcze coś do Rona.
- Hermiono? - odezwał się niepewnie Ron.
- Tak? - odparła, nie przestając sparować tosta masłem.
- Pamiętasz bal Bożonarodzeniowy w czwartej klasie?
- Ten, który mi zepsułeś? Tak, pamiętam.
- Bo wiesz, nie powinnaś iść wtedy z Krumem...
- O co Ci chodzi, Ronaldzie?
- W tym roku też będą Ci z Durmstrangu i chciałem wiedzieć, czy...
- Krum już dawno ukończył szkołę - odpowiedziała chłodno.
Wszyscy obserwowaliśmy tą dwójkę, próbując powstrzymać śmiech.
- Och, no tak. W takim razie idziesz sama?
- Na to wygląda.
Hermiona spojrzała mu prosto w oczy, jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. Ron nieco się zmieszał i zrobił cały czerwony.
- A może poszłabyś ze mną? - wycedził wreszcie, wyglądając tak, jakby zaraz miał stracić przytomność.
- Zapraszasz mnie na bal? - zdziwiła się Hermiona.
- No...
- Z chęcią pójdę z tobą na ten bal - odpowiedziała, uśmiechając się delikatnie.
Ron odetchnął z ulgą.
- No, Harry, teraz twoja kolej. Która panna będzie miała ten zaszczyt i pójdzie z chłopcem który przeżył? - zaśmiał się Fred.
- Już kogoś zaprosiłem - odrzekł mój brat.
- Kogo? - wypaliłam niemal od razu.
- Cho.
- Och... Fajnie. Neville, a ty z kim pójdziesz?
Neville zarumienił się lekko.
- Wczoraj zaprosiłem Lunę Lovegood.
- To świetnie! - ucieszyłam się.
- Podoba Ci się? - spytała Ginny, unosząc jedną brew.
- Czasami mnie przeraża... Ale jest bardzo miła - speszył się Neville.
Śniadanie upłynęło nam w miłej atmosferze. Rozmawialiśmy głównie o balu. Kiedy jednak wróciliśmy do wierzy, zaczęłam się zastanawiać, co Draco szykował na dzisiejszą lekcję.
- Hermiono, chciałabyś iść ze mną i z Ginny na moją lekcję? - spytałam, kiedy Harry i Ron poszli do biblioteki.
- No nie wiem...
- Zobaczyłabyś, na czym ona polega - przekonywałam ja.
- Fakt. A o której? Muszę jeszcze dokończyć esej na Transmutację.
- Po obiedzie - odparła Ginny.
- Powinnam zdążyć.
- A tak swoją drogą, to co robiliście na poprzedniej lekcji? - odezwała się po chwili Ginny.
Ostatnim razem nie mogła iść ze mną. Na samą myśl o tym co się wtedy działo robiło mi się słabo.
- Nic ciekawego...
niedziela, 8 listopada 2015
Rozdział XVI Gwardia Dumbledore'a
Po raz pierwszy podczas mojego pobytu w Hogwarcie nie miałam ochoty się powiesić z powodu czekającej mnie lekcji eliksirów. Ostatnim razem Snape był tak poirytowany wizytą Dolores Umbridge, że dał mi lepszą ocenę niż zwykle. Byłam bardzo ciekawa, jak miała wyglądać ta lekcja. Miałam jednak pewne obawy. Byłam zmuszona usiąść z moim bratem, Ronem i Hermioną. Nie miałam pojęcia, czy Ron wiedział o naszej kłótni i moich mocach. Musiał jednak zauważyć, że nie odzywam się do Harry'ego i Hermiony, nie dało się tego przeoczyć. Nie zamierzałam się jednak tłumaczyć. Niech oni się trudzą.
Czekając na Snape'a przed jego klasą, oparłam się o kamienną ścianę i spuściłam głowę. Neville rozmawiał z Seamusem, nie chciałam im przeszkadzać. Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie, jakbym była obserwowana. Podniosłam nieco wzrok i rozejrzałam się po korytarzu. Nagle moje oczy napotkały spojrzenie szarych tęczówek. "Oczywiście" westchnęłam w duchu. Draco Malfoy stał kawałek dalej, opierając się nonszalancko o ścianę, z Pansy u boku. Wokół niego stali też jego przyjaciele, którzy gawędzili z Dafne i Tracey. Blondyn lekko uniósł lewy kącik ust, nadal patrząc mi prosto w oczy. Pokręciłam tylko głową, mimowolnie się uśmiechając. Jego pewność siebie i postawa mnie bawiły. Na szczęście Parkinson nie zwróciła uwagi na naszą wymianę spojrzeń. Cały czas mówiła do Malfoya, gapiąc się na swoje paznokcie. Nagle drzwi od klasy otworzyły się, a w nich stanął Snape. Wszyscy ustawili się w kolejce i pojedynczo przechodzili przez drzwi.
- Witaj, Potter - szepnął ktoś stojący za mną.
Tym kimś oczywiście był Malfoy.
- Witaj, Malfoy - odparłam.
Kiedy weszłam już do ponurej klasy, zajęłam swoje miejsce, a zaraz potem dosiedli się do mnie Harry, Ron i Hermiona.
- Cisza - rozległ się syk nauczyciela, kiedy wszyscy już siedzieli - Dzisiaj uwarzycie bardzo mocny eliksir. Radziłbym nie wygłupiać się przy pracy nad nim. Amortencja... Kto wyjaśni mi, jak działa?
Ręka Hermiony od razu wystrzeliła w górę. Ja znając odpowiedź, też ja podniosłam. Snape przez chwilę patrzył z niechęcią na Granger, i zaraz potem kiwnął głową w moją stronę.
- Amortencja to najsilniejszy eliksir miłosny na świecie. Nie wzbudza jednak prawdziwej miłości, tylko bardzo silne zadurzenie, czasami nawet obsesję. Jeden błąd podczas jego ważenia może spowodować niemałą katastrofę. Poznać ją można po charakterystycznym połysku i parze wzbijającej się w spiralach. Każdy czuje co innego, wdychając opary Amortencji.
- Widzę, że trafiła nam się druga Granger - mruknął, a w jego czarnych oczach tańczyły złośliwe iskierki - Tak jak powiedziała Panna Potter, jeden mały błąd, a możecie już nigdy nie wyjść ze Świętego Munga. Najpierw przeczytajcie instrukcje i uwagi na stronie pięćdziesiąt siedem.
W klasie nie było słychać nic, poza przewracanymi kartkami podręczników. Wreszcie, kiedy wszyscy skończyli czytać, wstałam od stolika i poszłam po odpowiednie ingrediencje. W składziku trafiłam na Blaise'a.
- Cześć - przywitał się przyjaźnie.
- Cześć - odparłam, uśmiechając się.
- Wszystko w porządku?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. W drzwiach stanął Harry.
- Talia, prosiłem Cię...
- Przestań. Nie mam zamiaru poruszać tego tematu, a zwłaszcza nie tutaj - przerwałam mu, wiedząc co chciał powiedzieć.
- Potter, nie uważasz, że twoja siostrzyczka powinna sama podejmować decyzje? - wtrącił się Blaise ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Trzymaj się od niej z daleka, Zabini - warknął Harry, piorunując Ślizgona wzrokiem.
- Może trochę grzeczniej ? - usłyszałam nowy głos.
Malfoy stał tuż za Harrym. " Gorzej być nie może" jęknęła moja podświadomość.
- Przestańcie. To nie jest najodpowiedniejsza chwila na...
- Dobrze Ci radzę, przestań łazić za moją siostrą - powiedział Harry tonem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie słyszałam.
Przeszły mnie ciarki.
- A co, jeśli ona tego chce? - odpowiedział Draco, uśmiechając się przy tym z wyższością.
- Malfoy - warknęłam.
- Och, proszę Cię. Przecież nie ma sensu okłamywać twojego braciszka prawda? - zaśmiał się złośliwie.
Tego było już za wiele. Odepchnęłam Harry'ego i stanęłam przed Draconem.
- Nie prowokuj go - szepnęłam.
- Ja tylko mówię prawdę - odparł.
Harry chwycił mnie za ramię i odciągnął od Malfoya.
- Hej! - zaprotestowałam.
Wpadłam na Blaise'a, który podtrzymał mnie w ostatniej chwili, inaczej bym wylądowała na podłodze.
- Masz się trzymać od niej z daleka - wycedził przez zęby Harry.
Był wściekły.
- Nie mam takiego zamiaru - szepnął Draco, nie przestając się uśmiechać.
Harry uderzył Ślizgona w twarz. Draco zacisnął szczęki, a w jego oczach była dostrzegalna furia.
- Popełniłeś największy błąd w swoim życiu - syknął.
Po chwili Harry syknął z bólu, trzymając się za nos, w który oberwał od Malfoya. Tak właśnie zaczęła się szarpanina. Od razu rzuciłam się w stronę brata, szarpiąc go za szatę, próbując go odciągnąć od Dracona. Blaise siłował się z blondynem, ale na marne. Nie wiedząc co dale robić, wskoczyłam Harry'emu na plecy i oplotłam szyję rękoma, wrzeszcząc, żeby przestał. Stało się jednak coś, czego się nie spodziewałam. Draco przez przypadek trafił i mnie. Kiedy zorientował się, co właśnie zrobił, od razu znieruchomiał, podobnie jak Harry. W tym samym momencie zjawił się Snape. Patrzył na nas niewzruszony. Zeszłam z Harry'ego i położyłam dłoń na bolący policzek. Spojrzałam na Harry'ego. Z nosa leciała mu krew, a oko miał lekko podpuchnięte. Draco też nie wyszedł z tego bez szwanku. Skóra wokół rozciętej wargi była zaczerwieniona, a pod jego okiem robił się siniak.
- Czemu mnie to nie dziwi? -westchnął Snape, jakby znudzony.
- Panie profesorze...
- Cisza! Potter, widzę, że mało Ci szlabanów. Cóż, mam dla Ciebie miłą niespodziankę, właśnie sobie jeden zarobiłeś.
- Co?! To nie fair! On nic nie zrobił! - żachnęłam się.
- Czyżby? - odparł nauczyciel - Wracajcie na miejsca, już.
To powiedziawszy, zniknął z pola widzenia. Harry bez słowa opuścił składzik. Zostałam w nim sama z Malfoyem i Zabinim.
- Talia...- zaczął Draco, ale wyminęłam go i poszłam za bratem.
Kiedy doszłam już do mojego stolika, Hermiona oglądała nos Harry'ego, a Ron wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć.
- Harry, przepraszam Cię za niego...
- Mówiłem, żebyś się do niego nie zbliżała - warknął.
Nic już nie powiedziałam. Spuściłam wzrok na moje dłonie. Na jednej z nich było trochę krwi, nie wiedziałam czy moja, czy Harry'ego. Było mi głupio. Czułam się po części winna. Z drugiej jednak strony, do niczego by nie doszło, gdyby Harry przestał mi rozkazywać. Po raz kolejny miałam mętlik w głowie, nie mając pojęcia, po czyjej stronie stanąć. Wiedziałam jedno. Celowo, nie celowo, Malfoy uderzył mnie w twarz. Nie mogło mu to ujść na sucho.
Po lekcji eliksirów okazało się, że krew na mojej dłoni należała do mnie. Profesor Snape podał mi odpowiedni eliksir i rana zniknęła. Malfoy też dostał lekarstwo od nauczyciela, Harry jednak musiał iść do Pani Pomfrey. Miał złamany nos i krew nie przestawała lecieć, plamiąc przy tym jego szatę. Chciałam iść z nim, ale on nie czekając na mnie wyszedł z klasy. Kiedy szłam do klasy Pana Binnsa, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Malfoy - warknęłam, widząc jego twarz.
- Serio masz zamiar się na mnie wściekać? To nie było celowo - powiedział, idąc obok mnie.
- Mało mnie to obchodzi.
- Nie celowałem w Ciebie...
- Pobiłeś mojego brata, ty kretynie!
- Sam się o to prosił.
- Nie, ty go sprowokowałeś - jęknęłam, tracąc już cierpliwość i siły.
- Och, no weź... On nie może Ci rozkazywać.
- To nie znaczy, że masz mu z tego powodu łamać nos.
- Szkoda że Cię tu nie było, kiedy Hermiona mi go o mało nie złamała - syknął Draco.
- A ty czego się spodziewałeś, nazywając ją szlamą? Na jej miejscu zrobiłabym to samo. Masz w ogóle szczęście, że Ci nie oddałam.
- Talia - Draco stanął w miejscu, zmuszając mnie do zrobienia tego samego - Przepraszam.
Zatkało mnie. Nie dość, że biegł za mną, kiedy wokół było pełno ludzi, to jeszcze mnie przeprosił.
- Publiczne przeprosiny? Muszę zapamiętać ten dzień - odparłam sucho.
- Nie żartuję. Naprawdę, nie chciałem Cię uderzyć.
Westchnęłam kręcąc głową. " I co ja mam z tymi Ślizgonami?".
- No dobrze. Idź już na lekcje, Pansy nie da Ci spokoju - przy ostatnim zdaniu uśmiechnęłam się złośliwie.
- Pozdrów braciszka - zawołał na odchodne.
***
Zaraz po zajęciach udałem się do dormitorium razem z Blaisem in Teodorem. Na nasze nieszczęście Pansy i jej koleżanki postanowiły nam złożyć wizytę. Nie było nam to na rękę, chcieliśmy przedyskutować zdarzenia z przed kilku godzin, niestety było to niemożliwe.
- Bardzo dobrze, że Potterównej też się dostało - rzekła Pansy, która wyłożyła się na moim łóżku.
- A ty skąd to wiesz? - zdziwił się Blaise.
- Millicenta przechodziła obok składziku i wszystko widziała.
- Teraz wszyscy wiedzą, że Draco jest damskim bokserem - zaśmiał się Teodor, ale widząc moją minę, od razu przestał.
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie - warknąłem, padając obok Parkinson.
- Ale przecież na dobre wyszło - wtrąciła się Tracey, a dziewczyny jej przytaknęły.
- No właśnie, zasłużyła sobie - powiedziała Pansy, chcąc się do mnie przytulić, ale ją odepchnąłem i wstałem z łóżka.
- Zmieńmy temat - powiedziałem, podchodząc do szafy.
Wyciągnąłem z niej szary T-shirt. Rozpiąłem koszule, rzuciłem ją na stojący niedaleko fotel.
- Wszyscy już wiemy, że masz niezłe ciałko, nie musisz się chwalić - zaśmiała się Dafne, która siedziała na kanapie obok Teodora.
- Nie musisz się patrzeć. Poza tym, coś mi mówi, że Teodor wolałby, abyś patrzyła na niego - odparłem, puszczając oko do przyjaciela.
Ten posłał mi mordercze spojrzenie. Ubrany już w T-shirt, wróciłem do Pansy, która od razu do mnie przyległa.
- Draco, pytałeś się już ojca, czy możemy wbić się na ten wasz coroczny bankiet? - odezwała się Tracey, bawiąc się krawatem Blaise'a.
- Nie. Wiem tylko, że zaprosił rodzinę Notta i Zabiniego, jak zwykle zresztą.
- Czemu nigdy nie zaprasza nas? - jęknęła Pansy.
- Nie mam pojęcia - westchnąłem.
- Naprawdę nie mam ochoty wysłuchiwać od wszystkich, jak to fajnie było u Malfoyów. Poza tym, jeszcze nigdy nie spędziliśmy razem świąt.
- Zobaczę, co da się zrobić - powiedziałem, modląc się, żeby w tym roku ojciec nie postanowił zaprosić Parkinsonów, Greengrassów i Davisów. Poza tym, miała nas zaszczycić Panna Potter, obecność Pansy i jej przyjaciółek tylko by zaszkodziła.
Dziewczyny posiedziały jeszcze godzinkę, potem poszły do siebie. Odetchnąłem z ulgą. Pansy była nie do zniesienia.
- Malfoy - zawołał Zabini.
- Co?
- Rozumiem, że nie uznajesz bicia dziewczyn, ale wiesz... Jeszcze nigdy nie widziałem u Ciebie takiej paniki.
- Sugerujesz coś?
- No nie wiem, po prostu nigdy nie przejąłeś się czymś tak bardzo.
- Blaise, nie rób sobie zbędnych nadziei. Malfoy niczym się nie przejmuje, to nie w jego stylu. Przecież nie poleciał do niej i nie błagał o wybaczenie - zaśmiał się Teodor.
Spuściłem wzrok. Czasami miałem ochotę potraktować tą dwójkę jakąś paskudną klątwą.
- Oho, Draco milczy! - zawołał Zabini.
- Przeprosiłeś ją? - zapytał Nott.
- A co ty byś zrobił na moim miejscu? - syknąłem.
- On ją przeprosił...- szepnął Blaise, udając, że jest w szoku.
- Nie no, stary. Ta dziewczyna musi mieć w sobie to coś, skoro ty, Draco Malfoy, postanowiłeś ją przeprosić
- Owszem. Ma moc, której chce Czarny Pan, zapomnieliście? Musimy przekabacić ją na naszą stronę. Musiałem to zrobić.
- Tym razem udało Ci się znaleźć dobrą wymówkę. Jestem jednak ciekawy, co zrobisz, kiedy Ci ich zabraknie - droczył się Blaise
- Zamknij się i zrób coś pożytecznego ze swoim życiem, Zabini.
- Tylko uważaj, Weasley może Ci ją sprzątnąć sprzed nosa - dodał Teo.
- Weasley? Proszę Cie - prychnąłem.
- Czyli nie zaprzeczasz? - zaśmiał się.
- Salazarze... Niech ta dziołcha robi co chce, może być z tym Weasleyem, nic mnie to nie obchodzi - syknąłem.
- No dobrze, księżniczko. Już dajemy Ci spokój - powiedział Blaise.
- Tyko nie pozabijajcie się nawzajem, jak mnie nie będzie. Idę wysłać list - rzekł Nott, wychodząc z pokoju.
***
Zaraz po zajęciach poszłam do sowiarni, odwiedzić Carmę. Ostatnio ją zaniedbałam. Kiedy tylko ją zobaczyłam, ta podleciała do mnie, spoczęła na ramieniu i zaczęła dziobać pieszczotliwie w ucho.
- Mam coś dla Ciebie - powiedziałam, otwierając słoiczek z jej ulubionymi ciasteczkami.
Carma zahuczała cicho. Podsunęłam jej ciasteczko pod dzióbek, ta od razu je ode mnie wzięła. Była najsłodszą sówką, jaką kiedykolwiek widziałam. W ogóle nie rosła, co tylko dodawało jej uroku.
- Talia - usłyszałam znajomy głos.
- Och, cześć - przywitałam się z Teodorem.
- Wszystko w porządku? Draco opowiedział mi co się stało - powiedział, podchodząc do mnie.
Teodor gwizdnął głośno i chwilę później przyleciała jego sowa.
- Tak, nic mi nie jest. Za to Harry wyszedł z tego ze złamanym nosem i podbitym okiem - odpowiedziałam, przyglądając się, jak chłopak przywiązuje list do nóżki jego szarej sowy.
- To też słyszałem. Podobno poszło o Ciebie.
- Och... Nie, nie do końca. Harry nie chce, żebym miała z wami jakikolwiek kontakt.
- A ty czego chcesz? - spytał.
- Chcę sama podejmować decyzje - odparłam.
- Taa... Wiem, że trudno jest wybierać między rodziną, a obcymi, ale czasami trzeba robić to, co jest dla nas najlepsze. Może brzmi to samolubnie, ale stale się poświęcając nie zajdziemy daleko. Musisz umieć ocenić sytuację, wtedy będziesz wiedziała co robić.
Nie odpowiedziałam od razu. Teodor miał dużo racji, ale nie wiedział jak to jest żyć bez rodziny. Kiedy w końcu znalazłam brata, bardzo trudno mi było się na niego gniewać. Fakt, że się pokłóciliśmy łamał mi serce, ale to co zrobił łamało mi je jeszcze bardziej. Byłam rozdarta.
- Dziękuję za radę, zapamiętam - powiedziałam.
- Ach i nie gniewaj się za bardzo na Dracona. Jest jaki jest. Tak na dobrą sprawę, dziś wstawił się za tobą. Miej to na uwadze, kiedy będziesz chciała go zabić - zaśmiał się.
- Tak, wiem, ale nie musiał od razu przechodzić do rękoczynu.
- Tak jak mówiłem, Draco jest jaki jest, niestety, ale miał dobre intencje.
- No dobrze, postaram się być wyrozumiała - parsknęłam.
Teodor uśmiechnął się delikatnie, patrząc przez okno. Było już ciemno, a na niebie świeciły gwiazdy.
- Mogę Cię o coś zapytać? - odezwałam się po dłuższej chwili ciszy.
- Pytaj.
- Bo... Tak się zastanawiałam... Ty widzisz testrale...
- Mój brat - przerwał moją bezsensowną paplaninę.
- Och... Bardzo mi przykro - powiedziałam.
Podeszłam do Teodora i poklepałam go po ramieniu. Uśmiechnął się, ale oczy nadal miał smutne.
- To stało się w te wakacje. Miał zaledwie pięć lat.
- Był chory?
- Nie, został zamordowany.
Zaniemówiłam. Jak można zamordować pięcioletnie dziecko? Bezbronne, nieszkodliwe, małe dziecko? Oczy zaczęły mnie piec, a twarz Teodora rozmazała się przez łzy, których nie mogłam powstrzymać.
- Nie wiem co powiedzieć - szepnęłam.
- Nie musisz - odparł, nadal wpatrując się w niebo.
- Tego, kto to zrobił spotka kara, jestem pewna.
- Obawiam się, że to niemożliwe - westchnął.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Długa historia.
***
Następnego dnia po zajęciach postanowiłyśmy iść na boisko Quidditcha. Nikt na nim nie trenował tego dnia, więc Ginny pożyczyła miotłę od Katie i razem poszłyśmy razem polatać. Okazało się, że Ginny była bardzo dobra. Dziwiłam się jej, czemu nie przyszła na kwalifikacje. Nie dane nam było jednak długo polatać. W pewnym momencie dołączył do nas Blaise z Teodorem. Przyszli na boisko w tym samym celu. Tak jak się spodziewałam, Ginny i Blaise zaczęli małą rywalizację, ścigali się i próbowali zwalić z miotły. Teodor zrezygnował z latania i wrócił do zamku. Oglądanie przepychanek Ginny i Blaise'a też nie wydawało mi się najlepszą atrakcją, więc bez słowa zostawiłam ich samych. Nawet tego nie zauważyli. Miałam dziwne przeczucie, że ta dwójka ma się ku sobie i pewnie się nie myliłam. Wróciłam do szkoły z uśmiechem na twarzy.
Kiedy weszłam na dziedziniec, usłyszałam czyiś szloch. Rozejrzałam się dookoła. Na murku fontanny siedziała Dafne. Miała zaczerwienione oczy, tak samo jak nos i policzki. Skulona, wpatrywała się w wodę. Bardzo chciałam iść przed siebie i nie zwracać na nią uwagi, ale nie potrafiłam tego zrobić. Było bardzo zimno, nie mogła tu tak siedzieć i płakać. Były cieplejsze miejsca na takie zajęcia.
- Dafne? Wszystko w porządku? - podeszłam do niej.
- A co Ciebie to może obchodzić? - warknęła, ocierając łzy.
- Jest zimno, a ty siedzisz na kamiennym murku. Możesz się przeziębić.
- Nie przejmuj się mną - syknęła.
- Czemu płaczesz? - nie dawałam za wygraną.
- Daj mi spokój!
- Okay, jak sobie życzysz - westchnęłam.
Jednak kiedy odeszłam, znowu rozległ się szloch Ślizgonki. Nie dawało mi to spokoju.
- Posłuchaj - powiedziałam, zawracając - Nie musisz mi się zwierzać, jak nie chcesz, ale nie siedź tutaj, bo się rozchorujesz. Co jak co, ale z chorym gardłem nie będzie Ci tak łatwo uprzykrzać mi życia.
Dafne spojrzała na mnie jak na wariatkę, ale ja stałam w miejscu i patrzyłam się jej prosto w oczy, nie przejmując się co o mnie myśli. Nie chciałam jej mieć później na sumieniu.
- Dobra - westchnęła w końcu i wstała, ruszając zdrętwiałymi palcami.
Szłyśmy kawałek razem, w ciszy. Kiedy jednak nasze drogi się rozchodziły, Dafne przystanęła, patrząc na mnie niepewnie.
- To co, chcesz się komuś wygadać? - spytałam.
Zawahała się, ale w końcu kiwnęła głową. Usiadłyśmy na schodach.
- Wszystko zaczyna mi się walić. Matka nigdy nie będzie ze mnie zadowolona... Z resztą właśnie tak napisała mi w liście. Zawsze się czegoś doczepi, nawet najmniejszych szczegółów. Chciałam o tym porozmawiać z Pansy i Tracey, ale ich to nie obchodzi.
- Jak to? To są przecież twoje przyjaciółki - zdziwiłam się.
- Niby tak, ale nie mogę z nimi rozmawiać o wszystkim. Mają ważniejsze sprawy na głowie - prychnęła.
- To przecież nie w porządku.
- I to jak! One mi się żalą o wszystkim. Czasami czuję się jak trzecie koło u wozu.
- Czemu nadal się z nimi zadajesz?
- Nasze rodziny przyjaźnią się od lat, tak jak my. Poza tym... Rozpuściły by o mnie plotki, ale na to nie mogę pozwolić. Tak to już jest w świecie arystokratów. Wam wydaje się, że mamy życie jak z bajki, a tak naprawdę to jeden wielki teatrzyk. Nie możesz na nikogo liczyć. Z resztą... Po co ja Ci to mówię.
- Nie wiem - odparłam.
- Jeśli piśniesz komuś słówkiem...
- Nikomu nie powiem, możesz być spokojna - parsknęłam.
Dafne nagle wstała, otarła mokre policzki i odeszła. Siedziałam na schodach jeszcze przez chwilę, analizując to co się przed chwilą stało.
Sobota, wyczekiwany przeze mnie dzień. Po śniadaniu miał się odbyć wypad do Hogsmeade, a co najważniejsze, Harry, Hermiona i Ron organizowali małe spotkanie w sprawie lekcji obrony przed czarną magia, które miał prowadzić Harry. Spotkanie, o którym mnie nie poinformowali. Ginny wybierała się z nimi, więc musiałam iść sama. Wywlekłam się z łóżka, umyłam, ubrałam, spięłam włosy w koka i zeszłam na śniadanie. Z tego co mówił Neville, to było sporo chętnych. Miałam zamiar iść na to spotkanie, ale nie chciałam, żeby ktoś mnie zauważył. Dlatego też odczekałam, aż większość uczniów już się rozejdzie po miasteczku. Miałam małe problemy ze znalezieniem knajpy pod nazwą "Świński Ryj". Nie był to zbyt popularny lokal. Kręciło się tam dużo podejrzanych typów. Zanim weszłam do środka, narzuciłam na głowę kaptur. Otworzyłam drzwi i przeszłam przed próg. Wszyscy już tam byli. Usiadłam przy barze, spuszczając głowę, żeby nikt mnie nie zobaczył. Przysłuchiwałam się całemu zajściu. Wielu zebranych tak osób nadal nie wierzyło Harry'emu w to, że Voldemort powrócił. Tak wiele pytań, zarzuceń... Powinnam być przy nim, powinnam się za nim wstawić. Chciałam już wyjść, myśląc, że spotkanie było kompletną klapą, ale coś mnie powstrzymało. Harry nie wytrzymał. Opowiedział o tym co zaszło na cmentarzu. Opowiedział o tym, jak to jest, stanąć z śmiercią twarzą w twarz, o tym jak dzielą Cię od niej minuty, nawet sekundy. Jak to jest być uważanym za bohatera. Powiedział, że najczęściej miał po prostu szczęście. Nastąpiła cisza. W końcu jednak wszyscy wstali. Odwróciłam się i zobaczyłam że każdy tam zebrany podpisywał się na kawałku pergaminu. Coś mnie tknęło. Stanęłam na końcu kolejki, która utworzyła się przed stolikiem, za którym siedział Harry, Hermiona i Ron. Po jakimś czasie nadeszła moja kolej.
- Talia? - zdziwił się Harry.
Bez słowa spojrzałam na pergamin. "Gwardia Dumbledore'a" przeczytałam. Wzięłam do ręki pióro i złożyłam podpis.
- Namawiałam Cię do tego bardzo długo. Myślisz, że serio bym Cię z tym zostawiła? Po tych wszystkich męczarniach? Nie mam mowy - powiedziałam ze złośliwym uśmieszkiem.
Harry wstał i obszedł stół. W następnej chwili staliśmy do siebie przytuleni. Poczułam jak gardło mi się zaciskało. Wszyscy przyglądali się tej scenie z uśmiechem.
Czekając na Snape'a przed jego klasą, oparłam się o kamienną ścianę i spuściłam głowę. Neville rozmawiał z Seamusem, nie chciałam im przeszkadzać. Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie, jakbym była obserwowana. Podniosłam nieco wzrok i rozejrzałam się po korytarzu. Nagle moje oczy napotkały spojrzenie szarych tęczówek. "Oczywiście" westchnęłam w duchu. Draco Malfoy stał kawałek dalej, opierając się nonszalancko o ścianę, z Pansy u boku. Wokół niego stali też jego przyjaciele, którzy gawędzili z Dafne i Tracey. Blondyn lekko uniósł lewy kącik ust, nadal patrząc mi prosto w oczy. Pokręciłam tylko głową, mimowolnie się uśmiechając. Jego pewność siebie i postawa mnie bawiły. Na szczęście Parkinson nie zwróciła uwagi na naszą wymianę spojrzeń. Cały czas mówiła do Malfoya, gapiąc się na swoje paznokcie. Nagle drzwi od klasy otworzyły się, a w nich stanął Snape. Wszyscy ustawili się w kolejce i pojedynczo przechodzili przez drzwi.
- Witaj, Potter - szepnął ktoś stojący za mną.
Tym kimś oczywiście był Malfoy.
- Witaj, Malfoy - odparłam.
Kiedy weszłam już do ponurej klasy, zajęłam swoje miejsce, a zaraz potem dosiedli się do mnie Harry, Ron i Hermiona.
- Cisza - rozległ się syk nauczyciela, kiedy wszyscy już siedzieli - Dzisiaj uwarzycie bardzo mocny eliksir. Radziłbym nie wygłupiać się przy pracy nad nim. Amortencja... Kto wyjaśni mi, jak działa?
Ręka Hermiony od razu wystrzeliła w górę. Ja znając odpowiedź, też ja podniosłam. Snape przez chwilę patrzył z niechęcią na Granger, i zaraz potem kiwnął głową w moją stronę.
- Amortencja to najsilniejszy eliksir miłosny na świecie. Nie wzbudza jednak prawdziwej miłości, tylko bardzo silne zadurzenie, czasami nawet obsesję. Jeden błąd podczas jego ważenia może spowodować niemałą katastrofę. Poznać ją można po charakterystycznym połysku i parze wzbijającej się w spiralach. Każdy czuje co innego, wdychając opary Amortencji.
- Widzę, że trafiła nam się druga Granger - mruknął, a w jego czarnych oczach tańczyły złośliwe iskierki - Tak jak powiedziała Panna Potter, jeden mały błąd, a możecie już nigdy nie wyjść ze Świętego Munga. Najpierw przeczytajcie instrukcje i uwagi na stronie pięćdziesiąt siedem.
W klasie nie było słychać nic, poza przewracanymi kartkami podręczników. Wreszcie, kiedy wszyscy skończyli czytać, wstałam od stolika i poszłam po odpowiednie ingrediencje. W składziku trafiłam na Blaise'a.
- Cześć - przywitał się przyjaźnie.
- Cześć - odparłam, uśmiechając się.
- Wszystko w porządku?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. W drzwiach stanął Harry.
- Talia, prosiłem Cię...
- Przestań. Nie mam zamiaru poruszać tego tematu, a zwłaszcza nie tutaj - przerwałam mu, wiedząc co chciał powiedzieć.
- Potter, nie uważasz, że twoja siostrzyczka powinna sama podejmować decyzje? - wtrącił się Blaise ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Trzymaj się od niej z daleka, Zabini - warknął Harry, piorunując Ślizgona wzrokiem.
- Może trochę grzeczniej ? - usłyszałam nowy głos.
Malfoy stał tuż za Harrym. " Gorzej być nie może" jęknęła moja podświadomość.
- Przestańcie. To nie jest najodpowiedniejsza chwila na...
- Dobrze Ci radzę, przestań łazić za moją siostrą - powiedział Harry tonem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie słyszałam.
Przeszły mnie ciarki.
- A co, jeśli ona tego chce? - odpowiedział Draco, uśmiechając się przy tym z wyższością.
- Malfoy - warknęłam.
- Och, proszę Cię. Przecież nie ma sensu okłamywać twojego braciszka prawda? - zaśmiał się złośliwie.
Tego było już za wiele. Odepchnęłam Harry'ego i stanęłam przed Draconem.
- Nie prowokuj go - szepnęłam.
- Ja tylko mówię prawdę - odparł.
Harry chwycił mnie za ramię i odciągnął od Malfoya.
- Hej! - zaprotestowałam.
Wpadłam na Blaise'a, który podtrzymał mnie w ostatniej chwili, inaczej bym wylądowała na podłodze.
- Masz się trzymać od niej z daleka - wycedził przez zęby Harry.
Był wściekły.
- Nie mam takiego zamiaru - szepnął Draco, nie przestając się uśmiechać.
Harry uderzył Ślizgona w twarz. Draco zacisnął szczęki, a w jego oczach była dostrzegalna furia.
- Popełniłeś największy błąd w swoim życiu - syknął.
Po chwili Harry syknął z bólu, trzymając się za nos, w który oberwał od Malfoya. Tak właśnie zaczęła się szarpanina. Od razu rzuciłam się w stronę brata, szarpiąc go za szatę, próbując go odciągnąć od Dracona. Blaise siłował się z blondynem, ale na marne. Nie wiedząc co dale robić, wskoczyłam Harry'emu na plecy i oplotłam szyję rękoma, wrzeszcząc, żeby przestał. Stało się jednak coś, czego się nie spodziewałam. Draco przez przypadek trafił i mnie. Kiedy zorientował się, co właśnie zrobił, od razu znieruchomiał, podobnie jak Harry. W tym samym momencie zjawił się Snape. Patrzył na nas niewzruszony. Zeszłam z Harry'ego i położyłam dłoń na bolący policzek. Spojrzałam na Harry'ego. Z nosa leciała mu krew, a oko miał lekko podpuchnięte. Draco też nie wyszedł z tego bez szwanku. Skóra wokół rozciętej wargi była zaczerwieniona, a pod jego okiem robił się siniak.
- Czemu mnie to nie dziwi? -westchnął Snape, jakby znudzony.
- Panie profesorze...
- Cisza! Potter, widzę, że mało Ci szlabanów. Cóż, mam dla Ciebie miłą niespodziankę, właśnie sobie jeden zarobiłeś.
- Co?! To nie fair! On nic nie zrobił! - żachnęłam się.
- Czyżby? - odparł nauczyciel - Wracajcie na miejsca, już.
To powiedziawszy, zniknął z pola widzenia. Harry bez słowa opuścił składzik. Zostałam w nim sama z Malfoyem i Zabinim.
- Talia...- zaczął Draco, ale wyminęłam go i poszłam za bratem.
Kiedy doszłam już do mojego stolika, Hermiona oglądała nos Harry'ego, a Ron wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć.
- Harry, przepraszam Cię za niego...
- Mówiłem, żebyś się do niego nie zbliżała - warknął.
Nic już nie powiedziałam. Spuściłam wzrok na moje dłonie. Na jednej z nich było trochę krwi, nie wiedziałam czy moja, czy Harry'ego. Było mi głupio. Czułam się po części winna. Z drugiej jednak strony, do niczego by nie doszło, gdyby Harry przestał mi rozkazywać. Po raz kolejny miałam mętlik w głowie, nie mając pojęcia, po czyjej stronie stanąć. Wiedziałam jedno. Celowo, nie celowo, Malfoy uderzył mnie w twarz. Nie mogło mu to ujść na sucho.
Po lekcji eliksirów okazało się, że krew na mojej dłoni należała do mnie. Profesor Snape podał mi odpowiedni eliksir i rana zniknęła. Malfoy też dostał lekarstwo od nauczyciela, Harry jednak musiał iść do Pani Pomfrey. Miał złamany nos i krew nie przestawała lecieć, plamiąc przy tym jego szatę. Chciałam iść z nim, ale on nie czekając na mnie wyszedł z klasy. Kiedy szłam do klasy Pana Binnsa, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Malfoy - warknęłam, widząc jego twarz.
- Serio masz zamiar się na mnie wściekać? To nie było celowo - powiedział, idąc obok mnie.
- Mało mnie to obchodzi.
- Nie celowałem w Ciebie...
- Pobiłeś mojego brata, ty kretynie!
- Sam się o to prosił.
- Nie, ty go sprowokowałeś - jęknęłam, tracąc już cierpliwość i siły.
- Och, no weź... On nie może Ci rozkazywać.
- To nie znaczy, że masz mu z tego powodu łamać nos.
- Szkoda że Cię tu nie było, kiedy Hermiona mi go o mało nie złamała - syknął Draco.
- A ty czego się spodziewałeś, nazywając ją szlamą? Na jej miejscu zrobiłabym to samo. Masz w ogóle szczęście, że Ci nie oddałam.
- Talia - Draco stanął w miejscu, zmuszając mnie do zrobienia tego samego - Przepraszam.
Zatkało mnie. Nie dość, że biegł za mną, kiedy wokół było pełno ludzi, to jeszcze mnie przeprosił.
- Publiczne przeprosiny? Muszę zapamiętać ten dzień - odparłam sucho.
- Nie żartuję. Naprawdę, nie chciałem Cię uderzyć.
Westchnęłam kręcąc głową. " I co ja mam z tymi Ślizgonami?".
- No dobrze. Idź już na lekcje, Pansy nie da Ci spokoju - przy ostatnim zdaniu uśmiechnęłam się złośliwie.
- Pozdrów braciszka - zawołał na odchodne.
***
Zaraz po zajęciach udałem się do dormitorium razem z Blaisem in Teodorem. Na nasze nieszczęście Pansy i jej koleżanki postanowiły nam złożyć wizytę. Nie było nam to na rękę, chcieliśmy przedyskutować zdarzenia z przed kilku godzin, niestety było to niemożliwe.
- Bardzo dobrze, że Potterównej też się dostało - rzekła Pansy, która wyłożyła się na moim łóżku.
- A ty skąd to wiesz? - zdziwił się Blaise.
- Millicenta przechodziła obok składziku i wszystko widziała.
- Teraz wszyscy wiedzą, że Draco jest damskim bokserem - zaśmiał się Teodor, ale widząc moją minę, od razu przestał.
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie - warknąłem, padając obok Parkinson.
- Ale przecież na dobre wyszło - wtrąciła się Tracey, a dziewczyny jej przytaknęły.
- No właśnie, zasłużyła sobie - powiedziała Pansy, chcąc się do mnie przytulić, ale ją odepchnąłem i wstałem z łóżka.
- Zmieńmy temat - powiedziałem, podchodząc do szafy.
Wyciągnąłem z niej szary T-shirt. Rozpiąłem koszule, rzuciłem ją na stojący niedaleko fotel.
- Wszyscy już wiemy, że masz niezłe ciałko, nie musisz się chwalić - zaśmiała się Dafne, która siedziała na kanapie obok Teodora.
- Nie musisz się patrzeć. Poza tym, coś mi mówi, że Teodor wolałby, abyś patrzyła na niego - odparłem, puszczając oko do przyjaciela.
Ten posłał mi mordercze spojrzenie. Ubrany już w T-shirt, wróciłem do Pansy, która od razu do mnie przyległa.
- Draco, pytałeś się już ojca, czy możemy wbić się na ten wasz coroczny bankiet? - odezwała się Tracey, bawiąc się krawatem Blaise'a.
- Nie. Wiem tylko, że zaprosił rodzinę Notta i Zabiniego, jak zwykle zresztą.
- Czemu nigdy nie zaprasza nas? - jęknęła Pansy.
- Nie mam pojęcia - westchnąłem.
- Naprawdę nie mam ochoty wysłuchiwać od wszystkich, jak to fajnie było u Malfoyów. Poza tym, jeszcze nigdy nie spędziliśmy razem świąt.
- Zobaczę, co da się zrobić - powiedziałem, modląc się, żeby w tym roku ojciec nie postanowił zaprosić Parkinsonów, Greengrassów i Davisów. Poza tym, miała nas zaszczycić Panna Potter, obecność Pansy i jej przyjaciółek tylko by zaszkodziła.
Dziewczyny posiedziały jeszcze godzinkę, potem poszły do siebie. Odetchnąłem z ulgą. Pansy była nie do zniesienia.
- Malfoy - zawołał Zabini.
- Co?
- Rozumiem, że nie uznajesz bicia dziewczyn, ale wiesz... Jeszcze nigdy nie widziałem u Ciebie takiej paniki.
- Sugerujesz coś?
- No nie wiem, po prostu nigdy nie przejąłeś się czymś tak bardzo.
- Blaise, nie rób sobie zbędnych nadziei. Malfoy niczym się nie przejmuje, to nie w jego stylu. Przecież nie poleciał do niej i nie błagał o wybaczenie - zaśmiał się Teodor.
Spuściłem wzrok. Czasami miałem ochotę potraktować tą dwójkę jakąś paskudną klątwą.
- Oho, Draco milczy! - zawołał Zabini.
- Przeprosiłeś ją? - zapytał Nott.
- A co ty byś zrobił na moim miejscu? - syknąłem.
- On ją przeprosił...- szepnął Blaise, udając, że jest w szoku.
- Nie no, stary. Ta dziewczyna musi mieć w sobie to coś, skoro ty, Draco Malfoy, postanowiłeś ją przeprosić
- Owszem. Ma moc, której chce Czarny Pan, zapomnieliście? Musimy przekabacić ją na naszą stronę. Musiałem to zrobić.
- Tym razem udało Ci się znaleźć dobrą wymówkę. Jestem jednak ciekawy, co zrobisz, kiedy Ci ich zabraknie - droczył się Blaise
- Zamknij się i zrób coś pożytecznego ze swoim życiem, Zabini.
- Tylko uważaj, Weasley może Ci ją sprzątnąć sprzed nosa - dodał Teo.
- Weasley? Proszę Cie - prychnąłem.
- Czyli nie zaprzeczasz? - zaśmiał się.
- Salazarze... Niech ta dziołcha robi co chce, może być z tym Weasleyem, nic mnie to nie obchodzi - syknąłem.
- No dobrze, księżniczko. Już dajemy Ci spokój - powiedział Blaise.
- Tyko nie pozabijajcie się nawzajem, jak mnie nie będzie. Idę wysłać list - rzekł Nott, wychodząc z pokoju.
***
Zaraz po zajęciach poszłam do sowiarni, odwiedzić Carmę. Ostatnio ją zaniedbałam. Kiedy tylko ją zobaczyłam, ta podleciała do mnie, spoczęła na ramieniu i zaczęła dziobać pieszczotliwie w ucho.
- Mam coś dla Ciebie - powiedziałam, otwierając słoiczek z jej ulubionymi ciasteczkami.
Carma zahuczała cicho. Podsunęłam jej ciasteczko pod dzióbek, ta od razu je ode mnie wzięła. Była najsłodszą sówką, jaką kiedykolwiek widziałam. W ogóle nie rosła, co tylko dodawało jej uroku.
- Talia - usłyszałam znajomy głos.
- Och, cześć - przywitałam się z Teodorem.
- Wszystko w porządku? Draco opowiedział mi co się stało - powiedział, podchodząc do mnie.
Teodor gwizdnął głośno i chwilę później przyleciała jego sowa.
- Tak, nic mi nie jest. Za to Harry wyszedł z tego ze złamanym nosem i podbitym okiem - odpowiedziałam, przyglądając się, jak chłopak przywiązuje list do nóżki jego szarej sowy.
- To też słyszałem. Podobno poszło o Ciebie.
- Och... Nie, nie do końca. Harry nie chce, żebym miała z wami jakikolwiek kontakt.
- A ty czego chcesz? - spytał.
- Chcę sama podejmować decyzje - odparłam.
- Taa... Wiem, że trudno jest wybierać między rodziną, a obcymi, ale czasami trzeba robić to, co jest dla nas najlepsze. Może brzmi to samolubnie, ale stale się poświęcając nie zajdziemy daleko. Musisz umieć ocenić sytuację, wtedy będziesz wiedziała co robić.
Nie odpowiedziałam od razu. Teodor miał dużo racji, ale nie wiedział jak to jest żyć bez rodziny. Kiedy w końcu znalazłam brata, bardzo trudno mi było się na niego gniewać. Fakt, że się pokłóciliśmy łamał mi serce, ale to co zrobił łamało mi je jeszcze bardziej. Byłam rozdarta.
- Dziękuję za radę, zapamiętam - powiedziałam.
- Ach i nie gniewaj się za bardzo na Dracona. Jest jaki jest. Tak na dobrą sprawę, dziś wstawił się za tobą. Miej to na uwadze, kiedy będziesz chciała go zabić - zaśmiał się.
- Tak, wiem, ale nie musiał od razu przechodzić do rękoczynu.
- Tak jak mówiłem, Draco jest jaki jest, niestety, ale miał dobre intencje.
- No dobrze, postaram się być wyrozumiała - parsknęłam.
Teodor uśmiechnął się delikatnie, patrząc przez okno. Było już ciemno, a na niebie świeciły gwiazdy.
- Mogę Cię o coś zapytać? - odezwałam się po dłuższej chwili ciszy.
- Pytaj.
- Bo... Tak się zastanawiałam... Ty widzisz testrale...
- Mój brat - przerwał moją bezsensowną paplaninę.
- Och... Bardzo mi przykro - powiedziałam.
Podeszłam do Teodora i poklepałam go po ramieniu. Uśmiechnął się, ale oczy nadal miał smutne.
- To stało się w te wakacje. Miał zaledwie pięć lat.
- Był chory?
- Nie, został zamordowany.
Zaniemówiłam. Jak można zamordować pięcioletnie dziecko? Bezbronne, nieszkodliwe, małe dziecko? Oczy zaczęły mnie piec, a twarz Teodora rozmazała się przez łzy, których nie mogłam powstrzymać.
- Nie wiem co powiedzieć - szepnęłam.
- Nie musisz - odparł, nadal wpatrując się w niebo.
- Tego, kto to zrobił spotka kara, jestem pewna.
- Obawiam się, że to niemożliwe - westchnął.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Długa historia.
***
Następnego dnia po zajęciach postanowiłyśmy iść na boisko Quidditcha. Nikt na nim nie trenował tego dnia, więc Ginny pożyczyła miotłę od Katie i razem poszłyśmy razem polatać. Okazało się, że Ginny była bardzo dobra. Dziwiłam się jej, czemu nie przyszła na kwalifikacje. Nie dane nam było jednak długo polatać. W pewnym momencie dołączył do nas Blaise z Teodorem. Przyszli na boisko w tym samym celu. Tak jak się spodziewałam, Ginny i Blaise zaczęli małą rywalizację, ścigali się i próbowali zwalić z miotły. Teodor zrezygnował z latania i wrócił do zamku. Oglądanie przepychanek Ginny i Blaise'a też nie wydawało mi się najlepszą atrakcją, więc bez słowa zostawiłam ich samych. Nawet tego nie zauważyli. Miałam dziwne przeczucie, że ta dwójka ma się ku sobie i pewnie się nie myliłam. Wróciłam do szkoły z uśmiechem na twarzy.
Kiedy weszłam na dziedziniec, usłyszałam czyiś szloch. Rozejrzałam się dookoła. Na murku fontanny siedziała Dafne. Miała zaczerwienione oczy, tak samo jak nos i policzki. Skulona, wpatrywała się w wodę. Bardzo chciałam iść przed siebie i nie zwracać na nią uwagi, ale nie potrafiłam tego zrobić. Było bardzo zimno, nie mogła tu tak siedzieć i płakać. Były cieplejsze miejsca na takie zajęcia.
- Dafne? Wszystko w porządku? - podeszłam do niej.
- A co Ciebie to może obchodzić? - warknęła, ocierając łzy.
- Jest zimno, a ty siedzisz na kamiennym murku. Możesz się przeziębić.
- Nie przejmuj się mną - syknęła.
- Czemu płaczesz? - nie dawałam za wygraną.
- Daj mi spokój!
- Okay, jak sobie życzysz - westchnęłam.
Jednak kiedy odeszłam, znowu rozległ się szloch Ślizgonki. Nie dawało mi to spokoju.
- Posłuchaj - powiedziałam, zawracając - Nie musisz mi się zwierzać, jak nie chcesz, ale nie siedź tutaj, bo się rozchorujesz. Co jak co, ale z chorym gardłem nie będzie Ci tak łatwo uprzykrzać mi życia.
Dafne spojrzała na mnie jak na wariatkę, ale ja stałam w miejscu i patrzyłam się jej prosto w oczy, nie przejmując się co o mnie myśli. Nie chciałam jej mieć później na sumieniu.
- Dobra - westchnęła w końcu i wstała, ruszając zdrętwiałymi palcami.
Szłyśmy kawałek razem, w ciszy. Kiedy jednak nasze drogi się rozchodziły, Dafne przystanęła, patrząc na mnie niepewnie.
- To co, chcesz się komuś wygadać? - spytałam.
Zawahała się, ale w końcu kiwnęła głową. Usiadłyśmy na schodach.
- Wszystko zaczyna mi się walić. Matka nigdy nie będzie ze mnie zadowolona... Z resztą właśnie tak napisała mi w liście. Zawsze się czegoś doczepi, nawet najmniejszych szczegółów. Chciałam o tym porozmawiać z Pansy i Tracey, ale ich to nie obchodzi.
- Jak to? To są przecież twoje przyjaciółki - zdziwiłam się.
- Niby tak, ale nie mogę z nimi rozmawiać o wszystkim. Mają ważniejsze sprawy na głowie - prychnęła.
- To przecież nie w porządku.
- I to jak! One mi się żalą o wszystkim. Czasami czuję się jak trzecie koło u wozu.
- Czemu nadal się z nimi zadajesz?
- Nasze rodziny przyjaźnią się od lat, tak jak my. Poza tym... Rozpuściły by o mnie plotki, ale na to nie mogę pozwolić. Tak to już jest w świecie arystokratów. Wam wydaje się, że mamy życie jak z bajki, a tak naprawdę to jeden wielki teatrzyk. Nie możesz na nikogo liczyć. Z resztą... Po co ja Ci to mówię.
- Nie wiem - odparłam.
- Jeśli piśniesz komuś słówkiem...
- Nikomu nie powiem, możesz być spokojna - parsknęłam.
Dafne nagle wstała, otarła mokre policzki i odeszła. Siedziałam na schodach jeszcze przez chwilę, analizując to co się przed chwilą stało.
Sobota, wyczekiwany przeze mnie dzień. Po śniadaniu miał się odbyć wypad do Hogsmeade, a co najważniejsze, Harry, Hermiona i Ron organizowali małe spotkanie w sprawie lekcji obrony przed czarną magia, które miał prowadzić Harry. Spotkanie, o którym mnie nie poinformowali. Ginny wybierała się z nimi, więc musiałam iść sama. Wywlekłam się z łóżka, umyłam, ubrałam, spięłam włosy w koka i zeszłam na śniadanie. Z tego co mówił Neville, to było sporo chętnych. Miałam zamiar iść na to spotkanie, ale nie chciałam, żeby ktoś mnie zauważył. Dlatego też odczekałam, aż większość uczniów już się rozejdzie po miasteczku. Miałam małe problemy ze znalezieniem knajpy pod nazwą "Świński Ryj". Nie był to zbyt popularny lokal. Kręciło się tam dużo podejrzanych typów. Zanim weszłam do środka, narzuciłam na głowę kaptur. Otworzyłam drzwi i przeszłam przed próg. Wszyscy już tam byli. Usiadłam przy barze, spuszczając głowę, żeby nikt mnie nie zobaczył. Przysłuchiwałam się całemu zajściu. Wielu zebranych tak osób nadal nie wierzyło Harry'emu w to, że Voldemort powrócił. Tak wiele pytań, zarzuceń... Powinnam być przy nim, powinnam się za nim wstawić. Chciałam już wyjść, myśląc, że spotkanie było kompletną klapą, ale coś mnie powstrzymało. Harry nie wytrzymał. Opowiedział o tym co zaszło na cmentarzu. Opowiedział o tym, jak to jest, stanąć z śmiercią twarzą w twarz, o tym jak dzielą Cię od niej minuty, nawet sekundy. Jak to jest być uważanym za bohatera. Powiedział, że najczęściej miał po prostu szczęście. Nastąpiła cisza. W końcu jednak wszyscy wstali. Odwróciłam się i zobaczyłam że każdy tam zebrany podpisywał się na kawałku pergaminu. Coś mnie tknęło. Stanęłam na końcu kolejki, która utworzyła się przed stolikiem, za którym siedział Harry, Hermiona i Ron. Po jakimś czasie nadeszła moja kolej.
- Talia? - zdziwił się Harry.
Bez słowa spojrzałam na pergamin. "Gwardia Dumbledore'a" przeczytałam. Wzięłam do ręki pióro i złożyłam podpis.
- Namawiałam Cię do tego bardzo długo. Myślisz, że serio bym Cię z tym zostawiła? Po tych wszystkich męczarniach? Nie mam mowy - powiedziałam ze złośliwym uśmieszkiem.
Harry wstał i obszedł stół. W następnej chwili staliśmy do siebie przytuleni. Poczułam jak gardło mi się zaciskało. Wszyscy przyglądali się tej scenie z uśmiechem.
niedziela, 1 listopada 2015
Rozdział XV Kłótnie
Dobry wieczór! Tym razem jestem na czas :D
Niestety nie udało mi się napisać dwóch rozdziałów.
Tydzień ferii, to jednak zbyt mało, zwłaszcza, kiedy
czeka Cię tydzień egzaminów. Mam jednak nadzieję,
że ten rozdział się wam spodoba. Prosiłabym też o
pozostawienie po sobie małego komentarza. Wasze
opinią są dla mnie bardzo ważne.
Miłego czytania :)
Panna Potter
Byłam w lekkim szoku. Owszem, wybierałam się na bal, ale nie spodziewałam się, że ktoś mnie na niego zaprosi, a zwłaszcza nie George Weasley.
- Ty... Naprawdę chcesz iść ze mną na bal?
- A czy inaczej bym Cię o to spytał? - zaśmiał się.
- Pewnie, czemu nie - odpowiedziałam w końcu.
George odprowadził mnie do klasy, po drodze żartując o balu. Oboje nie byliśmy tak samo podekscytowani, jak reszta. Pewnie dlatego postanowił mnie zaprosić. Skoro mieliśmy się męczyć w niewygodnych ubraniach i słuchać okropnej muzyki, to czemu nie z osobą, która doskonale Cię rozumie?
Kiedy weszłam do klasy profesor Trelawney, przez pierwsze kilka sekund nie mogłam oddychać. Jak zawsze, przed lekcjami zapalała swoje zabójcze kadzidła. Nagle coś do mnie dotarło. Na prawie wszystkich lekcjach siedziałam albo z Harrym, albo z Hermioną. Co miałam teraz robić? Klasa była już prawie pełna. Nawet nie chciałam patrzeć w stronę mojego brata.
- Talia! - usłyszałam swoje imię z lewego kąta klasy.
Tam, przy okrągłym stoliku siedział Neville. Niepewnie do niego podeszłam.
- Cześć, Neville. Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym się dosiadła? - spytałam.
- Oczywiście, że nie. Siadaj - poklepał wolne miejsce.
- Dzięki - uśmiechnęłam się z wdzięcznością.
- Czemu nie siedzisz obok Harry'ego?
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Mimo, że byłam wściekła, to nie chciałam dawać ludziom kolejnego tematu na plotkę o moim bracie. Nie sądziłam jednak, żeby Neville rozpowiadał uczniom, że Harry pokłócił się z siostrą.
- Posprzeczaliśmy się trochę - odparłam - Tylko proszę, nie mów nikomu, dobrze?
- Nie pisnę nawet słówkiem - powiedział.
Odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy, Neville wydawał się bardzo miły, ale podczas lekcji wróżbiarstwa udało mi się poznać go trochę lepiej. Po jakimś czasie, Neville okazał się bardzo rozmowny. Tak też minęła nam pierwsza lekcja.
- Hermiona mówiła Ci już, że organizuje spotkanie dla tych, którzy są zainteresowani lekcjami Harry'ego? - spytał, kiedy szliśmy na Opiekę nad magicznymi stworzeniami.
- Nie - odparłam lekko zdziwiona.
- Wczoraj jej pomagałem. Mamy całkiem sporo chętnych. Zebranie odbędzie się podczas następnego wypadu do Hogsmeade, w Świńskim Łbie. Myślałem, że wiesz.
- Nie miałam okazji porozmawiać z Hermioną - powiedziałam, nie patrząc się na Gryfona.
Poczułam lekkie ukłucie, które nie miało nic wspólnego z moją mocą. Przecież był to nasz wspólny pomysł. Czemu Hermiona postanowiła mnie wykluczyć? "Bo byłaś zajęta obściskiwaniem się z Malfoyem, a potem na nią nawrzeszczałaś" szepnął zniecierpliwiony głosik w mojej głowie. Uciszyłam go.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do chatki gajowego, kątem oka dostrzegłam Harry'ego, Hermionę i Rona. Rozmawiali, a na ich ustach widniały uśmiechy. Szybko jednak odwróciłam wzrok.
- Na mą brodę! Mówili mi że wyrosłaś na damulkę, ale nie spodziewałem się, że aż tak! - zawołał Hagrid.
Podbiegłam do pół-olbrzyma. Ten uścisnął mnie przyjaźnie.
- Jak się masz, Hagridzie? - spytałam, cofając się o krok, żeby móc mu spojrzeć w swarz.
Ciężko było mi powstrzymać westchnięcie, kiedy zobaczyłam, że jest cała w siniakach i jeszcze krwawiących ranach.
- A no wiesz, bywało lepij. Tyle lat żem Cię nie widział! Cholibka, wyglądasz zupełnie jak Lily.
- Bez przesady. Ostatnio widziałam Cię na Pokątnej, trzy lata temu.
- Poczekaj, za dwadzieścia lat przekonasz się że, jak czas szybko leci. A tak z innej beczki, to czemu żeś do mnie nie zajrzała? Spodziewałem się czwórki, a ni trójki pod moimi drzwiami - powiedział Hagrid.
- Och... Bardzo Cię przepraszam, ale miałam ważną sprawę do załatwienia. Mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie czas w piątek po obiedzie? - uśmiechnęłam się jak najszerzej, na co Hagrid zaśmiał się cicho.
- Jasna sprawa, farfoclu. A teraz zmykaj do reszty grupy, trza zacząć lekcję - pogonił mnie, czochrając mnie po głowie. "Czy wszyscy to muszą robić?".
- Dzieńdoberek! Dzisiaj przyszykowałem coś fajnego, ale będziemy musieli...
- Ehm-ehm.
Odwróciłam się w stronę, skąd dochodziło odchrząknięcie, ale już wiedziałam, kto nas nawiedził.
Dolores Umbridge, ubrana w paskudne, różowe poncho stała z tyłu grupy ze swoim notatnikiem w ręku.
- Niech Pan sobie nie przeszkadza - zawołała, mówiąc jak do dziecka, które mało rozumie.
- Oczywiście, Pani psor. O czym to ja wam mówiłem, cholibka... ten... Aha! Będziemy musieli wejść do lasu, ale nie trzęście portkami, to tylko kawałek.
- Słownictwo na niskim poziomie - mruknęła Umbridge, ale na tyle głośno, żeby wszyscy ją usłyszeli.
Miałam ochotę wepchnąć jej tą różową kokardę w gardło. Ciekawe, czy nadal mogłaby mówić...
- Echh to ten... No, chodźmy - zawołał Hagrid, widocznie zmieszany.
Biedak, pewnie się bardzo denerwował. To, że Umbridge nie toleruje mieszańców, nie było nowiną. Hagrid był z tego powodu najbardziej zagrożony i mógł nawet stracić posadę, co ta ropucha nazywała "warunkowym".
W końcu Hagrid się zatrzymał. Między drzewami dostrzegłam parę śledzących mnie oczu. Od razu rozpoznałam co to było.
- I? Co chciał nam Pan pokazać? - odezwała się Pansy.
- Och, no bo one się schowały. Trza je zwabić mięsem, bo te bestyjki lubią zapach krwi - zachichotał Hagrid
- Czerpie przyjemność z krwi nieżyjących zwierząt - rozległ się piskliwy pomruk Umbridge.
Hagrid odchrząknął, a krew lecąca z jego ran zmieszała się z kropelkami potu, które pojawiły się na jego czole.
Nagle, z pomiędzy drzew wyszły trzy testrale. Testrale przypominały konie skrzyżowane z nietoperzem. Ich lśniąca skóra oblepiała szkielet tak, że widać było każdą jedną kość. Białe, puste oczy wpatrywały się w nas. Kilkoro uczniów cofnęło się gwałtownie, wydając przy tym śmieszne dźwięki, za pewne ze strachu.
- No czy one nie są słodkie? - zaszczebiotał Hagrid, klepiąc jednego po głowie.
- O czym Pan mówi? - zaskrzeczała Pansy.
- O testralach - odpowiedziałam za gajowego, który już otwierał usta.
Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę.
- Nie wszyscy je widzą. Widzą je tylko Ci, którzy widzieli czyjąś śmierć.
Wszyscy, którzy moli je widzieć, spuścili swój wzrok na ziemię.
- Ach, no tak, w końcu jesteś ekspertem w tych sprawach - odparła.
Zacisnęłam dłonie w pięści, wbijając sobie przy tym paznokcie w skórę. Zobaczyłam też, że Harry robi to samo.
- Czy te testrale są niebezpieczne? - zawołał jeden z Gryfonów.
- No nie nadają się na pupilki domowe, łatwo skurczybyki sprowokować, ale...
- Przejawia umiłowanie do niebezpiecznych sworzeń... - odezwała się Umbridge.
- Ehm... Dużo ludzi mówi, że jak się zobaczy takiego testrala, to będzie się miało pecha, ale to oczywiście bzdura. No to jak, kto z was je widzi?
Podniosłam rękę, podobnie jak kilku innych uczniów, w tym Harry i Nott. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam jego podniesioną rękę. Od razu zaczęłam się zastanawiać, czyjej śmierci był świadkiem.
- Jest was więcej, niż żem się spodziewał.
- Czy mogę zadać Panu kilka pytań? - zawołała Umbridge, znowu mówiąc jak do osoby niedorozwiniętej.
- Ehm, co sobie psorka życzy - wymamrotał Hagrid.
- Czy zawsze omawiacie tak niebezpieczne stworzenia?
- Ja tam nie uważam, żeby były niebezpieczne... Trza po prostu mieć dobre podejście.
- Rozumiem... Cóż, słyszałam różne opinie na ten temat - rzekła ze swoim słodkim uśmieszkiem.
Hagrid poruszył się nerwowo. Było mi go bardzo szkoda, nie chciałabym być na jego miejscu. Gdybym była, już dawno straciłabym panowanie nad sobą.
- O czym ja to...No tak. Kto wie, kiedy testral może was chapnąć?
- To coś gryzie? - pisnęła Pansy, a Tracey i Dafne jej zawrótowały.
- Testral może Cię ugryźć, kiedy się go obrazi - powiedziała Hermiona.
Hagrid posłał jej ciepły uśmiech.
- No właśnie! Lepiej ich nie prowokować.
- Zaraz po lekcjach idę napisać list do matki. To jest nienormalne. Grubbly Plank nigdy by nie przyprowadzała takich niebezpiecznych zwierząt na lekcje - odezwała się Parkinson, niby do Dafne, ale wszyscy ją usłyszeliśmy.
Zapanował chaos. Gryffindor zaczął kłócić się ze Slytherinem.
- Nie potrafi zapanować nad klasą...- słyszałam głos Umbridge.
- Jak Pani nie wstyd? - krzyknęłam.
Wszyscy ucichli. Umbridge uniosła wzrok i zatrzymała go na mnie, mrugając przy tym nienaturalnie szybko. Przeszły mnie ciarki, kiedy patrzyłam na jej przerażającą twarz.
- Słucham? - odparła, nadal się uśmiechając.
- Pytam się, jak Pani nie wstyd? Hagrid to dobry nauczyciel. Może i jego sposób nauczania jest inny, ale to nie oznacza że gorszy.
- Kochanie, nie powinnaś wypowiadać się na ten temat - zaskrzeczała, ale jej uśmiech już nie sięgał już wytrzeszczonych oczu.
- A czemu to niby Pani ma się wypowiadać? Przecież nie jest Pani specjalistką...
- Dosyć! - pisnęła - Właśnie zarobiłaś sobie szlaban, młoda damo. Nie pozwolę takiej dziewczynce podważać mojego autorytetu.
- Takiej dziewczynce? - parsknęłam, nie wierząc własnym uszom.
- Tak - powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem - Jesteś nieokrzesana, ale nie martw się, jestem tutaj, aby pomagać.
- Nieokrzesana? Cóż, proszę mi wybaczyć. Rodzice nie nauczyli mnie ogłady - syknęłam.
Podniosłam torbę, zarzuciłam ją na ramię i szybkim krokiem wyszłam z lasu.
***
Chciałem za nią pobiec. Chciałem rzucić na Umbridge jakąś paskudną klątwę. Chciałem pocieszyć Talię, ale nie mogłem. Gdzieś w środku, nadal odczuwałem żal za to jak potraktowała Hermionę. Za to, że zaufała Malfoyowi. Przecież mogła zwrócić się do mnie, miała przyjaciół, którzy zrobili by dla nie wszystko. Miała brata. " Brata, który ukrywał przed nią to, kim naprawdę jest" szepnął cichy głosik w mojej głowie, jednak szybko go uciszyłem. Zrobiłem to dla jej dobra, a to co ona robiła, mogło zaszkodzić nie tylko nam, ale przede wszystkim jej samej
***
Była szósta, co oznaczało, że została mi godzina do szlabanu z Umbridge. Po założeniu czegoś wygodniejszego, zeszłam do Pokoju wspólnego, chcąc sprawdzić esej na eliksiry. Coś mnie jednak powstrzymało.
- Cześć - powiedział Harry, siadając obok mnie.
- Część - odpowiedziałam wymijająco, nadal przeglądając mój esej.
- Możemy pogadać?
- Naprawdę chcesz rozmawiać tutaj? Wydawało mi się, że zależy Ci na dyskrecji - odparłam chłodno.
Usłyszałam, jak Harry ciężko wzdycha. Zapewne moja uwaga bardzo go zdenerwowała.
- Znasz jakieś odpowiednie miejsce? - spytał, już nie tak przyjaznym tonem.
Wstałam bez słowa i wyszłam z Wierzy Gryffindoru. Harry poszedł za mną.
- Gdzie idziemy?
- Do Wierzy Astronomicznej
Szliśmy w ciszy, słychać było tylko nasze kroki. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam, żeby miał dobry powód, aby ukrywać przede mną coś tak ważnego. Może i wydawało się to być błahostką, ale dla mnie było to tak, jakby mój brat zawiązał mi chustkę na oczach i zamknął w klatce z wygłodniałą bestią, mówiąc, że nie mam się czego bać, że jestem bezpieczna.
- O czym chciałeś porozmawiać? - odezwałam się jako pierwsza, kiedy już opierałam się o balustradę.
- Cóż, to chyba oczywiste, że o tobie.
- Wydawało mi się, że wszystko już jest jasne - odparłam szorstko, nie mogąc się powstrzymać od ciętych uwag.
- Talio, proszę Cię...
- No dobrze. Co chcesz mi powiedzieć?
Harry zawahał się na chwilę. Ciągle otwierał usta, potem zamykał. W końcu jednak zdecydował się odezwać.
- Przepraszam Cię za to, że ukrywaliśmy przed tobą fakt, że posiadasz te moce. Myśleliśmy, że taka nowina wywoła u Ciebie szok, negatywne emocje. Chyba wiesz jak to się mogło skończyć.
- Tak wiem, bo już wiem jak to jest. Przekonałam się niejednokrotnie. Nie przyszło wam do głowy, że niewiedza może mi zaszkodzić? Nie wiedziałam co się ze mną działo, Harry. Wpadłam w panikę, bałam się. O mało się wtedy nie wykończyłam.
- Wiem. Dlatego staraliśmy się, abyś nie została sprowokowana. Niestety, nie udało się. Ale zrozum, nie chcieliśmy, żeby coś Ci się stało.
- Nie mówię, że chcieliście dla mnie źle. Zawiodłeś mnie. Nie powiedziałeś mi czegoś bardzo istotnego, Myślisz, że nie dałabym sobie z tym rady? Zdaję sobie sprawę z tego, że życie u wujostwa to piekło, ale nie wiesz jak to było ze mną. Musiałam sobie dawać radę każdego dnia. Widziałam, słyszałam i doświadczyłam wielu rzeczy. Uwierz mi, nic by się nie stało, gdybyście mi powiedzieli.
- Talia, tu chodziło o twoje bezpieczeństwo. Wiesz, ile osób Cie szuka? Jesteś w niebezpieczeństwie.
- I zamiast przyszykować mnie, szkolić, to postanowiliście wszystko przede mną ukryć?
- Im więcej umiesz, tym gorzej dla Ciebie. Oni chcą Cię wykorzystać.
- Nie. Im więcej umiem, tym lepiej będę mogła się bronić - krzyknęłam, tracąc już cierpliwość.
- No tak, słyszałem, że masz znakomitego nauczyciela - warknął Harry.
- Słucham?
- Myślisz, że nie wiem o Malfoy'u? On będzie chciał Cię wykorzystać.
- A skąd ty to możesz wiedzieć?
- Bo to oczywiste! Czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, kim jest jego ojciec i komu on służy?
- Nie masz pewności, że służy Voldemortowi. Do tej pory Draco pomógł mi więcej niż wy!
- Och tak? Pomógł Ci? Niby w jaki sposób?
- Wiem teraz wszystko o mocach, uczę się, jak nad nimi panować. Powoli zaczynam umieć z nich korzystać. Znaleźli dla mnie medalion, który pomoże mi kontrolować moce - mówiąc to, postanowiłam zademonstrować to i owo.
Skoncentrowałam się na tym dziwnym uczuciu gdzieś we mnie i pozwoliłam mocy działać. Zaczął wiać silny wiatr, który targał nasze włosy. Wydawało się że nadchodził z każdej strony. Harry musiał się przytrzymać balustrady, kiedy ja stałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
- Przestań! - zawołał, a w jego głosie słychać było nutkę strachu.
Posłuchałam go.
- Chciałam, żebyś był przy mnie, żebyś mi pomógł, kiedy zwijałam się z bólu, nie wiedząc co się ze mną dzieje. Wolałam, żebyś ty był moja podporą, nie Malfoy. Niestety wy zmusiliście mnie do szukania pomocy gdzieś indziej.
- Przecież mogłaś do mnie przyjść...
- Tak? Nie mal od początku byłam pewna, że wiedzieliście. To miało mnie przekonać do zwierzeń? Czułam się oszukana, Harry. Starałam się być dobrą siostrą, zdobyć twoje zaufanie, poznać Cię, pomóc, jak tylko mogłam. A ty? Rozumiem, że jest Ci trudno, ale to nie powód, aby odpychać od siebie jedyną osobę, która tak naprawdę znajduje się w tej samej sytuacji jak ty.
- Nie zmieniaj tematu - syknął.
- Nie zmieniam. To wszystko się skumulowało. Nie mam pojęcia co zrobić. Raz dziękujesz mi za to, że jestem, a kiedy indziej każesz mi zostawić Cię w spokoju, a do tego mnie okłamywałeś.
- Nie możesz zwalać wszystkiego na mnie, Przyznaj, że Malfoy coś o mnie mówił.
Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam, że mętlik w mojej głowie nie mógł być już gorszy, ale się myliłam. Tak różne wersje jednej historii... Nie miałam już pojęcia, komu wierzyć.
ale kto dał mi więcej powodów do tego, aby mu zaufać. Niestety, tą osobą nie był mój brat. Oczy zaczęły mnie piec od słonych łez.
- Cóż, bardzo mi przykro, ale obawiam się, że to co mówił jest prawdą - powiedziałam, próbując przełknąć tą nieznośną kulę w gardle.
Miałam tego wszystkiego dosyć. Spojrzałam na oszołomionego Harry'ego ostatni raz i zeszłam po schodach, kierując się do gabinetu Umbridge.
Kiedy wracałam już ze szlabanu, na mojej dłoni widniał podobny napis jak u mojego brata.
"Nie pisnę już ani słowem". Rany nadal krwawiły. Musiałam przyznać, pomysł na napis mało subtelny, porównując go z tym Harry'ego, ale nie dziwiłam się. Zaszłam Umbridge za skórę i to bardzo.
Następnego dnia po zajęciach postanowiłam się przejść. Wychodząc z zamku natknęłam się na Ginny. Poszła ze mną. Spacerując wzdłuż jeziora opowiedziałam jej o wszystkim, co zaszło między mną, a Herrym. Zwierzyłam się też z kłótni z Hermioną. Moja przyjaciółka również nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Nie chciała brać żadnej ze stron, ale nie miałam jej tego za złe. Przyznała mi jednak rację, że mogli mi powiedzieć. Jej zdanie było dla mnie bardzo ważne, bo chodziła ze mną na lekcje z Malfoyem. Znała chłopaków i ich zamiary co do mnie. Wiedziała, że nie chcą mi zrobić krzywdy. Ona jako jedyna rozumiała w jakiej sytuacji się znajdowałam.
- Zmieńmy temat - powiedziałam, kiedy usiadłyśmy na pomoście - Z kim idziesz na bal?
- Lee mnie zaprosił. Oczywiście Fred i George nie byli zadowoleni, ale zmienili zdanie, kiedy podałam im nazwiska innych chłopaków, którzy mnie zaprosili. Lee wydał się im najlepszą opcją - parsknęła, wpatrując się w taflę wody.
Dobrze wiedziała, że wolałaby iść z moim bratem.
- A ty? - spytała po chwili ciszy.
- Idę z Georgem - odpowiedziałam, kątem oka obserwując jej reakcję.
Najpierw wytrzeszczyła oczy, a następnie wybucha śmiechem. Jednak szybko się uspokoiła i zaczęła patrzeć się na mnie powątpiewaniem.
- Naprawdę? George Cię zaprosił?
- Tak.
- Wow... Nigdy bym się tego nie spodziewała.
- Niby czemu? - zdziwiłam się.
- Moi bracia nie znoszą bali. Dla nich, to tylko kolejna okazja, żeby móc się wygłupić. Owszem, Fred zawsze chciał zaprosić Angelinę na taki bal, ale George? Nigdy nie zawracał sobie głowy takimi rzeczami.
- Pewnie zaprosił mnie, bo ja również nie przepadam za takimi teatrzykami - parsknęłam.
- To by miało sens - przyznała - Prawie zapomniałam! Angelina prosiła przekazać, że trening odbędzie się jutro po obiedzie.
- No tak, czeka nas mecz z Krukonami. Będziesz chciała przyjść na trening?
- No pewnie! Mam tylko nadzieję, że twoi nauczyciele sobie tym razem odpuszczą i zostaną w tych swoich lochach.
- Nie robiłabym sobie nadziei - mruknęłam.
Miałam rację. Ginny czekało rozczarowanie, bo kiedy tylko wyszłam z szatki, trójka Ślizgonów siedziała już na trybunach. Ku mojemu zdziwieniu, Ginny się do nich dosiadła. Postanowiłam sobie tym jednak nie zawracać głowy. Czekał mnie trening bratem, z którym nadal byłam skłócona, co skutecznie mnie dekoncentrowało. Angelina, mimo, że poza treningami była moja dobrą koleżanką, pokazała, że potrafi oddzielić sprawy prywatne od spraw drużyny. Nie było już miejsca na wątpliwości, ta dziewczyna była ostra kapitanką i niestety przekonałam się o tym na własnej skórze. Przez kłótnię z bratem nie mogłam się skoncentrować na grze, na co Angelina była uczulona.
- Potter! Co się z tobą dzieje? - krzyknęła, kiedy niechcący trafiłam kaflem w głowę Katie, zamiast w pętlę, przed którą czekała w gotowości Alicja.
- Gorszy dzień - odparłam, po czym podleciałam do Katie, której na szczęście nic się nie stało.
- Jeśli zagrasz tak na meczu, to będę musiała Cię zastąpić.
Ta uwaga była dla mnie wystarczająco dobrą motywacją. ostatnie piętnaście minut treningu nie zrobiłam już nikomu krzywdy.
- No, no, Potter. Dzisiaj zdecydowania się spisałaś - zawołał Draco, kiedy weszłam na trybuny.
- Zamknij się, fretko - warknęła Ginny i podeszła do mnie.
- Mam nadzieję, że masz więcej gracji w tańcu, bo dziś zacząłem w to wątpić.
- Nie mów, że chcesz się przekonać - parsknęłam, rozpuszczając włosy z ciasnego koka.
- Nie, już mam partnerkę. Chciałem okazać trochę współczucia dla tego biedaka, z którym pójdziesz na ten bal.
- Cóż, ja bym się bardziej martwiła o Talię. Nie jestem pewna, czy George w ogóle wie, co to taniec - wtrąciła się Ginny i obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Idziesz z Georgem Weasleyem? - zdziwił się Draco.
- Tak - odpowiedziałam - A co?
- Nie, nic - odparł szybko.
- No cóż, życzcie Pansy, Tracey i Dafne powodzenia w wyborze sukienek. Padam z nóg, idziemy Ginny?
- Skąd... - zaczął Blaise, ale mu przerwałam.
- Proszę Cię - zaśmiałam się - To było do przewidzenia, że ty pójdziesz z Tracey, Teodor z Dafne, a Malfoy z Pansy.
- Pa! - zawołała Ginny i obie opuściłyśmy boisko
Niestety nie udało mi się napisać dwóch rozdziałów.
Tydzień ferii, to jednak zbyt mało, zwłaszcza, kiedy
czeka Cię tydzień egzaminów. Mam jednak nadzieję,
że ten rozdział się wam spodoba. Prosiłabym też o
pozostawienie po sobie małego komentarza. Wasze
opinią są dla mnie bardzo ważne.
Miłego czytania :)
Panna Potter
Byłam w lekkim szoku. Owszem, wybierałam się na bal, ale nie spodziewałam się, że ktoś mnie na niego zaprosi, a zwłaszcza nie George Weasley.
- Ty... Naprawdę chcesz iść ze mną na bal?
- A czy inaczej bym Cię o to spytał? - zaśmiał się.
- Pewnie, czemu nie - odpowiedziałam w końcu.
George odprowadził mnie do klasy, po drodze żartując o balu. Oboje nie byliśmy tak samo podekscytowani, jak reszta. Pewnie dlatego postanowił mnie zaprosić. Skoro mieliśmy się męczyć w niewygodnych ubraniach i słuchać okropnej muzyki, to czemu nie z osobą, która doskonale Cię rozumie?
Kiedy weszłam do klasy profesor Trelawney, przez pierwsze kilka sekund nie mogłam oddychać. Jak zawsze, przed lekcjami zapalała swoje zabójcze kadzidła. Nagle coś do mnie dotarło. Na prawie wszystkich lekcjach siedziałam albo z Harrym, albo z Hermioną. Co miałam teraz robić? Klasa była już prawie pełna. Nawet nie chciałam patrzeć w stronę mojego brata.
- Talia! - usłyszałam swoje imię z lewego kąta klasy.
Tam, przy okrągłym stoliku siedział Neville. Niepewnie do niego podeszłam.
- Cześć, Neville. Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym się dosiadła? - spytałam.
- Oczywiście, że nie. Siadaj - poklepał wolne miejsce.
- Dzięki - uśmiechnęłam się z wdzięcznością.
- Czemu nie siedzisz obok Harry'ego?
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Mimo, że byłam wściekła, to nie chciałam dawać ludziom kolejnego tematu na plotkę o moim bracie. Nie sądziłam jednak, żeby Neville rozpowiadał uczniom, że Harry pokłócił się z siostrą.
- Posprzeczaliśmy się trochę - odparłam - Tylko proszę, nie mów nikomu, dobrze?
- Nie pisnę nawet słówkiem - powiedział.
Odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy, Neville wydawał się bardzo miły, ale podczas lekcji wróżbiarstwa udało mi się poznać go trochę lepiej. Po jakimś czasie, Neville okazał się bardzo rozmowny. Tak też minęła nam pierwsza lekcja.
- Hermiona mówiła Ci już, że organizuje spotkanie dla tych, którzy są zainteresowani lekcjami Harry'ego? - spytał, kiedy szliśmy na Opiekę nad magicznymi stworzeniami.
- Nie - odparłam lekko zdziwiona.
- Wczoraj jej pomagałem. Mamy całkiem sporo chętnych. Zebranie odbędzie się podczas następnego wypadu do Hogsmeade, w Świńskim Łbie. Myślałem, że wiesz.
- Nie miałam okazji porozmawiać z Hermioną - powiedziałam, nie patrząc się na Gryfona.
Poczułam lekkie ukłucie, które nie miało nic wspólnego z moją mocą. Przecież był to nasz wspólny pomysł. Czemu Hermiona postanowiła mnie wykluczyć? "Bo byłaś zajęta obściskiwaniem się z Malfoyem, a potem na nią nawrzeszczałaś" szepnął zniecierpliwiony głosik w mojej głowie. Uciszyłam go.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do chatki gajowego, kątem oka dostrzegłam Harry'ego, Hermionę i Rona. Rozmawiali, a na ich ustach widniały uśmiechy. Szybko jednak odwróciłam wzrok.
- Na mą brodę! Mówili mi że wyrosłaś na damulkę, ale nie spodziewałem się, że aż tak! - zawołał Hagrid.
Podbiegłam do pół-olbrzyma. Ten uścisnął mnie przyjaźnie.
- Jak się masz, Hagridzie? - spytałam, cofając się o krok, żeby móc mu spojrzeć w swarz.
Ciężko było mi powstrzymać westchnięcie, kiedy zobaczyłam, że jest cała w siniakach i jeszcze krwawiących ranach.
- A no wiesz, bywało lepij. Tyle lat żem Cię nie widział! Cholibka, wyglądasz zupełnie jak Lily.
- Bez przesady. Ostatnio widziałam Cię na Pokątnej, trzy lata temu.
- Poczekaj, za dwadzieścia lat przekonasz się że, jak czas szybko leci. A tak z innej beczki, to czemu żeś do mnie nie zajrzała? Spodziewałem się czwórki, a ni trójki pod moimi drzwiami - powiedział Hagrid.
- Och... Bardzo Cię przepraszam, ale miałam ważną sprawę do załatwienia. Mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie czas w piątek po obiedzie? - uśmiechnęłam się jak najszerzej, na co Hagrid zaśmiał się cicho.
- Jasna sprawa, farfoclu. A teraz zmykaj do reszty grupy, trza zacząć lekcję - pogonił mnie, czochrając mnie po głowie. "Czy wszyscy to muszą robić?".
- Dzieńdoberek! Dzisiaj przyszykowałem coś fajnego, ale będziemy musieli...
- Ehm-ehm.
Odwróciłam się w stronę, skąd dochodziło odchrząknięcie, ale już wiedziałam, kto nas nawiedził.
Dolores Umbridge, ubrana w paskudne, różowe poncho stała z tyłu grupy ze swoim notatnikiem w ręku.
- Niech Pan sobie nie przeszkadza - zawołała, mówiąc jak do dziecka, które mało rozumie.
- Oczywiście, Pani psor. O czym to ja wam mówiłem, cholibka... ten... Aha! Będziemy musieli wejść do lasu, ale nie trzęście portkami, to tylko kawałek.
- Słownictwo na niskim poziomie - mruknęła Umbridge, ale na tyle głośno, żeby wszyscy ją usłyszeli.
Miałam ochotę wepchnąć jej tą różową kokardę w gardło. Ciekawe, czy nadal mogłaby mówić...
- Echh to ten... No, chodźmy - zawołał Hagrid, widocznie zmieszany.
Biedak, pewnie się bardzo denerwował. To, że Umbridge nie toleruje mieszańców, nie było nowiną. Hagrid był z tego powodu najbardziej zagrożony i mógł nawet stracić posadę, co ta ropucha nazywała "warunkowym".
W końcu Hagrid się zatrzymał. Między drzewami dostrzegłam parę śledzących mnie oczu. Od razu rozpoznałam co to było.
- I? Co chciał nam Pan pokazać? - odezwała się Pansy.
- Och, no bo one się schowały. Trza je zwabić mięsem, bo te bestyjki lubią zapach krwi - zachichotał Hagrid
- Czerpie przyjemność z krwi nieżyjących zwierząt - rozległ się piskliwy pomruk Umbridge.
Hagrid odchrząknął, a krew lecąca z jego ran zmieszała się z kropelkami potu, które pojawiły się na jego czole.
Nagle, z pomiędzy drzew wyszły trzy testrale. Testrale przypominały konie skrzyżowane z nietoperzem. Ich lśniąca skóra oblepiała szkielet tak, że widać było każdą jedną kość. Białe, puste oczy wpatrywały się w nas. Kilkoro uczniów cofnęło się gwałtownie, wydając przy tym śmieszne dźwięki, za pewne ze strachu.
- No czy one nie są słodkie? - zaszczebiotał Hagrid, klepiąc jednego po głowie.
- O czym Pan mówi? - zaskrzeczała Pansy.
- O testralach - odpowiedziałam za gajowego, który już otwierał usta.
Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę.
- Nie wszyscy je widzą. Widzą je tylko Ci, którzy widzieli czyjąś śmierć.
Wszyscy, którzy moli je widzieć, spuścili swój wzrok na ziemię.
- Ach, no tak, w końcu jesteś ekspertem w tych sprawach - odparła.
Zacisnęłam dłonie w pięści, wbijając sobie przy tym paznokcie w skórę. Zobaczyłam też, że Harry robi to samo.
- Czy te testrale są niebezpieczne? - zawołał jeden z Gryfonów.
- No nie nadają się na pupilki domowe, łatwo skurczybyki sprowokować, ale...
- Przejawia umiłowanie do niebezpiecznych sworzeń... - odezwała się Umbridge.
- Ehm... Dużo ludzi mówi, że jak się zobaczy takiego testrala, to będzie się miało pecha, ale to oczywiście bzdura. No to jak, kto z was je widzi?
Podniosłam rękę, podobnie jak kilku innych uczniów, w tym Harry i Nott. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam jego podniesioną rękę. Od razu zaczęłam się zastanawiać, czyjej śmierci był świadkiem.
- Jest was więcej, niż żem się spodziewał.
- Czy mogę zadać Panu kilka pytań? - zawołała Umbridge, znowu mówiąc jak do osoby niedorozwiniętej.
- Ehm, co sobie psorka życzy - wymamrotał Hagrid.
- Czy zawsze omawiacie tak niebezpieczne stworzenia?
- Ja tam nie uważam, żeby były niebezpieczne... Trza po prostu mieć dobre podejście.
- Rozumiem... Cóż, słyszałam różne opinie na ten temat - rzekła ze swoim słodkim uśmieszkiem.
Hagrid poruszył się nerwowo. Było mi go bardzo szkoda, nie chciałabym być na jego miejscu. Gdybym była, już dawno straciłabym panowanie nad sobą.
- O czym ja to...No tak. Kto wie, kiedy testral może was chapnąć?
- To coś gryzie? - pisnęła Pansy, a Tracey i Dafne jej zawrótowały.
- Testral może Cię ugryźć, kiedy się go obrazi - powiedziała Hermiona.
Hagrid posłał jej ciepły uśmiech.
- No właśnie! Lepiej ich nie prowokować.
- Zaraz po lekcjach idę napisać list do matki. To jest nienormalne. Grubbly Plank nigdy by nie przyprowadzała takich niebezpiecznych zwierząt na lekcje - odezwała się Parkinson, niby do Dafne, ale wszyscy ją usłyszeliśmy.
Zapanował chaos. Gryffindor zaczął kłócić się ze Slytherinem.
- Nie potrafi zapanować nad klasą...- słyszałam głos Umbridge.
- Jak Pani nie wstyd? - krzyknęłam.
Wszyscy ucichli. Umbridge uniosła wzrok i zatrzymała go na mnie, mrugając przy tym nienaturalnie szybko. Przeszły mnie ciarki, kiedy patrzyłam na jej przerażającą twarz.
- Słucham? - odparła, nadal się uśmiechając.
- Pytam się, jak Pani nie wstyd? Hagrid to dobry nauczyciel. Może i jego sposób nauczania jest inny, ale to nie oznacza że gorszy.
- Kochanie, nie powinnaś wypowiadać się na ten temat - zaskrzeczała, ale jej uśmiech już nie sięgał już wytrzeszczonych oczu.
- A czemu to niby Pani ma się wypowiadać? Przecież nie jest Pani specjalistką...
- Dosyć! - pisnęła - Właśnie zarobiłaś sobie szlaban, młoda damo. Nie pozwolę takiej dziewczynce podważać mojego autorytetu.
- Takiej dziewczynce? - parsknęłam, nie wierząc własnym uszom.
- Tak - powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem - Jesteś nieokrzesana, ale nie martw się, jestem tutaj, aby pomagać.
- Nieokrzesana? Cóż, proszę mi wybaczyć. Rodzice nie nauczyli mnie ogłady - syknęłam.
Podniosłam torbę, zarzuciłam ją na ramię i szybkim krokiem wyszłam z lasu.
***
Chciałem za nią pobiec. Chciałem rzucić na Umbridge jakąś paskudną klątwę. Chciałem pocieszyć Talię, ale nie mogłem. Gdzieś w środku, nadal odczuwałem żal za to jak potraktowała Hermionę. Za to, że zaufała Malfoyowi. Przecież mogła zwrócić się do mnie, miała przyjaciół, którzy zrobili by dla nie wszystko. Miała brata. " Brata, który ukrywał przed nią to, kim naprawdę jest" szepnął cichy głosik w mojej głowie, jednak szybko go uciszyłem. Zrobiłem to dla jej dobra, a to co ona robiła, mogło zaszkodzić nie tylko nam, ale przede wszystkim jej samej
***
Była szósta, co oznaczało, że została mi godzina do szlabanu z Umbridge. Po założeniu czegoś wygodniejszego, zeszłam do Pokoju wspólnego, chcąc sprawdzić esej na eliksiry. Coś mnie jednak powstrzymało.
- Cześć - powiedział Harry, siadając obok mnie.
- Część - odpowiedziałam wymijająco, nadal przeglądając mój esej.
- Możemy pogadać?
- Naprawdę chcesz rozmawiać tutaj? Wydawało mi się, że zależy Ci na dyskrecji - odparłam chłodno.
Usłyszałam, jak Harry ciężko wzdycha. Zapewne moja uwaga bardzo go zdenerwowała.
- Znasz jakieś odpowiednie miejsce? - spytał, już nie tak przyjaznym tonem.
Wstałam bez słowa i wyszłam z Wierzy Gryffindoru. Harry poszedł za mną.
- Gdzie idziemy?
- Do Wierzy Astronomicznej
Szliśmy w ciszy, słychać było tylko nasze kroki. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam, żeby miał dobry powód, aby ukrywać przede mną coś tak ważnego. Może i wydawało się to być błahostką, ale dla mnie było to tak, jakby mój brat zawiązał mi chustkę na oczach i zamknął w klatce z wygłodniałą bestią, mówiąc, że nie mam się czego bać, że jestem bezpieczna.
- O czym chciałeś porozmawiać? - odezwałam się jako pierwsza, kiedy już opierałam się o balustradę.
- Cóż, to chyba oczywiste, że o tobie.
- Wydawało mi się, że wszystko już jest jasne - odparłam szorstko, nie mogąc się powstrzymać od ciętych uwag.
- Talio, proszę Cię...
- No dobrze. Co chcesz mi powiedzieć?
Harry zawahał się na chwilę. Ciągle otwierał usta, potem zamykał. W końcu jednak zdecydował się odezwać.
- Przepraszam Cię za to, że ukrywaliśmy przed tobą fakt, że posiadasz te moce. Myśleliśmy, że taka nowina wywoła u Ciebie szok, negatywne emocje. Chyba wiesz jak to się mogło skończyć.
- Tak wiem, bo już wiem jak to jest. Przekonałam się niejednokrotnie. Nie przyszło wam do głowy, że niewiedza może mi zaszkodzić? Nie wiedziałam co się ze mną działo, Harry. Wpadłam w panikę, bałam się. O mało się wtedy nie wykończyłam.
- Wiem. Dlatego staraliśmy się, abyś nie została sprowokowana. Niestety, nie udało się. Ale zrozum, nie chcieliśmy, żeby coś Ci się stało.
- Nie mówię, że chcieliście dla mnie źle. Zawiodłeś mnie. Nie powiedziałeś mi czegoś bardzo istotnego, Myślisz, że nie dałabym sobie z tym rady? Zdaję sobie sprawę z tego, że życie u wujostwa to piekło, ale nie wiesz jak to było ze mną. Musiałam sobie dawać radę każdego dnia. Widziałam, słyszałam i doświadczyłam wielu rzeczy. Uwierz mi, nic by się nie stało, gdybyście mi powiedzieli.
- Talia, tu chodziło o twoje bezpieczeństwo. Wiesz, ile osób Cie szuka? Jesteś w niebezpieczeństwie.
- I zamiast przyszykować mnie, szkolić, to postanowiliście wszystko przede mną ukryć?
- Im więcej umiesz, tym gorzej dla Ciebie. Oni chcą Cię wykorzystać.
- Nie. Im więcej umiem, tym lepiej będę mogła się bronić - krzyknęłam, tracąc już cierpliwość.
- No tak, słyszałem, że masz znakomitego nauczyciela - warknął Harry.
- Słucham?
- Myślisz, że nie wiem o Malfoy'u? On będzie chciał Cię wykorzystać.
- A skąd ty to możesz wiedzieć?
- Bo to oczywiste! Czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, kim jest jego ojciec i komu on służy?
- Nie masz pewności, że służy Voldemortowi. Do tej pory Draco pomógł mi więcej niż wy!
- Och tak? Pomógł Ci? Niby w jaki sposób?
- Wiem teraz wszystko o mocach, uczę się, jak nad nimi panować. Powoli zaczynam umieć z nich korzystać. Znaleźli dla mnie medalion, który pomoże mi kontrolować moce - mówiąc to, postanowiłam zademonstrować to i owo.
Skoncentrowałam się na tym dziwnym uczuciu gdzieś we mnie i pozwoliłam mocy działać. Zaczął wiać silny wiatr, który targał nasze włosy. Wydawało się że nadchodził z każdej strony. Harry musiał się przytrzymać balustrady, kiedy ja stałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
- Przestań! - zawołał, a w jego głosie słychać było nutkę strachu.
Posłuchałam go.
- Chciałam, żebyś był przy mnie, żebyś mi pomógł, kiedy zwijałam się z bólu, nie wiedząc co się ze mną dzieje. Wolałam, żebyś ty był moja podporą, nie Malfoy. Niestety wy zmusiliście mnie do szukania pomocy gdzieś indziej.
- Przecież mogłaś do mnie przyjść...
- Tak? Nie mal od początku byłam pewna, że wiedzieliście. To miało mnie przekonać do zwierzeń? Czułam się oszukana, Harry. Starałam się być dobrą siostrą, zdobyć twoje zaufanie, poznać Cię, pomóc, jak tylko mogłam. A ty? Rozumiem, że jest Ci trudno, ale to nie powód, aby odpychać od siebie jedyną osobę, która tak naprawdę znajduje się w tej samej sytuacji jak ty.
- Nie zmieniaj tematu - syknął.
- Nie zmieniam. To wszystko się skumulowało. Nie mam pojęcia co zrobić. Raz dziękujesz mi za to, że jestem, a kiedy indziej każesz mi zostawić Cię w spokoju, a do tego mnie okłamywałeś.
- Nie możesz zwalać wszystkiego na mnie, Przyznaj, że Malfoy coś o mnie mówił.
Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam, że mętlik w mojej głowie nie mógł być już gorszy, ale się myliłam. Tak różne wersje jednej historii... Nie miałam już pojęcia, komu wierzyć.
ale kto dał mi więcej powodów do tego, aby mu zaufać. Niestety, tą osobą nie był mój brat. Oczy zaczęły mnie piec od słonych łez.
- Cóż, bardzo mi przykro, ale obawiam się, że to co mówił jest prawdą - powiedziałam, próbując przełknąć tą nieznośną kulę w gardle.
Miałam tego wszystkiego dosyć. Spojrzałam na oszołomionego Harry'ego ostatni raz i zeszłam po schodach, kierując się do gabinetu Umbridge.
Kiedy wracałam już ze szlabanu, na mojej dłoni widniał podobny napis jak u mojego brata.
"Nie pisnę już ani słowem". Rany nadal krwawiły. Musiałam przyznać, pomysł na napis mało subtelny, porównując go z tym Harry'ego, ale nie dziwiłam się. Zaszłam Umbridge za skórę i to bardzo.
Następnego dnia po zajęciach postanowiłam się przejść. Wychodząc z zamku natknęłam się na Ginny. Poszła ze mną. Spacerując wzdłuż jeziora opowiedziałam jej o wszystkim, co zaszło między mną, a Herrym. Zwierzyłam się też z kłótni z Hermioną. Moja przyjaciółka również nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Nie chciała brać żadnej ze stron, ale nie miałam jej tego za złe. Przyznała mi jednak rację, że mogli mi powiedzieć. Jej zdanie było dla mnie bardzo ważne, bo chodziła ze mną na lekcje z Malfoyem. Znała chłopaków i ich zamiary co do mnie. Wiedziała, że nie chcą mi zrobić krzywdy. Ona jako jedyna rozumiała w jakiej sytuacji się znajdowałam.
- Zmieńmy temat - powiedziałam, kiedy usiadłyśmy na pomoście - Z kim idziesz na bal?
- Lee mnie zaprosił. Oczywiście Fred i George nie byli zadowoleni, ale zmienili zdanie, kiedy podałam im nazwiska innych chłopaków, którzy mnie zaprosili. Lee wydał się im najlepszą opcją - parsknęła, wpatrując się w taflę wody.
Dobrze wiedziała, że wolałaby iść z moim bratem.
- A ty? - spytała po chwili ciszy.
- Idę z Georgem - odpowiedziałam, kątem oka obserwując jej reakcję.
Najpierw wytrzeszczyła oczy, a następnie wybucha śmiechem. Jednak szybko się uspokoiła i zaczęła patrzeć się na mnie powątpiewaniem.
- Naprawdę? George Cię zaprosił?
- Tak.
- Wow... Nigdy bym się tego nie spodziewała.
- Niby czemu? - zdziwiłam się.
- Moi bracia nie znoszą bali. Dla nich, to tylko kolejna okazja, żeby móc się wygłupić. Owszem, Fred zawsze chciał zaprosić Angelinę na taki bal, ale George? Nigdy nie zawracał sobie głowy takimi rzeczami.
- Pewnie zaprosił mnie, bo ja również nie przepadam za takimi teatrzykami - parsknęłam.
- To by miało sens - przyznała - Prawie zapomniałam! Angelina prosiła przekazać, że trening odbędzie się jutro po obiedzie.
- No tak, czeka nas mecz z Krukonami. Będziesz chciała przyjść na trening?
- No pewnie! Mam tylko nadzieję, że twoi nauczyciele sobie tym razem odpuszczą i zostaną w tych swoich lochach.
- Nie robiłabym sobie nadziei - mruknęłam.
Miałam rację. Ginny czekało rozczarowanie, bo kiedy tylko wyszłam z szatki, trójka Ślizgonów siedziała już na trybunach. Ku mojemu zdziwieniu, Ginny się do nich dosiadła. Postanowiłam sobie tym jednak nie zawracać głowy. Czekał mnie trening bratem, z którym nadal byłam skłócona, co skutecznie mnie dekoncentrowało. Angelina, mimo, że poza treningami była moja dobrą koleżanką, pokazała, że potrafi oddzielić sprawy prywatne od spraw drużyny. Nie było już miejsca na wątpliwości, ta dziewczyna była ostra kapitanką i niestety przekonałam się o tym na własnej skórze. Przez kłótnię z bratem nie mogłam się skoncentrować na grze, na co Angelina była uczulona.
- Potter! Co się z tobą dzieje? - krzyknęła, kiedy niechcący trafiłam kaflem w głowę Katie, zamiast w pętlę, przed którą czekała w gotowości Alicja.
- Gorszy dzień - odparłam, po czym podleciałam do Katie, której na szczęście nic się nie stało.
- Jeśli zagrasz tak na meczu, to będę musiała Cię zastąpić.
Ta uwaga była dla mnie wystarczająco dobrą motywacją. ostatnie piętnaście minut treningu nie zrobiłam już nikomu krzywdy.
- No, no, Potter. Dzisiaj zdecydowania się spisałaś - zawołał Draco, kiedy weszłam na trybuny.
- Zamknij się, fretko - warknęła Ginny i podeszła do mnie.
- Mam nadzieję, że masz więcej gracji w tańcu, bo dziś zacząłem w to wątpić.
- Nie mów, że chcesz się przekonać - parsknęłam, rozpuszczając włosy z ciasnego koka.
- Nie, już mam partnerkę. Chciałem okazać trochę współczucia dla tego biedaka, z którym pójdziesz na ten bal.
- Cóż, ja bym się bardziej martwiła o Talię. Nie jestem pewna, czy George w ogóle wie, co to taniec - wtrąciła się Ginny i obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Idziesz z Georgem Weasleyem? - zdziwił się Draco.
- Tak - odpowiedziałam - A co?
- Nie, nic - odparł szybko.
- No cóż, życzcie Pansy, Tracey i Dafne powodzenia w wyborze sukienek. Padam z nóg, idziemy Ginny?
- Skąd... - zaczął Blaise, ale mu przerwałam.
- Proszę Cię - zaśmiałam się - To było do przewidzenia, że ty pójdziesz z Tracey, Teodor z Dafne, a Malfoy z Pansy.
- Pa! - zawołała Ginny i obie opuściłyśmy boisko
Subskrybuj:
Posty (Atom)