niedziela, 27 września 2015

Rozdział X Bestia poskramia Piękną

Dobry wieczór! Oto dziesiąty rozdział :D Jak już może 
zauważyliście, blog zyskał nowe zakładki. Serdecznie
zapraszam do strony "Bohaterowie", gdzie będziecie
mogli zobaczyć nie tylko Talię, dla której zdjęcia 
szukałam ponad trzy godziny, ale i resztę, zyskując
wyraźniejszy obraz postaci z mojego opowiadania. 
W zakładce "Kontakt" znajdziecie link do mojego
fanpage'a, na którego również zapraszam. Jestem 
bardzo, ale to bardzo ciekawa waszych opinii, które
są mile widziane w komentarzach. Nie przedłużam już!
Miłego czytania :) 

Panna Potter

P.S. Chcę jeszcze dodać, że musiałam skrócić rozdział z braku czasu, 
ale obiecuję, że następny będzie kusząco długi i jeszcze ciekawszy ^^





- Harry, błagam Cię! Chociaż raz użyj argumentów, a nie spławiaj nas! - żachnęła się Hermiona.
- Chcesz wiedzieć dlaczego? Może dlatego, że wszyscy mnie nienawidzą i mają mnie za kłamcę - zniecierpliwił się mój brat.
- To jest świetna okazja, żeby im pokazać że są w błędzie, Harry - wstawiłam się za Hermioną.
Jej pomysł był genialny.
- Nie oszukuj się. Wiesz aż za dobrze, że nawet nie będą chcieli mnie wysłuchać - jęknął bezradnie.
- Moim zdaniem, najzwyczajniej w świecie się boisz - zawołała oburzona Gryfonka.
- A ty byś się nie bała? Nie dość, że wszyscy się na mnie uwzięli, to jeszcze Umbridge czeka, aż coś przeskrobię.
- Ale ona nic nie musi wiedzieć! Jeśli teraz nikt nie powie im prawdy, to już zawsze będą wierzyć w te brednie. Poza tym, potrzebujemy twojej pomocy - powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Równie dobrze ty możesz ich uczyć. Musiałaś sobie sama dawać radę przez tyle lat, uczyła Cię Bathilda Bagshot... Oni nie będą mnie chcieli jako ich nauczyciela.
- Obiecaj mi chociaż, że to przemyślisz, Harry - odezwała się po dłuższej chwili Hermiona.
- Nie... Au! Musiałaś?- syknął Harry, po tym, jak uderzyłam go w ramię.
- Tak, bo zachowujesz się jak kretyn. Przemyśl wszystkie za i przeciw,  głównie za, a z Hermioną  zajmiemy się resztą.
Mój brat, choć niechętnie, skiną głową. Wymieniłyśmy spojrzenia z szatynką. Udało się. Objęłam Harry'ego i zaczęłam czochrać mu włosy.
- Talia, przestań... Zejdź ze mnie! - krzyknął, ale po chwili nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Mój złowieszczy śmiech zwrócił uwagę trzech pierwszoroczniaków, wymieniających się kartami z czekoladowych żab. Hermiona przyglądała się nam jedynie z politowaniem.
- No już, złośnico. Ginny na nas czeka w bibliotece - powiedziała.
- Prawie zapomniałam! Idź, dogonię Cię. Muszę jeszcze coś zabrać z dormitorium - odparłam uwalniając głowę Harry'ego z uścisku.
Pobiegłam szybko na górę po odpowiednią książkę. Wstąpiłam jeszcze do łazienki. W lustrze dostrzegłam, że blizny prawie zniknęły, choć nadal było widać ich lekki zarys. Westchnęłam cicho, opuszczając koszulkę. Od drugiego incydentu minął tydzień. Tamtego wieczoru siedziałam w dormitorium Ślizgonów do późna. Dostało mi się nie tylko od Malfoya, Harry też postanowił zrobić mi awanturę. Ciągle narzekał na to że gdzieś znikam. Nienawidziłam go okłamywać, ale nie miałam wyboru. Niestety, za każdym razem, kiedy go widziałam, przypominała mi się rozmowa z Draconem. Nie chciałam wierzyć w to, że mnie oszukiwał, ale słowa mojego nowego "nauczyciela" nie dawały mi spokoju. Oczywiście byłam zdolna do wymyślenia kilku powodów, dlaczego blondyn miałby mnie okłamać, ale jakiś cichuteńki głosik mówił mi, że Ślizgon nie kłamał. Czy była to głupia nadzieja? Możliwe. Niemniej, postanowiłam nie ignorować tego przeczucia stuprocentowo. Ktoś jednak zaczął ignorować mnie. Odkąd Malfoy postanowił mi pomóc, nie odezwał się ani razu. Nigdzie nie mogłam go spotkać, pomijając lekcje, na których nie mogłam z nim rozmawiać z wiadomych powodów. "Właśnie wtedy, kiedy potrzebuję jego pomocy, on postanawia nie zwracać na mnie uwagi... żałosne".

- Cześć! Co słychać? - szepnęłam do rudej koleżanki.
Pani Pince łypała na nas groźnie.
- Nic nowego. Opowiadaj, jak poszło z Harrym!
- A właśnie... Co się stało między tobą a moim bratem? Pokłóciliście się? - spytałam, zapominając włączyć filtr.
Nic nie mogłam na to poradzić. Sprawa Ginny i Harry'ego męczyła mnie już wystarczająco długo.
- Nic...
- Oj, mów.
- Ale naprawdę...
Umilkła, widząc moje spojrzenie. W końcu westchnęła i zaczęła mówić.
- Nic się nie stało. Nie pokłóciliśmy się. Chodzi o to, że... Przysięgnij mi, że nikomu nic nie powiesz.
- Przysięgam - odpowiedziałam z ręką na sercu.
- No więc, nie spodobał mi się fakt, że chciał zaprosić Cho do Hogsmeade - powiedziała, przyglądając się niepewnie mojej reakcji.
Otworzyłam szerzej oczy.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że podoba Ci się mój brat? - odparłam ze zdziwieniem.
- No... tak.
Otrząsnąwszy się z lekkiego szoku, uśmiechnęłam się ciepło do mojej rudej koleżanki.
- Wiesz, jako jego siostra, pomijając fakt, że znam go kilka tygodni, mogę Ci powiedzieć, że dobrze wybrałaś - powiedziałam, szczerząc zęby.
Ta parsknęła cicho.
- Problem w tym, że on... On o niczym nie ma pojęcia i widzi we mnie tylko siostrę swojego kumpla. Hermiona doradziła mi, żebym po prostu była sobą i nie przejmowała się tym tak bardzo.
- Ginny, nie wiem jak Ci pomóc. Ostatnio trochę różnie bywa między mną, a Harrym, więc wolę nie ryzykować. Jeśli jednak wpadniesz na jakiś pomysł, albo będziesz potrzebowała, nie wiem, informacji, to postaram się zrobić co w mojej mocy - rzekłam, klepiąc Ginny po ramieniu.
" Co w mojej mocy... A to dobre! Hahaha!" zakpiła moja podświadomość.  Poradziłam jej się zamknąć. Już i tak zbyt często myślałam o tej dziwnej energii, która się we mnie gnieździ.
- Dzięki, Talia - odparła, rumieniąc się do czerwoności.
Potrafiłam sobie wyobrazić, jak niezręcznie się czuła. Powiedzieć komuś, że podoba się mu jego brat... Nie wiem czy bym się na to zdobyła. Nigdy nawet nie myślałam o chłopakach w taki sposób.
- Dziewczyny, nie wolno mi tego mówić, ale chyba nie wytrzymam - odezwała się Hermiona.
Wyraźnie była czymś podekscytowana.
- O co chodzi? - spytałam.
- Dumbledore wezwał w zeszłym tygodniu wszystkich prefektów do swojego gabinetu. Przed feriami ma się odbyć Bal Bożonarodzeniowy! Zaproszeni są również uczniowie z innych szkół - powiedziała na jednym wydechu.
Gryfonki popatrzyły po sobie z entuzjazmem. Ja nie byłam zbyt szczęśliwa. Bal oznaczał tańce i suknie, a ja nie lubiłam sukienek, a jeszcze bardziej nie lubiłam tańczyć. Nigdy nie miałam nawet ku temu okazji, więc na pewno byłam okropną tancerką.
- Nie cieszysz się? - zapytały jednocześnie.
- Niee no... Super. Bal, to jest... Wow! - wyjąkałam.
- Nigdy nie byłaś na bal...
- Ginny - Hermiona uciszyła Pannę Weasley - to oczywiste, że nie była.
- To nic nie szkodzi. Będzie super, zobaczysz! Pomożemy Ci się przygotować - zaproponował rudzielec, który mnie w tej chwili przerażał.
Co innego, kiedy plotła mi warkocz, czy pomogła wybrać bluzkę na wypad do Hogsmeade. Ta mała wiewiórka chciała wcisnąć mnie w sukienkę balową, zrobić makijaż i takiego typu tortury. Koszmar.
- Ale pamiętajcie, nic nie wiecie o balu. Prefekci go organizują i mają to zachować w tajemnicy, aż sam dyrektor nie ogłosi tego oficjalnie - wtrąciła się szatynka.
- Oczywiście - obiecałyśmy z młodszą Gryfonką.
Kiedy skończyły mnie przekonywać, że bale nie są takie straszne, jak się wydają, wzięłyśmy się za prace domowe. Skończyłyśmy dopiero pół godziny przed kolacją.


                                                                               ***

- Czy to prawda, że w tym roku organizują bal? - zapiszczała Pansy.
Wzniosłem oczy ku niebu. Mój przyjaciel jednak nie potrafił trzymać języka za zębami.
- Tak, ale proszę Cię, nie rozpowiadaj tego swoim koleżankom - westchnąłem.
Siedziałem na kanapie w dormitorium, patrząc na Parkinson, leżącą na moim łóżku. Przed nią znajdowała się książka od Transmutacji.
- Ale Tracey i Dafne to moje przyjaciółki, muszę im powiedzieć! Wiesz jak trudno kupić sukienki w Hogsmeade? Musimy zdążyć, zanim wszystkie dziewczyny w Hogwarcie się dowiedzą - jęknęła.
- Straszne - westchnąłem sarkastycznie.
Pansy spiorunowała mnie wzorkiem.
- Tak? To wy oczekujecie od nas, żebyśmy wyglądały nienagannie. Jeśli chcesz, żebym nie przyniosła Ci wstydu, to nie marudź.
- Nie wiem, czy pójdę - odparłem obojętnie.
- Jak to? - przeraziła się.
- Takie coś mnie nie bawi.
Ślizgonka wstała z łóżka i usiadła mi na kolanach. Ujęła moją twarz w swoje małe dłonie.
- Mam iść sama? - spytała z miną smutnego szczeniaczka.
- Wiem, że beze mnie to żadna frajda, ale nie wiem czy mam ochotę iść - mruknąłem, gładząc ją po plecach.
- Będę bardzo nieszczęśliwa, wchodząc do Wielkiej Sali w pięknej sukni, sama, bez partnera.
- Bal nie odbędzie się w Wielkiej Sali.
Pansy popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Będzie nad jeziorem - odpowiedziałem.
- W grudniu? Chcą, żebyśmy zamarzli? - prychnęła.
- Istnieje takie coś, jak magia, kochanie. Niczym się nie przejmuj.
"Czemu nie wybrałem Dafne..." jęknąłem w duchu. Pansy Parkinson była najbardziej irytującą, rozpuszczoną i zapatrzoną w siebie dziewczyna w Hogwarcie. Z niewiadomych powodów, miała jednak duże powodzenie. Owszem, była ładna, ale i pusta.
- To jak, mam iść sama, czy będziesz mi towarzyszyć?
- Przemyślę to.
Dziewczyna westchnęła z irytacją, chcąc przejść z powrotem na łóżko, ale objąłem ją w talii, uniemożliwiając jej to. Pansy zrobiła obrażoną minę, ale nie mogła ukryć uśmiechu, cisnącego się na jej usta.
- Słyszałam, że Teodor się do was wprowadza - powiedziała, kładąc głowę na moim ramieniu.
- Zgadza się. Jutro Dostaniemy większe dormitorium.
- Czemu się do was przenosi? - spytała.
Nie wiedziałem co jej powiedzieć. Nott miał dzielić z nami dormitorium, bo Czarny Pan chciał dać mu się wykazać. Od tej pory miał mi pomagać w misji, tak jak Blaise. Teodor był dość spokojny, ale jego przyjaciele wiedzieli, że lepiej z nim nie zadzierać. Nieliczni dorównywali mu inteligencją. Z pozorów opanowany, ale po kilku szklankach Ognistej potrafił się bawić.
- Bo ktoś musi mieć dobry wpływ na Blaise'a, a ja się nie nadaje - mruknąłem.
Pansy zachichotała cicho.
- Ja też chcę oddzielne dormitorium z Tracey i Dafne - poskarżyła się.
- Z tym to już nie do mnie. Chodź, spóźnimy się na kolację - rzekłem.

Idąc z Pansy do Wielkiej Sali, zobaczyłem przed sobą burzę czarnych loków. Talia szła ze swoimi przyjaciółkami, śmiejąc się z czegoś, co powiedziała Wiewiórka. Na moje nieszczęście, Pansy również zaczęła się śmiać z żartu o Zabinim, który zacząłem opowiadać zanim zobaczyłem Gryfonkę. Pisk mojej towarzyszki zwrócił uwagę brunetki. Odwróciła się, a jej wzrok padł od razu na mnie. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale dostrzegłem w jej oczach błysk złości. Musiałem z nią porozmawiać, ale nie było jak. Nie mogłem zaczepiać Potterównej przy świadkach.
Talia na powrót odwróciła się do Granger i Weasley. Nagle, do głowy wpadł mi pewien pomysł.



                                                                                ***


- Malfoy się na Ciebie gapi - szepnęła Ginny.
Skinęła głową za siebie. W tym samym momencie usłyszałam charakterystyczny pisk Pansy Parkinson. Zerknęła za ramię i zobaczyłam go. Szedł kilka metrów za nami, patrząc mi prosto w oczy. "Dureń", syknęłam w myślach.
- Wydaje Ci się - odparłam obojętnie.
- Nie zauważyłaś, że ostatnio dziwnie się zachowuje? Przestał się nas czepiać, a za każdym razem, kiedy jest w pobliżu, to nie może oderwać od Ciebie wzroku - wtrąciła Hermiona.
- Nie wiem jak wy, ale ja aż tak bardzo nie zwracam na niego uwagi, w przeciwieństwie do was. Macie jakąś obsesję na jego punkcie? - uśmiechnęłam się zgryźliwe.
Obydwie posłały mi mordercze spojrzenie.
- Ja, na twoim miejscu, martwiłabym się, czy to on nie ma obsesji na TWOIM punkcie - odgryzła się Ginny.
- Szczerze wątpię. Gdyby tak było, to Pansy już dawno by mnie zrzuciła z Wierzy Astronomicznej - powiedziałam, ściszając głos jeszcze bardziej, żeby Parkinson przypadkiem nie dosłyszała mojej wypowiedzi.

Poczułam, że ktoś klepie mnie w ramię, kiedy kończyłam posiłek. Za mną stała opiekunka Gryffindoru, profesor McGonagall.
- Potter, dyrektor prosi, żebyś stawiła się w jego gabinecie po kolacji - powiedziała.
- Dziękuję, Pani profesor - odpowiedziałam.
Uśmiechnęła się i odeszła.
- Ciekawe, co znowu nabroiłaś - zaśmiał się George.
Spiorunowałam go wzrokiem, na co ten podniósł ręce w geście kapitulacji.
- Mnie bardziej zastanawia, ile trupów pierwszoklasistów chowa w szafie - dodał Fred.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pokręciłam tylko głową, mimowolnie się uśmiechając.
Nie dość, że musiałam znosić ich żarty na treningach, to jeszcze przy każdym posiłku rozbawiali Gryfonów moim kosztem. Nie przeszkadzało mi to, czasami nawet śmieszyło, ale ileż można?

Chciałam zapukać do dużych drzwi u szczytu schodów, ale otworzyły się same. Niepewnie przekroczyłam próg.
- Witaj, Talio. Usiądź proszę - profesor Dumbledore wskazał krzesło stojące przed jego biurkiem.
- Czy coś się stało, Panie dyrektorze? - spytałam.
Od razu przypomniała mi się ostatnia rozmowa, która miała miejsce w tym gabinecie. Dziś jednak, rozumiałam jej treść. Dumbledore wiedział o moich mocach.
- Nic, moja droga, nic. Jak się ostatnio czujesz?
- Dobrze. Czy będzie mnie Pan wzywał co parę tygodni, aby dowiedzieć się, jak się czuję? - spytałam, nie starając się ukryć złości.
Zdążyłam już zapomnieć o naszej poprzedniej rozmowie, do momentu, w którym nie zostałam ponownie wezwana. Wszystko zyskało sens. Skoro wiedział dyrektor, to musiał wiedzieć ktoś jeszcze.
- Nie rozumiem, czemu się denerwujesz. Chcesz może landrynkę?
- Czy jest coś, co muszę wiedzieć, profesorze? - zignorowałam jego pytanie.
- Nie, na razie nie - odparł po chwili zastanowienia.
- Czy nie uważa Pan, że nadszedł ten odpowiedni moment, o którym pan mówił? - zniecierpliwiłam się.
Chciałam to usłyszeć. Chciałam to usłyszeć od niego, przekonać się, że wcale tego przede mną nie ukrywają. Chciałam, żeby Draco Malfoy się mylił.
- Uważam, że to jeszcze nie ten moment, Talio. Musisz nam zaufać. Do tego czasu, musisz oczyścić swój umysł, być spokojna...
- Nie! Czemu nie chce mi Pan nic powiedzieć? "Kontroluj się" "Panuj nad emocjami", słyszałam to już tak wiele razy, profesorze. Czemu wszyscy coś przede mną ukrywają? - krzyknęłam, zrywając się z krzesła.
Instrumenty w jego gabinecie zaczęły się niebezpiecznie trząść.
- Talia, usiądź, proszę. Musisz się uspoko...
- Uspokoić? Po co? Przecież nawet nie wiem, dlaczego! - moje słowa ociekały złością i sarkazmem.
Miałam tego wszystkiego dosyć.
- Przykro mi - powiedział spokojnie - Ale nie jesteś jeszcze gotowa.
- Mi też jest przykro, Panie profesorze - syknęłam, po czym wyszłam z gabinetu.
Wiedziałam, że nie powinnam się tak unosić, że przesadziłam, ale to już mnie męczyło. Ludzie, którzy mi pomogli, ukrywali przede mną tak istotną informację na mój temat, kłamiąc mi w żywe oczy...Tego nie mogłam znieść.


Nareszcie chwila spokoju. Dochodziła jedenasta. Wstałam z fotela stojącego przy kominku z zamiarem położenia się spać, ale coś mnie powstrzymało. Na stoliku pojawił się wróbel z papieru. Zaćwierkał radośnie i po chwili sam się rozłożył. Dostrzegłam moje imię, więc wzięłam karteczkę do ręki.


                                      11:15 . Korytarz na siódmym piętrze. Nie spóźnij się.

                                                                                                                    D.M.


Przewróciłam oczami. Zastanawiałam się, czy nie zignorować prośby Ślizgona i nie pójść się położyć, ale ostatecznie pobiegłam na górę, żeby przebrać się z szat w coś bardziej wygodnego. Po dwudziestu minutach dotarłam na miejsce, po drodze o mało nie dając się przyłapać Filchowi. Rozejrzałam się po korytarzu, ale nikogo nie było. Wetknęłam nieznośny kosmyk, któremu udało się uwolnić z koka, za ucho. Gdzie się podziewał Malfoy?
- Spóźniłaś się - usłyszałam męski głos.
Draco wyłonił się z cienia, rzucanego przez gargulca.
- A nie pomyślałeś o tym, żeby poinformować mnie ciut wcześniej? Na przykład tydzień temu, kiedy to obiecałeś mi pomóc? - warknęłam, zadzierając głowę.
Sięgałam chłopakowi zaledwie do brody, co wcale mi nie pomagało wyglądać tak groźnie, jak chciałam.
- Nasza mała Potter się stęskniła? - uśmiechnął się złośliwie blondyn.
Uniosłam jedną brew, patrząc na niego z politowaniem.
- Oczywiście - odparłam sarkastycznie.
- Nie mogłem dać Ci znać wcześniej. Byłem zajęty.
- Ciekawe czym.
- Nie interesuj się, maluchu - zaśmiał się.
Schowałam twarz w dłonie, modląc się o cierpliwość.
- Do rzeczy - powiedziałam.
- Nie potrafisz przejąć kontroli nad swoją wybuchową osobowością. Powiedziałem, że Ci w tym pomogę. W każdą niedzielę po obiedzie, będziesz przychodziła tu, i przejdziesz przez drzwi, które pojawią się na tej ścianie - rzekł, opierając się o kamienną ścianę.
- I nie mogłeś tego napisać na swojej karteczce? - jęknęłam.
- Nie, chciałem znowu zobaczyć, jak się złościsz. To urocze - mrugnął do mnie.
- Wpędzisz mnie do piachu, Malfoy - szepnęłam, czując lekkie mrowienie w palcach.
- Widzisz? Wystarczy mała błahostka, żebyś się zdenerwowała.
- Nie, to ty tak na mnie działasz.
- Uznam to jako komplement.
Nie wiedząc co zrobić, uderzyłam go w brzuch, który okazał się twardszy niż myślałam. Lekki ból przeszył moją dłoń. Ślizgon tylko się zaśmiał. W końcu oparłam się o ścianę obok niego i wlepiłam wzrok w pochodnię na przeciwległej ścianie.
- Jak chcesz mnie uczyć?- spytałam.
- Cóż, najpierw będę musiał zobaczyć, jak reagujesz w poszczególnych sytuacjach, jak odbierasz pewne bodźce. Za pomocą prowokacji oczywiście - odpowiedział.
- Super.
Nastała kolejna chwila ciszy. Malfoy jednak postanowił ją przerwać.
- Myślałem, że Blaise przesadzał, opowiadając co się stało podczas twojego pierwszego ataku, ale muszę przyznać, wyglądałaś strasznie. Już myślałem, że ukatrupisz Pansy samym spojrzeniem.
- Uwierz, gdyby mnie nie powstrzymał, zrobiłabym to - odparłam, próbując się uspokoić.
Parkinson działała na mnie, jak płachta na byka.
- Przepraszam Cię za nią - powiedział cicho Ślizgon.
- Nie musisz.
- Muszę, to moja dziewczyna. Owszem, sam lubię dopiec twojemu bratu, ale jakimś cudem Ciebie toleruję, a Pansy przekroczyła granicę. Wiem, że sama Cię nie przeprosi, więc...
Dziewczyna? Owszem, wiedziałam, że piszczałka podkochiwała się w Malfoyu, ale nie wiedziałam to uczucie odwzajemnione.
- No, cóż... Dzięki - wymamrotałam - Ja chyba już pójdę.
Chciałam iść, ale blondyn złapał mnie za przedramię, jak to miał w zwyczaju za każdym razem, kiedy mówiłam, że pora już na mnie.
- Spróbuj nie zabić każdego, kto Cię zdenerwuje. Przynajmniej do naszych lekcji.
- Postaram się - parsknęłam - Do niedzieli.
- Do zobaczenia - powiedział, kiedy skręcałam już na końcu korytarza. Zatrzymałam się jednak, przypominając coś sobie.
- Malfoy - zawołałam.
Draco od razu się odwrócił.
- Miałeś rację - szepnęłam idąc w jego kierunku.
Usłyszał mnie.
- Co masz na myśli?
- Oni wiedzą - mruknęłam, spuszczając wzrok na moje dłonie.
Na samą myśl, łzy cisnęły mi się do oczu. " Czemu zrobiłam się taka płaczliwa?", skarciłam się w duchu.
- Och... Wiesz, ostrzegałem Cię, ale... Przykro mi - powiedział - Nie jestem dobry w pocieszaniu.
Zaśmiałam się cicho, ocierając łzy rękawem bluzy.
- Jeśli powiesz komuś, że mnie taką widziałeś, to poprzestawiam Ci twarz.
- No! I to jest Talia, którą znam - zawołał, czochrając mi włosy.
Rozpuściłam włosy.
- Widzimy się w niedzielę - odezwałam się w końcu, bo kontakt wzrokowy z miłym Draconem zaczął mnie peszyć.
- Śpij dobrze - odparł.
Odprowadziłam go wzrokiem, aż do drugiego końca korytarza, potem sama wróciłam do Wierzy Gryffindoru, wystrzegając się woźnego i jego kotki.


                                                                            ***
- Bardzo dobrze, Talia! Wymiń go, wymiń! Fred, skoncentruj się! Harry, świetnie! Oby tak dalej!
Takie krzyki towarzyszyły nam, podczas treningów. Za niecałe dwa tygodnie mieliśmy grać przeciwko Ślizgonom i musieliśmy być gotowi.
Złapałam podanego mi kafla i skupiając się na trzech pętlach, wymijałam graczy o centymetry, czasami nawet milimetry. Byłam coraz bliżej celu. W ostatniej chwili schyliłam głowę przed tłuczkiem, którego odbił George. Angelina zaczęła na niego wrzeszczeć. Ignorując to, leciałam coraz szybciej i w końcu przerzuciłam kafla przez lewą pętlę. Wtedy rozległ się gwizdek.
- Na ziemię!- krzyknęła Angelina.
- I jak nam dzisiaj poszło?- spytałam, zeskakując z miotły.
- Jesteście coraz lepsi, o ile to możliwe. Komplement dla bliźniaków, ale musicie przestać się wygłupiać, kabarety nie u mnie, zrozumiano? - zwróciła się do braci Weasleyów.
- Tak jest! - zawołali.
- Talia, jesteś niezastąpiona, ale pamiętaj, nie możesz ignorować przeciwnika, zwłaszcza, jeśli jest nim ktoś ze Slytherinu. Owszem, są zbyt pewni siebie, co działa na ich niekorzyść, ale nie są źli - ostatnie zdanie powiedziała z nieukrywaną niechęcią.
- Zapamiętam.
- Dobra, jesteście wolni! Następny trening w poniedziałek!
Z ulgą skierowaliśmy się do szatni. Zanim jednak zeszłam z boiska, dostrzegłam  grupkę Ślizgonów na trybunach. Wcześniej byłam tak pochłonięta grą, że nie zwróciłam na nich uwagi. Wśród nich, siedział Malfoy. Odwróciłam się szybko i pobiegłam się przebrać. Jedyne, o czym byłam wstanie myśleć, to kolacja, która zaczynała się za piętnaście minut. W szatni zostałam sama z Angeliną.
- Co to za blizny? - usłyszałam ją za moimi plecami?
O cholera!
- Blizny?- spytałam, trochę się jąkając.
- Masz na plecach blizny.
- Ehm... To chyba rodzinne. Wiesz, Harry ma bliznę na czole, ja na plecach - zaśmiałam się nerwowo.
Kapitanka drużyny mierzyła mnie niepewnym wzrokiem, ale w końcu odpuściła.
Szybko przecisnęłam głowę przez bluzkę, wzięłam swoje rzeczy i wyszłam.
Kolacja, nie wpaść na Ślizgonów, kolacja, nie wpaść na Ślizgonow, kolacja...

Niedziela. Najbardziej oczekiwany, a zarazem przerażający dzień. Dziś miałam mieć "lekcję" z Malfoyem. Wygramoliłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Czego mogłam się spodziewać?
Nie miałam pojęcia.







niedziela, 20 września 2015

Rozdział IX Pomocna dłoń


Dzień dobry! I w tym tygodniu mogę się pochwalić, ze rozdział
jest na czas :D Mam nadzieję, że numerek IX wam się spodoba, 
bo naprawdę się napracowałam. Przechodzimy już do części, 
w której będzie się ciągle coś działo! Poprosiłabym o podzielenie 
się opiniami i uwagami w komentarzach, bo mogą mi naprawdę 
pomóc. Jak zawsze zapraszam na fanpage'a, gdzie informuję was
o pojawieniu się rozdziałów! 
Miłego czytania, 

Panna Potter







Wreszcie usłyszałam ostatni dzwonek tygodnia. Z ulgą spakowałam książki i opuściłam klasę razem z Hermioną. Lekcje Obrony Przed Czarną Magią były koszmarne, a nauczycielka doprowadzała mnie do szału. Zajęcia z Panią Bagshot były o wiele lepsze. Próbowałam jednak ignorować zachowanie różowej ropuchy i bzdury które wygadywała. Nie mogłam dać się ponieść. Szło mi to z wielkim trudem, ale udało mi się nie stłuc żadnej szyby. 
- Talia? - odezwała się Hermiona. 
- Tak?
- Nie wiesz, czy Harry pokłócił się z Ginny?
- Nie... Skąd takie przypuszczenia?- zdziwiłam się. 
- Nie rozmawiają ze sobą, a kiedy Harry się pojawia, Ginny znika. Próbowałam coś z niej wyciągnąć, ale za każdym razem zmienia temat - wyjaśniła. 
- Nie mam pojęcia. Harry nie jest zbyt chętny do zwierzeń. Tylko raz poprosił mnie o radę, to by było na tyle. Nie mogę uwierzyć, że chce zaprosić Cho...
- Cho? Chyba już wiem, co się stało - przerwała mi. 
Popatrzyłam na nią wyczekująco. 
- Chyba nie powinnam Ci tego mówić - zmieszała się. 
- Och, no dalej! Jak już powiedziałaś "a", to musisz powiedzieć "b" - jęknęłam, wieszając się na ramieniu koleżanki. Oczy szczeniaczka prawie zawsze działały. 
- To nie tyczy się mnie, tylko Ginny. Prosiła mnie o dyskrecję. 
- Myślisz, że by mi powiedziała?
- Nie wiem, możliwe, ale ode mnie nic nie usłyszysz. Obiecałam jej - powiedziała stanowczo. 
- No dobrze. Spróbuję z nią sama porozmawiać - westchnęłam - A zmieniając temat, muszę jutro odwiedzić Miodowe Królestwo. Zapasy mi się kończą. 
- Nie ma nic przeciwko temu - zaśmiała się.
Rozmawiając o sobocie, dotarłyśmy do Wierzy Gryffindoru i od razu zabrałyśmy się za prace domowe. W rezultacie miałyśmy cały weekend wolny, a Harry i Ron jeszcze po kolacji męczyli się z wypracowaniem na Eliksiry. 
  

                                                                                 ***

- Nie mówiłeś mi, że byłeś na treningu Gryfonów - powiedziałem, niby od niechcenia. 
- Chyba nie muszę Ci się spowiadać - odparł Blaise. 
Spiorunowałem go wzrokiem. 
- Wiesz dobrze, że jeśli o nią chodzi, to tak, musisz.
- Stary, to był tylko trening. Chcieliśmy zobaczyć jak sprawuje się Wieprzlej. Nic się nie działo, więc wyluzuj. Mam Ci dawać znać za każdym razem, kiedy przejdzie obok mnie na korytarzu? - zadrwił. 
- Wiesz dobrze o co mi chodzi. 
- Owszem, wiem lepiej niż ty. Ostatnio rozmawiamy tylko o niej. Chcesz wiedzieć o niej wszystko i coś mi się wydaje, że to nie ma zbyt wiele wspólnego z misją. 
- Gorzej Ci?
- Malfoy, jej możesz wciskać wszystko, ale znam Cię nie od dziś i mnie nie oszukasz. Coś w niej widzisz. 
- Widzę w niej siostrę Złotego Chłoptasia. Owszem, jest w niej coś... Innego, ale zdziwiłbym się, gdyby tak nie było. Nie bez powodu moc wybrała właśnie ją. To ja Ci musiałem tłumaczyć, że jest nietykalna. Myślisz, że jestem na tyle głupi, żeby się za nią oglądać?
- Nie mów, że...
- Koniec tematu, Zabini. Ta dziewczyna jest irytująca i nie do wytrzymania. Kiedy oddamy ją Czarnemu Panu, będę miał święty spokój i nie będę musiał się z nią użerać. 
- Żal mi Cię, Draco - westchnął. 
- Skończ już, dobrze Ci radzę - syknąłem. 
- Dobra, już nic nie mówię, zakichana księżniczko - powiedział, kładąc się na kanapie - Kiedy mamy następny trening?
- W niedzielę. Nie mogę się doczekać chwili, w której zobaczę załamane buźki Gryfonów. Wygraną mamy w kieszeni. 
- Jasna sprawa - zawołał z entuzjazmem Blaise. 
Przebrałem się w piżamę i opadłem ciężko na łóżko. Jutro czekała mnie wczesna pobudka. Musiałem się dobrze przygotować i powtórzyć plan, który miałem wcielić w życie podczas wypadu do miasteczka. 
Leżałem, wpatrując się w sufit i wyobrażając sobie, jak to wszystko miało wyglądać po zakończeniu misji. Czy Voldemort będzie ją trzymał w zamknięciu i traktował jak więźnia, czy cały czas będzie udawał przyjaciela? 
- Blaise.
- Mm?
- Dobrze lata? - spytałem. 
- Ja pier... Draco, zaczynasz mnie na prawdę denerwować - warknął. 
Skomentowałem to cichym parsknięciem. 
- Idę się przejść - dodał po chwili, zrywając się z kanapy. 
Był poirytowany. 
- Tylko nie zabij kogoś po drodze - zawołałem za nim, nie mogąc powstrzymać śmiechu. 
Zabini miał jednak trochę racji. Talia zdecydowanie za często gościła w moich myślach. 

                 
                                                                                 ***

- Hermiono? - szepnęłam. 
Wszystkie Gryfonki już spały, nie chciałam ich obudzić. 
- Tak? 
- Nie mogę zasnąć - poskarżyłam się. 
- Ja też. 
- Wiesz co mi zawsze pomaga? - spytałam. 
- Co?
- Spacer.
- Ty i te twoje spacery...
- Chcesz iść ze mną?
- Wiesz która jest godzina? Nie możemy wychodzić z Wierzy tak późno - zaprotestowała. 
- Och, nie daj się prosić. 
Potrzebowałam się przejść. Zawsze chodziłam na spacery kiedy nie mogłam zasnąć. Miałam tak odkąd pamiętałam. Prawdę mówiąc, po prostu lubiłam spacery. 
- Talia! Jeśli ktoś nas przyłapie, to będziemy miały kłopoty. Nigdzie nie idę. 
- Skoro tak... Wrócę za niedługo - odparłam i zerwałam się z łóżka. 
Mimo ciemności, zdołałam zauważyć, że moja koleżanka ma zmieszaną minę. 
- Nie idź, będziesz miała kłopoty.
- Pa! - szepnęłam i nie zwracając uwagi na jej protesty wyszłam. 
Narzuciłam na siebie czarną bluzę, kierując się do portretu. Gruba Dama pochrapywała głośno, najwidoczniej i zauważając, że ktoś przeszedł przez strzeżone wejście. 
"Dokąd by tu iść?", pomyślałam. Biblioteka była zamknięta, a wolałam nie opuszczać zamku. Z drugiej strony, świeże powietrze zawsze działało na mnie kojąco. Nagle przypomniało mi się idealne miejsce. Wieża Astronomiczna. 
Idąc korytarzami, rozmyślałam o minionym tygodniu. Nic nadzwyczajnego się nie działo... No, jak na Hogwart. Jedyna zmiana, którą zauważyłam, to zachowanie mojego brata. Owszem, już odkąd go poznałam potrafił mieć swoje humory, ale pogarszało mu się z dnia na dzień. Ostatnio też dziwnie się zachowywał w mojej obecności. Zawsze kiedy wchodziłam do Pokoju Wspólnego, Harry milkł, albo mieniał temat. Może Malfoy miał rację? Co jeśli Harry rzeczywiście wiedział? Przypomniał mi się nasz wspólny sen, kiedy dotarłam do krętych schodów, prowadzących do mojego celu. Im wyżej się wspinałam, tym bardziej się przekonywałam, że nie byłam sama. Osoba, która wpadła na ten sam pomysł co ja, była odwrócona do mnie plecami. Odchrząknęłam cicho. 
- Talia? - odezwał się znajomy mi głos. 
Podeszłam bliżej. Blaise Zabini patrzył na mnie zaskoczony. 
- Co ty tu robisz? - spytałam. 
- Co TY tutaj robisz?
- Nie mogłam spać - odrzekłam, podchodząc do balustrady.
- Nie powinnaś wałęsać się po zamku o tej porze - powiedział karcąco. 
- Brzmisz jak Hermiona - zaśmiałam się. 
W środku jednak byłam zła. Nie możesz tego, nie możesz tamtego... Za niedługo zabronią mi oddychać. 
- To chyba nie był komplement - odparł. 
Spiorunowałam go wzrokiem. Poczułam, jak wiatr przybierał na sile. "Uspokój się.", szepnęła moja podświadomość.
- Na prawdę można Cię łatwo wnerwić. A już myślałem, że Draco przesadzał - mruknął bardziej do siebie. 
- Słucham?
- Nic, nic - zaśmiał się, stając obok mnie. 
Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Słychać było tylko szum drzew i buszujące w lesie zwierzęta.
- Jak się czujesz? - zapytał. 
Pytanie różniło się jednak od innych. W jego głosie słychać było przyjazną nutkę, troskę...  Jakby go naprawdę interesowało, jak się czułam. 
- W porządku. Oczywiście bywało lepiej, ale teraz już wiem, że gorzej też. 
- To dobrze - odparł z uśmiechem - Ale wiesz... Draco naprawdę che Ci pomóc. Może wydaje się szorstki i arogancki, ale to dobry chłopak. 
Blaise spoglądał na mnie niepewnie. 
- Czemu mi to mówisz?
- Bo Draco może być jedyną osobą, która może Ci pomóc. 
- Tak, już mi to mówił.
- To czemu nie dasz mu sobie pomoc? 
- Bo nie wiem, czy mogę mu ufać. Jest w nim coś, co sprawia, że zapala mi się czerwona lampka. Doceniam jego starania, naprawdę, ale... Nie wiem, czy mogę wierzyć we wszystko, co mi powiedział.
- Powiedzmy, że incydent z Pansy się nie zdarzył. Uwierzyłabyś, gdyby Ci powiedział, że posiadasz taką moc?
- Nie...
- Czasami coś może brzmieć niedorzecznie, ale czy tego chcemy, czy nie...Jest to prawda.

Nie wiedziałam co myśleć. Czyli Harry i reszta Zakonu mnie oszukiwała? To nie mogła być prawda. Czemu mieli by to przede mną ukrywać? "Merlinie, czemu ja?"

- Wiem, że wszystko wydaje Ci się teraz walić, ale będzie lepiej - dodał. 
- Dzięki - powiedziałam.
Zabini podszedł bliżej i poklepał mnie po ramieniu. 
- Słyszałem, że wybierasz się do Hogsmeade - zmienił temat. 
- Tak, jestem bardzo ciekawa kremowego piwa.
- Co?! Nie piłaś nigdy kremowego piwa? - zawołał ze zdziwieniem, jakbym właśnie przyznała się do morderstwa. 
- Nie miałam okazji. 
- Dziewczyno, ty nie wiesz co to życie - zaśmiał się.
- Postaram się to nadrobić - odparłam, mimowolnie się uśmiechając - Chyba już będę wracać. 
- Nie daj się złapać po drodze. Aha... Przemyśl to, co mówiłem u Malfoyu. 
- Przemyślę - obiecałam. 
"I tak pewnie nie będę w stanie myśleć o niczym innym..."
- No, to na razie. 
- Pa. 
Pomachałam mu na pożegnanie i zeszłam po schodach. Droga powrotna nie sprawiła mi żadnych kłopotów, nie spotkałam Filcha, ani jego kotki. Kiedy weszłam do Dormitorium, Hermiona już spała. Zdjęłam pośpiesznie bluzę i położyłam się, szczelnie opatulając się kołdrą. Mimo tych wszystkich natrętnych myśli, udało mi się zasnąć. 


                                                                                  ***

Czytałem książkę, kiedy mój przyjaciel wrócił do dormitorium. 
- Jesteś mi winien niezłą przysługę - powiedział, nie racząc się nawet przywitać. 
- Zakładam, że zaraz mi wyjaśnisz dlaczego - odrzekłem. 
- Spotkałem Talię. Pogadaliśmy sobie - mruknął, chowając twarz w dłonie.
Nie wyglądał na zadowolonego. 
- A o czym dokładnie?
- O tobie. Wstawiłem się za tobą, powiedziałem, że masz czyste intencje i takie tam.
- Jej reakcja musiała być nie zbyt pozytywna, wnioskując po twoim entuzjazmie - zażartowałem. 
- Przyznała się, że ma wątpliwości, ale powiedziałem jej, że może Ci ufać.
- W takim razie nie rozumiem, skąd ten żal w twoim głosie. 
O co mu chodziło?
- Nie tak to sobie wyobrażałem... Ona jest w porządku, stary. Myślałem że to będzie zołza, ale ona jest nawet skora do tego, żeby nie uważać się za skończonego dupka. 
Słowa Zabiniego zupełnie mnie skołowały. O czym on pieprzył?  
- Blaise, nie mów mi proszę, że wymiękasz. Od samego początku wiedzieliśmy, na co się piszemy. Od powodzenia tej misji zależy nasza pozycja w szeregach Czarnego Pana - przypomniałem mu, nie trudząc się, aby zachować przyjazny ton 
- Pozycja w szeregach, której nie chcesz - odparł. 
- To nie jest ważne, rozumiesz? Nie mam wyboru, podobnie jak ty. Zgodziliśmy się, żeby chronić nasze rodziny. Szykuje się wojna. Chyba nie chcesz, żeby Voldermort skończył z twoimi rodzicami, tylko dlatego, że dopadły Cię wyrzuty sumienia. Nie mamy wyboru.

Taka była prawda. Ani ja, ani Zabini nie chcieliśmy zostać Śmierciorzercami. Niestety taki los był nam pisany. Broniłem się przed tym, dopóki mogłem, jednak ojciec naciskał coraz bardziej.
Voldemort potrzebował zwolenników. Służąc mu, gwarantowałem mojej rodzinie bezpieczeństwo i dostatek. Od najmłodszych lat, ojciec trenował mnie na Śmiercożercę. Zdolności, talent, lojalność, to Voldemort cenił sobie najbardziej. Te wartości wciskano mi bezustannie. Czułem się jak kukła, ale nie miało to większego znaczenia. 

- Przecież wiem. Nie da się tego załatwić inaczej? Niszczymy tej dziewczynie życie - jęknął. 
- Jak? Mam jej powiedzieć prawdę? Mam jej powiedzieć, że Voldemort chce ją wykorzystać, jako swoją broń? Że ma zabić swojego barta i przyjaciół? Och tak, na pewno się zgodzi - syknąłem.
Mój przyjaciel nic nie mówił. Patrzył się na mnie bezradnie. Dobrze wiedziałem jak się czuł, ale nie mogłem pozwolić sobie na słabość.
- Słuchaj, wiem, że to wszystko jest popaprane, ale musisz być twardy. Nie ma odwrotu, musimy dokończyć tą misję. Jak na razie, stąpamy po kruchym lodzie. Jak już zostaniemy nagrodzeni przez Czarnego Pana, coś się wymyśli, ale teraz nie możemy nic zrobić. Im mniej będziesz tym rozmyślał, tym lepiej - powiedziałem
Blaise tylko kiwnął głową. Sięgnął po butelkę Ognistej. 
- Tak czy siak, wisisz mi przysługę - parsknął. 


                                                                               ***

Ginny wbiegła do naszego dormitorium dwie godziny przed śniadaniem. We trójkę zaczęłyśmy się szykować. Ruda ściągnęła włosy w koński ogon, Hermionie, po godzinie męczarni, udało się spleść jej loki w warkocz francuski, a ja upięłam swoją szopę w koka. Przyjaciółki pomogły mi wybrać ubranie.  Kiedy szatynka również była gotowa, poszłyśmy do dormitorium, żeby Ginny również mogła się ubrać.  O dziewiątej zeszłyśmy do Wielkiej Sali, gdzie spotkałyśmy Freda i George'a gawędzących z Lee Jordanem. Naprzeciwko nich siedzieli Ron i Harry. 
- Cześć - przywitałyśmy się. 
Nie chciałam się objadać przed wyjściem do Hogsmeade, wiedząc, że wstąpimy do Trzech Mioteł i Miodowego Królestwa, zjadłam dwa tosty z dżemem. 
- Dostałaś zgodę? - spytała Hermiona, kiedy szłyśmy na dziedziniec, gdzie czekał Filch. 
- Dumbledore poprosił Panią Bathildę o podpis - odpowiedziałam z uśmiechem. 
- Pamiętam, jak na trzecim roku Harry nie dostał zgody od Wuja. Na szczęście Fred i George pokazali mu kilka tajnych wyjść z zamku - powiedziała Ginny. 
Ciekawe jak by to było mieszkać z Harrym u Wujostwa. Opowiadał mi o nich. Z tego co słyszałam, nie należeli do miłych ludzi, wręcz przeciwnie. Przynajmniej teraz mogłam mu dotrzymać towarzystwa, w tym "piekle", jak to określił mój brat. 
Odmeldowawszy się u Pana Filcha, ruszyłyśmy w stronę miasteczka. Ron zabrał się z braćmi i Jordanem, a Harry najprawdopodobniej poszedł z Cho. Nigdy nie byłam na zakupach z koleżankami, więc nawet się cieszyłam, że chłopcy nie przyłączyli się do nas. Wątpiłam jednak, żeby Hermiona  miała ochotę iść do sklepu z miotłami. Musiałam kupić kilka przyborów do dopieszczania moje Błyskawicy. 
Naszym pierwszym przystankiem było Miodowe Królestwo, gdzie obładowałyśmy się przeróżnymi słodkościami. Spędziłyśmy tam prawię godzinę, przeciskając się przez tłumy dzieciaków. Następnie Hermiona chciała zahaczyć o sklep papierniczy, żeby dokupić rolek pergaminu, pióra i tusz. Uwielbiałam zapach pergaminu, podobnie jak Hermiona, która wpadła w szał zakupów i zaciągnęła nas do księgarni, gdzie razem z Ginny czekałyśmy na nią kolejną godzinę. Potem udało nam się z rudą ubłagać przyjaciółkę o odwiedzenie sklepu z miotłami. Tam zabawiłyśmy chyba najdłużej. Wędrując od sklepu do sklepu, spotykałyśmy znajome twarze, w tym Angelinę, z którą ucięłyśmy sobie pogawędkę na temat zakupionych przedmiotów w zakładzie miotlarskim. 
Zmęczone i obładowane dużą ilością toreb, postanowiłyśmy iść na kremowe piwo do Trzech Mioteł. W chwili w której posmakowałam to cudo, musiałam przyznać Zabiniemu rację. Nie znałam życia. Zjadłyśmy po ciastku dyniowym, paplając na różne tematy, śmiejąc się i przede wszystkim odpoczywając po długim spacerze. 
- Powinnyśmy już wracać - westchnęła Hermiona, klepiąc się po brzuchu. 
- Nie ma co, wypady z tobą są o wiele weselsze - zwróciła się do mnie Ginny. 
- Dzięki - mruknęła szatynka, patrząc gniewnie na pannę Weasley 
Wybuchnęłyśmy śmiechem. 
- No dobrze już, chodźmy. Robi się coraz chłodniej - powiedziałam, nadaj chichocząc. 
Zebrałyśmy wszystkie zakupy i opuściłyśmy lokal. Nie minęło pięć minut, kiedy usłyszałam znajomy, piskliwy głos. 
- Hej, Potter!
Odwróciłam się i zobaczyłam Pansy Parkinson w towarzystwie jej koleżanek, Malfoya i Zabiniego. 
- Niezmiernie mi przykro, ale śpieszę się, Pansy. Musimy przyłożyć tą, na pewno ciekawą, rozmowę na kiedy indziej - zawołałam, chcąc już stąd iść. 
Złość do Ślizgonki nie zniknęła od dnia, w którym mnie sprowokowała. Oczywiście żałowałam, że zrobiłam jej krzywdę, ale jej słowa nadal pobrzmiewały w mojej głowie. 
- Nie tak szybko. Co, boisz się? Siostrzyczka Bliznowatego nie wie co powiedzieć? - zadrwiła, na co Tracey i Dafne parsknęły śmiechem. 
- Tak dla twojej informacji, mam imię. Poza tym, to ty mnie zaczepiłaś, więc nie widzę powodu, żeby wdawać się z tobą w dyskusje.
- Skoro tak, to dalej, uciekaj. 
- Pansy, skończ - ostrzegł ją Draco. 
- O co Ci chodzi, Parkinson? - syknęłam, idąc w jej kierunku - Potrzebujesz się dowartościować? Wiesz, żal mi Cię, skoro to jedyny sposób, w jaki potrafisz się popisać przed znajomymi. 
Czułam, ze coś we mnie buzuje. "Poluzuj gatki, Talia!" zrugała mnie podświadomość. Wiedziałam, że miała rację. Ale cóż....
- Nie pozwalaj sobie! Zwracasz się do lepszych. Ach, no tak, zapomniałam, że nikt nie miał Cię nauczyć dobrych manier - odparła, patrząc na mnie z wyższością. 
Klatka piersiowa zaczynała mnie piec. Powinnam posłuchać mądrzejszej części mnie. 
- Talia, nie daj się sprowokować - wtrąciła się Hermiona. 
Ginny była innego zdania. Stanęła obok mnie, kierując swoje mordercze spojrzenie na Ślizgonkę. 
- Jeszcze jedno słowo i przysięgam, ze twoja mamusia Cię nie pozna, jak z tobą skończę - warknęła, podkreślając każde słowo. 
Przez twarz Pansy przemknął cień strachu, ale szybko odchrząknęła. 
- Nie wtrącaj się wiewiórko! - pisnęła. 
- Pansy! - tym razem Blaise postanowił interweniować. 
- Siedź cicho, Zabini! Ktoś musi pokazać tym zdrajczyniom krwi, jak się mają zachować. 
- Tak? Radziłabym Ci najpierw samej dowiedzieć się coś na ten temat - powiedziałam, tracąc panowanie nad sobą. " Opanuj się idiotko!" krzyknął głosik w mojej głowie. 
Draco chwycił Pansy za ramię, ale ta się mu wyrwała. 
- Potter, przyjmij to w końcu do wiadomości. Jesteś nikim - szepnęła ze złośliwym uśmieszkiem. 

Koniec. Wspomnienia wróciły. Poczułam znajome mrowienie na całym ciele. Wrzałam od środka.
Nie mogłam już nic zrobić. 


                                                                                 ***

Odczekałem do ostatniej chwili. Widząc tą samą furię w oczach Talii, co ostatnim razem, szybko do niej podbiegłem, złapałem za ramiona i potrząsnąłem nią lekko. Nie pomogło. Przez mój tors przebiegł nieprzyjemny prąd, ale nie puściłem jej. 
- Talia, uspokój się! - szepnąłem, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. 
Nie reagowała. Nagle poczułem silny ból w skroniach. Z trudem powstrzymałem krzyk. 
Wszyscy gapili się na nas ze zdziwieniem. 
- Talia! - krzyknąłem. 
Zareagowała. " Dzięki Ci, Salazarze..."
- Blaise? - wymamrotała. 
W jej zielonych oczach nie było już widać furii. Skrzywiła się lekko. Poczułem jak opada z sił. 
- Nie, nie, nie. Stój, wiem, że boli, ale nie możesz...- szepnąłem. 
Na szczęście reszta grupy się odsunęła, więc nie słyszeli naszej wymiany zdań. 
- Przepraszam - jęknęła. 
Widziałem łzy cisnące się je do oczu. 
- Nie przepraszaj. Po powrocie do zamku odpocznij trochę, a potem zejdź do lochów. Będę tam czekał z Malfoyem - rozkazałam. 
Gryfonka wyprostowała się, przetarła oczy i poprawiła płaszcz. 
- Dobrze - odpowiedziała już nie tak słabym głosem. 
Podeszła do swoich przyjaciółek, które nie zadając żadnych pytań objęły ją, przyglądając jej się z troską. " A my mamy udowodnić, że to one chcą dla niej źle." pomyślałem. 
- Co to miało być?! - pisnęła skołowana Pansy. 
Draco nic jej nie odpowiadając, wyciągnął różdżkę i celując nią w głowę Parkinson wyszeptał odpowiednie zaklęcie. Oczy dziewczyny zaświeciły pustką, a następnie pokręciła lekko głową. 
- Draco, wracajmy już! Jest strasznie zimno... O kogo ja widzę, siostrzyczka Pottera! 
Nie zwlekając, blondyn rzucił zaklęcie na Tracey i Dafne. Zdziwione Gryfonki chciały już iść, ale dogoniliśmy je. 
- Zaczekajcie! - zawołał Malfoy. 
Kiedy tylko się odwróciły, potraktował Hermionę i Ginny tym samym zaklęciem, co resztę. 
- Zapomną o tej sytuacji - wyjaśniłem Talii, która z całych sił próbowała zachować kamienny wyraz twarzy. 
- Do zobaczenia - mruknęła. 
Razem z przyjacielem wróciliśmy do poirytowanych koleżanek. 


                                                                                 ***


Idiotka. Pusty łeb. Kretynka. Świruska. Wariatka. Debilka.
Tylko te słowa mogły opisać moją osobę. Byłam na siebie wściekła. Jak mogłam się dać znowu sprowokować?! 
Potarłam się po dekolcie, zapominając, że to tylko pogarszało sprawę. Blizny miały jeszcze bardziej intensywny kolor, niż poprzednio. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. " Jeszcze kilka takich wybryków a twoje marzenie się spełni, bo doprowadzisz do tego, że trafisz do piachu, ty bezmyślna nerwusko!" skarciła mnie moja podświadomość. Nie chcąc się z nią kłócić, opuściłam bluzkę i wyszłam z łazienki. 
- Gdzie idziesz? - zawołała za mną Ginny, kiedy zamierzałam przejść przez portret. 
- Ehm... Nie mówiłam wam? McGonagall chciała, żebym stawiła się u niej po powrocie z Hogsmeade.
- Powodzenia - powiedział Harry. 
 Nie zwlekając, wyszłam z Pokoju Wspólnego i poszłam do ustalonego miejsca. Tam czekali już na mnie Draco i Blaise. 
- Wszyscy siedzą w dormitoriach - rzekł Malfoy - Wchodź szybko. 
Posłusznie wykonałam polecenie blondyna. Kiedy byliśmy już w ich dormitorium, wskazał mi kanapę. 
- Boli Cię? - spytał, siadając obok mnie. 
Blaise usiadł w fotelu naprzeciwko. 
- Tak, ale nie tak bardzo jak w zeszłym tygodniu.
- A blizny? - wtrącił Zabini. 
Skąd on o nich wiedział? 
- Ciemniejsze - odparłam, ignorując fakt, że Malfoy zapewne powiedział przyjacielowi wszystko, co ode mnie usłyszał. 
- Nie dobrze...- mruknął pod nosem Draco - To oznacza, że twoja moc jest jeszcze silniejsza, niż myśleliśmy. Nie możesz sobie pozwolić na takie wypadki - powiedział ostrym tonem. 
- Jak to?
- Im ciemniejsze blizny, tym większą szkodę sobie wyrządzasz. Pamiętasz, jak opowiadałem Ci o twoich poprzednikach?
- Tak...
- Co ty sobie wyobrażałaś? - warknął. 
- Ja nie chciałam...
- Musisz nad tym panować
- Staram się, ale....
- Tu nie ma miejsca na żadne "ale", Talia. Nie rozumiesz, że jeśli tak dalej pójdzie, to umrzesz?
Nie odpowiedziała, bo dobrze wiedziałam, że miał rację. Było mi tak wstyd... 
- Mówiłeś, że możesz mi pomóc - wymamrotałam po dłuższej chwili.
- Do czego zmierzasz?
- Chyba skorzystam z twojej pomocy - powiedziałam. 
To było trudniejsze, niż myślałam. 
- Wreszcie jakaś dobra decyzja - zawołał unosząc oczy ku niebu. 
- Od jutra zaczynamy lekcje - dodał, patrząc mi prosto w oczy. 
- Lekcje? - zdziwiłam się. 
Blaise tylko wzruszył ramionami, widząc moją bezradną minę. 

"Merlinie, w co ja się wpakowałam..."


niedziela, 13 września 2015

Rozdział VIII Krok dalej

Witam! Tym razem rozdział jest na czas :D
Nie dzieje się w nim dużo, ale zaczęłam kilka nowych wątków,
posunęłam się dalej w innych, także można potraktować 
tą notkę, jako przejście do czegoś większego.
Mam szczerą nadzieję, że się Wam spodoba ;) Wasze opinie
są mile widziane w komentarzach. Jak zawsze, zapraszam na 
fanpage'a, gdzie informuje o pojawieniu się rozdziałów 
i zmianach, jeśli mają miejsce. 
Miłego czytania :)

Panna Potter




Siedziałam na kanapie w Pokoju Wspólnym. Na szczęście nikogo tam nie było. Nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowy, czy też czyjeś towarzystwo. Merlin jednak postanowił inaczej...
- Talia! - usłyszałam pisk Ginny.
Biegła w moją stronę z wielkim, podłużnym pudłem.
- Cześć Ginny. Co to jest? - spytałam, patrząc na pudełko.
- To paczka. Jest do Ciebie - zawołała z entuzjazmem.
Mimo, że nie byłam w najlepszym humorze, zżerała mnie ciekawość. Kto mógł to wysłać? A co najważniejsze, co to było? W ekspresowym tempie rozerwałam papier i otworzyłam pudełko. W jednej sekundzie poczułam, jak moje serce rośnie, ściska, przyśpiesza i staje jednocześnie.
Moim oczom ukazała się nowiutka miotła. Błystawica Doskonała... NA MERLINA!
- Ginny! O rany! Czy ty to też widzisz?! - wymamrotałam, nie mogąc uwierzyć w to, co widzę.
- To niemożliwe... Talia! Zostałaś posiadaczką najlepszej miotły, jaką świat czarodziei widział! - krzyknęła.
Zaczęłyśmy piszczeć ze szczęścia. Ruda objęła mnie i obie skakałyśmy jak idiotki.
- To nie może być prawda! - wydarłam się.
Po chwili, w Salonie pojawiło się kilku Gryfonów, pewnie po to, by sprawdzić, co się dzieje. Razem z Panną Weasley opanowałyśmy się nieco i z powrotem usiadłyśmy na kanapie przed kominkiem. Ostrożnie wyjęłam miotłę z pudła. Dłonie mi drżały, miałam ochotę nadal wydzierać się na całe gardło.
- Tu jest jakaś karteczka - powiedziała Ginny, też ledwo panując nad sobą.
Podała mi kawałek pergaminu


Mam nadzieję, że podoba Ci się prezent. Musiałem się nieźle naszukać. Teraz, jeśli przegracie, to będzie twoja wina, bo nie masz już wymówek. Skop im tyłki i pokaż, ze Quidditch masz we krwi. Daj czadu, mała. Chciałbym zobaczyć, jak na niej śmigasz. Miej brata na oku i trzymaj się tam. 
Do zobaczenia w święta. 


                                                                                                                                                 Łapa

- To od Syriusza - szepnęłam Ginny do ucha.
- Naprawdę? To bardzo miłe z jego strony - uśmiechnęła się od ucha do ucha.
- Zaraz... Przecież on nie powinien nic wysyłać.
- Przekazał paczkę Dumbledore'owi - wyjaśniła.
- Musiała kosztować fortunę - jęknęłam, zdając sobie z tego sprawę.
- To prawda. Ale to musi o czymś świadczyć - powiedziała.
-  O czym?
- No wiesz, ja bym nie kupowała byle komu takiej miotły.
- Och...
Ta świadomość była jak miód na serce. Cudowna chwila prysła jednak, kiedy przypomniałam sobie, co powiedział Draco. Syriusz też wiedział? To było nieuniknione. Zaczęłam żałować wszystkiego co się stało. Czemu ta cholerna moc nie mogła wybrać kogoś innego?
- Talia, możemy porozmawiać?- spytała nagle Ginny.
- Oczywiście. Coś się stało?
- Może nie tutaj - powiedziała.
Wyszłyśmy razem z Pokoju Wspólnego i udałyśmy się do sowiarni. Tam nikt nie mógł nam przeszkodzić, a przynajmniej nie o tej porze dnia.
- O czym chciałaś porozmawiać? - odezwałam się jako pierwsza, siadając na schodach.
Ginny zajęła miejsce obok.
- Nie chcę Cię denerwować... Ale ostatnio spędzasz z nami bardzo mało czasu. Ciągle chodzisz na te niby spacery, a jak już jesteś w zamku, to albo znikasz, albo zaszywasz się w dormitorium. Ja wiem, że to wszystko jest dla Ciebie nowe i że musisz się oswoić z nowym życiem, ale izolujesz się od ludzi. To Ci nie pomoże.
- Ginny, ja się nie izoluję. Z reguły jestem typem samotnika - wymamrotałam.
Nienawidziłam kłamać.
- Proszę Cię. Na początku byłaś bardzo żywa, uwielbiałaś spędzać z nami czas. Sama próbowałaś jak najczęściej być z Harrym... A teraz? To tak, jakby uchodziło z Ciebie życie.
- To nie jest takie proste. Tu nie chodzi tylko o to, że wszystko się zmieniło. Chodzi o wiele więcej - odparłam chowając twarz w dłonie.
Chciałam się jej zwierzyć. Chciałam móc z kimś porozmawiać. opowiedzieć co się stało wczoraj. Ale nie mogłam. Nawet jeśli wiedziała, to nie mogłam poruszać tego tematu przy niej.
- Talia, wiesz, że nie jesteś już sama - powiedziała, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Wiem, nawet nie wiesz jak się cieszę z tego powodu, naprawdę. Niestety jest coś, z czym muszę się uporać sama - w końcu podniosłam na nią wzrok.
Jak to możliwe, że w tak krótkim czasie, wszystko co osiągnęłam, zaczynało się znowu rozpadać? Może i dramatyzowałam, ale kompletnie nie wiedziałam co robić.
- Jeśli kiedyś zmienisz zdanie, to wiesz, do kogo możesz się zwrócić - zaśmiała się.
- Zapamiętam - odwzajemniłam uśmiech.
- Zmieniając temat, Malfoy kręci się ostatnio wokół Ciebie - powiedziała z niesmakiem.
- Tak? Nie zauważyłam...
- Miejmy nadzieję, że to nic takiego - wzdrygnęła się.
- Taak... Miejmy nadzieję.

Podczas obiadu, Angelina poinformowała nas o jutrzejszym treningu. Razem z bratem i Ronem nie mogliśmy się doczekać. Nikt, poza Ginny, nie wiedział o mojej nowej miotle, która leżała bezpiecznie pod moim łóżkiem. Trening był najlepszą okazją na przedstawienie mojej nowej dziecinki drużynie.
Resztę dnia spędziłam w towarzystwie Hermiony i Ginny. Po kolacji szyłyśmy czapeczki dla skrzatów, rozmawiając na przeróżne tematy. Bardzo potrzebowałam odskoczni, nie chciałam już myśleć o tych felernych dwóch dniach. Moje przyjaciółki nie miały nawet pojęcia, jak bardzo mi pomogły. Dziewczyńskie pogawędki skutecznie odwróciły moją uwagę od zamartwiania się. Nie zmieniało to jednak faktu, że tego typu rozmowy nadal mnie peszyły.
Nigdy przedtem nie miałam koleżanek, nie rozmawiałam o chłopakach, o ulubionych zespołach, czy nawet ubraniach. Moja druga zastępcza mama miała córkę, ale ta nie przepadała za mną. Mogło to być spowodowane tym, że rzuciłam w nią kulą błota, myśląc, że i jej spodoba się taka zabawa. Niestety byłam w będzie. Ona i jej koleżanki zaczęły mi od tamtej pory dokuczać, co sprawiło, że zwątpiłam w przyjaźń z jakąkolwiek dziewczyną. Wszystkie które znałam były dla mnie wredne.
Kiedy leżałam w łóżku, myślałam już tylko o mile spędzonym dniu i jutrzejszym treningu. Nawet Hermiona, która nie podzielała mojej pasji tym sportem, obiecała, że przyjdzie pooglądać jak gramy. Na niej Błyskawica również zrobiła wrażenie i zaintrygowało ją to, jak latała. Przedtem latałam na Błyskawicy Harry'ego, ale miotła, którą dostałam od Syriusza, była nowszym modelem. Nie mogłam się doczekać, aby w końcu ją wypróbować.


- Zaczynam wątpić, czy zdajecie sobie sprawę, na którym roku jesteście - syknął profesor Snape, siedząc za swoim biurkiem.
Minę miał jak wściekły wąż, gotowy w każdej chwili zaatakować.
- W tym roku macie pisać SUM'y! Jak dotąd, żadne z was by nie zdało. Wymagam od was pełnego skupienia i ciężkiej pracy, a jeśli ktoś myśli, że może sobie od tak zignorować moje polecenie, osobiście zadbam, aby ta osoba nie została dopuszczona do SUM'ów. A teraz do roboty, fiolki eliksirem uspokajającym mają stać na moim biurku za dwie godziny.
Wszyscy bez słowa zabrali się do pracy.
- Talia, mogłabyś pójść po składniki? - spytał Ron nieprzytomnym tonem.
Wczorajszy trening nas wykończył. Angelina dała nam niezły wycisk. Za niecały miesiąc mieliśmy grać przeciwko Ślizgonom, musieliśmy być w jak najlepszej formie. Kiwnęłam głową i ruszyłam w stronę składzika. Już sięgałam po ostatni słoiczek, kiedy usłyszałam za sobą znajomy głos.
- Ojciec odpisał na mój list.
Odwróciłam się, prawie upuszczając wszystkie składniki. Draco Malfoy stał niecałe dwadzieścia centymetrów ode mnie. Czemu ten składzik był taki mały?!
- Byłabym wdzięczna, gdybyś nie poruszał tego tematu, kiedy obok jest pełna klasa wścibskich uczniów - odpowiedziałam, odsuwając się jak najdalej od blondyna.
- Nie schlebiaj sobie, nie jesteś aż taką sensacją, żeby każdy chciał Cię podsłuchiwać. - parsknął.
" Merlinie, zlituj się..."
- Wiesz, o co mi chodzi - mruknęłam poirytowana.
- Proponuję bibliotekę, po kolacji. Nie ma wtedy takich tłoków.
- Dzisiaj nie mogę.
- Bo? - zdziwił się.
- Nie twoja sprawa. Jutro po kolacji - powiedziałam.
Wzięłam ostatni słoiczek i opuściłam składzik, zostawiając w nim Malfoya.
- Wszystko w porządku? - spytał Harry, kiedy doszłam do stolika.
- Tak...?
- Wyglądasz... Dziwnie.
- Dzięki - zaśmiałam się, ale najwidoczniej nie przekonująco.
Harry nadal mi się przyglądał.
- Jak mi poszło wczoraj? - zmieniłam temat.
- Byłaś super. Nie miałem pojęcia że potrafisz tak dobrze manewrować i to jeszcze przy takiej prędkości! Zwycięstwo mamy w kieszeni - powiedział Ron.
- Mam taką nadzieję - odparłam.
- Jeśli tylko będziesz grać tak jak wczoraj, przegrana nam nie grozi - dodał Harry, czochrając mi włosy.
Cieszyłam się, widząc go w takim nastroju. Ostatnio bardzo zmarkotniał, był drażliwy i małomówny. Nie trudno było go rozzłościć. Próbowałam coś z niego wyciągnąć, ale bez skutku. Ciągle wydawał się być pochłonięty swoimi myślami. Martwiłam się o niego.

                                                                                ***

- Nie rozumiem, czemu Snape zadaje nam tyle pracy domowej! Jak mamy się z tym wszystkim wyrobić? - jęknęła Pansy.
Siedzieliśmy w Pokoju Wspólym. Wokół nas leżały stosy książek.
- Mnie się nie pytaj - mruknąłem, przeczesując ręką włosy.
Miałem już dość, a był poniedziałek. Na szczęście odrabiałem wszystko na bieżąco, w przeciwieństwie do mojego przyjaciela, który właśnie spał w dormitorium.
- Draco? - odezwała się niepewnie Parkinson.
- Mhm?
- W sobotę jest wypad do Hogsmeade.
- Wiem, idę z Blaisem i Teodorem.
- Och...
- Chciałabyś iść z nami? - zaproponowałem.
Pansy była tak przewidywalna... Nie miałem ochoty na jej towarzystwo, ale niestety, musiałem się z nią męczyć. Ona zapewniała mi idealną osłonę. W mojej misji nie było miejsca na nieostrożność, a spotykanie się z Pansy... No cóż, musiałem zachować pozory. Nikt nie mógł wiedzieć że w ogóle rozmawiałem z Talią
- No nie wiem, zapytam się dziewczyn, czy nie będą miały nic przeciwko - powiedziała, nie zbyt udolnie ukrywając ekscytację.
- Tylko nie każ mi czekać za długo na odpowiedź - mruknąłem, przybliżając się do niej.
Praca domowa już kompletnie mnie znudziła, a widok Pansy, próbującej wyglądać jak najbardziej atrakcyjnie, był niezłą rozrywką.
- Tracey Davis mówiła, że Potter i jej psiapsiółki też się wybierają - westchnęła i oparła się o moje ramię.
- Jakoś nie bardzo mnie to obchodzi - odparłem, obejmując ją ramieniem.
Czy ona musiała ciągle gadać o tej Potter? Nie dość, że musiałem się z nią użerać, to jeszcze nie było dnia, kiedy z ust Parkinson nie padło słowo "Talia".
 Musiałem jednak przyznać, że wyobrażałem sobie ją inaczej, zwłaszcza jeśli chodzi o wygląd. Aż trudno mi było uwierzyć, że jest bliźniaczką bliznowatego. Wiadome było, że nie należała do pasztetów. Nikt, nawet ja nie mogłem temu zaprzeczyć. Za to jej charakter... Na pierwszy rzut oka wydawała się zwykłą chłopczycą, która ma problemy z nadmiarem energii. Przez te ostatnie kilka dni przekonałem się  jednak, że to jest tylko jedna jej strona. Miała w sobie coś tak irytującego, a zarazem intrygującego... Niestety, jej niewyparzona buzia i brak ogłady oszpecał całokształt.  "Naprawdę?" spytała moja podświadomość. Od razu ją uciszyłem. Może i ta Potter miała coś w sobie, ale mnie to nie obchodziło. Misja, na tym powinienem się skupić. Z resztą i tak nie miałem prawa się nią interesować. Dziewczyna miała stać się własnością Czarnego Pana, nic nie mogło jej rozpraszać.
- Mam tylko nadzieję, że na nią nie wpadniemy, bo nie zniosę jej widoku - z zamyśleń wyrwał mnie głos Pansy.
- Mówiłem Ci już, że masz się nią nie przejmować.
- Wiem, ale ona mnie tak denerwuje! Za kogo ona się uważa? Widziałeś ją dzisiaj na Eliksirach? Zachowywała się jak jakaś królowa, tylko dlatego że dostała Błyskawicę Doskonałą - prychnęła.
Zaraz. Błyskawicę Doskonałą?
- Skąd to wiesz?
- Dafne i Tracey były na treningu Gryfonów. Blaise też tam był, nie wiedziałeś?
- Nie. Wracając do tego co wcześniej powiedziałaś, w przeciwieństwie do Ciebie, nie mam nawyku obserwowania Potter - parsknąłem.
- Ja wcale jej nie obserwuje! To ona próbuje ściągnąć na siebie całą uwagę.
- Dobra jest? - spytałem.
- Słucham?
-W Quidditchu. Jest dobra?
- Jak dla mnie, była beznadziejna - powiedziała z niezadowoleniem - Bez problemu pokonacie ich za miesiąc.
- A co mówił Blaise?
- Wspominał coś o niezłej taktyce, ale on zawsze wygaduje jakieś bzdury.
Pansy najwidoczniej nie podobało się, że zadaję pytania na temat złośnicy. Zrobiła naburmuszoną minę. Sama była sobie winna, mogła o niej nie zaczynać.
- Idę do siebie. Spytaj się koleżanek, czy puszczą Cię w sobotę - rzekłem.
Musnąłem jej policzek i ruszyłem w stronę dormitorium. Gorący prysznic, tego było mi trzeba,

                                                 
                                                                               ***

- Cześć Harry - zawołała Ginny, siadając obok mnie.
- Cześć.
- Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej.
- A jak ty byś się czuła, gdyby na każdym kroku powtarzano Ci, że jesteś kłamcą?
- Znowu Umbridge? Myślałam, że każe Ci tylko przepisywać zdania, a nie daje wykłady.
- Nie tylko ona - westchnąłem.
- Czemu ty się nimi przejmujesz? Nie chcę, żeby to zabrzmiało wrednie, ale to oni będą mieli problem, kiedy Voldemort zaatakuje. To oni nie będą gotowi. Musisz przestać się tym zadręczać.
- Łatwo Ci mówić, Ginny, to nie jest takie proste...
- Musisz się rozerwać - powiedziała zdecydowanym tonem - Mam pomysł! Może pójdziesz z nami do Hogsmeade? Kremowe piwo zawsze poprawiało Ci humor.
- Wiesz, zastanawiałem się, czy by nie zaprosić Cho. Myślisz, że by się zgodziła? Rozmawiałem z nią na treningu, przyszła...
- Ehm, wiesz co, zapomniałam, że muszę napisać wypracowanie na Zielarstwo - mruknęła.
Wspinając się po schodach, pomachała mi na pożegnanie i zniknęła.
Co to było? Nie dane mi było jednak siedzieć w samotności dłużej niż dwie minuty. Znikąd pojawiła się Talia. Zajęła miejsce obok. Nic nie mówiła, tylko siedziała i obserwowała tańczące płomienie w kominku. Ja też nic nie mówiłem. Miło było posiedzieć sobie i nic nie mówić. Żadnych pytań, tylko cisza. Ona potrzebowała tego chyba tak samo, jak ja. Po raz pierwszy od dawna, poczułem się dobrze.


                                                                              ***



Zegar wiszący przed wejściem do biblioteki wskazywał już pół do dziewiątej. Zaczęłam się niecierpliwić. Gdzie podziewał się Malfoy? W bibliotece była już tylko Pani Pince i uczennica siódmego roku z Hufflepuffu. Wreszcie, kiedy chciałam już wstać i iść, zauważyłam blond czuprynę, zbliżającą się w moim kierunku.
- Znasz się na zegarku? - syknęłam, kiedy tylko znalazł się wystarczająco blisko, żebym nie musiała krzyczeć.
- Owszem.
- W takim razie zdajesz sobie sprawę, która jest godzina?
- Oczywiście - uśmiechnął się złośliwie.
- Nie wytrzymam...
- Poluzuj dżinsy, Potter. Radziłbym nie dyskutować, kiedy jesteśmy na widoku - odparł ściszając głos.
Poszliśmy na sam koniec biblioteki. Usiadłam na parapecie, tuż przy regale.
- Ta sceneria przywołuje wspomnienia - zaśmiał się Ślizgon.
Przewróciłam jedynie oczami. Dobrze wiedziałam o co mu chodzi. W podobnych warunkach poznaliśmy się, kilka tygodni wstecz.
- Proszę Cię, Malfoy. Możemy przejść do rzeczy? - jęknęłam.
- Jak sobie życzysz. Ojciec napisał, że blizny to nic nadzwyczajnego, jeśli mogę użyć takiego określenia. Pojawiły się, bo straciłaś kontrolę nad mocą, nastąpił wybuch. Ma to wpływ na twoje ciało. Mogliśmy sami do tego dojść, ale zawsze lepiej zapytać.
- Och...- to była jedyna reakcja, na którą było mnie stać.
- Co, spodziewałaś się czegoś bardziej spektakularnego? - kącik jego ust uniósł się lekko.
- Szczerze? Tak.- zaśmiałam się.
- Taa, ja chyba też. Ojciec napisał coś jeszcze. Istnieje medalion, który może Ci pomóc zapanować na mocami. Niestety nie wie dokładnie gdzie to jest. Poszukiwania już trwają - powiedział. Nie wydawał się tym specjalnie przejęty, zupełnie, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
- Ehm... Podziękuj tacie. Nie musiał...
- Nie, nie musiał. Chciał. Ach, jeszcze jedno. Powiedział, że jeśli chcesz nauczyć się panować nad tą energią, to musisz wystawiać się na próby.
- Nie rozumiem - przyznałam,
- Jakby Ci to wytłumaczyć... Musisz na chwilę dać mocy upust. Przypuśćmy, że jesteś zła, tak? Pozwól, żeby moc znalazła swoją drogę na zewnątrz, tak jak ostatnio. Oczywiście nie aż tak. Potem musisz nad tym zapanować, postarać się uspokoić. Rozumiesz?
- Mówiłeś, że to niebezpieczne, może mi się coś stać - odparłam.
- Nie, jeśli w odpowiedniej chwili przejmiesz kontrolę. Poza tym, chyba nie sądzisz, że takie ćwiczenia miały by miejsce bez czyjegoś nadzoru.
- Sugerujesz coś?
- Owszem. Mogę Ci pomóc.
Co?!
- Ty tak na poważnie? Bez urazy, ale chyba podziękuję za prywatne lekcje - parsknęłam.
Jak on to sobie wyobrażał? Nie, nie, nie i nie. Wspominałam już że nie?
- Jak inaczej chcesz zapanować nad mocami?
- Dam sobie radę, dziękuję.
Ślizgon patrzył na mnie z powątpiewaniem.
- Jak chcesz - powiedział się w końcu.
Nie chciałam widywać Dracona częściej, niż to było konieczne. Sama świadomość, że wiedział o mojej... słabości, doprowadzała mnie do szału. Nie byłam to tego przyzwyczajona.
- Naprawdę dziękuję za chęci i w ogóle za wszystko, ale nie sądzisz, że sama powinnam dać sobie z tym radę?
- Jak uważasz, Potter. Tylko żeby nie było, że nie chciałem pomóc - odparł stając przede mną. Patrzył mi prosto w oczy.
Poczułam się niezręcznie.
- Tak... Ja już chyba pójdę - odezwałam się po chwili ciszy.
Zeskoczyłam z parapetu. Malfoy jednak nie ruszył się o milimetr, więc prawie na niego nie wpadłam.
- Moja propozycja jest aktualna, gdybyś mieniła zdanie - rzekł.
Jego szare tęczówki były zdecydowanie za blisko.
- Dzięki, zapamiętam - wymamrotałam.
Wyminęłam blondyna. Chciałam już skierować się w stronę wyjścia, ale zatrzymał mnie głos blondyna.
- Może zobaczymy się w Hogsmeade - powiedział.
Nie czekając na moją reakcję, wyszedł z biblioteki.
Kurczę, a to ja chciałam wyjść pierwsza.


                                                                               ***

Odmowa brunetki wcale mnie nie zmartwiła, wręcz przeciwnie. Wszystko miało pójść zgodnie z planem. Znowu byłem o krok dalej.
















czwartek, 3 września 2015

Rozdział VII Prawda

 Witam! Aż się wstydzę cokolwiek powiedzieć. Chcę baaaardzo
przeprosić za takie opóźnienie. Najpierw większa jego część 
zniknęła z magicznym puf, a potem stwierdziłam, że jego druga 
wersja nie jest wystarczająco dobra. Do tego przyleciała do mnie 
siostra, co oczywiście jest ważniejsze (nie zmienia to faktu, że korzystałam 
z każdej okazji, żeby pisać). Teraz jednak mam trochę więcej czasu. 
Od tej pory, rozdziały będą się pojawiać co tydzień lub dwa, w niedziele. 
O wszystkich zmianach lub nowinkach będę informować na fan page'u,
na którego bardzo serdecznie zapraszam :)
(link -> https://www.facebook.com/onatezprzezylafanpage?ref=hl )
Nie przeciągając już, oto rozdział VII :) 
Miłego czytania, 

Panna Potter



Stałam w łazience Dracona Malfoya. Wnioskując po tym, co widziałam w lustrze, minę miałam komiczną, ale wcale nie było mi do śmiechu. Bardziej interesowały mnie blizny na mojej klatce piersiowej. Wyglądały jak pęknięcia na szkle, sine, jakbym siedziała co najmniej dwie godziny w lodowatej wodzie. Skąd, do cholery się wzięły? Oczywiście moja podświadomość podsuwała mi odpowiedź. Musiały się pojawić po moim wybuchu. Ale dlaczego? Co się ze mną działo? Zaczęłam wpadać w panikę, nie mogąc się powstrzymać. Światło zaczęło niepokojąco mrugać.
"Uspokój się dziewczyno! Chyba nie chcesz powtórki z przed pary godzin!" zrugał mnie cichy głosik w mojej głowie. Wzięłam głęboki oddech, krążąc po dużej łazience.
Nie mogłam znowu... wybuchnąć. Musiałam się uspokoić, wrócić do swojego dormitorium i tam wszystko przemyśleć. Tak, to był dobry pomysł. Szybko zapięłam koszulę pod samą szyję i wyszłam z łazienki, kierując się bezpośrednio do drzwi.
- Hej, gdzie ty się wybierasz?- zawołał za mną blondyn.
- Eee... Idę do siebie.- odparłam.
- Jeszcze nie doszłaś do siebie.- wtrącił Blaise.
- Dojść do siebie mogę też w swoim dormitorium. Dziękuję wam bardzo za pomoc. Pa!
To powiedziawszy, opuściłam pokój dwójki Ślizgonów. W Pokoju Wspólnym siedziało sporo uczniów. Oczywiście mnie zauważyli. Próbując nie zwracać na nich uwagi, szybkim krokiem opuściłam lochy.

                                                                             ***

Nie mogłem w to uwierzyć. Czemu nikt wcześniej mi tego nie powiedział? Zgniotłem trzymany list i cisnąłem go w ogień. Talia, moja siostra miała moc. Niezwykłą i rzadko spotykaną moc, która dla niej samej była zagrożeniem i nikt mu nie powiedział? Musiałem teraz na nią uważać.

                                                                             ***

Weszłam do do Wierzy Gryfonów, nie wiedząc że ktoś na mnie czekał.
- Talia! Gdzie się podziewałaś tak długo? - Harry poderwał się z kanapy i stanął przede mną.
- Ciebie też miło widzieć - odpowiedziałam - Byłam na Błoniach.
- Czy ty masz pojęcie która jest godzina?
- Późna.- odparłam.
- Nawet nie próbuj teraz żartować. Wszyscy bardzo się martwiliśmy. Ginny i Hermiona poszły Cię szukać, ale nie było po tobie śladu. Nawet na Błoniach.
- No bo... Najpierw poszłam na spacer. A z resztą, jesteśmy w szkole. Co twoim zdaniem mogłoby mi się stać?
- Zdziwiłabyś się.- warknął.
- Och, przestań! Naprawdę przesadzasz, Harry.- fuknęłam, wymijając go i zostawiając samego.
Weszłam do dormitorium, gdzie wszystkie moje współlokatorki już spały. Najciszej jak potrafiłam, przebrałam się w piżamę, umyłam zęby i wskoczyłam do łóżka. Zasunęłam bordowe kotary i ułożyłam się wygodnie.
"Co za dzień" pomyślałam. Jeszcze nigdy nie miałam takiego mętliku w głowie. Pytania, których miałam wiele, nie dawały mi spokoju. Świadomość, że ktoś widział mnie w tak żałosnym stanie sprawiała, że miałam ochotę skoczyć z Wierzy Astronomicznej. Co miałam teraz robić? Jak miałam się zachowywać? Jak miałam dalej żyć z tym, co się stało? Na żadne z tych pytań nie znałam odpowiedzi. Czułam, jak bezradność zżerała mnie od środka.
Pozostawała jeszcze kwestia mojego brata i reszty. Nie chciałam im nic nie mówić, a przynajmniej nie teraz. Nawet jeśli bym chciała, to nie wiedziałabym co. Przecież nie miałam pojęcia co się ze mną stało. Wtajemniczenie ich nie wchodziło w grę. Wiedziałam, że okłamywanie najbliższych mi osób, było najgorszym wyjściem, ale jednocześnie jedynym, które miałam.
A do tego wszystkiego dochodził Draco Malfoy i Blaise Zabini. Czarnoskóry był świadkiem całego zajścia, widział jak się rozklejam. Blondyn widział mnie w jeszcze gorszym stanie. Widział słabą, zdezorientowaną, zapłakaną i zwijającą się z bólu Talię. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam sobie na taką nieostrożność. W tej kwestii nie miałam jednak wyboru. Musiałam skorzystać z pomocy tej dwójki i w taki właśnie sposób wracamy do bezsilności. Nie mogłam już tego wszystkiego wytrzymać. Zaraz po rozmowie z Malfoyem postanowiłam ograniczyć kontakty z nimi do minimum (na tyle, na ile było to możliwe). Musiałam się opanować, zachować spokój. Stało się, nie mogłam cofnąć się w czasie. Trudno. Nakazałam sobie nie przejmować się tym wszystkim. Oczywiście, w praktyce nie wyglądało to tak kolorowo. Sama wiedziałam, że nic z tego. Zmartwienia, pytania, złość... To wszystko było nieuniknione.

Obudziłam się wcześniej niż zwykle, więc ubrałam się pośpiesznie w białą bluzkę i dżinsy, zarzuciłam przez ramię skórzaną kurtkę i poszłam nad jezioro. Tam chyba najlepiej mi się myślało. Mimo, że Hogwart bardzo szybko skradł moje serce, byłam przyzwyczajona do przebywania na świeżym powietrzu. Już po piętnastu minutach trzęsłam się z zimna, więc włożyłam kurtkę. Siedząc tak na pomoście, obserwowałam jak słońce wznosi się coraz wyżej. Jego piękne, ciepłe promienie powodowały zapierające dech w piersiach refleksy na pojedynczych chmurach. Tego mi było trzeba. Mogłabym tam siedzieć cały dzień, ale coś mi podpowiadało, a raczej mój burczący brzuch, że czas na śniadanie.
Wielka Sala była niemal pusta. Parę uczniów i nauczycieli zajęli już miejsca przy odpowiednich stołach. Odetchnęłam z ulgą, bo nie miałam ochoty na razie z nikim rozmawiać. Napawając się samotnością, nałożyłam sobie na talerz jajecznicę i dwa tosty. Rozkoszując się smakiem najpyszniejszych w świecie jajek, nie zauważyłam, że ktoś zajął miejsce obok mnie.
- Dzień dobry - usłyszałam męski głos, niedaleko mojego ucha.
Podskoczyłam, krztusząc się jajecznicą. Dopiero po chwili przez łzy zobaczyłam, że Draco siedzi obok, śmiejąc się ze mnie.
- Pomyliły Ci się stoły, Malfoy.- powiedziałam zachrypniętym głosem, klepiąc się w pierś.
Okazało się to błędem. Blizny zaczęły na nowo piec. Zanotowałam w pamięci, żeby ich nie dotykać.
- Cóż, skoro nie chcesz porozmawiać o tym, co się wczoraj stało...- westchnął, podnosząc się z miejsca.
Przewróciłam oczami i pociągnęłam go za szatę, sprowadzając go tym na miejsce.
- Powiedziałem wczoraj, że wszystko Ci wyjaśnię. Jednak nie wydaje mi się to odpowiednie miejsce na takiego typu pogawędki.- powiedział.
- Nie mów, Sherlocku.
- Grzeczniej, Potter. To ja posiadam informacje, których chcesz.
- Do rzeczy. Jakie miejsce proponujesz?
- Moje dormitorium.- rzekł od razu.
- Nie.
- Niby czemu?
- Wolałabym jakieś neutralne miejsce.- odparłam, patrząc mu prosto w oczy. Nie mogłam dać za wygraną.
- Nie będę z tobą negocjował.
- A ja nie chcę wysadzić twojego dormitorium w powietrze. Poza tym, co powiedzą twoi znajomi, widząc Cię ze mną?- spytałam z udawaną troską.
Ślizgon zamilkł na chwilę, najwyraźniej nad czymś rozmyślając. Nagle się ożywił.
- Wiem. Po śniadaniu przyjdź do lochów.
- Po co?- zdziwiłam się.
Nie byłam pewna, czy dobrze mnie zrozumiał.
- Bo nie znasz drogi do miejsca, w które chcę Cię zabrać.- uśmiechnął się, widząc moją niepewną minę.
Nie podobało mi się to.
- Niech Ci będzie.- westchnęłam w końcu, rozgrzebując już chłodną jajecznicę na bekonie.
- Skoro to już mamy z głowy, powiedz mi jak się czujesz.
- W porządku.- mruknęłam.
- A tak na prawdę? - zniecierpliwił się.
Patrzył na mnie natarczywym wzrokiem. A niech go piorun strzeli!
- A jak się mam czuć? - parsknęłam. "Czułam, się jakby coś we mnie wybuchło, ale wszystko w porządku" pomyślałam.
Malfoy wzniósł oczy ku niebu mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem.
- Nie masz w naturze współpracować - to nie było pytanie.
- Nie - wyszczerzyłam zęby.
Mój rozmówca tylko pokręcił głową.
- Do zobaczenia później - zawołał za sobą, kierując się w stronę wyjścia.


                                                                                ***

- Wiecie gdzie znowu podziewa się Talia? - spytałem sięgając po kanapkę.
- Widziałam ją w dormitorium. Wcześniej zjadła śniadanie, a teraz jest w bibliotece.- odezwała się Hermiona.
- Nie wydaje Ci się to dziwne? Albo jest na Błoniach, albo w bibliotece - mruknąłem.
- Harry, nie zapominaj, że dla niej, to wszystko tez jest trudne. Musi się trochę oswoić z zaistniałą sytuacją. Całe życie była sama, miała jeden cel. Teraz znalazła Ciebie, chodzi do szkoły, ma do czynienia z ludźmi, którzy niekoniecznie darzą ją sympatią - wyjaśniła.
- Rozumiem, ale ile można?
- Bierz, ary, kaffy pffeffywa na sffój sosóf - wtrącił Ron, z pełną buzią jajek.
- Co?
- Każdy przeżywa na swój sposób - powiedział po dłuższej chwili.
- Nie wiem jak wam, ale coś mi się tutaj nie podoba
Od wczoraj nie mogłem przestać myśleć o liście od Syriusza. Czemu nikt mi nic nie powiedział? Przecież powinienem wiedzieć, zwłaszcza, że ona nie miała o niczym pojęcia. Ktoś musiał mieć ją na oku, żeby nic jej się nie stało.
- Harry, daj jej czas. Miej trochę zaufania do swojej siostry. Gdyby coś było nie tak, powiedziała by Ci - oznajmiła Hermiona.
Chciałem jej wierzyć, ale nie mogłem.

                                                                               ***

Nie śpiesząc się, zrzuciłem z siebie ubranie i wszedłem pod prysznic. Chłodna woda skutecznie mnie orzeźwiła. Po godzinie intensywnych ćwiczeń, taki prysznic był niczym zbawienie. Czekała mnie rozmowa z Talią, więc chwila relaksu była co najmniej wskazana. Miałem mieszane uczucia. Co jeśli ta mała awanturnica wpadnie w szał? Mogłem się po niej spodziewać wszystkiego. Oczywiście miałem już obmyślony plan, ale czy wszystko potoczy się tak, jak planowałem? Tego nie mogłem być pewien.
Zakręciłem wodę. Sięgnąłem po granatową koszulę i czarne spodnie. Gdy byłem już gotowy, bez pośpiechu opuściłem dormitorium, potem Pokój Wspólny. Czekała na mnie oparta o kamienną ścianę.
- Dłużej się nie dało? - jęknęła patrząc na mnie z wyrzutem.
Mimowolnie parsknąłem.
- Następnym razem bardziej się postaram - odparłem, nie przestając iść w jej kierunku.
- Nie mógł byś dzisiaj sobie darować? A tak w ogóle, dokąd idziemy?
- Zobaczysz - odpowiedziałem uśmiechając się złośliwie.
Wiedziałem, ze denerwowanie jej nie było najlepszym pomysłem, ale nie mogłem się powstrzymać. Brunetka patrzyła na mnie nieufnie.
- Nie bój się, nic Ci nie zrobię - zaśmiałem się - Zaufaj mi.
- Ja mam Ci zaufać? Proszę Cię.
- To ty do mnie przyszłaś, kiedy...
- Na prawdę będziesz mi to wypominał na każdym kroku? Następnym razem, kiedy ty kogoś wybuchniesz, nie krępuj się, zapraszam do mnie - powiedziała z irytacją w głosie.
Z trudem powstrzymałem atak śmiechu
- Chodźmy już - pchnąłem ją lekko w stronę schodów.
Szliśmy w ciszy. Kątem oka widziałem, że coraz bardziej się denerwowała. Zaciskała nerwowo dłonie, a jej twarz przypominała wystraszone zwierzę. Zacząłem się zastanawiać, co teraz działo się w jej głowie. Zdawałem sobie sprawę, że z całych sił próbuje być silna. Coś podpowiadało mi, że w środku trzęsła się ze strachu. Kto inny nie przestraszył by się, będąc w jej sytuacji? Ja może nie tyle bym się bał, co czuł się bardzo skołowany. Ale z drugiej strony, posiadanie takiej mocy...
- To tutaj - odezwałem się w końcu, stając przed pustą ścianą.


                                                                                   ***

- Na pewno? - spytałam, zerkając z powątpiewaniem na ścianę.
- Tak.
Malfoy zaczął chodzić w tę i we w tę wzdłuż ściany, najwyraźniej mocno się nad czymś skupiając. Czekałam cierpliwie, aż skończy to, co robił. W końcu jednak chciałam zapytać, czy dobrze się czuję, ale coś mnie powstrzymało. Mianowicie ogromne drzwi, materializujące się na wcześniej pustej ścianie. Stałam jak zaczarowana.
- Voila - rzekł Malfoy z szerokim uśmiechem.
- To tutaj cały czas było?
- I tak i nie.
- Jak to?
- To zależy, jakich drzwi potrzebujesz
Draco otworzył drzwi, kłaniając się teatralnie.
- Czy ktoś mnie tam usłyszy, jeśli zacznę krzyczeć? - zażartowałam.
- Nie - odparł, puszczając do mnie oko - Właź, nie mamy całego dnia.
Nie kłócąc się dłużej, przeszłam przez drzwi. To co czekało na mnie po drugiej stronie, było niezwykłe. Spodziewałam się tajnej biblioteki, lub pustej, nieużywanej klasy. Moje oczekiwania nie mogły być bardziej mylne.
Stałam na środku polany. Nie było na niej kwiatów, jedynie trawa. Polanę otaczały wysokie drzewa z więdnącymi już liśćmi. Jedynym źródłem światła był ogromny księżyc i miliony gwiazd na nocnym niebie. Zaparło mi dech w piersiach.
- A nie mówiłem? - zaśmiał się Ślizgon.
Kiedy jednak odwróciłam się w jego stronę, wcale się nie uśmiechał. Przyglądał mi się uważnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Tu jest tak pięknie - to jedyne co byłam w stanie powiedzieć.
- Czujesz spokój, prawda? - spytał.
Miał rację. Moje wcześniejsze zmartwienia i strach zniknęły. Zastąpił je spokój, tak jak powiedział Draco. Kiwnęłam głową.
- Gotowa?
- Nie, ale mów.
Zaśmiał się krótko.
- Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że jest coś w tobie, czego nie posiada nikt inny. Dowodem tego był twój atak.- przerwał na chwilę.
Znowu skinęłam głową, na znak że słucham.
- Cóż, nie jest to byle coś. Posiadasz potężną moc, Talio. Potężniejszą, niż możesz sobie wyobrazić. Twój umysł potrafi niemalże wszystko. Jest tylko jeden problem. Jesteś nie wyćwiczona. Nie panujesz nad tą energią, nie potrafisz nią władać. Co za tym idzie? Niekontrolowane ataki, spowodowane silnymi emocjami. Wczoraj, Pansy bardzo Cię rozzłościła. Byłaś wściekła. Moc która jest w tobie znalazła w ten sposób "wyjście". Buzowała w twoich żyłach, karmiła się negatywnymi uczuciami, które wzięły nad tobą górę. Dlatego nastąpił wybuch. Jesteś bardziej niezwykła, niż wszystkim się wydaje - przy ostatnim zdaniu, jego kąciki ust lekko się uniosły.

Zapewne pomyślał o Harrym, o fakcie, że jestem jego siostrą. Też, mimo, że to wszystko mnie przerażało, uśmiechnęłam się. Dziwne, jak człowiek potrafi odczuwać tak skrajne emocje naraz. Strach i spokój.
Zawiał lekki wiatr, unosząc pojedyncze kosmyki moich włosów.
- Ale czemu? Przecież każdy czarodziej posiada moc.
- Tak jak mówiłem, jesteś wyjątkowa.
- Czemu ja?
- Tego nie wiem.
Nie wiedząc, co powiedzieć, usiadłam na trawie. Draco spojrzał na mnie z politowaniem. Ignorując to, poklepałam miejsce obok siebie. Przewrócił oczami, ale usiadł.
- Co mam teraz robić? - spytałam, obserwując gwiazdy.
- Musisz nauczyć się panować nad samą sobą. Przejmij kontrolę nad mocą, zanim ona to zrobi, w przeciwnym razie, możesz źle skończyć.
- Jak to?
- Przed tobą żyło sześciu mężczyzn z taką mocą. Pierwszy umarł w wieku dwudziestu lat. Nie wiedział co się z nim działo, bał się, co tylko pogorszyło jego sytuację. Wykończyła go moc. Drugi próbował zapanować nad tą energią, ale bez skutku. Trzeci został zamordowany przez jego wrogów, czwarty przez własną matkę. Piąty korzystał z mocy w niewłaściwy sposób. Zabijał, torturował, manipulował... Moc się na nim odegrała. Szósty za to umarł we własnym łóżku. Miał sto dwanaście lat.
- Czyli albo nauczę się panować nad sobą, albo sama się wykończę. Mogę jeszcze zostać zamordowana.
- Dokładnie - parsknął.
Przez długą chwilę siedzieliśmy w ciszy. Nie wiedziałam co dalej. Mimo że dostałam wiele odpowiedzi, nadal miałam dużo pytań. Jak ja miałam dać sobie z tym wszystkim radę? Nie byłam osobą opanowaną i cichą. Mogłam zostać bardzo szybko sprowokowana. Jeszcze to panowanie nad mocą... Czemu ja? Wcale tego nie chciałam.
- Skąd to wszystko wiesz? - odezwałam się.
To najbardziej mnie zastanawiało. Skąd wiedział o tych mocach? Znał sporo szczegółów, co wydawało mi się co najmniej podejrzane.
- Wiem i już.
- No gadaj.
- Nie.
- Bo?
- Bo nie.
- No powiedz - jęknęłam
- Nie mogę.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- Ojciec wolał...
- Nie daj się prosić - szturchnęłam go w ramię.
- Jesteś nie do wytrzymania... No dobrze. Nie tylko Dumbledore miał Cię na oku. Mój ojciec, odkąd się o tobie dowiedział, zaczął gromadzić informacje na twój temat. Udało mu się znaleźć wiele ksiąg, zwojów  i zapisek. Okazało się, że ta moc istniała jeszcze kiedy nie było ludzi. Sama wybiera sobie "nosiciela". Ojciec chce Ci pomóc, ale woli też być ostrożny. Nie chce żeby wszystko się  na ciebie nagle zwaliło - powiedział, uważnie mi się przyglądając.

Co?! Lucjusz Malfoy, arystokrata od siedmiu boleści, człowiek podejrzewany o służbę Voldemortowi, nagle bawi się w dobrą wróżkę i chce mi pomóc? Ja niby miałam w to uwierzyć?
- Czemu chce mi pomóc?
- Bo nikt inny tego nie robi - odparł.
Zatkało mnie. Nie chciałam się do tego przyznać, ale Draco miał rację. Pani Bagshot mnie ostrzegała, żebym panowała nad sobą, Dumbledore też, ale czy ktokolwiek mi pomógł?  Czy ktoś mi powiedział prawdę? Czy ktoś mnie przestrzegł, co mogło się stać?
Nie. Nikt nie pisnął słowem. Zatajali przede mną prawdę.
- On wie jak to jest, kiedy ktoś chce Cię wykorzystać i wiedz, że znajdą się Ci, którzy będą to chcieli zrobić. Wie jak to jest być tym, o którym krążą różne plotki. Wiem, że w to nie wierzysz, w końcu to dzięki Wieprzejowi znalazłaś brata, który jest twoją jedyną rodziną. Wiem, że nie chcesz przyjąć tego do wiadomości, ale nie chcę mi się wierzyć, że Dumbledore nic im nie powiedział. Oni to przed tobą ukrywali. Mój  ojciec che Ci pomóc, dać to czego nie dali inni. Chce Ci przekazać potrzebne informacje.

Nic nie powiedziałam. Owszem, nie chciałam w to wierzyć. Chciałam teraz czuć złość i spalić ten jego tleniony łeb, ale nie mogłam. Czułam żal i niepewność. Co jeśli on mówił prawdę? Czemu niby miał mnie okłamywać? A co jeśli to jego ojciec chciał mnie wykorzystać?
- Skąd mogę mieć pewność, że nie kłamiesz?
- Możesz to uznać za zwykłą historyjkę, nie musisz mi wierzyć. Ja mogę dać Ci słowo, że mówię prawdę - powiedział.
Zaczęłam bawić się włosami. W głowie miałam totalny mętlik.
- Muszę Ci coś powiedzieć - rzekłam, nagle przypominając sobie coś ważnego.
- Słucham.
- Wczoraj w łazience zauważyłam dziwne blizny na klatce piersiowej.
- Blizny?
- Tak. Wyglądają jak pęknięcia. Są sine - opisałam dziwne, wypukłe ślady na moim torsie.
- Dziwne... Ojciec coś wspominał, ale dla pewności napiszę do niego i spróbuję się czegoś dowiedzieć - odparł.
- Dzięki - mruknęłam.
- Idziemy?
- Tak


                                                                                ***

Podniosłem się, wyciągając w jej stronę rękę. Nie przyjęła jej. Sama wstała i otrzepała dżinsy. Podeszliśmy do miejsca, w którym wcześniej były drzwi. Pojawiły się niemal od razu. Znajdując się już na korytarzu, nastąpiła krępująca cisza.
- Dziękuję za wszystko - szepnęła ze spuszczoną głową.
Musiała naprawdę czuć się nieswojo z tym wszystkim, skoro nie przeszywała mnie wzrokiem.
- Ależ nie ma za co - zawołałem, kłaniając się teatralnie, czym wywołałem na jej twarzy uśmiech.
- No to... Cześć - powiedziała, chcąc już odejść.
Szybko jednak położyłem dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się zaskoczona.
- Wszystko będzie dobrze.
Patrzyła na mnie przez krótki moment. W końcu kiwnęła tylko głową i odeszła, zostawiając mnie na korytarzu.

Miałem ochotę krzyczeć. Wszystko poszło po mojej myśli, plan się powiódł. Wiedziałem, że dzisiejsza rozmowa z Panna Potter była sukcesem, krokiem dalej w mojej misji. Byłem pewny, że miałem ją w garści, nawet jeśli sama nie była tego świadoma. Postanowiłem napisać list do ojca i zdać mu relacje z minionych dwóch dni. Ha! Nie mogłem w to uwierzyć. Może i ta mała zołza nie była do końca przekonana, ale to tylko kwestia czasu.

- I jak Ci poszło? - zawołał Blaise z łazienki, kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi od naszego dormitorium.
Brał prysznic, zapewne ćwiczył pod moją nieobecność.
- Nie będę nadwyrężał gardła. Pośpiesz się! - krzyknąłem.
Korzystając z okazji, że na stoliku stała już butelka Ognistej, nalałem sobie bursztynowego płynu do szklanki. Należało mi się.
- Opowiadaj - rzekł mój przyjaciel z mokrą głową i w samych dresach.
- Przede mną nie musisz chwalić się swoim negliżem - parsknąłem.
- Merlinie... Gadaj - zniecierpliwił się, siadając na swoim łóżku.
- Poszło zaskakująco dobrze. Jeszcze trochę i ta złośnica zacznie mi jeść z ręki. Powiedziałem jej to, co chciała wiedzieć i przy okazji wcisnąłem historyjkę o tym, jak to mój tatuś chce jej pomóc. Może nie uwierzyła mi do końca, ale z pewnością zwątpiła w swoich zakichanych przyjaciół i braciszka. No bo przecież oni  muszą o niej wiedzieć, skoro Dumbledore też wie, prawda? - uśmiechnąłem się z satysfakcją.
- Stary, jesteś genialny! - zawołał Zabini.
- Wiem.
- Ale, co teraz?
- Teraz muszę pielęgnować to, co udało mi się zyskać, sprawić, że mnie... polubi. Musi wiedzieć, że to ja jestem jedyną osobą, na której może polegać, która może jej pomóc.
- Jeśli znowu zacznie mieć problemy, zaproponuj jej lekcje panowania nad sobą. W ukrywaniu jakichkolwiek emocji, jesteś niemalże mistrzem - parsknął.
- Nie jest to zły pomysł - odparłem, zastanawiając się nad tym.
Myśl mojego współlokatora nie była głupia. Nie mogłem jednak tak nagle jej tego zaproponować. Ktoś, lub coś musiałoby ją najpierw wyprowadzić z równowagi. Oczywiście nie tak, jak Pansy wczoraj. Wystarczyłoby kilka powybijanych okien i trzęsąca się podłoga.