niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział XXI Malfoy Manor

Witam! Rany, zbliżamy się do bardzo interesującej 
części mojego opowiadania. Nie mogę w to uwierzyć. 
Mam wrażenie, jakbym wczoraj zakładała tego 
bloga. Nie będę się jednak już rozczulać, bo mam
dla was (taką przynajmniej mam nadzieję ;p)
fajny rozdział :) Miłego czytania!


Panna Potter




Neville podszedł do nas z bardzo zmieszaną miną. Widać było, że próbuje się uśmiechnąć, ale z jakiegoś powodu nie potrafił.
- Cześć Neville - przywitałyśmy się z kolegą ze szkoły. 
- Cześć wam. Co wy tutaj robicie?
- Odwiedzamy mojego tatę - wytłumaczyła Ginny - A ty? Nie powinieneś być w szkole? Ferie dopiero za tydzień. 
- Puścili mnie wcześniej bo...- przerwał, kiedy za jego plecami stanęła kobieta ubrana w długą koszulę nocną w kropki. 
Położyła swoją dość koścista dłoń na ramieniu Neville'a, a ten się odwrócił. Kobieta uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła mu coś do ręki. Był to papierek po cukierku. 
- Dziękuję, mamo - powiedział Neville, patrząc na nią z lekkim zakłopotaniem. 
- Och - wyrwało mi się. 
Dopiero teraz dostrzegłam podobieństwo między nimi.
- Wypuścili mnie wcześniej, bo dawno nie byłem u rodziców - mruknął pod nosem, spuszczając wzrok na kolorowy papierek, który trzymał w ręce. 
- Cześć Neville - usłyszałam głos, tuż za nami. 
Harry wreszcie postanowił wejść do sali. O co chodziło? Czemu jego rodzice tutaj byli? 
"A gdybym tak... Nie, nie mogę wykorzystywać mocy do własnych zachcianek...Ale chyba nic by się nie stało, gdybym tylko..." 
Skupiłam się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z matką Neville'a. Ta zaś od razu na mnie spojrzała. Nagle w mojej głowie pojawiły się przeróżne obrazy. Na początku nie potrafiłam nic rozpoznać, ale z każdą sekundą wszystko zaczęło układać się w jedną całość. "O cholera" pomyślałam, próbując nadal się uśmiechać. 
Spojrzałam ukradkiem na mojego brata, który właśnie rozmawiał z Nevillem. On wiedział. Wiedział, że państwo Longbottom byli torturowani przez Bellatrix Lestrange, aż postradali zmysły, nie dając się jej złamać. Fakt, że zrobiła to tylko po to, żeby wydobyć z nich informacje... Nie. To nie mieściło mi się w głowie.
Poczułam łzy, które na szczęście udało mi się powstrzymać. Kątem oka zobaczyłam, że mama Neville'a nadal się we mnie wpatruje. 
"Neville" usłyszałam w myślach. To był jej głos. Kiwnęłam powoli głową. 
"Kocham" wysłała mi swoją myśl. Przybrała smutny wyraz twarzy. Chyba wiedziałam o co jej chodziło. Ona chciała być matką dla swojego syna. Chciała normalnie funkcjonować, aby móc być przy nim i pokazać mu, że jest dla niej największym skarbem. Ale nie mogła.
" Ma Pani wspaniałego syna, który kocha swoich rodziców nad życie" odpowiedziałam jej, uśmiechając się ciepło. 
Pani Longpottom zaśmiała się, zaczęła klepać swojego syna po ramieniu, a potem podskakując, wróciła do swojego łóżka, przy którym stała babcia Neville'a, obserwująca całe zajście. 
- Hej - zwróciłam się do Neville'a - Jesteś do niej całkiem podobny. 
- Babcia mówi, że jestem cały tata. 
- Ale oczy masz po mamie. 
- No... Chyba tak - powiedział. 

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Kiedy się żegnaliśmy, mama Neville'a pomachała nam, patrząc mi prosto w oczy, ale nie przesłała mi żadnej myśli. Odmachałam jej.
Nikt z nas nie wrócił do tego spotkania, nie wiedząc co powiedzieć. Może tak było lepiej. 


                                                                              
                                                                                ***


- Obiecałeś załatwić nam zaproszenia - jęknęła Pansy, podając mi swój kufer, który bez problemu umieściłem na półce nad naszymi siedzeniami. 
- Powiedziałem, że spróbuję. Wiesz jaki jest mój ojciec - odparłem, starając się zachować spokój. 
To pewne było nasze ostatnie spotkanie przed powrotem do Hogwartu. Musiałem być dla niej miły. 
- Ale ja nie wytrzymam bez ciebie tak długo - powiedziała, zajmując miejsce obok okna.
- No właśnie, Dracuś. Pansy nie wytrzyma bez Ciebie tak długo - odezwał się Blaise, powstrzymując śmiech. 
- Dorośnij - odparłem, piorunując go wzrokiem. 
Usiadłem obok Pansy, która niemal od razu się we mnie wtuliła. Teodor, siedzący z Dafne naprzeciwko nas, spojrzał na mnie znacząco. Odpowiedziałem mu cichym westchnięciem. Na szczęście Pansy nic nie zauważyła. 
- A już myślałam, że upijemy się na koszt twoich starych - parsknęła Tracey, prostując nogi tak, aby leżały na kolanach Blaise'a. 
- Cóż, opowiem Ci, czy w tym roku też zadbali o dobre wyposażenie barku - odpowiedział jej Blaise, uśmiechając się przy tym złośliwie. 
- Nie przechwalaj się tak - syknęła, ale po chwili już uśmiechała się do niego zalotnie. Na jej nieszczęście, Blaise zdawał się tego nie zauważać. 
Dobrze wiedziałem, że myślał tylko o jednej dziewczynie. I nie było jej akurat w tym pociągu. 
- A co powiecie na wspólnego Sylwestra? - wtrąciła się Pansy. 
- Ja odpadam - rzekłem od razu. 
- Ja też - powiedzieli jednocześnie Blaise i Teodor.
- Ej, panowie! A co z naszą tradycją? - oburzyła się Dafne. 
- W tym roku będziemy musieli sobie odpuścić - odparłem, wzruszając ramionami. 
- A to niby czemu? - obruszyła się Parkinson. 
- Moi starzy coś planują. Mają kilka spraw do załatwienia Antwerpii - wytłumaczyłem jej. 
Tym razem nie kłamałem. Zaraz po świętach ma się odbyć zebranie, na którym Czarny Pan i jego śmierciożercy będą planowali co dalej. Sytuacja z Talią nie zmierzała w przewidzianym kierunku, czasu było coraz mniej, a Zakon wiedział coraz więcej. No i trzeba było też zdobyć przepowiednię, a do tego była potrzebna Talia. Oczywiście ja, Blaise i Teodor też mięli się tam stawić. Coraz mniej nam się to wszystko podobało.
- W Antwerpii? Rodzice nigdy mnie tam nie zabrali! Słyszałam że jest tam pięknie - westchnęła z tęsknotą,
Dobrze wiedziałem co kombinowała. "Niestety", z dzieci śmierciożerców, tylko my mogliśmy tam być. Pansy musiała zapomnieć o romantycznym wypadzie w góry.
- Tak, rzeczywiście jest tam całkiem ładnie. Zwłaszcza nad ranem - odrzekłem, udając, że nie załapałem aluzji.  
- A wy? Czemu wy nie możecie? - odezwała się Tracey, przerywając chwilę ciszy.
- Cóż, pozwól, że użyjemy tej samej wymówki - odrzekł Teodor.
Parsknąłem cicho.
- Jesteście beznadziejni - odparła Dafne.
- Nikt was tu nie trzyma - zauważyłem.
- Czyżby? - szepnęła mi do ucha Pansy.
Przemogłem swoją niechęć i objąłem ją ramieniem, całując ją delikatnie.
- Tak też myślałam - powiedziała zadowolona.
Kątem oka zauważyłem, jak jej przyjaciółki wpatrują się w nas z czystą zazdrością.
Nasza szóstka znała się od dzieciństwa. Zawsze trzymaliśmy się razem. Jednak dziewczyny doszły do wniosku, że już nadszedł czas, aby nasza znajomość ruszyła o krok dalej. Mogliśmy się tego spodziewać. Oczywiście mogły mieć każdego, ale my wychowaliśmy się razem. Nas znały najlepiej. To było do przewidzenia. Już na trzecim roku Pansy zaczęła okazywać zainteresowanie moją osobą. Uwagę Tracey przykuł Blaise, Dafne za to uganiała się za Teodorem. Nie przeszkadzało nam to zbytnio. Uważaliśmy to za normalne, aż do pewnej chwili. Kiedy poznałem Talię, Pansy zaczęła mnie bardzo irytować. Potem, ta mała awanturnica dała moim przyjaciołom okazję, aby lepiej poznali Hermionę i Wiewiórę. Kolejny dowód na to, że Talia była idealna w mąceniu ludziom w głowach. Nadal jednak nie wiedziałem, czy ja, ofiara jej uroku, wyjdzie na tym źle, czy też okaże się to moją zgubą.


                                                                              ***


Wyciągnęłam się wygodnie na kanapie po długim dniu. Cały tydzień robiliśmy świąteczne porządki. O dziwo, Syriusz postanowił opuścić strych i się do nas dołączyć. Nie był już przybity. Podejrzewałam, że powodem jego dobrego nastroju było to, że dom znowu zaczynał tętnić życiem. Kręciło się po nim coraz więcej ludzi. Nie dziwiłam się Syriuszowi. Wiedziałam jak to jest, kiedy żyje się w samotności.
Owszem, pracowałam w piekarni z Bobem, ale za każdym razem, kiedy wracałam do domu w lesie, czułam się jak duch, błądzący po ziemi, na której już nie stąpała żywa istota.
Na szczęście, cichy i pochmurny Syriusz ustąpił miejsca duszy towarzystwa. Uśmiechał się, żartował i rozmawiał. Jego obecność bardzo pomagała nam w sprzątaniu, bo nie wydawało się to już takie nudne i nieprzyjemne. Cieszyłam się, że chociaż on miał dobry humor.
Nie mogłam tego powiedzieć o Harrym. Kiedy tylko mógł, zamykał się w pokoju, nie chcąc z nikim rozmawiać. Bywały momenty, kiedy zachowywał się "normalnie", ale nie trwały one długo. Kiedy już udawało mi się go zobaczyć, widziałam te wszystkie negatywne emocje, którym zdawał się poddawać. Czułam jednak, że to nie był on. Ta ponura osoba, to nie był mój brat i tylko ta myśl pozwalała mi w niego nie zwątpić. Wiedziałam, że czegoś mi nie mówił, że ma jakiś problem. Blizna bolała go coraz częściej, ale nie dawał sobie pomóc.
Przez jego stan miałam wyrzuty sumienia, zastanawiając się jak wytłumaczyć moją nieobecność. Jutro, po kolacji Wigilijnej, miałam udać się do Malfoy Manor i spędzić tam dwa dni. Tego nie mogłam mu powiedzieć, więc kłamstwo było jedynym wyjściem. 

- Nareszcie koniec - zawołał George, padając na jeden z foteli.
- Hmm? - mruknęłam, wyrwana z własnych myśli.
- Skończyliśmy sprzątać  - rzekł Fred, który bawił się poduszką.
- Och... Tak. Ale jutro Wigilia, a to oznacza...
-... A to oznacza, że mama będzie nam wszystkim wypominała, że wszystko jest na jej głowie i że nikt nie pomaga jej w kuchni - dokończył za mnie George.
- Ujęłabym to inaczej, ale zgadłeś - zaśmiałam się, biorąc kubek ciepłej herbaty od Ginny, która właśnie weszła do salonu.
- Ginny, Talia, mogę was na chwilę prosić? - zawołała Hermiona, wychylając się zza framugi drzwi.
- Pewnie.
Poszłyśmy za nią do naszego pokoju. Hermiona usiadła na łóżku i poklepała miejsca przed sobą.
- Talia, wymyśliłaś już co powiesz Harry'emu i reszcie? - spytała szatynka.
- Jeszcze nie...
- Jeszcze nie ? - zdziwiła się Ginny.
- Jeśli nie podasz im wystarczająco dobrego powodu, to zapomnij o tym, że Cię puszczą. Przecież wiesz że jesteś pod ochroną Zakonu. Tak naprawdę nie powinnaś się nigdzie ruszać.
- Wiem... Ale co mam im powiedzieć? Przecież nie mam żadnej rodziny, którą mogłabym "odwiedzić".
- A Bob? - spytała Ginny.  
Spojrzałam na nią zdziwiona.
Czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? To był bardzo dobry pomysł.
- Kiedyś Cię ozłocę - powiedziałam, uśmiechając się do niej.
- Trzymam Cię za słowo - parsknęła.
- Powinno się udać - stwierdziła Hermiona, ale nadal nie wyglądała na zadowoloną.
- Hermiono, nic mi się nie stanie - zwróciłam się do niej, a ta westchnęła bezsilnie.
- Naprawdę jesteś pewna, że to nie jest jakiś chory plan Malfoyów?
- Ufam Draconowi - odpowiedziałam.
- A jego rodzinie?
- Nie znam ich.
- No właśnie. Talia, jego ojciec podejrzewany o bycie śmierciożercą. Harry widział go w zeszłym roku na cmentarzu...
- Harry go widział? - przerwałam jej, powtarzając w głowie to co przed chwilą powiedziała.
Jeśli to prawda, to mogli mi to powiedzieć wcześniej.
- No tak... Przecieć mówiłam Ci, że jest podejrzewany o sługę Voldemortowi.
- Tak, podejrzewany, ale nie wspominałaś tego, że mój brat widział go na własne oczy - odparłam lekko poirytowana.
Serce zaczęło mi bić szybciej . Ufałam Draconowi, ale fakt, że jego ojciec prawie na pewno jest śmierciożercą, lekko komplikował sytuację. Co jeśli on coś knuje? Czy Draco wiedziałby o planach swojego ojca? A może Harry'emu wydawało się, że go widział? Merlinie, oby tak było.
- Czy istnieje szansa, że Harry się pomylił? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Nie wiem, może tak, ale wątpię, żeby tak było - powiedziała.
- Będę się trzymała myśli, że mógł się pomylić. Nie mogę już tego odwołać - szepnęłam, usilnie wpatrując się w moje dłonie.
- Wiesz, że nie jestem co do tego przekonana, ale ufam Ci. Ufam, że jeśli coś się stanie, ty dasz sobie radę i nie dasz zrobić sobie krzywdy. Poza tym... Nie sądzę, żeby Draco miał złe zamiary, więc jeśli już coś by się miało stać, pewnie będzie Ci chciał pomóc - powiedziała Hermiona, próbując podnieść mnie na duchu.
Byłam jej za to wdzięczna.
- Nie wierzę, że to powiedziałaś - parsknęła Ginny - Co zrobiłaś z Hermioną?
- Obserwowałam go. Jest zbyt w Ciebie zapatrzony, żeby Ci coś zrobić - odrzekła ze złośliwym uśmieszkiem.
- Nie, nawet nie zaczynaj - ostrzegłam ją.
Hermiona i Ginny wybuchnęły śmiechem.

Wigilia. Dzień przeze mnie wyczekiwany, aż do wczoraj. Dzisiaj się bałam. Powtarzałam sobie, że nic nie ma prawa się stać. Niestety, nie bardzo mi to pomagało. Słowa Hermiony sprawiły, że miałam wątpliwości. Dlatego też musiałam się bardzo starać, aby się trząść, kiedy stałam przed lustrem, przymierzając stroje, które proponowały mi moje przyjaciółki. Zawsze kiedy zżerały mnie nerwy, zaczynałam się trząść. Na szczęście kontrolowałam swoją moc już na tyle dobrze, aby nie stracić nad nią panowania.
- Przecież przebiorę się na bankiet. Nie widzę potrzeby, aby już przed nim się stroić - mruknęłam, zakładając śliwkową bluzkę, którą podała mi Hermiona.
- Talia, czy ty w ogóle wiesz o czym ty mówisz? Idziesz do domu arystokratów, musisz im pokazać, że wcale nie są lepsi. Pierwsze wrażenie zawsze jest najważniejsze - odparła Ginny.
- Dobrze, ale będą mnie widzieli tylko przez chwilę!
- Właśnie dlatego musisz wyglądać olśniewająco. Chwila musi wystarczyć, aby im szczęki opadły.
- Hermiono, czemu się za mną nie wstawisz? - jęknęłam.
- Rozumiem Cię Talio, ale Ginny ma rację. Musisz zrobić dobre wrażenie.
Machnęłam na nie dłonią, wiedząc, że i tak nie wygram.
Godzinę późnej byłam już ubrana i uczesana. Moje mocno poskręcane loki zmieniły się w lekkie fale, związane w luźny, choć elegancki kucyk. Udało mi się ubłagać Ginny, aby mnie nie malowała, bo to byłoby już przesadą. Ku mojej uldze, dziewczyny nie kazały mi ubrać żadnej sukienki, ani spódniczki. Byłam więc zadowolona z efektu końcowego.
- Jesteś pewna, że chcesz iść sama? Z chęcią poznałbym Boba - powiedział Harry po kolacji Wigilijnej.
Wszyscy zgromadzili się na korytarzu, aby mnie pożegnać.
- Jestem pewna. Wiesz, tak naprawdę zniknęłam bez słowa, muszę z nim porozmawiać. Lepiej będzie, jak tym razem odwiedzę go tylko ja - powiedziałam, starając się zachować spokój.
- Uważaj na siebie - mruknął i objął mnie, jednak szybko się odsunął.
- Ty też.

Wreszcie udało mi się wyjść z domu. Świeże powietrze trochę mnie uspokoiło. Droga na stację King's Cross, z której miał mnie odebrać Draco nie była daleko, a miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam się nie śpieszyć. Obserwowanie spadających płatków śniegu zawsze mnie koiło, a dzisiaj potrzebowałam właśnie tego.
Bałam się. Mimo, że to co mówiła Hermiona mogło być prawdą, nie chciałam wierzyć w to, że Draco byłby w stanie mnie okłamać. Jakby na to nie patrząc, Ślizgon był jedną z najbliższych mi osób. Ufałam mu.


                                                                            ***


Stałem przed wejściem do King's Cross, czekając na Talię. Umówiliśmy się, że odbiorę ją o dziewiętnastej. Na ulicach panowały pustki, wszyscy siedzieli teraz w domach z rodzinami. Nie przeszkadzało mi to. Zimowe wieczory były o wiele bardziej urokliwe, kiedy irytujące dzieciaki nie biegały wszędzie, gdzie popadnie, rzucając w siebie śnieżkami.
- Cześć nieznajomy - usłyszałem za sobą śpiewny głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Wyglądała ślicznie.
- Co ja widzę. Chyba nie wystroiłaś się tak dla mnie?.
- Nie rób sobie zbędnych nadziei, Malfoy - zaśmiała się.
Podszedłem bliżej i uścisnąłem ją krótko na przywitanie.
- Mam nadzieję, że wszystko już jest w porządku - powiedziałem.
- Jak to?
- Wyjechałaś tydzień wcześniej. Słyszałem o ojcu Wiewióry.
- Słyszałeś? Od kogo - zdziwiła się.
- Mój ojciec pracuje w Ministerstwie - przypomniałem jej.
- Ach, no tak. Pan Weasley jest już w domu i dochodzi do siebie - rzekła, uśmiechając się delikatnie.
- To dobrze.
- A zmieniając temat, to jak się tu dostałeś? - spytała.
- Deportowałem się - odparłem, wzruszając ramionami.
- Co?! Przecież nie możesz...
- Ja mogę troszeczkę więcej, Talio, Jestem Malfoyem.
Dziewczyna popatrzyła na mnie pobłażliwie.
- No tak, dwa tygodnie, a ja już zdążyłam zapomnieć, że rasowy z Ciebie arystokrata.
- Dobrze, lepiej już chodźmy, zanim zmienisz zdanie - parsknąłem.
- Chcesz iść pieszo? - spytała, patrząc mnie z przerażeniem.
- Oczywiście, że nie. Deportujemy się - odpowiedziałem.
- Ale ja nie mogę.
- Nie marudź już tak, nie mamy całego wieczoru. Ja też muszę się wyszykować.
Talia wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.
- Co Cię tak bawi? - mruknąłem zdezorientowany.
Z czego ona się tak śmiała?
- Czy ty masz pojęcie, jak to zabrzmiało? - wydusiła z siebie, nie mogąc powstrzymać chichotu, który swoją drogą był uroczy
"Ogarnij się, idioto!" skarciłem się w duchu.
- Nie, nie wiem. Możesz przestać?
- Przepraszam - powiedziała, zakrywając usta dłonią.
Wzniosłem oczy ku niebu. Talia może i była wyjątkowa, ale pozostawała dziewczyną, a momentami bywały nie do zniesienia.
- Skończyłaś?
- Tak, wybacz - odparła, nadal się uśmiechając.
Ujęła moje ramię.
- Gotowa? - spytałem.
-  Pewnie.


                                                                              ***


Kiedy lekkie zawroty głowy minęły, puściłam ramię blondyna, który czekał cierpliwie, aż złapię pełną równowagę.
- Witaj w Malfoy Manor - powiedział cicho, gestem wskazując na swoje drzwi wejściowe, przed którymi staliśmy.
Były ogromne. Tak samo jak jego dom, który bardziej przypominał pałac.
- Ty tu mieszkasz? - spytałam , będąc w lekkim szoku.
- Zgadłaś - zaśmiał się.
- Rany.
- Nic nadzwyczajnego - wzruszył ramionami.
Podszedł do drzwi i otworzył je.
- Panie przodem.









poniedziałek, 21 grudnia 2015

Rozdział XX Szczęśliwe zakończenie

Witam! To już dwudziesty rozdział! Nie mogę uwierzyć
jak ten czas szybko płynie. Mam wrażenie, jakbym to 
wczoraj pisała pierwszy rozdział. Wracając jednak do
konkretów, chcę Was przeprosić. Wiem, że rozdział miał
być wczoraj, ale Blogger postanowił zrobić mi "mały" żart.
Kiedy chciałam dokończyć rozdział, okazało się, że połowa
magicznie zniknęła -.- Pozostaje też kwestia przygotowań 
do świąt, więc i tam sądzę, że szybko się uwinęłam. 
Mam szczerą nadzieję, że rozdział się wam spodoba :D 
Miłego czytania!

Panna Potter




- Nie widziałem dzisiaj naszej awanturnicy - rzekł Blaise, opadając na kanapę w opustoszałym salonie.
Trwała kolacja, na którą postanowiliśmy nie iść.
- Ja też nie... Myślisz, że coś się stało? - odparłem, następnie karcąc samego siebie w myślach
"Nie przesadzaj, Draco"
- Mam nadzieję, że nie. Może Teodor coś wie. Jest u Snape'a.
- Czemu?
- Wiesz... Akcja z wysłannikiem, któremu mieliśmy zdawać raporty się nie powiodła. Mamy wszystko przekazywać Snape'owi.
- No tak, ten przeklęty wysłannik. Nie mogę uwierzyć, że wpadli na coś tak głupiego. To byłaby tylko kwestia czasu, zanim Dumbledore by się zorientował - odparłem, przeczesując leniwie włosy.

Byłem zmęczony. Całą noc nie mogłem przestać myśleć o tym przeklętym balu, a co za tym szło? Brak snu. Fakt, że przyznałem się nie tylko przed przyjaciółmi, ale też przed samym sobą, że Talia nie była mi obojętna, bardzo mnie przytłaczał. Owszem, wcześniej podobały mi się różne dziewczyny, ale nigdy nie musiałem się ubiegać o ich względy, co wydawało mi się normalne. Teraz jednak wiedziałem, że są też takie, które będą kazały Ci trochę powalczyć. Były też oczywiście plusy. Talia okazała się wyzwaniem, a ja zawsze je lubiłem. Nie mogłem jej też porównać do reszty dziewcząt. Przedtem żadna ze mną tak naprawdę nie rozmawiała, nie zadawała mi pytań... To tak jakby chciały mnie tylko po to, żeby mnie mieć. Z Talią było inaczej. Rozmowy z nią mogłyby trwać godzinami, nigdy nie brakowało jej pytań. Trochę mnie to bawiło. Zawsze z chęcią słuchała tego, co ktoś ma do powiedzenia, ale nigdy nie lubiła mówić o sobie. To chyba lubiłem w niej najbardziej. Za każdym razem sprawiała, że czułem się naprawdę ważny. Każdego starała się traktować jak najlepiej, chyba, że ktoś naprawdę zalazł jej za skórę. Nie miałem pojęcia, czy odwzajemniała moje "uczucia". Szczerze mówiąc, nie chciałem tego wiedzieć. I tak pozwoliłem sobie na zbyt wiele.

- Też tak myślę - odezwał się Blaise, przywołując mnie do rzeczywistości - Wiesz, jak się tak zastanowię, to nie widziałem Ginny i Hermiony. Weasleye też wyparowali, podobnie jak Potter. Dziwne, prawda?
Mój przyjaciel dał mi do myślenia. Wracając myślami do początków tego dnia, również nigdzie nie widziałem przyjaciół Talii. Brakowało ich też na śniadaniu.
- Chyba jednak coś się stało - odpowiedziałem, spinając się lekko.
- Dobrze główkujesz, stary - usłyszałem głos Teodora za swoimi plecami.
W tej właśnie chwili Teo zmierzał w naszym kierunku żwawym krokiem, ale jego mina zdradzała, że nie miał najlepszych wiadomości.
- I co? Jak tam spotkanie? - zapytał Blaise.
Teodor usiadł na kanapie i skrzyżował ręce na piersi.
- Raport przekazany. Nic mu nie wspomniałem o tym, co wczoraj nam powiedziałeś - odrzekł spokojnie.
- Dobra... A mówił coś może o...- zacząłem, poirytowany tym, że Teodor nie przeszedł od razu do rzeczy.
- Tak. Ojciec Ginny węszył obok drzwi w Ministerstwie... Został zaatakowany. Jakimś cudem Zakon się o tym dowiedział. Weasleyów, Harry'ego i Talię wysłano do domu.
Siedzieliśmy chwilę w kompletnej ciszy.
Nie miałem pojęcia, czy powinienem okazać skruchę, czy cieszyć się z tego, że Artur Weasley nie zdołał zepsuć tego, nad czym Czarny Pan pracował tak długo. Doszedłem do jednego wniosku.
Talia miała na mnie dziwny wpływ, nie potrafiłem jednak ocenić, czy to źle, czy dobrze.
Dawniej cieszyłbym się z porażki Zakonu. A teraz? Miałem mętlik w głowie.
Nie powinienem pozwolić sobie, aby moja relacja z Talią, a raczej moje zaangażowanie osiągnęło tak wysoki poziom. Przez tę dziewczynę zacząłem gubić się w tym wszystkim, nie byłem już pewny tego, co robię. Został mi wyznaczony cel i tego powinienem się trzymać.
Niestety to nie było już takie proste.
Siostra mojego wroga otworzyła mi oczy na pewne kwestie, przedstawiła mi nowy punkt widzenia na świat. Była zdecydowanie zbyt dobra, jak na mój gust, ale właśnie tego byłem w niej tak ciekawy. Los stawiał na jej drodze tyle przeszkód, widziała okropne rzeczy, straciła rodzinę... A jednak pozostawała pełna nadziei, ciągle wierzyła w dobroć, mimo że nie dane jej było tej dobroci w pełni zaznać. Jak to możliwe?
- Myślisz, że Zakon zdołał się czegoś dowiedzieć? - spytał Blaise.
- Oczywiście. Artur Weasley musiał pilnować tych drzwi. Na pewno wiedzą, dlatego Talia jest teraz bardzo potrzebna Czarnemu Panu. Dobrze wiemy, że to, czego chce Voldemort nie może trafić w byle ręce, a Talia i Harry to bliźnięta, w ich żyłach płynie ta sama krew. Nie dość, że dziewczyna ma moc, której on chce, to możliwe jest, że może mu dać to, czego nie mógł mu dać nikt inny - wyjaśnił Teodor.
- Masz rację - wtrąciłem się - Tyle że ona nie ufa nam na tyle, żeby przejść na nasza stronę. Zanim medalion przejmie jej moc, minie trochę czasu, a Czarny Pan go nie ma. Jestem pewny, że nie pójdzie po dobroci, a jeśli będą chcieli ją zmusić, to wysadzi wszystkich w powietrze.
- Myślałem, że medalion od razu przejmie jej moc - zdziwił się Blaise.
- Też tak zakładaliśmy, ale ojciec znalazł zwój, kiedy szukali tego medalionu. Okazało się, że tylko zwykłe moce czarodziei poddają się tak łatwo. Wszystkie inne już nie. Talia gromadzi w sobie źródło mocy tak potężne, że minie sporo czasu, zanim medalion przejmie ją w całości - odpowiedziałem.
- Co to za moc, którą ma Talia? Słyszałem coś na jej temat, ale rodzice postarali się o to, byśmy nie wiedzieli za dużo - powiedział Blaise.
- Udało mi się co nie co dowiedzieć - odparłem - Talia tak naprawdę nie "posiada" tej energii. Ona nią jest. Stała się nią w momencie, którym moc ją wybrała. Od tamtej chwili Talia jest źródłem całej energii czarodziejów. Jest kotwicą.
Teodor i Blaise wytrzeszczyli na mnie oczy.
- Żartujesz?! - wydusił z siebie Teo - Wiedziałem, że jest potężna, ale nie, że aż tak! Czemu nie powiedziałeś nam tego wcześniej?
- Powiedz mi, gdybyś wiedział, zachowywał byś się w stosunku do niej tak samo, jak teraz? Ona musi nam zaufać, uwierzyć, że jesteśmy jej przyjaciółmi. Wasza niewiedza wam ułatwiła to osiągnąć, bo trudno zachować spokój, kiedy ma się świadomość, że przebywasz w jednym pomieszczeniu z źródłem mocy całego świata, które jest aktualnie porywczą nastolatką i nie za bardzo nad sobą panuje.
- No tak - przytaknął Nott - Ale ona teraz jest z Zakonem, a to nie jest dla nas korzystne.
- Dlatego muszę coś wymyślić. Spędzi w Malfoy Manor trzy dni. Musimy jej pokazać, że właśnie to otoczenie ma jej najwięcej do zaoferowania, że tam będzie w pełni akceptowana.
- Spróbuj porozmawiać z matką. Powiedz jej co czujesz do Talii. Wiesz, może jak będzie wiązało Cię z nią coś więcej, to przejście na naszą stronę okaże się dla niej łatwiejsze - wtrącił Blaise
- Ile razy mam Ci tłumaczyć...
- Zgodzę się z Diabłem. Czarny Pan nie ma już czasu. Będzie chciał osiągnąć swój cel mimo wszystko. Jeśli przedstawisz mu ten pomysł w odpowiedni sposób, to na pewno się zgodzi - rzekł Teodor.
Schowałem twarz w dłonie, wzdychając głośno. Oni nic nie rozumieli. Owszem, byłem samolubny. Tak, Talia mi się podobała. Ale nie byłem na tyle głupi, żeby wciągać ją w to bagno dla własnych zachcianek. Jej zaangażowanie uczuciowe oznaczałoby większe rozczarowanie i ból, kiedy już by się dowiedziała, w co ją wplątałem. Fakt, że okłamywałem ją przez ten cały czas złamał by ją. A wtedy Voldemort nie będzie miał z niej żadnego pożytku. Wtedy ja nie mógłbym już nigdy spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. "Co się z tobą dzieje..." jęknąłem w duchu, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co przed chwilą pomyślałem.


                                                                               ***


Siedziałam na drewnianej podłodze, opierając prawą skroń o ramię Syriusza. Rozmawialiśmy o jego szalonych przygodach, które miały miejsce w Hogwarcie. Opowiedział mi dużo o tacie i o Remusie. Słuchając jego zabawnych historii, zdołałam na chwilę zapomnieć o tym, co stało się zaledwie parę godzin temu. Jednak, kiedy drzwi od strychu się otworzyły, a w nich staną Remus Lupin, wszystko do mnie wróciło. Jego twarz nie wyrażała już jednak strachu. Kiedy przechodził przez próg, uśmiechał się delikatnie, ale kiedy zobaczył swojego, już wesołego, przyjaciela, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Przepraszam, że przerywam waszą pogawędkę, ale Molly wróciła - rzekł pocierając sobie kark.
Widać było, jak stres z niego spływa. To oznaczało, że wszystko było w porządku.
Zapewne dostrzegł moje nieme pytanie, bo kiedy na mnie spojrzał, kiwnął głową. Od razu zerwałam się na równe nogi i pobiegłam na dół, zostawiając dwójkę starych przyjaciół na strychu. Wpadając do kuchni, pierwsze co przykuło mój wzrok, to moi przyjaciele ściskający Panią Weasley. Miała podkrążone oczy i wyglądała na bardzo zmęczoną, ale ulga, którą zobaczyłam na jej twarzy sprawiła, że kamień spadł mi z serca. Dołączyłam do grupowego uścisku.
- No dobrze już, dobrze! - zawołała Pani Weasley - Puśćcie mnie już, bo mnie udusicie!
Jak na komendę, cofnęliśmy się o kilka kroków, dając jej trochę przestrzeni.
Popatrzyła na nas i uśmiechnęła się ciepło.
- Stan waszego ojca jest stabilny. Oczywiście nie wyszedł z tego bez obrażeń, ale mogło być o wiele gorzej. Na Święta powinien być już w domu - powiedziała, na co Ginny odetchnęła z ulgą, a jej bracia wymienili znaczące spojrzenia.
Wszyscy dziękowali Merlinowi za to, że ich ojciec żył.
- Będziemy mogli go odwiedzić? - spytał z nadzieją w głosie Ron.
- No nie wiem... Jest bardzo zmęczony...
- Proszę mamo! - zawołała Ginny.
- Dobrze - odparła po chwili namysłu - Przebieżcie się. Za godzinę widzę wszystkich w salonie.
Od razu spojrzałam w dół. Nadal miałam na sobie sukienkę.
Każdy posłusznie wziął swoje rzeczy i razem poszliśmy na górę.
- Jak pomyślę, jak mało brakowało...- zaczął Ron, ale mu przerwałam.
- Nie myśl tak. Najważniejsze jest to, że twój tata żyje i za niedługo wróci do domu.
- I to dzięki wam - wtrącił się Fred, a reszta mu przytaknęła.
- Jak to, dzięki nam? - zdziwił się Harry.
- Gdyby nie wasz dziwny sen, nie dowiedzielibyśmy się o tym, że tatę ktoś zaatakował - powiedziała Ginny.
- Trudno nazwać to snem - mruknęłam, przypominając sobie tą okropną wizję i ból który był nie do wytrzymania.
Kiedy trafiliśmy do gabinetu dyrektora, profesor Snape wyleczył mój złamany nadgarstek.
- Jakim cudem widziałaś to, co ja?- spytał Harry, kiedy dochodziliśmy do odpowiednich pokoi.
- Pogadacie później, musimy się sprężać - popędziła mnie Ginny i zaciągnęła do naszej sypialni, zamykając za sobą drzwi.
Kiedy się odwróciłam się w jej stronę, zauważyłam, że miała oczy pełne łez.
- Czemu...
- A co gdybyście nie mięli tej wizji? - wydusiła z siebie.
Podeszłam do niej i mocno przytuliłam. Nawet nie chciałam wiedzieć, co musiała czuć. Świadomość, że najbliższa mi osoba była tak blisko śmierci...
- Ale mieliśmy ją. Twój tata żyje - powiedziałam uspokajającym głosem, klepiąc ja po plecach.
- Wiem - chlipnęła i otarła mokre od łez policzki.
- No już, nie mamy za dużo czasu - tym razem to ja ją pogoniłam.

Dwie godziny później staliśmy już przy łóżku pana Weasleya. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Na pewno się pan dobrze czuje? - spytałam.
- Lepiej niż powinienem! - odpowiedział wesoło, ale skrzywił się lekko, kiedy poruszył ręką.
- No już, Arturze. Kazali Ci leżeć spokojnie, inaczej rany Ci się nie zagoją - rzekła Pani Weasley, patrząc karcąco na męża.
- Nie przesadzaj Molly, przecież nie mogę się nie ruszać!
- Tato, opowiedz nam, co się dokładnie stało - wtrącił się George.
- O nie, nie, nie. Tata ma wypoczywać - fuknęła jego matka.
- Ale...
- To nie jest odpowiedni czas i miejsce na takie rozmowy - tymi słowami zakończyła temat.
- Mamo, idę napić się czegoś ciepłego - powiedziała Ginny.
- Dobrze, kochanie.
- Pójdę z tobą - zwróciłam się do przyjaciółki - Harry, chcesz iść z nami?
Harry kiwnął głową. We trójkę opuściliśmy salę, w której leżał pan Weasley.
- Myślicie, że to był sam Voldemort? - spytała Ginny, kiedy tylko się upewniła, że nikt nie nas nie słyszy.
- Chyba tak... Widziałam go - odparłam.
- To dziwne... Ja nie...Zaraz, czy widziałaś też węża? - zdziwił się Harry.
- Widziałam. Był tuż obok Voldemorta. A ty co widziałeś?
- Pana Weasleya i Ciebie, tyle że... Ty byłaś martwa - wymamrotał, nie patrząc na nas.
- To dziwne... Ja to możliwe, że będąc w twojej wizji, widzę więcej od Ciebie?
- Nie wiem - odparł krótko.
- A co, jeśli to nie była wizja Harry'ego? - wtrąciła się Ginny.
- To mogłoby się zgadzać - powiedziałam.
Co jeśli te dziwne sny były moje? Może Ginny miała rację.
- Wątpię - rzekł mój brat.
- Czemu?
- Bo... To nie są zwyczajne sny... Zawsze mam takie uczucie, jakbym tam był i... Dziś w nocy widziałem wszystko z perspektywy tego węża.
Wymieniłyśmy z Ginny zmartwione spojrzenia. To nie mogło oznaczać nic dobrego i na pewno nie było normalne.
Już chciałam coś powiedzieć, ale kontem oka zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagą. W sali, obok której właśnie przechodziliśmy, dostrzegłam znajomą twarz. Przystanęłam, by móc się lepiej przyjrzeć. Neville Longbottom stał przy jednym z łóżek, a obok niego, na metalowym taborecie siedziała zapewne jego babcia.
- Talia, coś się stało? - spytała Ginny, kiedy zauważyła, że zostałam w tyle.
- Tam stoi Neville - odpowiedziałam - Ciekawe, kogo odwiedza.
Harry nagle się spiął .
- Wiecie co, powinniśmy iść dalej. Nie przeszkadzajmy mu.
- Chyba możemy się przywitać, prawda?
- Ale...- chciał mnie zatrzymać, ale na próżno.
Razem z Ginny weszłyśmy do sali.


niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział XIX Zbyt dużo naraz

Witam! Dość długo mnie tu nie było, ale wróciłam :D
Przepraszam was bardzo, ale potrzebowałam przerwy. 
Dość dużo się ostatnio działo i musiałam to sobie uporządkować. 
Teraz jednak wszystko wraca do normy, włącznie z blogiem!
Posty będą, jak zawsze, co niedzielę. Mam wielką nadzieję, 
że ten rozdział się wam spodoba :) Miłego czytania!

Panna Potter 





Wznieśliśmy ostatni toast za nasze szkoły, po tym, jak dyrektor wygłosił zabawną, choć dającą do myślenia przemowę. Najbardziej podobała mi się ostatnie część, w której mówił, że tylko łącząc siły możemy stawić czoła każdej przeszkodzie. Właśnie w chwili, kiedy dyrektor wypowiadał te słowa, Harry szturchnął mnie lekko z uśmiechem na twarzy. Cieszyłam się, że stan wojenny pomiędzy mną, a moim bratem już minął, ale nadal tkwiło we mnie dziwne uczucie, nie dające mi spokoju. Nie mogłam znieść faktu, że lekcje prowadzone przez Malfoya musiałam utrzymywać w tajemnicy. Nie tak powinno to wyglądać, ale nie miałam innego wyjścia. Harry nie tolerował moich kontaktów ze Ślizgonem.
- Na pewno nie chcesz, żeby pomóc wam w sprzątaniu? - zapytałam Hermionę. 
- Idźcie już, damy sobie radę - zaśmiała się w odpowiedzi. 
- Nie tak szybko - powiedział cichy, niski głos, tuż za moimi plecami. 
Profesor Snape patrzył na nas wszystkich z góry. 
- Każda pomocna dłoń się przyda - rzekł ze złośliwym uśmieszkiem, który nie dochodził do jego oczu - Do roboty. 
Opiekun Ślizgonów odszedł, zostawiając nas samych. 
- No to chyba jednak zostaniemy - powiedziała Ginny po krótkiej chwili ciszy. 
- Zanim zrobię cokolwiek, muszę pozbyć się tych butów - jęknęłam. 
Już chciałam zdjąć to cholerstwo, ale straciłam równowagę, podnosząc lekko nogę (obcasy nie były jednak dobrym pomysłem). Zanim jednak wylądowałam na parkiecie, który przypominał ogromne lodowisko, ktoś złapał mnie od tyłu. Silne ramiona podciągnęły mnie do góry i znowu stałam o własnych siłach. 
- Czekałem na ten moment cały wieczór - parsknął mój wybawca. 
Odwróciłam się. Draco Malfoy i dwójka jego przyjaciół powstrzymywali śmiech. Już wcześniej zauważyłam, że blondyn wyglądał... dobrze, ale z bliska prezentował się jeszcze lepiej. 
- Bardzo śmieszne - mruknęłam. 
- Weźmy się lepiej do roboty, nie chcę spędzić tutaj całej nocy - pogoniła nas Hermiona. 
Podała mi rękę, żebym mogła się przytrzymać. Pozbyłam się obcasów i razem z Ginny i naszą panią prefekt zaczęłyśmy sprzątać. Po dwóch godzinach nie było śladu po przepięknym namiocie, w którym odbywał się bal. Reszta prefektów i nauczycieli zmierzali już do zamku. 
- I jak Ci się podobał twój pierwszy bal? - spytał Blaise, kiedy byliśmy już prawie przy wejściu. 
- Muszę przyznać, że było lepiej, niż się spodziewałam. Z chęcią jednak zamienię tą sukienkę na spodnie.
- Prawdziwa dama z Ciebie - parsknął Draco.
- Cóż, wybacz, że nie urodziłam się arystokratką, tak jak ty - odparłam.
- I bardzo dobrze. Arystokraci są strasznie sztywni - dodała Ginny.
- To tylko Ci się tak wydaje - odezwał się Blaise i zaczął łaskotać Ginny.
Ta wyrwała mu się szybko z piskiem i tak zaczęła się ich kolejna przepychanka tego wieczoru. Podczas sprzątania musieliśmy ich niejednokrotnie przywoływać do porządku.
- Może nie jesteś arystokratką, ale dzisiaj ją przypominasz - szepnął Draco, podczas gdy pozostała czwórka naszych znajomych głośno się śmiała.
- Mam to uznać jako komplement? - spytałam unosząc brew.
Draco przybliżył się do mnie i objął w talii.
- Zdecydowanie - mruknął mi do ucha.
Przeszły mnie lekkie ciarki. Dłonie blondyna były chłodne, a cienki materiał sukienki nie chronił mnie przed niską temperaturą.
- Zmarzłaś? - zapytał nadal się nade mną nachylając.
Sklejenie zdania zajęło mi dobrą minutę. Bliskość Dracona, nie wiedząc czemu, zaczęła mnie bardzo onieśmielać, nie potrafiłam się skupić.
- Nie... To znaczy tak. Chodźmy już - odparłam, dopiero teraz uświadamiając sobie, że przystanęliśmy.
Już chciałam ruszyć w stronę reszty, ale Draco mnie zatrzymał.
- Widzę, że pogodziłaś się z Harrym - rzekł zbijając mnie tym z tropu.
- Ehm... No tak.
- Nie ma nic przeciwko temu, że Cię uczę?
- Nie powiedziałam mu o tym - odpowiedziałam spuszczając wzrok.
Malfoy zaśmiał się krótko.
- Trzymasz mnie w tajemnicy? Czuję się urażony - westchnął teatralnie.
- Cóż, ty z pewnością opowiedziałeś Pansy o naszych spotkaniach - powiedziałam, uśmiechając się złośliwie.  
Zmierzył mnie przenikliwym wzrokiem. Po chwili kącik jego ust uniósł się delikatnie.
- Touche
Ruszyliśmy dalej. Na szczęście Draco zwiększył odległość między nami.
- Jestem ciekawy jakiej wymówki użyjesz, żeby wymknąć się na nasz bankiet - odezwał się po chwili.
- Ja też - odparłam zrezygnowana.
Nie mogłam wpaść na żaden pomysł, a powiedzenie Harry'emu prawdy nie wchodziło w grę.
- Ach, prawie bym zapomniał. Bankiet będzie bardziej ... elegancki. Mimo, że w takim wydaniu wyglądasz uroczo, radziłbym wybrać coś bardziej eleganckiego.
- Nie przesadzasz z tymi komplementami? - parsknęłam.
- Nie wiem, ty mi powiedz.
- Przestań - klepnęłam go lekko w ramię.
- Ale co mam przestać? - spytał z miną niewiniątka.
- Dziwnie się zachowywać.
- Przecież nie zachowuję się dziwnie.
- Owszem, zachowujesz. Chyba zbyt mocno zawiązałeś sobie krawat.
- Cóż, w takim razie idę go rozwiązać, bo zacznę być jeszcze milszy. Dobranoc - zaśmiał się i ruszył w stronę schodów prowadzących do lochów.

- Gdzie ty się się podziewałaś? - zawołała Ginny, kiedy zauważyła, że przechodzę przez portret.
- Gdybyś nie była tak wpatrzona w Blaise'a, to wiedziałabyś, że rozmawiałam z Malfoyem - parsknęłam. Rozsiadłam się wygodnie w fotelu przed kominkiem.
- O czym rozmawialiście? - spytała Hermiona.
Zawahałam się przez chwilę. Nie byłam pewna, czy powiedzieć jej o bankiecie w Malfoy Manor. Ufałam im, ale wiedziałam że Hermiona nadal nie była całkiem przekonana do Dracona. Co gdyby powiedziała Harry'emu, myśląc, że robi to dla mojego dobra? Z drugiej strony... już dawno by mnie wydała, gdyby nie uważała że robię dobrze. Przecież widziała że Ślizgon chce mi pomóc. Wzięłam głęboki wdech i opowiedziałam jej o medalionie, który znalazł Lucjusz Malfoy i o zaproszeniu na ich coroczny bankiet. Tak jak podejrzewałam, Hermiona nie wyglądała na zadowoloną tym pomysłem, ale nic nie powiedziała. Ginny tylko pokiwała głową.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz - odezwała się w końcu Hermiona.
- Wiem - odpowiedziałam bez wahania, ale świadomość kolejnego spotkania z panem Lucjuszem powodowała u mnie dreszcze.
Ufałam Draconowi, owszem, ale jego ojcu... Byłam wdzięczna za jego starania, ale nie potrafiłam się wyzbyć tego dziwnego uczucia, które mnie ogarniało za każdym razem, kiedy go widziałam.
- Uważaj na siebie - powiedziała Ginny.
- I proszę Cię, bądź ostrożna. Nie bez powodu Zakon podejrzewa Lucjusza Malfoya o służenie Voltemortowi - dodała Hermiona.
W jej oczach czaiła się troska i strach.
- Obiecuję wam, że nic mi się nie stanie - odpowiedziałam - A zmieniając temat... Ginny, czy ty aby nie interesujesz się Zabinim?
Ruda wytrzeszczyła na mnie oczy i spłonęła rumieńcem. Hermiona parsknęła cicho śmiechem.
- Nie! To znaczy... Lubię go, jest zabawny, ale nadal... Wiesz... On to nie Harry - odparła usilnie patrząc na swoje dłonie.
- Ale on chodzi z Cho - odezwała się Hermiona, obejmując przyjaciółkę ramieniem.
- Tak, wiem, ale przecież nie mogę od tak sprawić, żeby to, co czuję do Harry'ego znikło - szepnęła.
- Hej, Ginny, głowa do góry. Mój brat na pewno w końcu przejrzy na oczy. Nie sądzę, że on i Cho...- zaczęłam, ale nagle strasznie rozbolała mnie głowa.
Mój umysł opanowała ciemność, czułam, jak coś próbowało się wkraść do mojej świadomość, sprawiając mi przy tym straszny ból. Chciałam to zwalczyć, ale nie wiedziałam jak. Przed oczami zaczęły mi przelatywać różne, niewyraźne obrazy. W końcu się poddałam. Poczułam, dziwne chrupnięcie w nadgarstku. Pewnie upadłam na podłogę, ale ból głowy sprawiał, że nie potrafiłam się skupić na niczym innym. Nagle wszystko ustało. Wiąż jednak nic nie widziałam. Chciałam wstać, ale bez skutku. Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Leżałam (chyba) tak bezradnie, nie wiedząc co się dzieję. Po dłuższej chwili moich uszu doszedł dziwny syk. Był cichy, ale mroził krew w żyłach. Zdawał się być coraz bliżej i bliżej. Podjęłam kolejną próbę poruszenia się. Z wielkim trudem, ale udało mi się otworzyć oczy. Obraz który teraz widziałam zupełnie nie przypominał mi Pokoju Wspólnego w Hogwarcie. Leżałam na zimnej podłodze z czarnego kamienia. Zaczęłam się niekontrolowanie trząść. Co ja tutaj robiłam? Jak ja się tutaj znalazłam? Czułam, jak panika paraliżuje moje i tak nie zdolne do ruchu ciało. Próbowałam wstać, poruszyć dłonią, cokolwiek, ale na marne. Wydawało mi się, że jakiś niewidzialny ciężar przygniatał mnie do posadzki. Nie miałam dość siły, aby go pokonać. " Uspokój się. Panika w niczym Ci nie pomoże. Pamiętasz, jak przez te wszystkie lata musiałaś sobie radzić?" odezwał się cichy głosik w mojej głowie. Miał rację. Musiałam się uspokoić.
Rozluźniłam wszystkie mięśnie i uspokoiłam nierówny oddech. Po chwili, która wydawała się być wiecznością, poczułam, że ciężar znika. Otworzyłam ponownie oczy. Nadal znajdowałam się w tym dziwnym miejscu. Podniosłam się do pozycji siedzącej. Chciałam się rozejrzeć, ale coś przykuło moją uwagę. Mianowicie osoba, która leżała obok mnie. Twarz miała całą we krwi, a rude włosy w nieładzie... Pan Weasley.
Z mojego gardła wyrwał się krzyk.
Nie. Nie, nie, nie, nie. To nie możliwe.
Przybliżyłam się do niego i sprawdziłam puls. Ledwo wyczuwalny. Cholera. Dopiero teraz zobaczyłam, że nie tylko jego twarz była poraniona. Ręce i klatkę piersiową pokrywały liczne rozcięcia, większość była bardzo głęboka. Musiałam coś zrobić.
- Pomocy! - wrzasnęłam, próbując zatamować krew.
- Już za późno - usłyszałam czyiś głos za moimi plecami.
Odwróciłam się gwałtownie. Voldemort patrzył na mnie z góry, a wokół jego stóp poruszał się wąż, sycząc złowrogo. To jego syk musiałam słyszeć. Już otwierałam usta, ale on podniósł różdżkę i rozbłysło się zielone światło.
I właśnie wtedy wyrwałam się z tego dziwnego transu. Znowu znajdowałam się w Hogwarcie. Leżałam na dywanie przed kominkiem, a moja dłoń pulsowała nieprzyjemnym bólem. Dyszałam ciężko. Co to było? Nie zwracałam uwagi na panikujące przyjaciółki, które pochylały się nade mną i co chwilę wołały moje imię. Co oznaczała ta przerażająca wizja? Znałam skądś to miejsce.... Ten korytarz... O nie. Sen Harry'ego.
Zerwałam się na równe nogi, ale prawie od razu upadłam. Nadal byłam słaba.
- Talia! Co się stało? - krzyknęła przerażona Ginny.
- Harry... Twój ojciec...- wymamrotałam.
- Jak to...- wtrąciła się Hermiona, ale uciszyłam ją gestem.
- Pomóżcie mi. Muszę iść do Harry'ego.
Dziewczyny pomogły mi się podnieść i nie puszczając mnie, skierowały się do odpowiedniego dormitorium. Kiedy do niego weszłyśmy, zobaczyłam mojego brata całego zlanego potem. Był blady, ale jego ciało przechodziły silne dreszcze.
- Harry!- jęknęłam, wyrywając się z uścisku przyjaciółek.
Udało mi się nie przewrócić po drodze do jego łóżka. Ron, który przy nim siedział wyglądał na zdezorientowanego.
- Ron, idź po McGonagall - zwróciłam się do niego.
Na szczęście nie zadawał zbędnych pytań.
- Harry - szepnęłam, przejeżdżając zdrową dłonią po jego czole.
Był nieprzytomny.
- Harry, proszę Cię.
Ku mojej uldze otworzył oczy. Był przerażony.
- Pan Weasley - wymamrotał, nadal się trzęsąc.
- Wiem, widziałam. Zaraz przyjdzie profesor McGonagall - odparłam, próbując go uspokoić.
- Moja blizna - syknął.
- Spokojnie, zaraz przyjdzie pomoc. Zaraz przestanie boleć - powiedziałam, przybierając łagodny ton głosu, ale nie do końca mi się to udało.
- Talia, co się tutaj dzieje? - spytała Hermiona.
Razem z Ginny stały w otwartych drzwiach do dormitorium. Były zdezorientowane i przerażone.
- Ten dziwny sen Harry'ego... Ja też go miałam. Tym razem był w nim twój tata - powiedziałam, spoglądając na Ginny.
- Czemu?
W jej oczach zaczęły zbierać się łzy.
- Nie wiem, ale jest ranny, przynajmniej tak mi się wydaje.


                                                                                ***

- No wreszcie! Nasza zguba się pojawiła - zawołał Blaise, kiedy stanąłem w drzwiach.
- Widzę, że nie mogłeś się powstrzymać - powiedział Teodor, znacząco unosząc brwi.
Pokręciłem tylko głową. Czy oni nie mogli mi dać spokoju?
- Muszę Cię rozczarować przyjacielu. Tylko rozmawialiśmy - odparłem.
- Chyba nie bardzo mnie to dziwi. Wydaje mi się, że Talia ma lepszy gust - zaśmiał się Zabini.
- Sugerujesz coś, Blaise? - warknąłem.
-Uraziłeś Dracona Malfoya, najprzystojniejszego i najbardziej pożądanego ucznia tej szkoły! Jak mogłeś! - krzyknął Teodor, ale chwilę później ryknął śmiechem
- Dorośnijcie wreszcie - syknąłem, rzucając marynarkę na oparcie fotela.
- Oj, no już, nie obrażaj się. A właśnie, Pansy pytała gdzie jesteś - powiedział Teo.
- Co jej odpowiedziałeś?
- Powiedziałem, że pomagasz przy sprzątaniu.
- I bardzo dobrze. Mam jej już dosyć. Wystarczy, że musiałem przesiedzieć z nią cały bal.
- Największą atrakcją tego wieczoru było wejście Ginny i Talii - wtrącił Zabini.
- Mów za siebie - odparł Teodor, próbując ukryć uśmiech.
- No tak, Hermiona przyszła wcześniej - powiedziałem.
- Nawet nie zaczynaj - ostrzegł mnie Teodor.
- Co, nie fajnie, jak role się odwracają? - zaśmiałem się złośliwie.
- Owszem, Hermiona jest interesującą osobą, ale ona mnie nienawidzi. Ja zresztą też nie miałem okazji jej specjalnie polubić, więc nie próbuj...
- No to całe szczęście, że wreszcie dostałeś taką szansę. Potraficie rozmawiać godzinami
- Wiem, że to dla Ciebie nowość. Jej iloraz inteligencji jest o wiele wyższy, co oznacza, że możemy rozmawiać na różne tematy.
- Tłumacz to sobie w ten sposób, skoro poprawia Ci to humor - odpowiedziałem, wyciągając się wygodnie na łóżku.
- Stary, nie jesteś odpowiednią osobą do mówienia takich rzeczy. Sam zaprzeczasz, że podoba Ci się Talia - wtrącił się Blaise
- Czy nie możemy chociaż raz nie rozmawiać o Talii? - jęknąłem.
- Damy Ci spokój, kiedy się przyznasz.
- Salazarze... Owszem, dzisiaj pokazała, że potrafi być... atrakcyjna. Jest też mądra i takie tam, ale jest też bardzo, ale to bardzo irytująca. Pozwólcie też, że przypomnę wam po raz setny. Ona należy do Czarnego Pana. Czy wy naprawdę sądzicie, że pozwoliłbym sobie na jakiekolwiek głębsze uczucia do niej, mając świadomość, że za niedługo oddamy ją w ręce Voldemorta?
- Szczerze? Tak. Tak właśnie sądzę. Bądźmy szczerzy, jesteś samolubny. Może i nie jest Ci dane jej zdobyć, ale nie mógłbyś sobie odmówić małej gierki - odrzekł Teo - Sam sposób w jaki się z nią obchodzisz Cię zdradza. Te twoje niby niewinne żarciki, zaczepki. Nikt nie jest na tyle ślepy, żeby tego nie zauważyć.
- Blaise, proszę, walnij go czymś, bo zaczyna bredzić.
- Myślę, że Teo ma rację. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale nie potrafisz się powstrzymać i próbujesz zbliżyć się do niej na tyle, na ile to możliwe.
- Czy wam wszystkim odbiło? Poza tym, czemu ciągniecie ten temat?
Moi współlokatorzy zamilkli na dłuższą chwilę. Wpatrywali się we mnie w milczeniu.
- Wiesz...- odezwał się w końcu Teodor - Chodzi o to, że ostatnie miesiące nie były łatwe. Odkąd Czarny Pan nas zaangażował, nic pozytywnego się nie dzieje, nic. Strach, kłótnie, obawy... Aż tu nagle spotykamy taką Talię. Pamiętasz jak nam o niej opowiadałeś, zanim Voldemort zlecił Ci to zadanie? Mówiłeś, że poznałeś interesującą dziewczynę, potem okazało się, kim była. Przyznaj, że od początku coś Cię w niej zafascynowało. Przyznaj, że jest Ci o wiele łatwiej, odkąd widujesz się z nią regularnie, a jednocześnie trudniej, bo wiesz co ma się stać.

Tym razem to ja musiałem zastanowić się nad odpowiedzią. Bardzo dobrze wiedziałem, o co chodziło mojemu przyjacielowi. Niestety musiałem mu przyznać rację pod tym względem. Ta złośnica z pewnością wprowadziła coś do mojego... może nie życia, ale mojej codzienności. Co najgorsze, wcale nie miałem nic przeciwko temu. Byłem ciekawy tej dziewczyny. Czy było to zauroczenie? Tak bym tego nie ujął, ale to na pewno było coś.
Westchnąłem ciężko i padłem na łóżko.
- Jest interesująca - przyznałem w końcu - Ale to nie ma znaczenia. Nie dowiem się jak to może się skończyć, bo ta historia nie miała prawa się zacząć. Jest interesująca, ale też nietykalna.
- To nam wystarczy - powiedział Blaise z szerokim uśmiechem na twarzy.


                                                                              ***

Zaraz po wizycie w gabinecie dyrektora, która była bardzo niezręczna, przenieśliśmy się na Grimmuald Place, za pomocą świstoklika. Nie dość, że spanikowane dzieci Pana Weasleya nie miały pojęcia co ze sobą zrobić w takiej sytuacji, to Harry miał dziwny napad i nawrzeszczał na dyrektora, wściekły za to, że ten go ignorował. Sama się temu dziwiłam. Z tego co słyszałam od Hermiony i reszty, Harry był jego ulubieńcem. W tym roku jednak kompletnie go ignorował, pomijając dzień w którym został wezwany do jego gabinetu, aby omówić moją sytuację i środki ostrożności. Jednak będąc na miejscu mojego brata, nie zaczęłabym na niego krzyczeć.
Kiedy tylko znaleźliśmy się w kuchni tajnej kryjówki Zakonu, zobaczyłam, że Lupin na nas czekał. Za nim, w kącie, stały nasze walizki.
- Cześć, dzieciaki. Wasza mama jest u waszego taty. Niestety jeszcze nic nie wiem o jego stanie -powiedział, kiedy zajęliśmy miejsca przy stole.
Ginny spuściła wzrok i oparła czoło o ramię Freda, który objął ją ramieniem. Ron i George mieli nieobecny wzrok, ich twarze wyrażały strach. Siedzący obok mnie Harry wpatrywał się w ścianę, nie zdradzając żadnych emocji.
Nikt nie odważył się zadać tego nurtującego nas pytania, więc postanowiłam podjąć ryzyko.
- A czy wiesz może - zaczęłam, ale poczułam rosnącą gulę w gardle, więc musiałam odchrząknąć - Czy żyje?
Lupin skrzywił się lekko.
- Molly powinna wrócić w przeciągu kilku godzin  - odparł, zbywając moje pytanie.
Poddałam się, nie ciągnąc już tematu.
Każda sekunda ciągnęła się niemiłosiernie, czas zdawał się coraz bardziej zwalniać. To było nie to zniesienia. Kiedy po raz kolejny rozejrzałam się po pomieszczeniu, wszyscy już spali. Lupin jako jedyny patrzył się na płomienie w kominku. Nagle coś mi się przypomniało.
- Gdzie jest Syriusz? - spytałam cicho.
- Od jakiegoś czasu prawie w ogóle nie opuszcza strychu. Przesiaduje tam z Hardodziobem - odpowiedział, najwyraźniej zmęczony tym wszystkim.
- Czemu?
- Czuje się niepotrzebny. Może zdążyłaś zauważyć, że najchętniej wyrwałby się z tego domu i pomógł Zakonowi. Niestety, to niemożliwe.
- Próbowaliście z nim porozmawiać?
- Oczywiście, że tak, ale on nikogo nie słucha.
- A myślisz, że mogłabym spróbować?
- Nie, lepiej nie. Bardzo łatwo go zdenerwować.
- Och...
Westchnęłam cicho i wstałam od stołu.
- Gdzie idziesz? - zawołał za mną Lupin, ale nie odpowiedziałam.
Wspięłam się po schodach, uważając, aby nie obudzić Pani Black. Kiedy wreszcie stałam przed odpowiednimi drzwiami, zapukałam cicho.
- Syriuszu, mogę wejść?
Brak odpowiedzi. Nie zapukałam ponownie, bo skoro nie odpowiedział za pierwszym razem, to po co miał by to robić za drugim? Otworzyłam ostrożnie drzwi i weszłam do środka.
Na podłodze było pełno siana. Niedaleko leżał mały stosik fretek, którym ochoczo przyglądał się Hardodziob, stojący na środku strychu. Zamknęłam za sobą  drzwi. Teraz, jedynym źródłem światła, były świece, porozstawiane na małym stoliczku przy przeciwległej ścianie. Tak siedział Syriusz.
Wyglądał okropnie. Jego twarz była wyprana z emocji, jego oczy, w których jeszcze parę miesięcy temu gościły wesołe iskierki, teraz wpatrywały się tępo w sufit. Cienie pod oczami zdradzały nieprzespane noce, a kilkudniowy zarost to, że rzeczywiście długo stąd nie wychodził.
- Cześć nieznajomy - przywitałam się, podchodząc do niego.
Wyminęłam Hardodzioba, który nie zwrócił na mnie większej uwagi i usiadłam obok Syriusza.
Już myślałam, że mi nie odpowie, ale po dłuższej chwili wreszcie na mnie spojrzał.
- Cześć mała - odparł zachrypniętym głosem.
- Słyszałeś, co się stało?
- Taa... To okropne. Chciałem pomóc, chciałem iść z Molly do Św. Munga, ale nie pozwolili mi. W niczym nie mogę pomóc - rzekł, a jego ton wyrażał niechęć, której jeszcze nigdy u nikogo nie słyszałam.
- Syriuszu, już i tak dużo pomagasz. Udostępniłeś Zakonowi swój rodzinny dom, wspierasz...
- I CO TO ZA POMOC ?! - krzyknął, aż Hardodziob zaskrzeczał.
- Syriuszu, proszę Cię...
- Nie Talio. Wiem, że ty widzisz to inaczej, wiem jak to wygląda z waszej perspektywy, ale ja już nie wytrzymuję. Siedzę w tym przeklętym domu kilka miesięcy, bezczynnie się po nim kręcąc, patrząc, jak reszta planuje misje i... Oni coś robią, a ja nie mogę w niczym pomóc. Nawet ten dom to ruina. To nazywasz tą wielką pomocą?
- Jesteś nam potrzebny! Świadomość, że ktoś tu na nas czeka, nie zważając na to, co dzieję się na zewnątrz, jest nam bardzo potrzebna. Jesteś dla Zakonu stałym wsparciem. Myślisz że Dumbledore nie wie w jakiej sytuacji jesteś? Myślisz, że nie jest świadomy tego, że chciałbym zrobić coś więcej? Dałeś Zakonowi wszystko co mogłeś dać i to się liczy. To jest ważne. Zakon Feniksa Ciebie potrzebuje. Jesteś kimś stałym, pewnym, kimś kogo w tych czasach nie da się już znaleźć. Rozumiesz?
Syriusz spuścił na chwilę wzrok, ale zaraz objął mnie ramieniem i poczochrał po głowie.
- Dzięki - powiedział.
- Zawsze do usług - zaśmiałam się.
- Jak sprawuje się miotła? - zmienił temat.
- Idealnie! - zawołałam - Jest naprawdę wspaniała. Wygraliśmy pierwszy mecz. Drugi przełożono na styczeń, bo był bal. Jak udało Ci się ją zdobyć?
- Mam swoje sposoby - odpowiedział, uśmiechając się szeroko - A jak tam twoje samopoczucie?
Przestałam się śmiać. Teraz już wiedziałam, że osoba, która się mnie o to pyta, wie o moich mocach.
- Och, no wiesz... Kilka razy zdarzyło mi się stracić kontrolę nad mocą i miałam te ataki, ale coraz lepiej mi idzie - odparłam w prost, czekając na jego reakcję.
Spodziewała się zdziwionej miny, strachu, paniki przemykającej jego twarz, ale nie śmiechu. Śmiech był ostatnią reakcją, której bym się spodziewała. A jednak. Syriusz odchylił głowę i zaczął się najzwyczajniej w świecie śmiać.
- Cieszę się, że sobie radzisz - powiedział, nadal chichocząc.
Pokręciłam tylko głowa. "Ech, Ci dorośli..."
- Czemu robiliście z tego taką tajemnicę? - spytałam.
- Zakon stwierdził, że lepiej będzie, jeśli jak najdłużej pozostaniesz w niewiedzy. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje w twoim życiu, więc taka nieświadomość byłaby Ci bardzo na rękę, bo nie dość, że przejmujesz się wszystkim dookoła, to jeszcze martwiłabyś się tym, żeby tylko nie stracić kontroli. Ja nie byłem co do tego przekonany.  Byłem za tym, aby Ci powiedzieć, ale decydujący głos miał Dumbledore. Zresztą i tak jako jedyny głosowałem za wyjawieniem prawdy. Snape stwierdził, że brakuje mi sensacji, po tych kilku miesiącach spędzonych w domu.
- Snape?! - zdziwiłam się.
- Taa, on też jest w Zakonie. Nie wiedziałaś? Przecież był tutaj, kiedy do nas dołączyłaś.
- Musiałam nie zauważyć - mruknęłam, przypominając sobie nauczyciela od Eliksirów.
Nie za bardzo za nim przepadałam.
- No tak, byłaś zaaferowana odnalezieniem Harry'ego - zaśmiał się ciepło - A właśnie, co tam u niego?
- Nie za dobrze. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że nie zawsze był taki opryskliwy, prawda? Teraz bardzo łatwo go zdenerwować, jest bardzo zamknięty w sobie... Nie wiem jak mu pomóc.
- Masz rację, dopiero ostatnio zaczął się tak zachowywać, z tego co wiem. Musisz być dla niego wyrozumiała, Talio. Chłopak nie ma łatwo. W gruncie rzeczy, jego sytuacja robi się coraz trudniejsza. Dlatego daj mu trochę czasu. On musi sobie wszystko poukładać, przemyśleć. Będzie dobrze, ale miej na niego oko. Ten dzieciak to magnes na kłopoty, zupełnie jak jego ojciec. Coś czuję, że ty też to po nim odziedziczyłaś - parsknął.
- Tak, chyba masz rację - przyznałam.
- Masz też dużo z Lily... Nawet nie wiesz, jak nam ich brakuje... Kiedy to się stało, to tak jakby cząstka nas umarła razem z nimi. Musicie wiedzieć, że mieliście wspaniałych rodziców, niejedna osoba wam to powie - rzekł dobitnie, patrząc mi się prosto w oczy.
- Dzięki, Syriusz - odparłam łamiącym się głosem.
- Zawsze do usług, mała - zaśmiał się, ale po jego policzkach też popłynęły łzy.