niedziela, 31 stycznia 2016

Rozdział XXIII Do pewnego momentu

Witam, witam! Mam nadzieję, że się stęskniliście,
bo mam dla Was nowy rozdział :D Jestem bardzo
ciekawa, co o nim sądzicie. Nie jest on zbyt długi, 
bo potraktowałam go jako przejście do ważnej 
części opowiadania. Jako że rozdziały będą pojawiały
się co dwa tygodnie, możecie się spodziewać dłuższych
rozdziałów, tylko ten jest wyjątkiem. Zachęcam 
wszystkich do komentowania, dzielenia się 
opinią i krytyką, zrobilibyście mi ogromną 
przyjemność :) Miłego czytania!


Panna Potter



Nie mogłem w to uwierzyć. Talia ujęła moją twarz w swoje drobne dłonie i pocałowała mnie. Naprawdę mnie pocałowała. To nie był pocałunek z tych bezwartościowych, niedorzecznych książek, które czytały zdesperowane kobiety. To był delikatny, zwykły pocałunek dziewczyny. Właśnie to było w nim najlepsze. Wszystkie inne próbowały mi coś udowodnić, próbowały zrobić z tego nie wiadomo co, jakby to były ich ostatnie godziny życia. Ona tego nie robiła. Ona po prostu mnie pocałowała.
- Czekaj - przerwała, odsuwając się ode mnie. 
Usiadła po turecku i zmarszczyła lekko czoło. 
- Coś się stało? - spytałem, nadal będąc pod wpływem czaru, który na mnie rzuciła. 
Ostatnio, to pytanie padało częściej, niż bym tego chciał. 
- Tak. Przecież chodzisz z Pansy - powiedziała, patrząc na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. 
Cholera!
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie darzę jej żadnym specjalnym uczuciem. To ona się mnie uczepiła - odparłem. 
- Czy ty słyszysz samego siebie? 
- Wiem że to brzmi beznadziejnie, ale taka jest prawda. Mój ojciec jest przyjacielem jej rodziny. Fakt, że związałem się z córką Parkinsonów bardzo ułatwił mu co poniektóre sprawy. 
- Jeśli myślisz, że to zabrzmiało lepiej, to jest mi Ciebie żal - żachnęła się, ale nie potrafiła ukryć rozbawienia. 
- Talia, tak już wygląda moje życie. Zerwę z nią
- Nie chcę być powodem waszego zerwania - jęknęła, ale widziałem, że się waha - Nie powinnam tego robić, nie ważne, jak bardzo jej nie lubię. 
- To jest moja decyzja. Czemu mam rezygnować z czegoś, na czym zależy mi bardziej? -powiedziałem, siadając obok niej. 
O tak. Blaise i Teodor mięliby teraz ubaw po pachy. 
- Nie rozumiem, czemu w takim razie z nią byłeś - ciągnęła. 
- Bo tego ode mnie oczekiwali. 
Popatrzyła na mnie niepewnie. W końcu jednak oparła czoło o moje ramię. 
- Jesteś strasznie trudną osobą, Malfoy - zachichotała. 
- Ty też, Potter - odparłem, czochrając jej włosy.
- Czyli zależy Ci na mnie? - spytała, unosząc brew. 
- Oczekujesz ode mnie deklaracji? - zaśmiałem się, po raz pierwszy czując się nieswojo w takiej sytuacji. 
To co czułem do Talii było poważniejsze, niż bym chciał. Jednocześnie nie mogłem się doczekać, co z tego wyniknie. To była dla mnie nowa sytuacja, tak samo jak dla Talii.
- Tak - odparła poważnie, ale po chwili uśmiech wkradł jej się na twarz.
- Owszem, zależy. Gdyby tak nie było, nie męczyłbym się z tobą tak długo - odpowiedziałem.
- Wow. Spodziewałam się czegoś lepszego od największego casanovy Hogwartu.
- Słucham?
- Różnie na Ciebie mówią - wytłumaczyła, opadając ponownie na poduszki.
Położyłem się obok niej, opierając się o łokieć, aby móc na nią patrzeć.
- Cóż, to jest nieuniknione, kiedy jest się tak popularnym
- Ja bym to ujęła inaczej.
- No dobrze, nie zapuszczajmy się w te tematy, bo coś czuję, że mogłabyś przegadać całą noc. Musisz się wyspać, bo jutro jest ważny dzień - powiedziałem, ukrywając niechęć, która mnie przepełniała na samą myśl o tym przeklętym medalionie, mającym od jutra wysysać z Talii siłę.
Skoro Czarny Pan będzie miał jej moc w medalionie, to po co mu była Talia? No tak. Moc przywiązuje się do wybranego nosiciela. Kiedy Talii nie będzie w pobliżu, moc wygaśnie.
- Masz rację, ale coś mi się zdaję, że nie zasnę tak szybko - odparła.
- Dlaczego?
- Wiesz, nie jestem przyzwyczajona to tego wszystkiego. Byłam dzisiaj na eleganckim bankiecie, który odbywał się w ogromnej rezydencji bogatej rodziny, ważne osobistości witały się ze mną i prosiły o opowiedzenie historii, której ja sama tak naprawdę nie znam do końca i... Cóż, po raz pierwszy kogoś pocałowałam.
Talia zarumieniła się lekko i schowała twarz w poduszkę. No tak, ten dzień był dla niej pełen nowych doznań.
Przysunąłem się do niej i przytuliłem do siebie. Nie wiedziałem jednak co robić dalej. Oczywiście wiedziałem, jak postępować z dziewczynami, ale Talia była nieprzewidywalna.
- Zaśpiewaj mi coś - szepnąłem, przypominając sobie nasz taniec, kiedy nuciła "Cry me a river"
Talia podniosła głowę i spojrzała na mnie tak, jakby mi coś dolegało.
- Po co? - spytała.
- Tak po prostu.
Po chwili wtuliła się w moją koszulę i zaczęła śpiewać nieznaną mi piosenkę. To dziwne, jak głos jej się zmieniał. Był bardziej delikatny, miał w sobie coś bardziej dziewczęcego. Na co dzień, Talia raczej starała się ukryć wszystko co w niej dziewczęce, z tego co zaobserwowałem. A teraz leżała tutaj w moich ramionach i śpiewała. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że to będzie miało miejsce, wyśmiałbym go. W tej chwili mogłem się tym jednak tylko rozkoszować.


                                                                                   ***


Obudziłam się bardzo wcześnie rano. Wstałam z łóżka i rozsunęłam zasłony. Było jeszcze ciemno. Postanowiłam wziąć gorącą kąpiel i przemyśleć zdarzenia z poprzedniego dnia.
Kiedy już leżałam w wannie napełnioną parującą wodą i olejkami zapachowymi, pozwoliłam myślom odblokować sceny, które odpychałam od siebie od wczoraj, kiedy Draco poszedł do siebie.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to fakt, że go pocałowałam. Po prostu. Pocałowałam Dracona Malfoya.
Co ja sobie myślałam? To był duży błąd, nie tylko dlatego, że miał dziewczynę, ale też ukrywałam naszą znajomość przed prawie wszystkimi. Teraz, kiedy doszło do czegoś więcej, miało się to stać jeszcze trudniejsze.
Byłam największą idiotką na świecie. Jak mogłam rozbić związek? Nie ważne czy był poważny, czy też nie, nic i nikt nie dał mi prawa do tego, aby to zrobić. Czułam się z tym okropnie.
Jednak, kiedy tak leżałam w tej wannie, a mój tok myśli nie był już tak chaotyczny, przypomniały mi się te bardziej przyjemne szczegóły.
Ciepło blondyna, który na co dzień zdawał się być taki zimny, jego uśmiech, bliskość i wrażenie, że byłam przy nim bezpieczna. To wszystko sprawiło, że nie mogłam żałować tego pocałunku. Był moim pierwszym...
Swoją drogą, całując Malfoya, zdziwiłam samą siebie. Nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że mógł mi się podobać w taki sposób. Odganiałam od siebie wszelkie tego oznaki. Dopiero, kiedy nasze twarze dzieliły centymetry, a w jego oczach pojawiło się to coś, co trudno opisać słowami, dotarło do mnie, że Draco nie był dla mnie obojętny. Zadziwiające, jak nagle nasze uczucia mogą się zmienić... Albo dotrzeć do nas, jakie uczucia tak naprawdę skrywaliśmy.
Nie wiedziała co dalej robić (znowu). Jak miałam się zachować? Temat związków, o ile można to w ogóle nazwać związkiem, ciągle pozostawał mi obcy. Nie miałam zielonego pojęcia co począć w takiej sytuacji. A co jeśli on odbierał to wszystko w inny sposób? Przecież mówił, że byłam dla niego ważna...
O cholera. A co jeśli robił to tylko dlatego, że jego ojciec mu kazał? Przecież tak właśnie było z Pansy. Posiadałam moc, która okazała się o wiele potężniejsza, niż się spodziewałam, a Pan Malfoy starał mi się pomóc, wcale mnie nawet nie znając. Istniała taka możliwość, że nie robił tego bezinteresownie.
Nie, nie, nie, nie, nie. Proszę, to nie mogła być prawda. Odgoniłam od siebie tą niepokojącą myśl.
" Jesteś po prostu przewrażliwiona" powtarzałam w myślach, kiedy związywałam włosy w koński ogon. Następnie ubrałam się pośpiesznie, bo niska temperatura dawała się już we znaki.
Zerknęłam na wielki zegar wiszący nad kominkiem. Była dopiero siódma. Draco miał przyjść po mnie o dziewiątej, więc postanowiłam napisać listy do bliskich, dać znać, że wszystko w porządku.
Pisząc kolejne słowa na pergaminie, doszłam do wniosku, że blizny, które pojawiły się poprzedniego dnia wcale nie zbledły. W dodatku dokuczały mi bardziej niż wczoraj. Z całych sił starałam się je ignorować i skupić się na treści listu, który miał trafić do Hermiony.
Tęskniłam za nią i jej mądrymi uwagami. Nieobecność Ginny też mi doskwierała. Najbardziej jednak tęskniłam za Harrym, pomijając to, jak się ostatnio zachowywał.
To dziwne. Odnaleźliśmy się po latach, a spędzaliśmy ze sobą tak mało czasu. Nie oczekiwałam od niego, aby przesiadywał ze mną całymi dniami, ale miałam nadzieję, że uda nam się nadrobić choć trochę z tych straconych lat, że uda mi się go poznać.
Może powinnam z nim porozmawiać? A co jeśli znowu go zdenerwuję? Trudno. Tu chodziło o coś więcej, niż jego humorki.

Kiedy usłyszałam pukanie do drzwi, poczułam jak przechodzą mnie delikatne dreszcze. Zawsze kiedy się denerwowałam, zaczynałam się lekko trząść. A może to ta moc?
Podbiegłam do drzwi i otworzyłam je.
I jak ja miałam być na siebie wściekła za to, że go pocałowałam? Przede mną stał Draco w błękitnej koszuli i czarnych spodniach. Blond włosy miał w lekkim nieładzie, a na jego twarzy widniał łobuzerski uśmiech, który ostatnio widywałam dość często.
Za jego plecami zauważyłam Blaise'a i Teodora.
- Dzień dobry - przywitał się Draco, obejmując mnie w pasie.
- Cześć - odparłam, zapominając o wszystkich moich zmartwieniach.
Blaise uniósł brew a Teodor uśmiechał się znacząco.
- Gotowa na bardzo niezręczne śniadanie w towarzystwie Nottów, Zabinich i Malfoyów? - spytał, wypuszczając mnie z objęć.
- Tylko na to czekałam - zażartowałam.

Śniadanie miało się odbyć w Małej Jadalni, której nazwa była bardzo nieadekwatna do jej rozmiarów.
Po obu końcach stołu siedzieli już rodzice Dracona. Rodzice Blaise'a i Teodora również zajęli już swoje miejsca. Usiadłam między Draconem a Blaisem.
- Jak minęła Ci pierwsza noc, Talio? - odezwała się Pani Narcyza, przerywając niezręczną ciszę.
- Bardzo dobrze, dziękuję. Pokój jest naprawdę piękny - odpowiedziałam, uśmiechając się do niej uprzejmie.
- Cieszę się, że Ci się podoba - odwzajemniła uśmiech.
Jej wzrok powędrował trochę niżej. No pięknie, zapomniałam ubrać sweter...
- Czy wszystko jest w porządku? - spytała zaniepokojona.
- Narcyzo - wtrącił się Pan Malfoy.
Jego żona spuściła wzrok.
- Podejrzewam, że męczą Cię te ciągłe pytania - wyjaśnił Pan Lucjusz.
- Ciekawość należy do ludzkiej natury - odpowiedziałam - Nie przeszkadza mi to, ale dziękuję za pańską troskę.
Ojciec Dracona skiną głową, uśmiechając się do mnie.
Już chciałam wrócić do posiłku, ale coś przykuło moją uwagę. Pani Nott patrzyła na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, ta spuściła wzrok. 
- Talio, chciałbym, abyś ty i Draco przyszli do mojego gabinetu po śniadaniu - odezwał się ponownie Pan Malfoy.
Pewnie chodziło o medalion.
- Oczywiście - odparłam.
Reszta śniadania minęła nam w milczeniu.

Blaise i Teodor postanowili zaczekać w salonie. Ruszyłam za Draconem do gabinetu jego ojca.
- Co ten medalion tak dokładnie robi? - spytałam.
- Pomoże Ci on zapanować nad mocą, kiedy ty nie będziesz w stanie. Powiedzmy, że będziesz mogła swobodniej funkcjonować. Jest to coś na kształt sieci, która blokuje energię, kiedy tracisz samokontrolę - odrzekł.
- Czyli znowu będę mogła się swobodnie wściekać, nie robiąc przy tym nikomu krzywdy?
- Tak - parsknął - A skoro już mowa o twojej mocy... Musiałaś się wczoraj powstrzymywać?
- Powstrzymywać ?- powtórzyłam, zdezorientowana jego pytaniem.
- No tak. Kiedy podaliśmy Ci mieszankę eliksiru miłosnego, aby przekonać się, jak reagujesz na... bardziej przyjemne bodźce, to twoja magia działała. Wczoraj nic się nie stało.
Wróciłam pamięcią do poprzedniego dnia, kiedy pocałowałam Dracona. Rzeczywiście, czułam wtedy, jak moc chciała znaleźć ujście. Czułam przy tym ból, co oczywiście szybko przywróciło mi trzeźwe myśli i wtedy właśnie przypomniała mi się Pansy.
Draco zaśmiał się na moją odpowiedź.
- Nie dziw mi się, że ból kojarzę z Pansy. To ona spowodowała mój pierwszy wybuch.
- Z drugiej jednak strony, gdyby nie tamto zajście, mogłoby Cię tutaj nie być - stwierdził.
- Nie wiem, czy Ci przyłożyć, czy przyznać rację.
- Ja już wiem, co mogłabyś zrobić - mruknął i pocałował mnie w skroń.
Mimowolnie się uśmiechnęłam. Może i nie miałam wprawy, jeśli chodzi o... takie sytuacje, kiedy dziewczyna i chłopak dowiadują się o swoich uczuciach, ale po raz pierwszy nie miałam nic przeciwko, aby się przekonać jak to jest.
Draco stanął przed czarnymi drzwiami.
- Panie przodem - rzekł, otwierając je.
Weszłam do zadziwiająco małego pomieszczenia, w porównaniu do reszty. Wszystkie zasłony były zasunięte, a jedynym źródłem światła, była lampa stojąca już obok biurka, na samym środku pokoju i kilka świec, porozstawianych na półkach i szafkach, których było tu sporo. Panował tu kolor butelkowej zieleni, czemu akurat się nie dziwiłam.
- Och, jesteście już - zawołał Pan Lucjusz, wstając z fotela za biurkiem - Chyba wiesz, czemu poprosiłem Cię, abyś tutaj przyszła, prawda?
- Chodzi o medalion? -spytałam niepewnie.
- Dokładnie - odparł, podchodząc do wielkiego regału, zajmującego praktycznie całą lewą ścianę
Stał tam przez chwilę, rozglądając się za czymś i sięgnął po małą szkatułkę.
Ciekawe, czemu nie użył Accio.
- Nie na się go przywołać zaklęciem - szepnął Draco.
- Jeszcze raz, a pomyślę, że czytasz mi w myślach - odparłam cicho.
- A oto i on - przerwał nam Pan Malfoy, podając mi szkatułkę.
Była ciężka, jak na swoje rozmiary i ozdabiana rubinami. "Jakby inaczej" prychnęłam w myślach.
- Dziękuję.
Uchyliłam wieczko, a moim oczom ukazał się medalion.



- On wygląda jak księżyc - powiedziałam bardziej do samej siebie.
- Tak, nie jest to przypadek. Został on zrobiony przez czarownice ze Starszyzny, ponad tysiąc lat temu. Wierzyły, że źródło mocy wszystkich magicznych istot na ziemi jest właśnie na księżycu. Istnieje bardzo dużo rodzajów magii, niektórych nawet jeszcze nie odkryliśmy. Magia, która płynie w tobie, jest bardzo stara, uniwersalna. Możliwe nawet, że stałaś się źródłem mocy wszystkich czarodziejów, kiedy energia wybrała Ciebie, jako nosicielkę. Stałaś się naszą kotwicą. Dlatego właśnie odszukałem ten medalion. Ochroni Cię, pomoże nosić tak wielkie brzemię.
- Skąd Pan to wszystko wie? - spytałam rozmarzonym głosem.
Nic nie mogłam na to poradzić. Uwielbiałam takie historie.
- Cóż... Nie powinienem Ci tego mówić, ale ufam, że zachowasz to dla siebie. Istnieje coś takiego, jak Stowarzyszenie Światła. Jest to grupa czarodziei, którzy uczą się o magii, odkrywają ją na nowo. Wiedzą o niej wszystko, spisują całe księgi. Odszukałem ich i poprosiłem o pomoc. Jako że mój przodek był jednym z założycieli tego stowarzyszenia, zgodzili się podzielić informacjami na temat twojego przypadku. To oni pomogli mi odnaleźć ten medalion.
Gdyby moje oczy mogły wyskoczyć z orbit, już dawno by to zrobiły. Rozentuzjazmowana, podekscytowana, pełna energii część mnie skakała właśnie wysoko, tracąc zdrowy rozsądek. Druga część była za to zaniepokojona. Nie warto już było ukrywać, że nie ufałam Lucjuszowi Malfoyowi. Wiedział bardzo dużo na mój temat i nawet więcej na temat mocy. Czułam się z tym bardzo niepewnie.
- O rety... Myśli Pan, że mogłabym kiedyś się z nimi zobaczyć i zadać kilka pytań? - spytałam.
- Nie - odparł prawie od razu - Istnienie Stowarzyszenia to tajemnica. Wiedzą tylko Ci, którzy mają w sobie krew założycieli. Ujawniają się, kiedy chcą , a jeśli o nich nie wiesz, znaczy to, że nie chcieli, abyś o nich wiedziała. Oni natomiast znają Ciebie. Jeśli tylko będziesz miała jakieś pytania, to możesz przyjść do mnie.
- Szkoda - odrzekłam, zamykając z powrotem szkatułkę - Dziękuję za wszystko, Panie Malfoy.
Jego słowa jeszcze bardziej mnie zaniepokoiły, ale nie mogłam się z nim kłócić.
- Nie dziękuj, Talio - powiedział, uśmiechając się do mnie - Ale pamiętaj. Musisz go cały czas nosić, aby magia medalionu mogła się z tobą połączyć.
- Zapamiętam.
- A teraz idźcie, zapewne macie już jakieś plany.
- Jeszcze raz dziękuję - powiedziałam, wychodząc z gabinetu.
Po raz kolejny nie wiedziałam co myśleć


wtorek, 19 stycznia 2016

Rozdział XXII Część II : Zmiana Planu

Witam! Po tak długiej przerwie jestem Wam winna
wyjaśnienia. Otóż, od prawie dwóch tygodni szykowałam
się do tygodnia egzaminów, który zaczął mi się w 
poniedziałek. Nauka i reszta obowiązków pochłonęły
cały mój czas i siły na pisanie. Dlatego też bardzo Was
za to przepraszam. Mam nadzieję, że to już więcej 
się nie powtórzy. Zastanawiałam się jednak nad 
częstotliwością dodawania rozdziałów. Doszłam do
wniosku, że powinny one być dodawane co dwa tygodnie. 
Będę wtedy miała więcej czasu, a rozdziały będą dłuższe 
i z pewnością lepsze. Także od tej pory, rozdziały będą się 
pojawiać co dwa tygodnie, co oznacza, że następną notkę 
dodam w przyszłym tygodniu, w niedzielę. Wracając jednak do
tego rozdziału. Mam wielką nadzieję, że się wam spodoba
Nie mam pojęcia, czy romanse w moim wykonaniu są dobre, więc
ocenianie pozostawiam Wam ;p Nie przedłużając już, 
Życzę miłego czytania! 


Panna Potter




Patrzyłem zamyślony na Talię, całą roześmianą. Tańczyła z Blaisem. Byli chyba jedyną parą, która dobrze się bawiła na parkiecie, albo przynajmniej to okazywała. Z bólem mojego skamieniałego serca, musiałem przyznać, że nie mogłem się na nią napatrzeć.
- Podziwiasz widoki? - szepnął Teodor, popijając czerwone wino.
Siedzieliśmy przy stole, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Przyznaj, że jest na co popatrzeć - parsknąłem.
- Pozwól, że nie będę oceniał, czy moja kuzynka jest atrakcyjna - odparł kwaśno.
- Nie wiesz co tracisz.
- To ty nie powinieneś wiedzieć, co tracisz - zauważył Teo.
- Jak to?
- Sam powiedziałeś, że nie możesz sobie na nic pozwolić. Zachowujesz się jak rasowy masochista.
Puściłem uwagę mojego kolegi mimo uszu.
Poprawiłem się na krześle, kiedy zauważyłem, że Talia i Blaise do nas wracają.
"Nareszcie" burknęła moja podświadomość.
- Nie wiedziałam, że tak dobrze tańczysz - zaśmiała się Talia, kiedy siadali.
- Cóż, albo się to ma, albo nie.
- I po co ją okłamujesz? Wypadało się już przyznać, że latami obserwowałeś mnie, zanim nauczyłeś się nie miażdżyć swoim partnerkom stóp - parsknąłem.
Blaise rzucił mi oburzone spojrzenie, ale i tak wiedziałem, że się zgrywa.
- Zabolało, przyjacielu - prychnął.
- To może pokarzesz Talii prawdziwy talent? - wtrącił się Teodor.
Wreszcie ktoś gadał do rzeczy. Spojrzałem na Talię, która patrzyła na mnie z oczekiwaniem.
- Czy mogę panią prosić? - wyciągnąłem w jej stronę dłoń.
- Już myślałam, że się nie doczekam - westchnęła.
Ujęła moją wyciągniętą dłoń i pociągnęła mnie w stronę parkietu.
Proszę, proszę. A myślałem, że nie lubiła tańczyć.
- Nie przejmuj się tymi wszystkimi sztywniakami - szepnąłem, kiedy rozglądała się dookoła.
Zespół grał moją ulubioną piosenkę, "Cry me a river"*.  Coraz więcej gości odchodziło od stolików i zaczęło wirować po parkiecie.
- Nie mam zamiaru - parsknęła i położyła rękę na moim ramieniu.
Objąłem ją w pasie i zaczęliśmy ruszać się w rytmie muzyki. Wróciły do mnie wspomnienia z lekcji, kiedy Talia była pod wpływem eliksiru. Mogłem ją wtedy obejmować, niczym się nie przejmując. Teraz też miałem ku temu okazję. Zabawne, jak drobna i krucha wydawała się w moich ramionach. Dobrze wiedziałem, że taka nie była... No, może była drobna. To jednak dodawało jej uroku.
- Uwielbiam tą piosenkę - odezwała się.
- Widzę, że masz dobry gust.
- Pani Bathilda często jej słuchała - wyjaśniła.
Kiwnąłem głową. Bathilda Bagshot... nic dziwnego, że Talia była zdolną uczennicą, nie patrząc oczywiście na jej "dodatkowe" moce, które mogły mieć wpływ na to, jak silną była czarownicą.
- Moja matka, kiedy ojciec pracował, malowała przeróżne obrazy, słuchając przy tym muzyki. Jako mały chłopiec, nie za bardzo interesowałem się muzyką, ale kiedy skończyłem dziesięć lat, zafascynowało mnie pianino, które stoi w salonie. Zacząłem uważniej przysłuchiwać się utworom, których słuchała mama i uczyłem się ich grać. Już po paru miesiącach, zamiast słuchać muzyki, mama słuchała mnie. A to jest pierwsza piosenka, której się nauczyłem - opowiedziałem, nie wiedząc czemu.
- Naprawdę? Zagrasz mi coś jutro? - spytała, uśmiechając się, a w jej oczach tańczyły wesołe iskierki.
Salazarze, czemu ona? Czemu właśnie ona musiała być tak niesamowicie piękna, zadziorna, silna i delikatna zarazem? Czemu to właśnie ona zwróciła na mnie swoją uwagę? Czemu to właśnie jej chce Voldemort?
Wszystko było przy niej prostsze. Znosiła mój trudny charakter, bo życie zmuszało ją, żeby też być twardą, co czasami sprawiało, że człowiek wydawał się zimny. Jednocześnie była tak ciepła, dobra  i przede wszystkim sprawiedliwa.  Jej obecność była uzależniająca.
Owszem, tok moich myśli przerażał mnie, dziwił, ale po co miałbym się sam oszukiwać? Potterówna zawróciła mi w głowie.
- Jeśli będziesz grzeczna, to mogę Ci coś zagrać - powiedziałem, uśmiechając się złośliwie.
- Grzeczna? Co Ci chodzi po głowie, Malfoy?
- Cóż, musisz być dla mnie miła.
- Obawiam się, że będą z tym problemy - zaśmiała się.
Kilka osób odwróciło się w naszą stronę, ale zignorowaliśmy to.
- No wiesz - prychnąłem z wyrzutem.
- No dobrze, postaram się. A tak swoją drogą, to ile będzie trwał bankiet?
- Pewnie do późna. Ostatni goście będą wracać nad ranem, jak przypuszczam.
Talia popatrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Cierpliwości, jak więcej wypiją, to robi się całkiem znośnie - wyjaśniłem.
- No popatrz, to zupełnie, jak w twoim przypadku - zażartowała.
- Oj, doigrasz się, Potter - ostrzegłem, przyciągając ją bliżej, tak, że nasze twarze dzieliły centymetry.
Ona jednak się nie speszyła. Twardo patrzyła mi w oczy, nie dając za wygraną.
- Kiedyś się poddasz - mruknąłem, nie pozwalając sobie, aby spojrzenie jej intensywnie zielonych oczu mnie rozproszyło.
- Wierzysz w to? - zaśmiała się, odsuwając lekko twarz.
- Oczywiście - odparłem.
Decydując się na bardziej odważny ruch, puściłem jej dłoń, i położyłem drugą rękę na jej talii, odrobinę niżej niż ta, która spoczywała w połowie jej pleców. Zmusiłem ją tym, aby objęła moją szyję.
Nadal wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Miałem ochotę przyciągnąć ją jeszcze bliżej, móc ją swobodnie objąć. Chciałem ją mieć jak najbliżej siebie. Za każdym razem, kiedy widziałem ją z kimś innym, miałem ochotę potraktować go najpaskudniejszą klątwą, jaką znałem, a znałem ich wiele. Świadomość, że tańczy ze mną, że obejmuje mnie... To było o wiele lepsze, niż najlepszy alkohol.
Kiedy myślałem, że lepiej być nie może, Talia zrobiła coś niespodziewanego.
Opuściła ręce, i również objęła mnie w pasie. Oparła głowę o moje ramie i tak kiwaliśmy się do ostatniej zwrotki mojej ulubionej piosenki. Moich uszu doszedł jej melodyjny, cichy głos.
Nuciła kończący się już utwór. Zatraciłem się w niej. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy zespół grał już kolejną piosenkę. Ją też znała. Mógłbym spędzić tak cały wieczór, słuchając jej słodkiego głosu, trzymając ją w ramionach.
Coś jednak przerwało tą idealną chwilę.
W kącie sali stał Voldemort, podający się za Arthura Wintersa. Kiwnięciem głowy dał mi do zrozumienia, że chce ze mną pomówić.
Cholera.
- Chciałabyś się czegoś napić? - spytałem cicho.
- Mhm.
- To idź, ja zaraz do Ciebie dołączę - mruknąłem.
- Coś się stało? - zapytała, podnosząc głowę.
- Nie, muszę tylko zamienić z kimś słówko. Nie zajmie mi to długo.
Niechętnie ją puściłem i podszedłem do Czarnego Pana.
- Witaj, Draconie - przywitał się i po raz drugi uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Panie - odparłem.
- Widzę, że zdobyłeś sympatię dziewczyny - przeszedł od razu do rzeczy.
Niestety ton jego głosu był neutralny, więc nie mogłem nic z niego wywnioskować.
- Zgadza się, zaufała mi, Panie.
- To dobrze, Draco. Obawiam się jednak, czy nie stałeś się dla niej zbyt bliski - powiedział.
- Nie rozumiem - odpowiedziałem, oczekując najgorszego.
- Widzisz, chłopcze, ktoś uzależniony uczuciowo od innej osoby nie będzie w stanie być całkowicie posłuszny, a ona ma się słuchać tylko mnie.
- Panie, gwarantuję, że nie...
- Nie tłumacz mi się, dobrze wiem, że inaczej nie dałbyś rady jej przekonać. Zastanawiam się, czy nie wyszło to na dobre. Nie będę tego ukrywał, masz potencjał i zapowiada się na to, że możesz być moim najwierniejszym sługą. Potrzebuję kogoś takiego.
- To dla mnie zaszczyt - rzekłem tak, jak uczył mnie ojciec.
- Jeśli będzie słuchała się Ciebie, to tak, jakby słuchała się mnie - kontynuował - Tak więc chcę, żeby jadła Ci z ręki.
- Jadła mi z ręki?
- Jesteś młodym mężczyzną, Draco. Taka dziewczyna, to żadne wyzwanie.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś w błędzie" pomyślałem.
- Tak jest.
- Nie mamy jednak wiele czasu - powiedział.
- Oczywiście, to nie powinno potrwać długo.
- Dobrze, dobrze... Cóż, nie będę Cię zatrzymywał, idź, baw się. Zdobądź jej serce - rzekł, z udawaną radością w głosie.
Przypomniały mi się słowa Blaise'a. Myślałem, że jego pomysł był niedorzeczny, a sam Voldemort poprosił mnie, abym rozkochał w sobie Talię... Mimo, iż mogłem sobie teraz pozwolić na to, na co wcześniej nie mogłem, nie cieszyłem się. Świadomość, że mogłem to zrobić tylko dlatego, że Czarny Pan mi pozwolił, była nie do wytrzymania. Już wolałbym łamać zasady, nie zważając na karę. Wtedy chociaż mógłbym zdobyć jej serce z własnej woli. Ale teraz był to rozkaz. Teraz nawet moje szczere uczucia zmieniły się w podstęp, część planu.




                                                                              ***


Podeszłam do stolika z napojami, myślami wracając do mojego tańca z Draconem. Zdziwiło mnie to, że tak swobodnie się przy nim czułam. To była dla mnie nowość.
- I jak oceniasz bankiet? - usłyszałam za plecami głos Blaise'a.
Odwróciłam się. Koło niego stał Teodor.
- Zapytaj mnie o to, jak się skończy, bo na razie nie widzę, żeby ktoś dobrze się bawił - odparłam.
- Niestety, tak właśnie bawią się ludzie z wyższych sfer - zaśmiał się gorzko Teo.
- W takim razie jest mi was bardzo, ale to bardzo żal - powiedziałam, upijając łyk ponczu.
- Sugerujesz, że potrafisz bawić się lepiej od nas? - spytał Blaise, rzucając mi wyzywające spojrzenie.
- Oczywiście że tak, Mieszkając sama w środku lasu bawiłam się lepiej - prychnęłam.
Oczywiście nie było to prawda, ale cóż, lubiłam droczyć się z ludźmi.
- Kochanie, jeszcze nigdy nie byłaś na naszej imprezie. Gdybyś trafiła do Slytherinu, to zmieniłabyś zdanie.
- Cóż, kochanie, nie trafiłam do Slytherinu. Widzę jednak, jak kończą Ci, którzy do niego trafili - zaśmiałam się trochę głośniej, niż zamierzałam i kilka osób popatrzyło na mnie jak na wariatkę.
- Teodor, czemu mi nie pomagasz? - jęknął teatralnie Zabini.
- Niech dziewczyna zaprzecza, ile chce. I tak wiem, że bawi się lepiej, niż twierdzi. Wiem nawet, czyja to zasługa - odparł, uśmiechając się złośliwie.
- W takim razie wiesz więcej, niż ja sama, Nott.
- Och proszę Cię, myślisz że nie widziałem twojego uśmieszku, kiedy tańczyłaś z Draconem? - w ten sposób wygrał naszą małą wojnę słowną.
Cholera.
- To zupełnie co innego..- zaczęłam, ale tak naprawdę zabrakło mi argumentów.
- No już lewku, nie wysilaj się tak.
- Przypomnij sobie własne słowa, kiedy będziesz się wypierać faktu, że jesteś zainteresowany Hermioną - odgryzłam się.
Przez jego twarz przebiegł cień paniki, ale szybko nad sobą zapanował.
- To nie fakt, tylko twoje niemądre podejrzenia - odpowiedział krótko, spoglądając w inną stronę.
Blaise za to powstrzymywał wybuch śmiechu i dyskretnie przybił mi piątkę. On oczywiście nie był lepszy. Dobrze wiedzieliśmy, że Ginny zawróciła mu w głowie.
Kątem oka dostrzegłam Dracona, rozmawiającego z Arthurem Wintersem. Wydawał się miły, ale coś kazało mi być czujną, kiedy znajdował się w pobliżu.
To dziwne. Zanim dowiedziałam się o tym, że moc mnie wybrała, mój instynkt nie był aż taki wyczulony. Odkąd miałam świadomość, że byłam w posiadaniu potężnej energii, byłam bardziej czujna. Podejrzewałam nawet, że moc mogła mieć z tym coś wspólnego.
Kiedy tak nad tym rozmyślałam, dopiero, kiedy poczułam jego dłoń na ramieniu, zorientowałam się, że Draco wrócił. Mimo jego uśmiechu, widziałam że coś się musiało stać.
- Wszystko w porządku? - spytałam, przyglądając mu się uważnie.
- Oczywiście, że tak - odparł, patrząc mi prosto w oczy.
Postanowiłam odpuścić. Nowe otoczenie sprawiało, że stałam się przewrażliwiona.
- Co powiedział Winters? - wtrącił się Nott.
- Droga wolna - odpowiedział krótko blondyn.
Mimo, że nie miałam pojęcia, o czym mówili, nakazałam sobie siedzieć cicho. Musiałam się rozluźnić, a czerwone wino, stojące nieopodal na stoliku mogło mi w tym pomóc.
Draco, jakby czytając mi w myślach, sięgnął po dwa kieliszki i wręczył mi jeden.

Kolejna godzina minęła nam na rozmawianiu o najróżniejszych rzeczach. Przeważnie były to wspomnienia z dzieciństwa, albo coś co lubimy. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy Draco przyznał się, że od czasu do czasu lubił gotować. Oczywiście niewiele osób o tym wiedziało. Teodor fascynował się mugolskimi sportami, czego też nie przewidziałam. Ich podejście do mugolów nie było tajemnicą.
Blaise za to grał na gitarze. Jak zaczarowana słuchałam ich kolejnych historii. Poznanie tych ślizgonów z nowej strony było bardzo fascynującym doświadczeniem. Niestety, w pewnym momencie to ja zostałam obsypana pytaniami.
Musiałam przyznać, że z każdą chwilą, bankiet stawał się bardziej znośny, pomijając fakt, że dużo osób podchodziło do mnie, aby zamienić ze mną kilka słów. Oczywiście tematem głównym były moje moce. Raz za razem zostawałam zmuszana do opowiadania jednej i tej samej historii, o tym jak się dowiedziałam, że w ogóle posiadam takie moce.
W pewnym momencie, kiedy rozmawiałam z dziadkiem Malfoya, który swoja drogą był bardzo miły, zauważyłam małe zamieszanie przy wejściu. W progu stał Severus Snape, nauczyciel eliksirów we własnej osobie, ściskając rękę panu Malfoyowi. W pierwszej chwili poczułam ulgę.
Przecież należał do Zakonu, co skutecznie mnie uspokoiło. Gdyby coś miało się stać, pomógłby mi, a przynajmniej miałam taką nadzieję. Jednak moja ulga szybko ustąpiła miejsca zdziwieniu. Co on tutaj robił? Czyżby ktoś z Grimmuald Place dowiedział się o mojej małej tajemnicy i wysłał go tutaj, aby miał mnie na oku? Sama myśl o tym sprawiała, że się we mnie gotowało. Przecież potrafiłam się bronić. Gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości, nie było by mnie tutaj...
"Ale ty masz wątpliwości" warknęła moja podświadomość, z nutką irytacji w głosie. Niestety miała rację.  Miałam wątpliwości, co do Lucjusza Malfoya.
- Ojciec go zaprosił, bo ważył lecznicze eliksiry dla mojej babci - szepnął Draco.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Malfoy rzeczywiście potrafi czytać w myślach, ale szybko odgoniłam tą myśl. Moje gapienie się w stronę nauczyciela było bardzo wymowne.
- Och - odparłam tylko.
Czyli Zakon nie miał z tym nic wspólnego? Postanowiłam zostawić wszelkie przemyślenia na potem. Przecież byłam na super ważnym bankiecie Malfoy'ów. Grzechem byłoby zmarnować ten, jakże cenny czas na główkowanie o Snapie.
- Nie wiem jak wy, ale ja bym się chętnie ulotnił - odezwał się Blaise.
- Odpada - odparł z niechęcią Draco.
- A co, gdybym powiedziała, że nie za dobrze się czuję? - wtrąciłam się, po czym upiłam spory łyk wina.
- Mogłoby się udać - stwierdził Teodor.
Draco patrzył na mnie przez chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw. W końcu odszedł bez słowa w stronę matki, która stała u boku swojego męża (czyżby to właśnie był los żony arystokraty?).
Kiedy tak rozmawiali, pani Narcyza zerknęła w moją stronę, marszcząc lekko brwi. Przypominała mi matkę. Nie elegancją panią tej olbrzymiej rezydencji, nie żonę wpływowego mężczyzny, tylko matkę. Coś we mnie ścisnęło się nieprzyjemnie i od razu pożałowałam tego, że skłamaliśmy tylko po to, żeby się stąd wyrwać. Jak widać, ślizgoni mieli na mnie zły wpływ.
Draco wrócił po chwili, a na jego twarzy pojawiła się ulga i coś na kształt rozbawienia.
- Idziemy - powiedział cicho.
Ja, udając, ze nie czuję się najlepiej, zwolniłam kroku.
Niemal od razu poczułam dłoń Malfoya na mojej talii. Drugą położył mi na ramieniu, jakby obawiał się, że w każdej chwili mogłabym zasłabnąć.
- Jakiś ty opiekuńczy - mruknęłam, starając się zachować poważną twarz.
- Tak wiele o mnie nie wiesz - westchnął, urywając uśmiech.
- A może tylko tak Ci się zdaje?
Ten zerknął na mnie z politowaniem.
Ktoś nagle stanął nam na drodze.
- Tak wcześnie nasz opuszczasz? A miałem nadzieję, że zdołam jeszcze skraść Ci jeden taniec - powiedział pan Winters.
Nie wiedzieć czemu, poczułam dziwny prąd w klatce piersiowej.
- Naprawdę bardzo mi przykro, ale źle się poczułam - odrzekłam, starając się brzmieć normalnie i ignorować ten nieprzyjemny ból.
- Czy to coś poważnego?
- Raczej nie.
- W takim razie, życzę szybkiego powrotu do zdrowia - powiedział, ujmując moją dłoń.
I w tej chwili stało się coś bardzo dziwnego. Miejsce, którego dotknął, zaczęło mnie nieopisywanie piec, a ból w klatce piersiowej się nasilił. Ledwo udało mi się powstrzymać jęk. Przed oczami pojawiły mi się dziwne  obrazy, których nie potrafiłam rozpoznać. Kiedy jednak puścił moją rękę, wszystko ustało. Czułam już tylko nieprzyjemne mrowienie w piersi.
- Dobranoc - wycedziłam i pociągnęłam Dracona jak najprędzej do wyjścia.
Za nami szli Blaise i Teodor. Kiedy drzwi od sali były już zamknięte, odetchnęłam głęboko.
- Wszystko w porządku? - spytał Draco, najwidoczniej cały spięty.
Jego dłoń była zaciśnięta na moim ramieniu, a w oczach czaił się niepokój. Teodor is Blaise też wyglądali na zaniepokojonych.
- Nie - odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.
Potarłam obolałe jeszcze miejsce, szybko jednak cofnęłam rękę. Zdążyłam już zapomnieć, że za każdym razem jak to robiłam po ataku, ból tylko się wzmacniał. Czyli znowu musiały mi się pojawić te cholerne blizny...
Spojrzałam na swój dekolt. Spod czarnej koronki wystawały cienkie, ciemne blizny, przypominające pęknięcia na szkle. Kiedy podniosłam wzrok, dostrzegłam, cze oczy trójki ślizgonów były zwrócone w kierunku mojego dekoltu.
- Ej! - syknęłam.
Jak oparzeni, szybko odwrócili wzrok.
- Jak to możliwe? - odezwał się Teodor, usilnie próbując patrzeć mi w oczy.
- Nie mam pojęcia, ale tym razem to nie była moja wina - odrzekłam, zdejmując szpilki.
Miałam już ich dość.
- Coś jest nie tak z tym Wintersem - dodałam po chwili zastanowienia.
Draco wymienił spojrzenia z kolegami.
- Chodź, chcę Ci pokazać pewne miejsce - powiedział.
Ruszyłam za chłopakami w stronę schodów. Zaprowadzili mnie na to samo piętro, na którym była moja sypialnia. Nasz cel był jednak w dalszej części korytarza.
Draco otworzył drzwi zaklęciem i puścił mnie przodem.
Stałam w ogromnym pokoju, w którym panowała biel i bardzo ciemny niebieski. Był jeszcze większy od mojego, co wydawało mi się niemożliwe, aż do tej chwili.
- Zaczynam się martwić waszą manią na punkcie dużych rzeczy, serio. Wszystko w waszym domu jest ogromne - powiedziałam, patrząc na kolegów, którzy powstrzymywali śmiechy.
- Cóż... Tak to już jest - odparł Blaise i rzucił się na granatową kanapę.
- I jak? - spytał Draco.
- Spodziewałam się zieleni - parsknęłam.
Blondyn pokręcił głową, rozbawiony.
- Jeśli chcesz obejrzeć blizny, to tam jest łazienka - wskazał na drzwi nieopodal łóżka.
- Dzięki.
Od razu skorzystałam z propozycji Malfoya i zamknęłam się w łazience. Stanęłam przed lustrem i rozpięłam sukienkę. Odkryłam  ramiona i opuściłam materiał, który teraz zwisał mi z bioder.
Poczułam, jak wzrasta we mnie panika.
Blizny były niemal czarne. Przypomniało mi się, kiedy Draco opowiadał mi o tych bliznach. Twierdził, że im będą ciemniejsze, tym gorzej. Kiedy osiągną czarny kolor, mogę umrzeć. Tak moc ostrzegała swojego nosiciela. Dlatego musiałam się jak najszybciej nauczyć samokontroli, panowania nad tą siłą, która mogła mnie wyniszczyć od środka. Szybko poprawiłam sukienkę, uważając, aby materiał nie ocierał się za bardzo o te dziwne pęknięcia.
- I jak ? - spytał Teodor, kiedy wyszłam z łazienki.
- Nie jest tak źle - skłamałam - Co robimy?
- A co chciałabyś robić?
- Hmm... Chciałabym poćwiczyć - odparłam po chwili namysłu.
W sumie, do tej pory uczyłam się tylko, jak zapanować nad mocą, a nie jak z niej korzystać.
- Nie ma mowy, nie dzisiaj - rzekł stanowczo Draco.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Musisz odpocząć, dać bliznom zniknąć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakiego są koloru? Tam, gdzie masz blizny, bariera, która powstrzymuje moc, jest słabsza. Jeśli teraz zaczniesz używać mocy, może Ci się coś stać - wytłumaczył, wyciągając się na łóżku.
- Ale przecież mogę...
- Nie, Talia, nie możesz - przerwał mi.
- No dobrze, w takim razie chyba pójdę się położyć, jestem zmęczona - powiedziałam, nie zbyt skutecznie maskując moją irytację.
-  No co ty, już nas zostawiasz? Noc jest jeszcze młoda! - zawołał Blaise, zrywając się z kanapy.
- Wiem, przepraszam, ale jak sam Draco to ujął, powinnam odpoczywać i dać zagoić się bliznom - odparłam.
- W takim razie widzimy się w Hogwarcie, szkrabie - zaśmiał się Blaise i uścisnął mnie krótko, uważając na to, aby nie sprawić mi bólu.
- Do zobaczenia - pożegnał się Teodor i objął mnie delikatnie ramieniem.
- Cześć chłopaki - odparłam, kierując się w stronę drzwi.
- Do jutra - zawołał za mną Draco, w momencie, kiedy zatrzasnęłam drzwi.
Byłam padnięta.


                                                                            ***


Moi przyjaciele patrzyli na mnie rozbawieni tym, co przed chwilą zaszło.
- Przecież miałem rację - warknąłem.
- Oczywiście, że miałeś rację. Po prostu pierwszy raz widzę Cię w takiej sytuacji i muszę przyznać, że bardzo dobrze się bawię - odpowiedział Teodor, wyciągając z barku kremowe piwo.
- Ona jest nie do zniesienia. Jeszcze nigdy nie spotkałem tak trudnej i upartej dziewczyny - mruknąłem pod nosem.
- Nie przesadzaj - powiedział Blaise - przecież ty też nie lubisz, kiedy mówią Ci co masz robić.
- Nienawidzę - przyznałem - Ale to nie było nic wielkiego. Poza tym, zabroniłem jej ćwiczyć dla jej własnego dobra.
- To idź jej to powiedz - rzekł Blaise, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Żeby mnie tam zabiła? Nie dziękuję - prychnąłem.
- Nie zrobi tego. Miała dobrego nauczyciela, umie nad sobą panować. Z resztą sam mówiłeś, że jest teraz słaba. Nie brak jej rozumu, nie będzie się narażała tylko po to, żeby się Ciebie pozbyć - zaśmiał się Blaise
- Przysięgam, kiedyś poprzestawiam Ci twarz - syknąłem.
- I tak mnie kochasz.
- Jak dzieci - westchnął Teodor.
Siedzieliśmy na kanapie, popijając piwo kremowe. Nie wiedziałem co robić. Niby nie doszło do kłótni, ale wiedziałem, że Talia była poirytowana. Gdybym teraz do niej poszedł, mogło by się to różnie skończyć, a nie chciałem ryzykować. Z drugiej strony... Nie będę oszukiwał samego siebie, każda okazja do rozmowy z nią była kusząca.
Moja samolubność wygrała.
- Idę - rzekłem, podnosząc się z kanapy .
- Zuch dziewczynka! - zawołał Blaise.
Posłałem mu tylko mordercze spojrzenie i zostawiłem ich w pokoju.
Zawahałem się, stojąc pod jej drzwiami. A co, jeśli już spała? Nie, to niemożliwe. Przecież dopiero niedawno poszła do siebie.
Zapukałem cicho. Po chwili otworzyła mi Talia. Była już przebrana w piżamę, a na jej twarzy nie było już makijażu. Włosy opadające lekkimi falami na plecy też gdzieś zniknęły. Zamiast nich widziałem teraz burzę długich loków. Spod jej szarego podkoszulka wystawały jej nowe blizny, które teraz były lepiej widoczne. Przeszły mnie ciarki. Gdyby nie one, wyglądałaby tak niewinnie i niegroźnie... Ale pozory mylą.
- Hej - rzekłem, uśmiechając się łobuzersko.
- Nie wiesz co to znaczy "do jutra"? - spytała, nadal lekko zdziwiona moim zjawieniem.
- Wiem, ale chciałem pogadać. Mogę?
Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła mnie do środka.
- Ładnie tu - stwierdziłem z uznaniem.
- Tak, twoja mama ma talent - przytaknęła.
Usiadła na skraju łóżka, czekając aż coś powiem.
- Mam nadzieję, że nie jesteś zła - odezwałem się po chwili ciszy.
- Nie - parsknęła - Ale nie lubię, jak ktoś mi czegoś zabrania.
Odetchnąłem z ulgą.
- Tak, zauważyłem.
Zachichotała pod nosem.
Usiadłem obok niej, luzując muchę.
- Boli Cię jeszcze? - spytałem.
- Trochę - odparła, nie patrząc mi w oczy.
Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Wiedziałem że skłamie. Owszem, jej wytrzymałość mi imponowała, ale nie mogła zawsze maskować bólu, zwłaszcza w takich sytuacjach.
- Talia, widziałem jak płaczesz, widziałem Cię skręcającą się z bólu, widziałem Cię wściekłą, przerażoną i krwawiącą . Widziałem też jak się śmiejesz i rumienisz, co swoją drogą jest urocze. Nie uważasz, że możesz mi powiedzieć, jak naprawdę się czujesz?

Popatrzyła na mnie zawstydzona i wcale jej się nie dziwiłem. Zdążyłem przez te parę miesięcy naszej znajomości zauważyć, jak mało chce pokazać ludziom. Nie chciała, żeby widzieli ją słabą i zranioną. Bardzo starała się ukryć wszystkie jej słabości. Niestety, ja sam tak dobrze to znałem, więc doskonale wiedziałem, jak bardzo starała się być silna. Fakt, że widziałem ją w tych wszystkich okolicznościach, musiał być dla niej nie do zniesienia.
- Boli - powiedziała w końcu.
- Wiesz, że możesz się ich pozbyć?
Myślami wróciłem do naszej lekcji, kiedy Talia zmagała się ze swoim największym strachem. Pod koniec, ledwo przytomna, leżała na podłodze z ciemnymi bliznami. Mimo to, udało jej się je wyleczyć.
- Wiem, próbowałam, ale nie udało mi się. Nie mam pojęcia dlaczego - odparła, widocznie zła na siebie.
- Hej, po co te nerwy - zaśmiałem się.
Usiadłem przodem do niej. Gestem ręki dałem jej do zrozumienia, że ma zrobić to samo.
Kiedy siedziała już przodem do mnie, położyłem jej ostrożnie dłonie na ramionach. Syknęła z bólu, ale nie cofnąłem rąk.
- Weź głęboki oddech i spróbuj się uspokoić, pozbyć się wszystkich negatywnych myśli - poleciłem.
Talia, niezbyt przekonana, zamknęła oczy zrobiła to co jej kazałem.
- Zrelaksuj się, skoncentruj na czymś, co daje ci spokój i ukojenie - szepnąłem.
Po chwili, mięśnie jej twarzy się rozluźniły i wiedziałem, że jej się udało.
- A teraz, nie tracąc tego spokoju, bez żadnych nerwów, spróbuj wyleczyć blizny.
Czekałem cierpliwie, ale nic się nie działo.
W końcu jednak blizny zaczęły powoli blednąć. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, a Talia wyrwała się z transu. Blizny na nowo pociemniały.
- Proszę - zawołała słabym głosem.
Coś ścisnęło mnie w środku. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, ile to wszystko ją kosztowało.
W drzwiach stanął mój ojciec.
- Wybacz, Talio, że wam przeszkadzam, ale muszę pomówić z moim synem - powiedział, idealnie imitując uprzejmość.
- Oczywiście, nic się nie stało - odrzekła.
Spojrzałem na nią przepraszająco i wyszedłem razem z ojcem, zamykając za sobą drzwi. Odeszliśmy kawałek, żeby nas nie słyszała.
- Co ty wyprawiasz? - syknął ojciec, na powrót będąc sobą.
- Pomagam jej. Przecież muszę, żeby...
- Czarny Pan ją osłabił, żeby medalion mógł mieć łatwiejszy dostęp do jej mocy - przerwał mi.
- A nie uważasz, że było to dość ryzykowny ruch? Już zaczynała mieć jakieś podejrzenia, co do "Artura Wintersta".
- Jak śmiesz podważać decyzje Pana? - warknął - Owszem, musimy być dla niej mili, ale nie zapomnaj dlaczego. Czy ty naprawdę myślisz, że jak już będzie po wszystkim, to nadal będziesz mógł się z nią przyjaźnić? Nie wiemy, czy uda nam się ją przeciągnąć na naszą stronę, ale jedno jest pewne. Nie ważne czy dołączy do nas z własnej woli, czy też ją do tego zmusimy. Ona będzie należała do Czarnego Pana. Coś mi mówi, że jej sympatia do Ciebie zniknie, jak tylko się dowie kim tak naprawdę jesteś.

Musiałem się naprawdę starać, aby nie stracić kontroli nad sobą. Właśnie w takich chwilach nienawidziłem go najbardziej
- Idź już - rzekł i odszedł bez żadnego pożegnania.
Stałem tak, patrząc jak mój ojciec znika z mojego pola widzenia. Byłem wściekły. Głównie dlatego, że to co powiedział, było prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że sposób w jaki mi to mówił, był nie do zniesienia. Zupełnie, jakby napawał się moim nieszczęściem.
Poprawiłem marynarkę i wróciłem do pokoju Talii. Leżała na łóżku, patrząc przez okno. Lampy po obu stronach jej łóżka były jedynym źródłem światła. Do mojej głowy wtargnęła nieproszona myśl.
Mógłbym się przyzwyczaić do takiego widoku.
- Wszystko w porządku? - spytała, chcąc się podnieść, ale skrzywiła się lekko.
- Leż - powiedziałem, siadając obok niej - Tak, wszystko dobrze.
Patrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Draco, widziałam Cię smutnego, złego i lekko pijanego. Widziałam też...
- Wymyśl sobie własne gadki - zaśmiałem się, chowając twarz w dłonie.
Przecież ona mnie znienawidzi. Im bliżej siebie będziemy teraz, tym bardziej będzie nas to później bolało. Ale co miałem na to poradzić? Nie byłem w stanie stać się obojętny, nie teraz, nie po tym, jak sam przed sobą przyznałem się, że Talia jest dla mnie ważna.
W końcu odważyłem się na nią spojrzeć. Uśmiechała się.
" I pomyśleć, że za niedługo ten uśmiech zniknie, a zastąpi go smutek i łzy" pomyślałem. Chociaż... Nie. Owszem, zdarzało jej się płakać, widziałem też łzy, którym nie dała popłynąć, ale miałem przeczucie, że tym razem się nie popłacze. Owszem, będzie zawiedziona, może też smutna, ale to gniew będzie górował.
Talia poklepała poduszkę obok swojej.
Leżeliśmy tak obok siebie, patrząc na sufit. Za oknem padał śnieg.  Naprzeciwko nas, w kominku tańczył wesoło ogień.
- Przepraszam, ale nie lubię twojego ojca - odezwała się cicho Talia.
Odwróciłem głowę w jej stronę. Miała tak poważny wzrok, że nie wytrzymałem. Parsknąłem szczerym śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili byłem w stanie się uspokoić.
- Taa, podejrzewam, że nie tylko ty - odparłem.
- Ale nie wiem dlaczego. Jest dla mnie miły, zbyt miły.
- Talia, myślę, że po twoich przejściach wiesz, że ludzie zmieniają swoje zachowanie, w zależności od sytuacji - palnąłem.
Powinienem wstawić się za ojcem, powiedzieć, żeby się nie przejmowała, że on już taki jest. Ale nie mogłem.
- Wiem - odpowiedziała.
- No to w czym rzecz?
- Bo widzisz... Ty nienawidzisz mojego brata, z wzajemnością oczywiście. Od paru lat poniżasz moich przyjaciół, co oczywiście uległo zmianie, Nawet my potrafimy się nie zgadzać w wielu sprawach, kłócić się. A mimo to Ci ufam i wiem, że wcale taki nie jesteś, a przynajmniej nie dla mnie. A twój ojciec... Nie mam pojęcia czemu jest dla mnie taki miły. Nie ważne ile medalionów by dla mnie znalazł... Nie jestem w stanie się do niego przekonać - powiedziała, nadal wpatrując się w sufit.
Nie miałem pojęcia co jej odpowiedzieć.
- Wiem, że mój ojciec może wydawać Ci się dziwny. Jego styl bycia, ta nadmierna uprzejmość... Wielu osobom może się to wydawać fałszywe i w większości przypadków bym się z nimi zgodził. Sam nie mam z nim najlepszych relacji, ale... On naprawdę chce Ci pomóc - ostatnie zdanie ledwo przeszło mi przez usta.
Miałem ochotę powiedzieć jej prawdę i prosić o wybaczenie. Okłamywanie jej było porównywalne do klątwy Cruciatus.
- Skoro tak twierdzisz... Ale nadal go nie lubię.
- Może to nawet lepiej - odparłem, uśmiechając się pod nosem.
- Za to twoja mama jest wspaniała - dodała, obracając się w moją stronę.
- Wiem. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem wdzięczny za to, że ją mam.
Cieszyłem się, że nie było tu Blaise'a i Teodora. Oni oczywiście znali mnie na wylot, ale nigdy nie musiałem im pokazywać tego, jaki byłem "w środku". Wiedzieli jaki jestem, ale nie zmieniało to faktu, że przy nich prawie zawsze blokowałem wszystkie emocje. Jednak przy Talii było to tak proste i naturalne, że często się zapominałem. Chłopaki mięli by ze mnie teraz niezły ubaw.
- Ciekawa jestem, jaka była moja mama - powiedziała bardziej do samej siebie.
Fakt, że Talia prawie zawsze tryskała energią i była silna, sprawiał, że bardzo łatwo było zapomnieć o tym, że jej rodzice nie żyją. Że tak naprawdę nigdy nie żyła wśród swojej rodziny, bo straciła wszystkich, będąc zaledwie małym dzieckiem. Oczywiście właśnie z tego była znana, a przynajmniej od momentu, w którym świat czarodziejów dowiedział się o jej istnieniu.
- Z tego, co widzę przed sobą, wnioskuję, że musiała mieć niezły charakterek - mruknąłem, chcąc poprawić jej humor.
Podziałało.
- Czujesz się trochę lepiej? - spytałem.
- Tak, dziękuję.
- Za co? - zdziwiłem się.
- Za to że przyszedłeś - odparła.
Po chwili wahania, podniosła się lekko i pocałowała mnie w policzek. Zamarłem. Dotyk jej ust na mojej skórze sprawił, że mógłbym zapomnieć o wszystkim co się wokół działo. Ten jeden, niby niewinny gest sprawił mi nieopisywalną przyjemność. Jej usta były ciepłe, delikatne. Jej czarne loki łaskotały mnie w szyję, kiedy się nade mną nachyliła. Nie wiedziałem, czy to perfumy, czy też może coś innego, ale pachniała przepięknie. Nie potrafiłem określić jaki był to zapach, choć na tyle mącił w głowie, że straciłem panowanie nad tym co robiłem. Zanim zdążyła się całkiem odsunąć, położyłem dłoń na jej talii. Nie spodziewała się tego, ale też nie protestowała. Opierała się o mój tors i cierpliwie czekała, na mój następny ruch. Drugą ręką sięgnąłem po jej dłoń. Ująłem ją ostrożnie.
- Wystarczy jedno słowo a przestanę - szepnąłem, zanim na dobre zatraciłem się w jej bliskości.
Wiedziałem, że to była dla niej nowość, że mogła czuć się nieswojo, może też głupio, dlatego byłem gotowy na jej odmowę, mimo, że naprawdę nie chciałem jej usłyszeć.
- Nie musisz - odszepnęła.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Przybliżyłem jej dłoń do swoich ust i złożyłem na niej pocałunek.
- A jednak złośnice potrafią czasami być znośne - mruknąłem.
Zaśmiała się wesoło.
- Nie przyzwyczajaj się - odparła, drugą dłoń kładąc mi na policzku.
Teraz niemalże na mnie leżała, a nasze ciała nie mogły być już bliżej siebie.
Coś mi się przypomniało.
- Nie boli Cię?
Pokręciła głową.
- To nie jest ważne - odpowiedziała, cały czas patrząc mi w oczy.
Ona naprawdę nie miała nic przeciwko. A jednak cały czas bałem się, że zaraz się ode mnie odsunie. Musiała dostrzec, że coś mnie trapi.
Palcem wskazującym narysowała linię od mojej skroni, aż do kącika moich ust. Następnie przybliżyła twarz do mojej i w następnej chwili, jej słodkie usta zetknęły się z moimi.


* W moim opowiadaniu, Ella Fitzgerals była czarownicą, a jej piosenki były powszechnie znane w świecie czarodziejów.


niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział XXII Część I : Zabawę czas zacząć

Witam! Tym razem na czas :D Muszę przyznać, 
że jestem bardzo dumna z tego rozdziału. Jest
przede wszystkim długi, ale zawiera też kilka nowych,
może też szokujących informacji. Mam wielką 
nadzieję, że się wam spodoba, na prawdę się 
napracowałam! Byłabym też wdzięczna, jeśli 
zostawilibyście po sobie komentarz, napisali, co
sądzicie o rozdziale :) Miłego czytania!


Panna Potter.





Pierwsze co zobaczyłam, wchodząc do domu Dracona, to olbrzymi żyrandol. Światło odbijające się od tysięcy kryształków było wręcz magiczne.
Czy wszystko w jego domu musiało być ogromne? Dałabym sobie głowę uciąć, że hol, w którym właśnie się znajdowaliśmy, był większy od całego mieszkania na Grimmuald Place.
- Jesteście już - usłyszałam kobiecy głos, odbijający się echem od wysokich na przynajmniej sześć metrów ścian, wykonanych z ciemnego kamienia.
- Zaczynałam się martwić - dodała, kiedy już na nią patrzyliśmy.
W naszym kierunku zmierzała dość wysoka kobieta. Ubrana była w prostą, ale bardzo elegancką sukienkę, sięgającej do ziemi. Była w kolorze butelkowej zieleni, wykonana z jedwabiu. Całość prezentowała się przepięknie. Jej oczy rozjaśniły się na widok syna, którego twarz ujęła w swoje dość chude (i perfekcyjnie zadbane) dłonie i pocałowała w policzek.
- Przepraszam, mamo - odrzekł Draco - Talia, poznaj moją mamę. Mamo, to jest właśnie Talia - przedstawił nas sobie.
Matka Dracona wyciągnęła do mnie dłoń. Spodziewałam się delikatnego uściśnięcia ręki, ale nie. Jej uścisk był zadziwiająco mocy, jak na tak elegancką kobietę.
- Witaj Talio. Mam nadzieję, ze poczujesz się tutaj, jak w domu - posłała mi promienny uśmiech, odsłaniając swoje idealnie białe zęby.
Czy ona nie posiadała żadnych wad? Przy niej czułam się jak najgorsza pokraka. Nawet sposób, w jaki się poruszała, był nienaganny.
- Dobry wieczór, Pani Malfoy. Dziękuję bardzo za zaproszenie - odparłam, rumieniąc się lekko.
Miałam ochotę schować się pod dywan, który swoją drogą był przepiękny, tak jak wszystko co było, czy też żyło w tym domu (na przykład Pani Malfoy....).
- Ależ nie ma za co. Muszę przyznać, że niecierpliwie czekałam na dzień w którym Cię poznam - powiedziała, a jej słowa i serdeczność w jej głosie sprawiły, że mogłabym się rozpłynąć na jej oczach.
- Och, naprawdę? - odparłam mało inteligentnie.
- Oczywiście. Tyle o tobie słyszałam.
Słyszała o mnie? Czyżby Draco rozmawiał o mnie ze swoją matką? "Idiotko, pewnie chodziło jej o twoje moce. W końcu jej mąż szukał dla Ciebie medalionu" szepnęła moja podświadomość.
- Cóż, mam nadzieję, że nie słyszała Pani nic złego - powiedziałam, zerkając na Dracona, który przyglądał mi się cały czas. Było to bardzo krępujące.
- Skądże znowu, mój syn lubi twoje towarzystwo, z tego co wywnioskowałam z jego opowiadań - odpowiedziała.
- No dobrze, tobie już podziękujemy mamo. Talia musi się przyszykować, ja z resztą też. Zobaczymy się na bankiecie - wtrącił się Draco.
Podszedł do matki, cmoknął ją szybko w policzek, tak jak ona wcześniej i pociągnął mnie za sobą w stronę schodów.
Odwróciłam się, chcąc pożegnać się z Panią Malfoy i zobaczyłam, jak kręciła głową, rozbawiona zachowaniem syna. Puściła do mnie oczko opuściła hol.
- Proszę, proszę - odezwałam się, kiedy byliśmy już na półpiętrze - Zawsze uciekasz, kiedy tematy robią się niezręczne?
Malofoy spojrzał na mnie, piorunując mnie wzrokiem, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Ta cała sytuacja była przezabawna.
- Ja nie uciekam, Potter. Do bankietu zostały dwie godziny. Będą tam naprawdę ważni ludzie, więc muszę się dobrze prezentować. Ty zresztą też - odparł, nie zwalniając tępa.
Przystanął, kiedy byliśmy na trzecim piętrze.
- No już, Malfoy, nie burmusz się tak - parsknęłam, rozkoszując się tą chwilą.
Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego. Po raz pierwszy to on był zakłopotany.
Wziął głęboki oddech, a jego mina zelżała.
- Ufam, że twoje koleżanki nauczyły cię "robić się na bóstwo" - zmienił temat, idąc wolnym krokiem przez korytarz.
- Po tylu torturach? Nie miałam innego wyjścia.
Wzdrygnęłam się na samą myśl o makijażu i obcasach. Na początku fascynowało mnie to, co makijaż może zrobić z twarzą, ale szybko zmieniłam zdanie. Owszem, efekt końcowy zawsze mnie zachwycał, ale w praktyce... Wolałam już nigdy nie mieć z tym do czynienia. Niestety, dzisiaj musiałam wydobyć z siebie najelegantszą i nieolśniewającą wersję mnie, jako że bankiet, na który zostałam zaproszona okazał się bardzo ważny, jak mi to ciągle przypominał Malfoy.
- A tak z innej beczki, to gdzie ty mnie prowadzisz? - spytałam, przerywając ciszę.
- Prowadzę Cię do twojej tymczasowej sypialni. Moja Matka sama ją udekorowała, specjalnie dla Ciebie - odrzekł, patrząc przed siebie.
Nie wyglądał na zadowolonego, nie wiedziałam jednak co było tego powodem.
- Rety, przecież nie musiała. Jestem tutaj tylko na dwa dni - odparłam, po raz setny czując się głupio. Nie dość, że ojciec Dracona uganiał się za jakąś głupią przywieszką, tylko dlatego, żeby mi pomóc, to jeszcze Pani Malfoy narobiła sobie trudu, aby urządzić dla mnie pokój, który i tak opuszczę za dwa dni.
- Nie przejmuj się. Moja matka i tak nie miała nic lepszego do roboty. Cały czas siedzi w tym domu, trzymając się boku mojego ojca. Myślę, że taka okazja była dla niej zbawieniem - rzekł cierpko.
Skąd ta nagła zmiana nastroju? Postanowiłam jednak o to nie pytać. Wiedziałam jak to mogłoby się skończyć.
- A oto twój pokój - powiedział, zatrzymując się przed podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna - Przyjdę po Ciebie o ósmej - dodał, otwierając dla mnie drzwi.
- Czemu brzmi to jak groźba? - odparłam, udając przerażenie.
- Nie wiem, ty mi powiedz - szepnął, uśmiechając się tajemniczo.
Wywróciłam oczami i zamknęłam drzwi. Dobrze, że tam, były, bo kiedy zobaczyłam jak wygląda mój tymczasowy pokój, moje nogi ugięły się pode mną.
Czy ja byłam w pałacu?
Wysokie ściany zostały pomalowane na bordowy kolor, meble, które wyglądały na zbytki, były wykonane z ciemnego drewna, orzecha, o ile się nie myliłam. Mimo, ze wyglądały na stare, czas nie pozostawił na nich żadnych śladów, były w idealnym stanie.
Pod prawą ścianą, tuż przy oknie, stało wielkie łoże, które pomieściłoby cztery osoby, a po jego bokach dwie lampy, kształtem przypominające winorośl, pnącą się ku sufitowi.
Z lewej znajdował się kominek, również spektakularnych rozmiarów. Malfoyowie musieli mieć jakąś manię na tym punkcie, Czułam się jak mały skrzat.
W koncie, po lewej stronie kominka, stała szafa dwudrzwiowa. Podeszłam do niej i włożyłam torbę, którą niósł za mnie Malfoy.
Obok łóżka dostrzegłam piękną toaletkę, wykonaną w podobnym stylu jak lampy. Najbardziej jednak zachwycił mnie taras z widokiem na ogród (tak, też był wielki).
Wieczorne niebo było przysłonięte chmurami, jednak biały puch, który wszystko pokrywał, zdawał się niemal lśnić. Szybko wróciłam do środka, strzepując z siebie pojedyncze płatki śniegu.
To miejsce było niesamowite. Pasowałam tu? Oczywiście, że nie.



                                                                              ***


- No, jesteś wreszcie. Twoja mama prosiła nas, abyśmy jej pomogli na dole - powiedział na przywitanie Blaise, kiedy wszedłem do swojej sypialni.
Moi przyjaciele i ich rodziny zjawiły się u nas już wczoraj. Mimo, że każdy dostał osobny pokój, Teodor i Blaise ciągle nawiedzali mnie w mojej sypialni, nie dając mi chwili spokoju. Robili mi na złość.
- To, dziwne, bo przed chwilą widziałem się z nią w holu i nic mi o tym nie wspomniała - odrzekłem, zrzucając z siebie koszulę. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem z niej smoking, który moja matka zamówiła u najlepszej krawcowej w Wielkiej Brytanii.
- Ale my Ci wspominamy. Radziłbym Ci się pospieszyć - powiedział Teodor, siedzący na kanapie, która stała u nóg mojego łóżka. Oczywiście zdążyli już przywitać się z moim prywatnym barkiem. Na stoliku przed Nottem stała butelka Szkockiej.
- Widzę, że zapewniasz sobie dobrą zabawę - parsknąłem.
- Bez urazy, ale te bankiety przestały mnie bawić już dawno temu - odparł Teo.
- Nie tylko Ciebie - wtrącił się Blaise, a ja mu przytaknąłem .
Bankiety moich rodziców zawsze były bardzo sztywne. Nie chciałem w nich uczestniczyć, ale jako ich jedyny syn nie miałem innego wyjścia, zwłaszcza w tym roku, jako że Czarny Pan powrócił.
Miał się zjawić dziś wieczorem, oczywiście pod przykrywką. Snape uwarzył dla niego wyjątkowo mocny eliksir wielosokowy. Niestety nie wiedziałem, jak miał wyglądać.
- Macie się dzisiaj zachowywać. Jeśli znowu uchlacie się tak, jak w zeszłym roku to przysięgam, nie wyjdziecie z tego żywi. Dziwię się, że w ogóle was uwzględnili, wysyłając zaproszenia.
- No już, księżniczko, nie płacz już tak. W tym roku nie możemy sobie na to pozwolić, w końcu Czarny Pan ma nas zaszczycić  - mruknął z rezygnacją Teodor.
Zapadła cisza. Nikt z nas nie cieszył się z tego powodu, zwłaszcza Teodor. Nie widział go od wakacji, kiedy Voldemort zabił jego młodszego brata. Od tamtej pory nie popierał swoich rodziców, nie chciał wstąpić w szeregi Pana. Podobnie jak ja i Blaise. Nikt jednak nie dawał nam wyboru. Gdybyśmy się zbuntowali, nasze rodziny przypłaciły by to życiem.
- Jak tam spotkanie z Talią? - odezwał się Blaise.
- A jakie miało być?
- Sądząc po twoim humorze, to nie zbyt dobrze - mruknął pod nosem Teodor.
- Dziwisz mi się? - warknąłem, poprawiając muszkę.
- Jaśniej?
- Nie chcę jej w to wciągać - powiedziałem niemalże szeptem.
I tak już wiedzieli, jaki mam stosunek do siostry Pottera. Ukrywanie tego, że nie chciałem oddawać jej w ręce Voldemorta nie miało już sensu.
- Wiem - Teodor wstał i poklepał mnie po ramieniu - Ale sam nam mówiłeś, że nie mamy innego wyjścia. Nie pękaj, stary. Na razie musimy trzymać się poleceń z góry, ale może uda nam się coś wymyślić.
Westchnąłem ciężko. Nott miał rację. Nie mogliśmy na to nic poradzić. Dopóki nie będziemy mięli solidnego planu i pewności, że wypali, nie było mowy o podjęciu jakichkolwiek działań.
Podszedłem po lustra, przeczesałem dłonią włosy i odwróciłem się do moich kolegów.
- No, panowie. Zabawę czas zacząć.
- I takie podejście mi się podoba - zaśmiał się Blaise - Zupełnie jak dawny ty.
- Dawny ja? - zdziwiłem się.
- Wiesz... Odkąd Panna Potter podbiła twoje serce... Zmiękłeś, stary - powiedział Teodor, stając w bezpiecznej odległości.
Ja tylko zaśmiałem się krótko.
- Ach tak. Zmiękłem, powiadasz - spojrzałem na Zabiniego i Notta, uśmiechając się z wyższością.
- Jeszcze zobaczymy.


- No, chłopcy. Już chciałam po was iść - zawołała moja matka z drugiego końca sali balowej.
- Wybacz, ale moi koledzy nie dawali mi się przyszykować - odparłem, a chłopaki zaczęli protestować.
Mama podeszła do mnie, mierząc mnie swoim spojrzeniem. Po chwili kąciki jej ust drgnęły lekko.
- Wyglądasz wspaniale - powiedział, poprawiając mi muchę.
- Ty również - odrzekłem.
- Muszę przyznać, że bardzo wyrośliście. Rok temu byliście jeszcze dziećmi, a teraz... Stoją przede mną mężczyźni - westchnęła, gładząc włosy Teodora, następnie podeszła do Blaise'a i poprawiła jego krawat.
Dobrze wiedziałem co robiła.
Zazwyczaj mężczyźni, którzy służyli Czarnemu Panu byli bardzo surowi dla swoich dzieci. Zero empatii, współczucia... Zupełnie, jakbyśmy byli tylko psami, które mięli za zadanie wytresować. Nasze matki nie miały prawa się temu sprzeciwiać, więc jedyne, co mogły zrobić, to przekonać nas, że damy sobie radę, że jesteśmy na tyle silni. Nigdy tego nie mówiłem mojej matce, ale pewnie wiedziała, jakie mam podejście do tej misji. Dzisiejszy dzień był tym decydującym, mięliśmy się przekonać, czy się nam udało. Mój ojciec zadbał o to, żeby mama również nie okazywała za bardzo uczuć. Nie robiła tego wprost, ale ja wiedziałem, kiedy próbowała mnie wesprzeć.
- Pani Malfoy, bo jeszcze pani mąż usłyszy - szepnął, puszczając do niej oczko.
Moja matka zaśmiała się cicho, patrząc na niego z politowaniem. Ja tylko wzniosłem oczy ku niebu.
" Czy on się nigdy nie nauczy? "
- No dalej, nadal jest dużo do zrobienia, a nie mamy dużo czasu. Porozstawiajcie te wazony na wszystkich, bukiety są na górze. Potem porozwieszacie te girlandy świetlne. Ach, no i zostały jeszcze świece, które również muszą być ułożone na stolikach. Do roboty!


Nareszcie. Skończyliśmy pomagać mamie. Za piętnaście minut mięli zjawić się pierwszy goście, których ja, matka i ojciec zazwyczaj witaliśmy przy wejściu do sali balowej. W tym roku miała dołączyć do nas Talia, po którą właśnie szedłem. Idąc odpowiednim korytarzem na trzecim piętrze zastanawiałem się, jak dzisiaj będzie wyglądała.
Zapukałem do drzwi.  Szybko poprawiłem marynarkę i rozluźniłem się trochę " Wyluzuj, wszystko będzie dobrze" powtarzałem sobie w kółko. Jak na razie działało.
Wreszcie otworzyły się drzwi, a dziewczyna, która w nich stanęła wyglądała oszałamiająco. W pierwszej sekundzie jej nie poznałem, ale kiedy już się opanowałem, dostrzegłem te jej zadziorne, zielone oczy, które podkreślał, swoją drogą udany, makijaż. Talia postanowiła dziś podkreślić coś więcej, niż tylko piękne rysy twarzy. Sukienka, którą włożyła, była nieco odważniejsza od tej, którą wybrała na bal w Hogwarcie. Przede wszystkim odsłaniała jej smukłe nogi i idealnie podkreślała figurę. "Bardzo piękną figurę" mruknęła moja podświadomość, z którą musiałem się zgłosić.
Postanowiła zrezygnować ze swoich loków. Dziś jej włosy opadały lekkimi falami na jej plecy.
- Dobra robota, Potter - pochwaliłem ją, uśmiechając się nonszalancko.
Skoro już miał wrócić Stary Draco, to pełną parą.
- I vice versa - zaśmiała się,
Wyciągnąłem do niej rękę i kiedy niepewnie ją ujęła, okręciłem ją wokół własnej osi. Okazało się, że sukienka odkrywała również kawałek pleców.
I jak tu zachować zdrowy rozsądek?
- Mam nadzieję, że masz dobre gadane i że potrafisz prawić komplementy, bo będziesz witała z nami gości - powiedziałem, ruszając w stronę schodów.
Musiałem jednak zwolnić, bo wysokie obcasy nie pozwalały Talii na szybsze tempo.
- Jestem przecież tylko gościem - zdziwiła się.
- Jesteś gościem honorowym. Prawdę mówiąc, trudno było zachować Cię w tajemnicy i większość gości już o tobie słyszało. Są ciebie bardzo ciekawi.
Spojrzała na mnie, nie zbyt przekonana, ale w końcu kiwnęła głową.
- Okay, będę chwaliła suknie tych wszystkich arystokratek i mówiła, jak miło jest mi poznać ich mężów. Ewentualnie wspomnę coś o ich wspaniałych dzieciach.
Parsknąłem śmiechem. Dziękowałem Slazarowi, że nie wywodziła się z arystokratycznej rodziny. Jej bezpośredniość i cięty język wprowadzały trochę rozrywki do mojego życia.
- Widzę, że ktoś odrobił lekcje. Kto wie, może Ci się to spodoba - rzekłem, oferując jej ramię, kiedy stanęliśmy u szczytu schodów.
- Szczerze w to wątpię, ale może będzie zabawnie - odparła.
- Na to bym nie liczył - powiedziałem, rozczarowując moją towarzyszkę.
- Te bankiety nie mogą chyba być aż tak nudne.
- A jednak.
-  W takim razie, współczuję Ci, Malfoy - zaśmiała się.
- Nie wiem, czy wiesz, ale ty też będziesz brała udział w tych męczarniach.
- Tak, ale tylko dzisiaj. Ty musisz to znosić co roku - odparła, najwyraźniej się tym rozkoszując.
- Pewnie, dobij leżącego - prychnąłem, udając urażonego.
- Hej, to nie moja wina, że tak wygląda twoje życie.
- Taa... Najgorsze jest to, że ja też nie mogę nic na to poradzić - mruknąłem, zapominając się trochę.
Cholera, mogłem sobie darować ten komentarz.
Talia spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Była mądrzejsza, niż myślałem.
Resztę drogi pokonaliśmy w ciszy. Przy drzwiach do Sali czekała na nas moja matka. Nie mogłem uwierzyć, w to co widziałem.
Kiedy odwróciła się w naszą stroną, na jej twarzy pojawił się szczery, promienny uśmiech. Jeszcze nigdy takiego u niej nie widziałem.
- Talio, wyglądasz naprawdę ślicznie! - zawołała, obejmując delikatnie dziewczynę.
Wow.
- Dziękuję, starałam się - wymamrotała Talia, lekko się rumieniąc - Niestety nie dorównuję pani - dodała.
- Och, nie przesadzaj. Coś czuję, że dziś nie tylko oczy Dracona będą zwrócone w twoją stronę - szepnęła moja matka, ale na jej nieszczęście, usłyszałem tą niekorzystną dla mnie uwagę.
Talia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało.
Czyżbym miał omamy? Taki uroczy uśmiech na twarzy największej awanturnicy na świecie?
To musiał być mój szczęśliwy dzień.
Tą chwilę przerwał jednak nie kto inny, tylko mój ojciec. Stanął obok mamy.
- Dobry wieczór, Panno Potter. Wszyscy bardzo się cieszymy, że przyjęłaś nasze zaproszenie - przywitał się, wyciągając do niej rękę.
- Dobry wieczór, Panie Malfoy. Bardzo dziękuję za to zaproszenie - odparła, podając mu dłoń.
Kątem oka dostrzegłam, że wyraz jej twarzy się zmienia. Jako że nadal stała blisko mnie, czułem, jak lekko się spięła. Jej postawa stała się bardziej ostrożna.
"Mądra dziewczyna" pomyślałem.
Dyskretnie objąłem dziewczynę, kładąc dłoń na jej plecach, chcąc dać jej choć minimalne poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że powinienem przekonać ją do mojego ojca, próbowałem, ale on miał coś w sobie, co sprawiało, że ludzie nie za szybko mu ufali. Oczywiście w mgnieniu oka potrafił owinąć sobie kobietę wokół palca, czemu moja matka często musiała się przyglądać, ale Talia była po pierwsze zbyt młoda, aby mógł zgrywać czarującego mężczyznę, a po drugie, była zbyt spostrzegawcza, co dość często i skutecznie utrudniało mi ukryć przed nią co nie co.
Poczułem, że Talia trochę się rozluźniła. Uśmiechnąłem się w duchu.


                                     
                                                                               ***


Nie wierzyłam, że kiedykolwiek się do tego przyznam, ale świadomość, ze Draco jest blisko mnie dodawała mi otuchy, zwłaszcza, że znajdowałam się na obcym terenie. Dobrze było mieć kogoś znajomego w tak wielkim domu, który za parę chwil miał się wypełnić obcymi ludźmi.
Kiedy puściłam dłoń Lucjusza Malfoya, zauważyłam za jego plecami dwójkę młodych "dżentelmenów", śpieszących w naszym kierunku.
- Talia! - zawołał wesoło Blaise i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, odciągając mnie kawałek od Państwa Malfoyów. Byłam mu za to wdzięczna.
- Cześć Blaise - powiedziałam radośnie, odwzajemniając uścisk.
- No, no. Nasza mała dziewczynka dorasta - puścił mi oczko - Wyglądasz kwitnąco - zaśmiał się.
- Dzięki. Ty też wyglądasz nieźle - odparłam, przyglądając mu się.
Ginny miała rację. Garnitury działały cuda, a trójka moich kolegów i tak była już niczego sobie.
- Ze mną się nie przywitasz? - obruszył się Teodor, ale po chwili uśmiechnął się szeroko.
Podeszłam do niego, starając się nie stracić równowagi na tych cholernych obcasach, ale już po kilku krokach byłam bezpieczna, w mocnym uścisku Teodora. Dziwne, ale zdążyłam się już za nimi stęsknić. Ich widok znacznie poprawił moje samopoczucie.
-Zgodzę się z Blaisem. Wyglądasz świetnie - powiedział, puszczając mnie.
- Wzajemnie. Kurcze, może też powinnam załatwić sobie garnitur? - zażartowałam.
- Niestety muszę wam ją porwać - przerwał nam Draco - Goście zaczynają się schodzić.
Po spochmurniałym Draco nie było śladu. W jego szarych tęczówkach widziałam wesołe iskierki, a na jego ustach widniał ten jego szelmowski uśmiech.
- Pogadamy później - powiedział Blaise i razem z Teodorem weszli do Sali Balowej.
- Gotowa prawić ludziom nieszczere komplementy? - spytał Draco, unosząc brew.
- Jeszcze się pytasz? Czekałam na to całe moje życie - prychnęłam.
Pokręcił jedynie głową, próbując powstrzymać śmiech.
"Zabawę czas zacząć"  pomyślałam.

Witanie gości nie było takie straszne, jak mi się zdawało. Jednak ciekawskie spojrzenia nie sprawiały, że czułam się lepiej. Wszyscy byli albo strasznie wyniośli, albo niewyobrażalnie sztywni.
Ta cała szopka trwała co najmniej godzinę, bo gości przyszło bardzo dużo. Na szczęście podeszła do nas ostatnia osoba i zobaczyłam, jak drzwi wejściowe się zamykają. "Nareszcie!" 
- Dobry wieczór - odezwał się Pan Malfoy,
Stał na samym czele "kolejki". Obok niego stała jego żona. Draco i ja staliśmy na końcu.
- Dobry wieczór, Lucjuszu - odezwał się mężczyzna.
Miał na sobie granatowy garnitur. Włosy miał czarne jak smoła, zaczesane do tyłu. Był też bardzo wysoki. Coś w jego twarzy zdawało się dziwnie znajome.
- Witaj Narcyzo. Śliczna jak zawsze - ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek.
Jego głos był głęboki i cichy.
- Dziękuję za przybycie - odparła, uśmiechając się blado.
- To mysi być młody Malfoy - zawołał nieznajomy - Wyrosłeś, chłopcze.
Draco uścisną mu rękę z kamienną twarzą.
Teraz kolej na mnie. Musiałam podnieść głowę, aby patrzeć mu w oczy, Były brązowe, ale dostrzegłam w nich lekko czerwone akcenty. Dziwne...
- Talia Potter - szepnął z niemal zachwytem, co bardzo mnie zawstydziło, ale dałam tego po sobie poznać.
- To dla mnie zaszczyt, wreszcie móc Cię poznać - powiedział, podając mi rękę.
Na mojej dłoni również złożył delikatny pocałunek. Przeszły mnie ciarki. Jego skóra była lodowata w dotyku.
- Chyba nie dosłyszałam Pana imienia - powiedziałam, w przypływie odwagi.
Kącik jego ust uniósł się lekko.
- Arthur Winters - rzekł, kłaniając się przy tym.
- Miło mi pana poznać.
Skinął głową i odszedł.
Kiedy patrzyłam, jak Arthur Winters się oddala, czułam, jakby ogromny ciężar spadał z moich ramion.
- Przeżyłaś - szepnął mi do ucha Draco, kiedy jego rodzice również ruszyli w stronę stolików.
- Ledwo - zaśmiałam się - To zawsze tak długo trwa?
- Bez wyjątków.


- Chciałbym jeszcze raz podziękować, za wasze przybycie. Jak co roku, cieszę się, że ten dzień możemy spędzić w takim gronie. Dziś jednak, dołączył do nas ktoś nowy. To bardzo specjalny gość i chyba wszyscy wiemy, kogo mam na myśli.
O matko... Czy on rzeczywiście to zrobił? Wszyscy zebrani w Sali spojrzeli w moim kierunku.
Siedziałam akurat przy okrągłym stoliku, pomiędzy Malfoyem, a Teodorem. Dołączyli również rodzice Blaise'a i Teodora i Pani Malfoy. Brakowało tylko jej męża, który właśnie stał na środku sali i wygłaszał mowę powitalną.
- Talio, jeszcze raz pragnę podziękować, za twoje przybycie - zwrócił się do mnie, na co ja skinęłam głową, siląc się na uśmiech.
Rozległy się brawa.
- No cóż, nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć wszystkim miłego wieczoru - zakończył przemowę i wrócił do stolika, na którym pojawiło się jedzenie.
Posiłek minął nam w ciszy. Słychać było tylko odgłosy sztućców. Kiedy talerze stawały się już puste, na małej scenie w lewym kącie sali zaczął grać zespół, który nie wiadomo kiedy się pojawił.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Panował tu błękit i biel. Białe obrusy, wykańczane błękitną nicią. Białe ściany, na których były porozwieszanie przepiękne girlandy, dające zimne światło, ale za to efekt był przepiękny. Zupełnie, jakby ta sala została przemieniona w zimową krainę. Podniosłam wzrok na sufit, którego zdawało się nie być. Musiał zostać zaczarowany tak, jak w Hogwarcie. Siedzieliśmy pod bezchmurnym, nocnym niebem, Mimo braku chmur, z czarodziejskiego nieba spadały leniwie pojedyncze płatki śniegu, które jednak znikały w połowie drogi.
Widok zapierający dech w piersiach.
Kiedy tak wpatrywałam się w sufit, nie zauważyłam, że goście zaczęli odchodzić od stolików. Kilka par zaczęło już nawet tańczyć, większość jednak ruszyła w stronę długiego stołu pod wysokimi oknami, na którym stały przeróżne trunki i przekąski. Atmosfera stała się bardziej luźna.
Na ziemie przywołał mnie głos matki Pani Malfo.
- Talio, słyszałam od mojego zięcia, że posiadasz niezwykłe moce - odezwała się dość wyniosłym głosem, a wyraz twarzy miała wyzywający, jakby nie wierzyła w historie męża swojej córki.
- Zgadza się - przytaknęłam, nawiązując kontakt wzrokowy.
Kobieta zmrużyła lekko oczy.
- A na czym one polegają?
- Cóż, wiem tylko, że kryjąca się we mnie energia jest bardzo potężna. Dość niedawno dowiedziałam się, że jestem w jej posiadaniu. Sposób w jaki się o tym przekonałam, nie był zbyt przyjemny. Pani wnuk jednak bardzo mi pomógł - odpowiedziałam grzecznym tonem, patrząc jej prosto w oczy.
Kątem oka, dostrzegłam jednak, że Draco powstrzymuje uśmiech, tak samo jak Blaise i Teodor. Reszta nam się tylko przyglądała.
- Doprawdy? W jaki to sposób się dowiedziałaś o tych mocach? -  spytała, jeszcze bardziej mrużąc oczy.
- Mamo - szepnęła pani Narcyza.
- Pewna dziewczyna ze szkoły wyprowadziła mnie z równowagi - powiedziałam, ignorując zakłopotaną córkę mojej rozmówczyni.
- Jaśniej?
- Zaczęła obrażać moich rodziców. Zapewne wie pani że nie żyją. Jako że jestem dość porywcza, jak to niektórzy mówią, straciłam panowanie nad sobą. Uderzyłam w dziewczynę falą mocy, która... lekko ją poturbowała. Ja zaś odczuwałam ból i później odkryłam blizny na klatce piersiowej. Taka jest cena stracenia równowagi. Dlatego też Draco zaproponował mi pomoc - odparłam nadal grzecznym tonem, zapominając o filtrze, który zawsze jakoś mi szwankuje, kiedy otwieram buzię.
- Ach tak... Jak bardzo Cię bolało? - spytała, pochylając się nad stołem.
- Matko! - fuknęła Pani Malfoy.
Draco, Blaise i Teodor za to parsknęli śmiechem.
- Myślę, że klątwa Cruciatus byłaby trochę mniej bolesna, wnioskując po tym, że ból zostawił ślady na moim ciele, w postaci wcześniej wspomnianych blizn - rzekłam beznamiętnie, w środku wzdrygając się jednak na wspomnienie tego bólu.
Pan Malfoy wytrzeszczył oczy, w których pojawił się niepokojący błysk. Rodzice Blaise'a i Teodora wymieniali zaniepokojone spojrzenia z Panią Narcyzą. Chłopaki za to uśmiechali się wesoło.
- A masz porównanie, młoda damo? - zadała kolejne pytanie ze złośliwym uśmieszkiem.
- Koniec! - syknęła Pani Malfoy.
- Nie przesadzaj Narcyzo! Dziewczyna nie bałaby się powiedzieć, gdybym przekroczyła granicę!
Pani Black machnęła ręką na swoją córkę i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Niestety tak. Zakładam, że chce Pani poznać tą historię? - spytałam, unosząc jedną brew.
Kobieta patrzyła na mnie badawczo. W końcu jednak kącik jej wąskich ust drgnął lekko.
Wygrałam.
- Mów, dziecko - rzekła, i skrzyżowała ręce na piersi, opierając się wygodnie na krześle.
Chyba zaczynałam lubić Panią Black.
- Przez parę lat mieszkałam sama, mając już po dziurki w nosie kolejnych rodzin zastępczych, które przekazywały mnie z rąk do rąk. Chciałam odnaleźć mojego brata, nie wiedziałam jednak jak i gdzie mam zacząć. Jak wszyscy wiemy, na ulicy Pokątnej i na Nokturnie krąży najwięcej plotek i wiadomości, więc bywałam tam regularnie.
- Kręciłaś się po Nokturnie? - przerwał mi zdziwiony Draco.
- Tak, siedź cicho - odparłam - Pewnego dnia... Powiedzmy że wpadłam na niewłaściwą osobę. Miałam wtedy trzynaście lat.
- A czy ta osoba miała powód? - spytała Pani Black, najwyraźniej zaciekawiona.
- Już dość się dowiedziałaś, mamo - przerwała nam po raz kolejny matka Dracona, który również czekał na ciąg dalszy mojej historii.
- Jesteś zbyt sztywna, Narcyzo - rzuciła w jej stronę jej matka.
- Myślę, że to kwestia manier, moja droga - odezwał się po raz pierwszy Pan Black.
Jego żona spojrzała na niego znudzonym wzrokiem, następnie wstała i oddaliła się do stolika z alkoholem.
Tak, zdecydowanie ją polubiłam.
- Przepraszam Cię, Talio - zwróciła się do mnie pani domu.
- Nic nie szkodzi, naprawdę - powiedziałam, uśmiechając się szczerze.
Patrzyła na mnie niepewnie przez chwilę, ale w końcu odwróciła się do męża.
- Powinniśmy iść do gości, Lucjuszu.
Wszyscy dorośli wstali od stołu.
- Niezłe z Ciebie ziółko - powiedział Blaise.
- Wiesz, że twoja przesadna prawdomówność kiedyś cie zgubi? - parsknął Draco.
- Wiem, ale jeszcze nie dzisiaj - odparłam, sięgając po kieliszek z wodą.
Mój sąsiad pokręcił tylko głową.
- Naprawdę zostałaś potraktowana Cruciatusem? - spytał Teodor.
- Tak. Wiesz jakie typy są na Przekątnej...
- Wiem, ale ty byłaś dzieckiem.
- Myślisz, że ich to obchodzi? Byłam trzynastoletnią smarkulą, która zadawała się z różnymi osobami, tylko po to, aby usłyszeć choćby słowo o tym, gdzie może być mój brat. Nie zawsze dobierałam sobie dobrych informatorów. Ktoś dowiedział się kim jestem, nie wiem jak. Chciał mnie uprowadzić, ale ja mu się nie dawałam. Musiał wiedzieć o moich mocach, bo inaczej by mu tak nie zależało, W końcu stracił cierpliwość i wyciągnął różdżkę... Myślałam, że mnie wykończy. Wtedy właśnie poznałam Hagrida, gajowego, którym tak gardzicie. Przepędził go i pomógł mi się pozbierać.

Ślizgoni nic nie odpowiedzieli. Dobrze wiedziałam, że Hagrida mięli za zwykłe zero.
"I dobrze, niech będzie im głupio " pomyślałam.
- Talia, chcesz zatańczyć? - spytał Blaise, przerywając krepującą ciszę.
- Pewnie, tylko wiedz, że nie tańczę zbyt dobrze - ostrzegłam go.
- Damy sobie radę - odparł, kłaniając się przede mną teatralnie.
Poszliśmy na parkiet.



                                                                                ***


- Wiedziałeś o tym? - spytał Teodor.
- Nie - odparłem, patrząc się w kierunku Talii, tańczącej z Blaisem.
- Napastnik mógł być kimś od nas. Inaczej skąd by wiedział o jej istnieniu i w ogóle mocy?
- Też tak sadzę. Wychodzi na to, że poszukiwania trwały też po upadku Czarnego Pana - powiedziałem cicho.
- Nie dziwi mnie to. Ktoś musiał cały czas dowodzić grupą ostałych śmierciożerców i kontynuować działania Voldemorta. Inaczej skąd wiedziałby o zdradzie mojej ciotki i wujka? Tylko kto to mógł być? Bo na pewno nie twój ojciec, przecież to nie on wydał ich Panu.
- Nie wiem... Ale skoro mamy jak na razie zachować ostrożność i dalej trwać w tej cholernej misji, o radzę Ci nie mówić Talii, że jest twoją kuzynką. Jeśli się dowie, to będzie zła, a jej reakcja jest do przewidzenia - ostrzegłem Teodora, który już od jakiegoś czasu zastanawiał się, czy nie wyjawić Talii prawdy, o śmierci jego brata.

Po upadku Czarnego Pana, kiedy nie udało mu się zabić Pottera i zgarnąć Talii, większość śmierciożerców została złapana. Byli jednak też Ci, którym udało się uciec. Przykładem był wuj Teodora, mąż siostry jego matki, i mój ojciec, który twierdził, że był pod wpływem Imperiusa. Kilka lat później, wujostwo Teodora postanowiło zaadoptować dziecko, bo nie mogli mieć swoich. Zaopiekowali się małą dziewczynką, którą niemal od razu pokochali, jak własną córkę. Po pewnym czasie, dowiedzieli się kim była naprawdę. Postanowili nic z tym nie robić, bo nie chcieli jej stracić, była dla nich wszystkim. Wtedy mój ojciec dostał rozkaz, aby odnaleźć zaginioną córkę Potterów. Znał zaklęcie ujawniające prawdziwą tożsamość człowieka. Jako mały chłopiec, nie wiedziałem co robił i dlaczego znowu tak często nie było go w domu. Dopiero w zeszłe wakacje dowiedziałem się, całej prawdy. Dowiedziałem się mój ojciec nawet po zniknięciu Voldemorta kontynuował jego działania. Pewnego dnia, dostał nakaz sprawdzenia dziecka , które zostało zaadoptowane przez wujostwo Teodora.  Mój ojciec odkrył prawdę, zgodził się jednak dochować tajemnicy, jako że przyjaźnił się z nimi. W obawie, że ktoś i tak się dowie o tym, że ukrywają Talię Potter, dla jej bezpieczeństwa, oddali się do innej rodziny i sami przeprowadzili się na Alaskę. Ciotka Teodora, z rozpaczy odebrała sobie życie, a zaraz po niej jej mąż. Tajemniczy "szef" mojego ojca musiał mieć szpiegów. Kiedy Czarny Pan powrócił, doniósł mu, o zdradzie, która miała miejsce pod jego nieobecność. Jako że Amelia i John popełnili samobójstwo, kara musiała paść na ich najbliższą rodzinę. W wakacje, Lord Voldemort zamordował młodego Alexandra, brata Teodora. Wybaczył jednak jego rodzicom, którzy od początku znali tajemnicę Amelii i Johna. Byli zbyt cenni, aby ich zabijać. Moją rodzinę ominęła kara, bo ojciec jak zwykle zdołał się ze wszystkiego wywinąć.
Jednak ja i Teodor dostaliśmy tą misję, aby udowodnić, że jesteśmy mu posłuszni. Kazał Blaise'owi się do nas przyłączyć, aby nam pomógł.
Teraz Teodor, Blaise i ja mięliśmy naprawić błąd Johna i Amelii i oddać Talię, kuzynkę Teodora w ręce Czarnego Pana.