poniedziałek, 26 października 2015

Rozdział XIV Wydany sekret

Dobry wieczór! Tak wiem, nie zabijcie mnie :( Bardzo 
przepraszam za spóźnienie, ale zabrakło mi czasu na pisanie
w tym tygodniu. W tym tygodniu będę go miała bardzo dużo,
bo mam ferie jesienne, więc postaram się napisać dwa rozdziały, 
taka mała rekompensata ;) Rozdział krótki, ale się dzieje. 
Jak zawsze, proszę o pozostawienie po sobie komentarza, 
bo wasze opinie są dla mnie bardzo ważne. Owszem, piszę, 
bo to kocham, ale to opowiadanie piszę właśnie dla was :)
Miłego czytania!


Panna Potter





- Dobry wieczór chłopcy - przywitał się mój ojciec z, jak zwykle, kamienną twarzą.
- Dobry wieczór, Panie Malfoy.
- Witaj ojcze.
Zapanowała bardzo nieprzyjemna atmosfera. Za każdym razem, kiedy mój ojciec był w pobliżu, miałem uczucie że się duszę. Jego postawa, chłód i wyższość, którą emanował, były nie do zniesienia.
- Chciałbym zamienić z wami słówko - rzekł.
- Nie uważasz, że twoje wizyty mogą wzbudzić podejrzenia? - spytałem.
- Nikt nie wie, że tu jestem i nikt się o tym nie dowie - odparł chłodno.
"Oczywiście, jakże mogłem zwątpić w mojego ojca" pomyślałem z niechęcią.
- Może przeszlibyśmy do bardziej... bezpiecznego miejsca? - wtrącił Nott, zachowując spokój.
On nigdy nie dał się złamać starszemu Malfoyowi. Jego maniery i opanowanie były godne podziwu. Fakt, że jego ojciec przyjaźnił się z moim też mu w tym pomagał. Ja niestety nie miałem zbyt dobrych kontaktów z ojcem. Nigdy nie byłem w stanie go zadowolić.
- Tylko gdzie? Pokój wspólny odpada - odezwał się Blaise.
Miał rację. Nie wszyscy uczniowie ze Slytherinu wiedzieli, że ich rodzice to śmierciorzercy, więc nagłe przybycie mojego ojca mogło by zdziwić niejednego.
- Co w takim razie proponujesz? Filch pozamykał już wszystkie klasy, a nowe alarmy Umbridge utrudniają nam ich otworzenie - zwróciłem się do Notta.
- Sowiarnia - odparł krótko - Tam nikogo nie spotkamy o tej porze.
Mój ojciec bez słowa ruszył do sowiarni, a my za nim. Szliśmy w ciszy, co chwilę wymieniając spojrzenia. Żadnemu z nas nie podobały się odwiedziny mojego taty.
- Zdawanie raportów przez sowy stało się ryzykowne, od momentu, w którym ministerstwo zaczęło sprawdzać każdy list. Od czasu do czasu ktoś... Złoży wam wizytę. Będziecie go informować o przebiegu misji - powiedział ojciec, kiedy dotarliśmy na miejsce.
- Pod przykrywką? - spytał Teodor.
- Oczywiście. Będzie on wyglądał jak zwykły uczeń. Poznacie go po bliźnie na twarzy. A teraz powiedzcie mi, jak wam idzie.
- Dobrze. Talia szybko się uczy. Do ferii powinna już całkowicie panować nad sobą, wtedy nauczę ją, jak może korzystać z mocy. Dzisiaj zauważyłem, że eliksiry działają na nią wyjątkowo krótko. Myślę, że to dość istotna informacja, biorąc pod uwagę to, że w razie problemów, nie będziemy wstanie rozbroić jej na dość długo.
Ojciec kiwnął głową.
- A Potter? Nic nie podejrzewa?
- Myślę, że nie, choć wolimy zachować ostrożność. Dumbledore go wtajemniczył, więc na pewno lepiej jej pilnuje - odpowiedział Blaise.
- Jest coś jeszcze - wtrąciłem.
- Tak ? - zwrócił się do mnie ojciec, co bardziej przypominało syk węża.
- Córka Weasleyów też wie. Przychodzi razem z Talią na jej lekcje. Na początku się buntowała, ale teraz mamy wszystko pod kontrolą. W razie potrzeby, Blaise się nią zajmie. Kazałem mu nawiązać z nią dobry kontakt, na wszelki wypadek.
- Rozumiem - mruknął, najwidoczniej nie zbyt zadowolony - Sprawiłeś, że dziewczyna zwątpiła w brata?
- Tak. Zwątpiła w niego i Dumbledore'a - powiedziałem, patrząc mu prosto w oczy, nie potrafiąc ukryć swojej satysfakcji.
- Dobrze, bardzo dobrze. Pamiętaj jednak, że masz coraz mniej czasu. Nigdy nie wiadomo, jak wszystko się potoczy, więc bądźcie ostrożni. Ona ma wam naprawdę ufać.
- Tak jest - odparliśmy.
Ojciec już chciał coś dodać, ale przerwały mu kroki, dochodzące z dołu. Nagle, naszym oczom ukazał się nie kto inny, jak Talia. Patrzyła na nas zaskoczona, ściskając w dłoniach dwie koperty.
- Och, ja... Przepraszam - wymamrotała.
Już chciała zawrócić, ale tata ją zatrzymał.
- Nic się nie stało. Miło znowu pannę widzieć - rzekł ciepło.
Talia stała zakłopotana, nie wiedząc za pewne, co powiedzieć.
- Mi również, Panie Malfoy.
- Właśnie rozmawiałem z moim synem i jego kolegami. Jak co roku w naszej posiadłości odbywa się bankiet świąteczny, a zaproszenia zawsze dostarczam osobiście.
- To miło - powiedziała.
Mimowolnie się uśmiechnąłem. " Ta dziewczyna jest taka dziwna" pomyślałem z rozbawieniem.
- I właśnie dobrze się składa, że się zjawiłaś. Mam nadzieję, że Draco przekazał Ci informacje o poszukiwaniach medalionu? - ciągnął dalej.
- Oczywiście.
- Znaleźliśmy go dziś rano. Jednak nie chciałbym ryzykować. Byłoby najrozsądniej, gdyby trafił bezpośrednio do Ciebie. To bardzo cenny przedmiot, nie ma takiego drugiego.
- Ale jak...
- Wybacz mi brak oficjalnego zaproszenia, ale byłoby nam niezmiernie miło, gdybyś zjawiła się na naszym bankiecie - rzekł ojciec, uśmiechając się do Gryfonki.
Ona jednak nie się uśmiechnęła. Wyglądała raczej na zakłopotaną.
- Bardzo dziękuję, Panie Malfoy, ale nie chciałabym...
- Nalegam - przerwał jej.
Talia spojrzała na mnie. Nie wiedziała co zrobić. Wzruszyłem ramionami.
- Cóż... Zrobię co w mojej mocy, aby stawić się na pańskim bankiecie - odparła w końcu.
- Świetnie! W takim razie do zobaczenia, mam nadzieję - zawołał i uścisnął jej dłoń.
- Synu, - powiedział, idąc w moim kierunku - Dobra robota - szepnął, klepiąc mnie po ramieniu.
Skinąłem tylko.
- Widzimy się w święta, chłopcy - zwrócił się do Blaise'a i Teodora.
Ci pożegnali się z nim, a kiedy ojciec wyszedł, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.
- Twój tata naprawdę chce, żebym przyszła na wasz bankiet? - spytała.
- Jak najbardziej - odparłem.
Patrzyła na mnie tak, jakbym właśnie jej powiedział, że znowu ma wziąć eliksir miłosny.
- Będę musiała włożyć sukienkę? - jęknęła.
Popatrzyliśmy po sobie z kolegami, aby następnie wybuchnąć śmiechem.
- To jest twoje największe zmartwienie? - spytałem, nie mogąc przestać się śmiać.
Wyraz twarzy dziewczyny zmienił się momentalnie.
- A czego innego miałabym się bać? - spytała wyzywającym tonem, unosząc jedną brew.
Blaise i Teodor umilkli, podobnie jak ja. Co miałem jej odpowiedzieć?
- Touche - odparłem, jednak znałem tysiące powodów do strachu, będąc w naszym domu.
Zaczęliśmy omawiać szczegóły dotyczące bankietu, kiedy znowu usłyszeliśmy czyjeś kroki.
" Serio? Nie dość już tych niezapowiedzianych odwiedzin? " warknąłem w duchu.
- Cholera, to Hermiona! - szepnęła Talia.
Byliśmy w sytuacji bez wyjścia. Kroki były coraz głośniejsze, a my nie mieliśmy gdzie się podziać.
- Przepraszam, że tak długo to trwało, ale skończył mi się atrament i... - zaczęła Hermiona, wspinając się po ostatnich schodkach, ale urwała, widząc naszą grupkę.
- Talia, wszystko w porządku? - spytała, podchodząc bliżej koleżanki, mierząc nas przy tym nieufnym wzrokiem.
- Ehm...Tak - wymamrotała Talia.
- Możemy wysłać listy jutro - powiedziała.
- A to niby czemu? - wtrącił się Teodor.
Hermiona spojrzała na niego wrogim wzrokiem.
- Nie mów, że się nas boisz - parsknął,
- Nie mam czego - odparła, zadzierając przy tym głowę.
- Przestańcie - zawołała Talia, przerywając dyskusję między Hermioną a Nottem.
Widok tej kłócącej się dwójki był przyjemny dla oka.
- Talia, czemu ty z nimi w ogóle rozmawiasz? - żachnęła się Granger.
- Nie rozmawiam z nimi, spotkałam ich tutaj i...
- Proszę Cię Granger, ty chyba nie będziesz mówić Talii, co ma robić - parsknął Nott.
Błysk w jego spojrzeniu mówił mi, że coś kombinuje. Ja oparłem się jedynie o kamienną ścianę i przyglądałem się im z zainteresowaniem. Blaise poszedł w moje ślady.
-  Wcale tego nie robię! Poza tym, byłabym wdzięczna, gdybyś się nie wtrącał.
- Hermiono, spokojnie...- jęknęła Potter, ale przyjaciółka jej nie słuchała.
Musiałem przyznać, że po raz pierwszy widziałem Granger stającą w swojej obronie, pomijając dzień, kiedy prawie złamała mi nos.
- Cóż, ja przynajmniej jej nie okłamuję - rzekł Teodor z pół uśmiechem.
- Słucham?
- Teodor, proszę Cię... Zaraz, co? - Potter spojrzała z zaskoczeniem na mojego przyjaciela.
- Nie udawaj, oboje wiemy o czym mówię - ciągnął Nott.
- Przestań pleść bzdury! Talia, chodźmy stąd...
- Bzdury? Czyli ukrywanie prawdy o jej mocach jest bzdurą? - na te słowa Hermiona stanęła jak wryta.
Gryfonka zaniemówiła, podobnie jak Talia.
- To ty wiedziałaś? - szepnęła do Granger.
- Jak to... To ty... - wymamrotała Hermiona.
- No, no... Panna Wiem-Wszystko-Ganger nie wie co powiedzieć? Niesamowite - westchnął Teo.
- Zamilcz! - krzyknęła.
- Hermiono, jak mogłaś? - powiedziała Talia, nadal będąc w lekkim szoku.
Hermiona tylko pokręciła głową i wybiegła z sowiarni, a za nią Potter.
Nastała chwila ciszy. Blaise i ja patrzyliśmy na Teodora, który właśnie poprawiał koszulę.
- Że też ja na to wcześniej nie wpadłem - powiedziałem.
Podszedłem do przyjaciela i poklepałem po ramieniu.
- Genialne zagranie, stary - zawołał Zabini.
- Musiałem jakoś odwrócić jej uwagę. Granger nas nakryła, więc nie mogłem tego tak zostawić - odparł niewzruszony.
- Teraz Talia będzie nam jadła z reki. Wiewióra pewnie też.
- Trzeba to oblać - zaśmiał się Blaise


                                                                               ***

- Hermiona! - zawołałam.
Ona się jednak nie zatrzymała. Zimne powietrze wypełniło moje płuca.
- Hermiono, nie bądź śmieszna! I tak nie będziesz mnie mogła cały czas unikać! - krzyknęłam, nie mogą jak dłużej ukrywać irytacji.
Było mi zimno, nic nie widziałam, a w dodatku okazało się, że moja przyjaciółka również była wtajemniczona i nic mi o tym nie powiedziała.
W końcu się jednak zatrzymała. Jej blada twarz była dobrze widoczna w ciemnościach, które panowały na dworze. Podeszłam do niej.
- Przepraszam Cie Talia...
- Jak mogłaś? - przerwałam jej - Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, że gdybym się nie dowiedziała, to mogłabym już nie żyć?
Spuściła wzrok.
- Nie mogłam. Prosili mnie, żebym zachowała to w tajemnicy.
- Harry i Dumbledore? No tak, mogłam się tego spodziewać... " Dowiesz się w swoim czasie", " Nie jesteś jeszcze gotowa", "Nie możesz się denerwować"... Wiesz ile razy już to słyszałam? Czemu nie mogliście mi po prostu powiedzieć?
- To dla twojego dobra. Myśleliśmy, że jeśli nie będziesz wiedziała, to będzie łatwiej... Wszyscy staraliśmy chronić Cię przed sytuacjami, w których mogłabyś stracić panowanie...
- CHRONIĆ?! - krzyknęłam - Proszę Cię! O mało się nie wykończyłam, bo nie wiedziałam co się ze mną działo! To nazywasz ochroną?!
- Wiem że to był błąd! Ale zrozum, chcieliśmy dla Ciebie jak najlepiej - jęknęła, nadal wpatrując się w swoje dłonie.
- Daruj sobie - warknęłam.
- Proszę Cie, musisz postawić się w naszej sytuacji.
- Kto jeszcze wie? - zignorowałam ja.
- Zakon, Harry i ja. Nikt więcej - szepnęła.
- Świetnie - prychnęłam.
Spojrzałam na nią ostatni raz i wyminęłam, chcąc już znaleźć się w zamku.
- Poczekaj! Mogę się o coś zapytać? - zawołała Hermiona.
Mimo, że nie chciałam już z nią rozmawiać, to zatrzymałam się.
- Co?
- Co robiłaś w sowiarni z Malfoyem, Zabinim i Nottem?
Myślałam, że mnie zaraz coś trafi.
- Rozmawiałam. Oni mi przynajmniej pomogli - syknęłam, czując znajome mrowienie w klatce piersiowej.
Odwróciłam się i szybkim krokiem skierowałam się do zamku.

W pokoju wspólnym  zastałam Harry'ego, Rona i bliźniaków. Zignorowałam ich jednak i poszłam bezpośrednio do dormitorium.


                                                                             ***


Rozmawialiśmy właśnie o nadchodzącym balu, kiedy moja siostra wparowała do pokoju. Wołałem za nią, ale nawet na mnie nie spojrzała. Weszła po schodach do dormitorium. Zaraz po niej, zobaczyłem Hermionę przechodzącą przez portret ze zmartwioną miną i zaczerwienionymi oczami. Ona, w przeciwieństwie do Talii, podeszła do nas, padając na kanapę.
- Co się stało, Hermiono? - spytał Ron.
- Nic, nic... Wszystko w porządku - wymamrotała ocierając policzki.
Ferd i George popatrzyli po sobie.
- Musimy was opuścić - zaczął George.
- Mamy interesy z Jordanem - dokończył Fred.
To powiedziawszy, wstali z foteli i zniknęli z naszego pola widzenia.
- Na pewno nic się nie stało? - zwróciłem się do Hermiony.
Wpatrywała się nieobecnym wzrokiem w ogień trzaskający w kominku. Najwidoczniej była pogrążona we własnych myślach, bo nic nie odpowiedziała.
Siedzieliśmy tak przez prawie godzinę, aż w końcu Ron stwierdził, że jest zmęczony i zostawił nas samych. Reszta uczniów też zaczynała już znikać w swoich dormitoriach. Wreszcie, kiedy nie było już nikogo, oprócz nas, Hermiona postanowiła ze mną porozmawiać.
- Harry... Ona wie - szepnęła, a jej oczy znowu lśniły od łez.
- Powiedz, że się przesłyszałem - wycedziłem.
Byłem w kompletnym szoku. Ona nie mogła wiedzieć.
- Niestety nie. Ja nic jej nie powiedziałam. Okazało się, że miała atak, kiedy nas nie było w pobliżu.
- Ale kiedy?
- Nie mam pojęcia. Nie udało mi się z nią normalnie porozmawiać. Jest na nas zła za to, że to przed nią ukrywaliśmy. Z jednej strony ją rozumiem, ale chcieliśmy przecież dobrze...
- Oczywiście że tak! To było dla jej dobra, choć mogliśmy się spodziewać, że prędzej, czy później się dowie. To było nieuniknione. Myślałem jednak, że to nie zdarzy się tak szybko.
- Gdyby nie Nott, to do niczego by nie doszło... - jęknęła Hermiona, chowając twarz w dłonie.
- Nott? A co zrobił? - spytałem, czując narastającą złość.
- Poszłam do sowiarni. Razem z Talią napisałyśmy listy do państwa Weasleyów, ale mi skończył się atrament, więc powiedziałam, żeby na mnie nie czekała, że spotkamy się w sowiarni. Tam zastałam Malfoya, Zabiniego i Notta rozmawiających z Talią. Oni wiedzą, Harry. Nott sprowokował kłótnię między mną, a Talią. Okazało się, że to oni jej pomagali po ataku. Wszystko wie od nich.
Coś się we mnie zagotowało. Wiedziałem, po prostu wiedziałem, że Malfoy nie kręcił się wokół niej bez powodu.  Ten palant powinien się modlić, że na mnie nie wpaść.
- Hermiono, musimy teraz mieć ją na oku. Voldemort  chce ją dopaść, a Lujcusz i jego syn mu w tym pomagają.
- Przepraszam Cię, Harry. Powinnam Ci uwierzyć, ale...
- Nie przepraszaj. To nie jest teraz najważniejsze. Ona nie może mieć żadnych kontaktów z Malfoyem.


                                                                               ***

Byłam wściekła, nie wiedział co ze sobą począć. Kiedy przebrałam się w piżamę, opadłam ciężko na  łóżko, ale chwilę później zaczęły schodzić się moje współlokatorki, a nie miałam ochoty na niczyje towarzystwo. Byłam jak tykająca bomba, gotowa w każdej chwili wybuchnąć, ale z całych sił się powstrzymywałam. Wreszcie, nie mogąc wygodnie się ułożyć, zerwałam się z łóżka i bez dłuższego zastanowienia, wybiegłam z dormitorium. W pokoju wspólnym spotkałam Harry'ego i Hermionę, co tylko bardziej mnie rozwścieczyło. Zignorowałam ich jednak i przeszłam przez portret. Było już bardzo późno, pewnie dochodziła dwunasta, ale mało mnie to obchodziło. Nie wiedziałam dokąd idę, dopóki nie znalazłam się w lochach. To było jedyne miejsce, do którego mogłam się udać. Stanęłam przed kamienną ścianą i podałam hasło, które kiedyś usłyszałam od Malfoya. Przeszłam przez przejście. W pokoju na szczęście nikogo już nie było, a ogień w kominku już powoli wygasał. Odnalazłam odpowiednie drzwi i bez pukania weszłam do dormitorium trójki ślizgonów. Leżeli już w łóżkach, ale spali. Moje wtargnięcie przerwało ich rozmowę.
- Oczywiście, możesz wejść, nie krępuj się - parsknął Draco.
Dopiero teraz zobaczyłam, że żaden z nich nie miał na sobie koszulki. Przewróciłam oczami.
- Moglibyście się ubrać? - westchnęłam, padając na kanapę, stojącą przed ich kominkiem.
Wiedziałam, że nie zachowywałam się zbyt grzecznie, ale byłam tak wściekła, że naprawdę mnie to nie obchodziło. Chłopcy widząc w jakim byłam humorze, bez słowa ubrali podkoszulki. Draco usiadł koło mnie, tak samo jak Teodor. Blaise usiadł w fotelu.
- Nie będę pytał, czy wszystko w porządku - odezwał się Draco.
- Słusznie.
- Ale mogę zaproponować coś mocniejszego.
- Zupełnie, jakbyś mi czytał w myślach - odparłam.
Malfoy wstał, ale po chwili wrócił z czterema szklankami i butelką z trunkiem.
- Tylko proszę, uważaj na szklanki, są kryształowe. Nie chcę zbierać ich w kawałkach z podłogi.
- Postaram się.
Draco nalał każdemu i wrócił na swoje miejsce.
- Rozmawiałaś jeszcze z Hermioną? - spytał Blaise.
- Tak - mruknęłam.
- I ?- wtrącił Teodor.
- I dziękuję za twój popis w sowiarni - spiorunowałam Notta wzrokiem.
- Tylko mi teraz nie mów, że to wszystko przeze mnie.
- A przez kogo? Gdyby nie ty, to...
- Gdyby nie ja, nadal by Cię okłamywała, a ty żyłabyś w przekonaniu, że twoi przyjaciele nie mają nic na sumieniu - przerwał mi.
- A co to za różnica? Przecież i tak już wiedziałam że Harry i Dumbledore mnie okłamują, Hermiona nie robi większej różnicy - syknęłam.
- Dlatego jesteś taka wściekła? - odezwał się Malfoy.
- Nie, chodzi mi o to... No, wiesz... Och! Jestem ogólnie zła.
- Nie ma w tym nic złego, że Cię to boli - powiedział Blaise.
- Chciałem tylko, żebyś wiedziała na czym stoisz. Wiem, że to wszystko jest dla Ciebie trudne, że bliscy Cię zawodzą, ale ni widzisz jednego. Kto do tej pory Ci pomagał? Kto był przy twoich atakach? - Teodor patrzył na mnie wyczekująco.
- Wy - odpowiedziałam, bawiąc się pustą szklanką.
- Zdaję sobie sprawę z tego, że chciałabyś, żeby to twój brat był przy tobie, ale tak już wyszło. Musisz zacząć dostrzegać w nas osoby, którym możesz ufać, które zawsze Ci pomogą, bo to my nimi jesteśmy. Inaczej zostaniesz z tym wszystkim całkiem sama.
Nie odpowiedziałam. Teodor właśnie zmusił mnie to stawienia się twarzą w twarz z prawdą, której tak bardzo unikałam. To właśnie oni mi pomogli. Owszem, byłam im wdzięczna, ale nigdy tego nie okazywałam. Nie chciałam ich obdarzyć pełnym zaufaniem, na które zasłużyli. To wszystko zaczęło mnie już przerastać. Miałam dość.
- Masz rację - przyznałam, nie chcąc się kłócić, bo to i tak nie miałoby sensu.
- Co? - zdziwił się Draco.
- Nie każ mi tego mówić drugi raz - parsknęłam, dolewając sobie Whiskey.
- Chłopcy, musimy zapamiętać ten dzień.


                                                                               ***

Następnego ranka obudziłam się z bólem głowy. Wróciłam bardzo późno i spałam tylko trzy godziny. Na szczęście było jeszcze wcześnie, więc wszyscy spali. Poszłam do łazienki, wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w szaty szkolne i opuściłam Wierzę Gryffindoru. Do śniadania zostało jeszcze dwadzieścia minut. Oparłam się o ścianę, tuż obok drzwi do Wielkiej Sali. Kiedy drzwi się otworzyły, usiadłam przy stole gryfonów. Sala powoli zaczęła się napełniać. Dziękowałam Merlinowi, kiedy Harry i Hermiona postanowili usiąść kilka miejsc dalej ode mnie. Tuż przed końcem śniadania, dyrektor zabrał głos.
- Dzień dobry wszystkim! Razem z prefektami planowaliśmy już od pewnego czasu niespodziankę. To miała być tajemnica, więc jak już wszyscy zapewne wiedzą, w grudniu, przed feriami odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy. Dołączą do nas uczniowie z Durmstrangu i uczennice z Akademii Magii Beauxbatons. Wiecej szczegółów znajdziecie na tablicach informacyjnych w waszych pokojach wspólnych.
Wszyscy już wiedzieli o balu, ale i tak rozległy się brawa i radosne okrzyki.
- Widzę, że ktoś jest nie w humorze - powiedział George, siadając na pustym miejscu obok mnie.
- Nie wyspałam się - odparłam, wymuszając uśmiech.
Rozmawialiśmy aż do końca śniadania. Kiedy odchodziłam od stołu, poczułam rękę George'a na swoim ramieniu.
- Talia, chciałem się o coś spytać.
- Słucham.
- Tak się zastanawiałem, czy nie chciałabyś iść ze mną na ten bal.












niedziela, 18 października 2015

Rozdział XIII Eliksir i inne nieprzyjemności

Dobry wieczór! O rany! Muszę przyznać, że trochę
się boję waszej reakcji na ten rozdział. Włożyłam 
dużo pracy w szczęśliwą XIII i mam nadzieję, że 
nie nawaliłam. Prosiłabym o dzielenie się swoimi
opiniami w komentarzach, sprawiło by mi to 
wielką radość :D Miłego czytania ;)


Panna Potter





Dziewczyny wpadły w szał. Spędziłyśmy w sklepie trzy godziny w poszukiwaniu idealnych sukienek na bal. Ginny wraz z Angeliną przymierzyły ich setki. Luna, Hermiona i ja nie pałałyśmy takim entuzjazmem, choć widziałam, że Hermionie podobało się to bardziej, niż okazywała. Kierowniczka sklepu, jedyna pracująca tam osoba, była w niebo wzięta. Okazało się, że w wiosce był jeszcze jeden sklep, z którym konkurowała. Ucieszyła się, że wybrałyśmy jej zakład. Po przymierzeniu pięciu sukienek, znalazłam tą, w której czułam się najlepiej. Luna też szybko się zdecydowała. Hermiona długo się wahała, ale razem z Ginny namówiłyśmy ją na kupno ostatniej sukienki, którą przymierzyła. Angelina zwracała dużą uwagę na szczegóły, więc znalezienie ideału zajęło jej dużo czasu. Ginny najzwyczajniej nie chciała przestać przymierzać kolejnych sukienek. Gdyby mogła, kupiłaby je wszystkie. W końcu jednak dokonała wyboru. Wszystkie nasze kreacje były uszyte własnoręcznie, bez użycia magii, przez kierowniczkę, podobnie jak reszta strojów, co sprawiało, że suknie zdawały się jeszcze piękniejsze. Każdy detal był idealnie dopracowany, nie było żadnej niteczki, która by wystawała. Podziękowałyśmy jej  i opuściły sklep.
- Ale była zabawa - powiedziała Luna, ściskając zapakowaną suknię.
- Zgodzę się z tobą, ale na następnym razem idę bez Ginny - zaśmiałam się.
Ruda pokazała mi język.
- Talia, jak nazwałaś w końcu swoją sówkę? - spytała Hermiona.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nadal nie wymyśliłam imienia dla sowy, którą dostałam od Herry'ego.
- Jeszcze nie - przyznałam.
- Może Carma? - zaproponowała Luna.
Wszystkie zwróciłyśmy spojrzenia w jej stronę.
- Idealne imię! Dzięki - odparłam, uśmiechając się do niej.
- Skoro już ustaliłyśmy imię twojej sówki, to co powiecie na Trzy Miotły? Napiłabym się czegoś ciepłego - odezwała się Angelina.
- Jestem za - zawołała Ginny.
Rozmawiając o głupotach, udałyśmy się do pubu. Było tam bardzo tłoczno, ale udało nam się znaleźć wolny stolik na samym końcu pomieszczenia. Na szczęście stał nieopodal kominka. Kiedy dziewczyny się rozsiadły, poszłam zamówić napoje i przekąski. Idąc do baru, dostrzegłam przy nim jasną czuprynę, którą dobrze znałam.
- Cześć - przywitałam się.
- Och, to ty - odparł Draco, nawet na mnie nie patrząc.
Moje obawy się potwierdziły.
- Co słychać?
- Nic nowego - powiedział, ewidentnie niezainteresowany dalszą rozmową.
Już chciałam się zapytać, o co mu chodziło (znając oczywiście odpowiedź), ale barmanka skończyła obsługiwać klienta stojącego przed Draconem. Chłopak złożył zamówienie i odszedł, ignorując mnie kompletnie. Patrzyłam jak wracał do stolika, dość blisko naszego.
- A tobie co podać, kochanie? - spytała barmanka w średnim wieku, przywołując mnie do rzeczywistości.
- Dwa kremowe piwa, trzy kubki gorącej czekolady i pięć babeczek z jagodami.
- Już się robi. - uśmiechnęła się do mnie ciepło.
Wróciłam do stolika, mijając ten, przy którym siedział Malfoy, razem z Blaisem, Teodorem, Pansy, Tracey i Dafne. Parkinson spojrzała na mnie z wyższością, na co postanowiłam nie zwracać uwagi. Blaise za to uśmiechnął się do mnie. Na szczęście nikt tego nie zauważył. Odwzajemniłam uśmiech poszłam dalej.
- Malfoy Ci dogryzł? - zwróciła się do mnie Angelina.
Machnęłam tylko ręką.
- Nie potrafi znieść tego, że wygraliśmy.
- Cóż, powinien się już przyzwyczaić do smaku porażki - zaśmiała się złośliwie.
Wymusiłam śmiech, zastanawiając się, jak miała wyglądać następna lekcja ze Ślizgonem. Skoro miał się tak zachowywać, wolałabym nie iść do Pokoju Życzeń w poniedziałek.
W międzyczasie przyszła kelnerka z naszym zamówieniem. Już chciałam sięgnąć do torby po pieniądze, co okazało się niemożliwe, bo torby nigdzie nie było.
- Chyba zostawiłam torebkę w sklepie - jęknęłam.
- Nie przejmuj się, ja zapłacę, a ty po nią idź - powiedziała Hermiona.
- Pójdę z tobą - wtrąciła  Luna.
Założyłyśmy kurtki i opuściłyśmy lokal.
Większość drogi szłyśmy w milczeniu. W końcu jednak odważyłam się zadać nurtujące mnie pytanie.
- Jak to było, kiedy twoja mama posiadała moc?
Luna zastanowiła się chwilę.
- Nigdy nie miała większych kłopotów z panowaniem nad nią. Potrafiła robić niezwykłe rzeczy. Nigdy nie byłam chora dzięki niej. Pomagała mi zasypiać, kiedy byłam mała. Jeśli ty też nauczysz się kontroli, zaczniesz postrzegać moc jako dar - powiedziała, uśmiechając się pogodnie.
- Jak mogę mieć ją za dar? Przecież...
- Mama nigdy nie żałowała, że to na nią padło. Starała się korzystać z niej rozsądnie i w dobrych celach. Masz w sobie coś, co może pomóc niejednej osobie.
Poczułam rumieńce pojawiające się na moich policzkach. Luna miała rację. Narzekałam na coś, co mogłam wykorzystać.
Odebrałyśmy torebkę ze sklepu. W drodze powrotnej, Luna opowiadała mi o swojej mamie. W jej głosie słychać było podziw i miłość. Nie dziwiłam się. Z tego co się dowiedziałam, jej mama była wcieleniem dobra.
Pogrążona w rozmowie z Luną, wpadłam na kogoś, wchodząc do Trzech mioteł. Na moje nieszczęście tym kimś okazał się Malfoy. Spojrzał na mnie z niemalże obrzydzeniem, po czym ruszył dalej. Tego było już za wiele. Już chciałam go dogonić, ale czyjaś dłoń mnie powstrzymała.
- Nie radzę. Jeszcze nie ochłonął po meczu - szepnął Nott.
Widziałam, że też nie był zadowolony z powodu przegranej, ale przynajmniej się na mnie nie wyżywał.
- Mam przyjść w poniedziałek? - spytałam.
- Tak. Nie przejmuj się, to tylko chwilowe - uśmiechnął się i odszedł w stronę znajomych, którzy byli już kawałek dalej.
- Miły chłopak - odezwała się Luna.
- Tak... Chodźmy już, dziewczyny czekają - mruknęłam, otwierając przed nią drzwi.
Reszta pobytu w Hogsmeade minęła w miłej atmosferze, ale już nie uczestniczyłam w paplaninie koleżanek, czego na szczęście nie zauważyły.

Po powrocie schowałam zakupy do kufra i udałam się do biblioteki. Wszystkie eseje leżały skończone w mojej torbie, ale podobnie jak Hermiona, potrafiłam tam znaleźć spokój, który był mi niezbędny tego felernego dnia. Złość Ślizgona była zrozumiała, ale gdybyśmy przegrali, nie zachowywałabym się w taki sposób. Jego wzrok i obojętny ton... To było nie do zniesienia. Siedząc na parapecie między regałami, poczułam w sobie ogień, ale udało mi się go poskromić. Szło mi to coraz lepiej, co zawdzięczałam właśnie tej wnerwiającej fretce.

                                                                             ***

Profesor Snape właśnie zaczynał zajęcia, kiedy usłyszeliśmy otwierające się drzwi. Stanęła w nich Dolores Umbridge, która postanowiła odwiedzać nauczycieli podczas ich lekcji, aby przekonać się, czy ich metody nauczania były prawidłowe i skuteczne. Nie byłem z tego faktu zadowolony, ale przynajmniej potrafiła dopiec gryfonom.
- Och, proszę nie zwracać na mnie uwagi - zaszczebiotała z przysadzistym uśmiechem na twarzy.
- Jak już mówiłem, eliksir rozpaczy jest niezwykle trudny do uwarzenia. Jeden błąd może spowodować nieprzyjemne skutki. Macie dwie godziny. Jeśli..
- Ehm... - odchrząknęła Umbridge.
- Tak? - zwrócił się do niej Snape.
Wydawał się bardziej niezadowolony niż zwykle.
- Mam kilka pytań, jeśli Panu to oczywiście nie przeszkadza.
- Ależ skądże znowu - odparł cicho z nutką sarkazmu.
- Z tego co wiem, starał się Pan najpierw o stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią, zgadza się? - spytała, spoglądając na swoje notatki.
- Tak.
- Niestety, bez skutków? - westchnęła, patrząc na Snape'a z dobrze udawanym żalem.
- Jak widać - syknął.
- Czy uważa Pan, że pańscy uczniowie mają jakiekolwiek problemy z przerabianym materiałem?
- Niech się Pani sama przekona - odparł.
Umbridge spojrzała po klasie.
- Stary, ona mnie przeraża - szepnął Blaise.
- Nie tylko Ciebie - odpowiedziałem.
- Zobaczmy... Pan Weasley!- pisnęła, jakby właśnie wywołała zwycięzcę nagrody tysiąca galeonów.
- Czy może Pan wymienić najważniejsze składniki eliksiru słodkiego snu?
Rudzielec popatrzył zakłopotany po swoich przyjaciołach. Ręka Grangerówny od razu poleciała do góry, jak zwykle zresztą.
"Żałosne" pomyślałem.
- Nie? - westchnęła nauczycielka. - Cóż, trudno.
Pokręciła głową i zanotowała coś na swojej różowej podkładce. Kiedy znowu zajęła swoje miejsce w kącie klasy, wszyscy zabraliśmy się za przygotowanie eliksiru.
Parkinson znacznie mi to utrudniała, ciągle wieszając mi się na ramieniu i próbując zwrócić na siebie uwagę. Nott i Zabini tylko przyglądali się tym scenom, nie zbyt skutecznie ukrywając rozbawienie.
Wreszcie minęły dwie godziny i wszyscy przelali swoje eliksiry do fiolek. Umbridge stanęła za Snapem, przyglądając się każdej próbce i wtrącając swoje uwagi. Dołączyłem się do kolejki. Dopiero po chwili zauważyłem, że przede mną stała Talia. Wiedziałem, że nie okazywałem klasy, zachowując się tak wobec niej, ale cóż. Nie mogłem znieść przegranej.
- Za bardzo się starasz Potter, ale eliksir nie jest aż tak zły jak reszta twoich... Niewypałów - powiedział profesor Snape.
- Przepraszam, ale nie mogę się z Panem zgodzić. Kolor odbiega od wymogów, a konsystencja jest zbyt płynna. To pewnie przez te pogawędki z kolegami...- wtrąciła Pani Dolores.
Brunetka wzięła głęboki wdech, próbując się uspokoić.
- Jestem innego zdania - odpowiedziała, nie spuszczając z Umbridge wzroku.
Ta uniosła lekko brew.
- Kochanie, wybacz, ale nie jesteś tutaj ekspertem...
- Z tego co wiem, Pani też nie - przerwała jej.
Za mną rozległo się kilka westchnień i gwizdów.
- Ta dziewczyna prosi się o kłopoty - szepnął za mną Teodor.
Miał racje. Przyciągała je jak magnez. Na każdej lekcji eliksirów kłóciła się ze Snapem, bez wyjątków. Na obronie przed czarną magią nie było inaczej.
- Nie tym tonem, moja droga. Dla twojej wiadomości, moja wiedza na temat eliksirów...
- Szkoda, że to nie Pani jest naszą nauczycielką eliksirów - Talia znowu nie dała jej dokończyć.
Umbridge już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale głos zabrał Snape.
- Zadowalający. Musisz popracować nad szczegółami - powiedział.
Kociki ust dziewczyn uniosły się delikatnie. Profesor Umbridge zrobiła oburzoną minę.
- Zapamiętam. Do widzenia - pożegnała się.
Już chciała odejść do znajomych, którzy czekali przy drzwiach, ale złapałem ją za rękę.
- Po kolacji - szepnąłem jej do ucha.
Spojrzała mi w oczy z obojętną miną. Kiwnęła i wyszła z klasy.
- Auć. Twoja złośnica się obraziła? - parsknął Blaise.
- Słucham? - syknęła zza jego pleców Pansy.
- Ty idioto - warknąłem cicho, podając fiolkę profesorowi.
- Przepraszam - odparł ze złośliwym uśmieszkiem.
Obiecałem sobie wydrapać mu oczy, jak tylko nie będzie świadków.


                                                                                ***

Opadłem na kanapę w Pokoju Wspólnym. Blizna bolała mnie prawie cały dzień. Było jednak coś, co martwiło mnie bardziej.
- Nie uważasz, że Malfoy ostatnio często kręci się koło Talii? - spytałem Hermionę, która od razu zabrała się za szycie czapek dla skrzatów.
- Czy ja wiem... Nawet jeśli, to wcale się temu nie dziwię. Przecież wiesz, jak bardzo lubi Ci uprzykrzać życie. Nagle okazało się że masz siostrę. Myślisz że odpuściłby sobie taką okazję?
- Wiem, ale coś mi się tu nie podoba. Mogłabyś coś dla mnie zrobić?
- Co takiego?
- Miej na nią oko, kiedy mnie nie ma w pobliżu - odparłem.
- Harry, czy ty aby nie przesadzasz? Przecież Talia nie jest głupia. Umie o siebie zadbać - powiedziała, marszcząc lekko czoło.
- Jest też porywcza i bywa nawet, że lekkomyślna.
- To chyba u was rodzinne - parsknęła.
- Hermiono, proszę Cię. Nie podoba mi się fakt, że Malfoy za nią łazi i nie byłbym taki pewien, że to tylko niewinne zaczepki. Przecież wiesz, że Voldemort i śmierciożercy wiedzą o jej mocach. Malfoy jest synem jednego z nich...
- Wiem do czego zmierzasz i nie chcę tego słuchać, Harry. Jesteś przewrażliwiony na jej punkcie. To twoja siostra, martwisz się o nią, ale trzeba też zachować w tym umiar.
- Nie pamiętasz, co mówił Dumbledore? Ostrzegał nas. Skoro Voldemort jej szuka, to na pewno nie robi tego sam. Z resztą, Talia sama opowiadała nam o napadzie w piekarni i o tym, że ojciec Malfoya był u jej przyszywanej rodziny. Co jeśli Lucjusz chce za pomocą syna dostać się do Talii?
- Jedyne, co możemy teraz zrobić, to uważać, żeby nie dowiedziała się o mocach w niewłaściwy sposób. Skup się na tym, zamiast bawić się w detektywa.  Trzeba zadbać o to, żeby nikt jej nie sprowokował - rzekła stanowczo.
- Przecież właśnie to robię! Dbam o jej bezpieczeństwo.
- Nie, Harry. Jak na razie, to szukasz pretekstów, żeby zamknąć ją w pokoju na Grimmuald Place. Owszem, czyha na nią wiele niebezpieczeństw, ale da sobie radę. Powinieneś się też pomartwić o samego siebie. Doszedłeś do tego, co oznaczają twoje sny?
- Nie... Ale jestem blisko.
Co noc śnił mi się ten sam sen, te same czarne drzwi na końcu ciemnego korytarza. Nie mogłem ich otworzyć, nieważne jak bardzo się starałem. Nagle przypomniał mi się pierwszy rak, kiedy miałem ten sen. Była w nim Talia. Nie śniła mi się, ona tam była, dzieliła tą samą wizję. Nadal nie potrafiłem wyjaśnić jak to było możliwe.


                                                                             ***


- Proszę Cię, nie każ mi iść sama! - błagałam Ginny, wracając z kolacji.
- Przepraszam, ale jeśli nie skończę wypracowania na eliksiry, to dostanę szlaban - tłumaczyła się.
- Napiszę go za Ciebie, będę siedziała nad nim całą noc, ale błagam, chodź ze mną - nie dawałam za wygraną.
- Nie wygłupiaj się, Talia. Dasz sobie radę. Przecież nie pierwszy raz masz do czynienia z naburmuszonym Draconem.
Przystanęłam. Przecież ona miała rację. Już  nie raz Malfoy miał swoje humorki. Czemu tak się tym przejmowałam?
- No dobrze... - poddałam się.
- Nie będzie aż tak źle, poza tym, masz się skoncentrować na sobie i mocach, a nie na nim.
- Wiem... Życz mi powodzenia - zawołałam, wchodząc do dormitorium.
Przebrałam się z szat i związałam włosy w kok. Na szczęście nie spotkałam nikogo po drodze.
Na korytarzu czekali na mnie już Blaise, Teodor i Draco. Miałam ochotę zawrócić.
- Cześć - przywitali się Nott i Zabini.
Kiwnęłam głową, uśmiechając się do nich.
- Dzisiaj nie będziemy Cię torturować - odezwał się Draco ze złośliwym uśmieszkiem na ustach.
- Cóż, twoje zachowanie to wystarczająca tortura, więc dziękuję za wyrozumiałość - prychnęłam.
Malfoy tylko przewrócił oczami.
- Zanim jednak zaczniemy, muszę Ci zadać kilka... istotnych pytań.
- Słucham.
Draco już chciał się odezwać, ale ubiegł go Nott.
- Pozwól, że ja to zrobię - powiedział, powstrzymując uśmiech.
- Czemu? - zdziwił się blondyn.
- Zaufaj mi.
Malfoy patrzył na chłopaka dość nieufnie, ale cofnął się o krok.
- Talia, te pytanie mogą Cię trochę zawstydzić, ale wiedz, że dla mnie będzie to równie niezręczne, więc wykaż się dobrocią, zanim postanowisz mnie zabić - zaczął Teodor.
- Eehm... Nic nie obiecuję - odparłam, szykując się na najgorsze.
- Jakby to ująć... Czy zauważyłaś może, że twoja moc daje o sobie znać, kiedy odczuwasz pozytywne emocje?
- Nie zawsze - odpowiedziałam niepewnie.
- Wiesz może, od czego to zależy?
- Muszę być naprawdę szczęśliwa.
- Dobrze. Teraz muszę Cię zapytać o coś bardziej osobistego.
Kiwnęłam głową. "Merlinie, czuwaj nade mną"
- Czy twoja moc dawała się we znaki, kiedy... Dajmy na to, byłaś z chłopakiem?
CO?!
- Słucham? - powiedziałam, będąc w lekkim szoku.
- Chodzi mi o to, czy czułe gesty, jak na przykład jego dłoń na twojej, wywołują u Ciebie...
- Stop. Czy wam już do końca odbiło? A mówiłeś, że nie będziecie mnie torturować - zwróciłam się do Dracona, który zasłonił usta dłonią, powstrzymując śmiech.
- Nie wiem, do czego zmierzacie i z pewnością nie chcę wiedzieć. Już wolę ciemności - rzekłam, próbując zapanować nad głosem.
Czułam jak moje policzki zaczynały się rumienić.
- Talia, musimy się przekonać, jak reagujesz w poszczególnych sytuacjach. Wiemy już, do czego jesteś zdolna pod wpływem złości, czy też strachu. Pozytywne emocje mogą być równie niebezpieczne.  Nie wiem czy Draco Ci o tym mówił, ale jeden z nosicieli o mało nie zabił swoją żonę, powodując spięcie, kiedy poinformowała go o ciąży.
- Tak? To poinformuj mnie o czymś fajnym, może mi też się uda spowodować spięcie - warknęłam.
Zabini razem z Malfoyem nie wytrzymali.
- Dobrze Ci idzie, stary - powiedział Draco, trzęsąc się ze śmiechu.
Spiorunowałam ich wzrokiem. Ta sytuacja była bardzo niezręczna, nie miałam najmniejszej ochoty poruszać takich tematów.
- Tu chodzi o twoje życie. Chcesz pilnować się na każdym kroku?
- Nie, ale...
- To współpracuj, bo my chcemy Ci tylko pomóc - rzekł już bardziej stanowczo.
Westchnęłam głęboko, nie wierząc, że się na to pisałam.
- No dobrze.
- W taki  razie odpowiedz mi na zadane pytanie.
- Ja... Nie wiem - wymamrotałam, spuszczając wzrok.
Koledzy Teodora przestali się śmiać.
- Jak to? - zdziwił się.
- Normalnie - wycedziłam przez zęby.
Czy on musiał pytać właśnie o TE rzeczy?
- Nigdy nie miałaś z czymś takim do czynienia? - drążył.
- Nie.
- I nigdy nie czułaś czegoś do chłopaka?
- Jakoś nie miałam na to czasu, ukrywając się u zastępczych rodzin, potem mieszkając przez kilka lat w lesie - warknęłam, tracąc cierpliwość.
- Och. W zaistniałych okolicznościach będziemy musieli zmienić taktykę - zwrócił się Blaise'a i Dracona.
- Co masz na myśli? - spytałam poddenerwowana.
Bardzo mi się to nie podobało. Bardzo.
- Pójdziesz dobrowolnie, czy podać Ci eliksir? - parsknął Malfoy.
- Przestańcie się wygłupiać! O co wam chodzi? - zdenerwowałam się.
- Może nie tutaj. Draco, znasz odpowiednie miejsce? - odezwał się Zabini
- Znam - przytaknął.
Po chwili na ścianie zmaterializowały się duże drzwi. Draco wpuścił mnie pierwszą.
Tym razem byliśmy w sali balowej. Nie była jednak duża. Zamiast okien, na ścianach widniały przepiękne ozdoby i obrazy. Wszystko było w kolorach czerwieni, beżu i brązu. Wzdłuż ścian poustawiano tysiące małych świeczek, które były jedynym źródłem światła. Na środku stała staromodna sofa pokryta bordowym aksamitem.
- No, Smoku, muszę przyznać, że znasz się na rzeczy - powiedział Zabini.
Spojrzałam na niego z lekkim przerażeniem.
- Możecie mi w końcu wyjaśnić, na czym polega ta nowa taktyka?
- W pierwszej kolejności chcieliśmy przywołać twoje wspomnienia, zrobić z nich rzeczywiste wizje, z momentu, w których byłaś z kimś dla Ciebie ważnym - Draco spojrzał na mnie wymownie.
- O Merlinie...
- Okazało się, że nie posiadasz takich wspomnień. Musimy więc podać Ci pewien eliksir...
- O nie. Nie, nie, nie. Nie wypiję żadnego eliksiru - przerwałam mu.
- Uspokój się. Nie zrobimy Ci nic złego. To eliksir miłosny, choć przerobiliśmy go trochę. Kiedy go wypijesz, wyzbędziesz się wszystkich negatywnych emocji. Osoba, która jako pierwsza nawiąże z tobą kontakt wzrokowy, wyda Ci się bardzo, hmm... Atrakcyjna. To nie będzie zauroczenie, jednak wszystkie interakcje z nim będą dla Ciebie przyjemne.
- Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam nic gorszego, a słyszałam wiele - jęknęłam, chowając twarz w dłonie.
- Spokojnie, jeśli dobrze Ci pójdzie, będzie to jedyna taka lekcja. Na następnej zajmiemy się inną formą szczęścia - uśmiechnął się zawadiacko, unosząc jedną brew.
- Czy ty masz pojęcie, jak bardzo Cię w tej chwili nie lubię?- spytałam załamana.
Czułam się jak w pułapce.
- Za chwilę powiesz co innego - wtrącił Teodor.
Oboje z Malfoyem spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem.
- Jak to? - spytaliśmy równocześnie.
- A tak to. Ja nie mam zamiaru ryzykować, Blaise też nie. Draco jest twoim nauczycielem, więc to z nim będziesz się miziać.
- CO?! - pisnęłam, już kompletnie wpadając w panikę - Nie mam zamiaru się z nikim miziać!
- Teodor - warknął Malfoy.
- Nie patrz się tak na mnie. To ty chciałeś jej pomóc - powiedział Teodor z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Im szybciej przestaniecie narzekać, tym szybciej z tym skończymy - zawołał Zabini, przywołując nas do porządku.
- Talia - zwrócił się do mnie - Nie panikuj. Chcemy jedynie zobaczyć, jak reagujesz na poszczególne gesty.
- Jakie gesty?
- Na przykład gładzenie po ręce... No wiesz.
- Niestety - jęknęłam.
Z całych sił próbowałam się uspokoić. Wiedziałam, że moje zachowanie było trochę niedorzeczne, ale to wszystko było dla mnie nowe. Nigdy nie znajdowałam się w takiej sytuacji. Nigdy nawet o tym nie myślałam. " Weź się w garść. To tylko lekcja, nic więcej. Nikt nie każe Ci się żenić, ani nic z tych rzeczy" szepnęła moja podświadomość. Wzięłam głęboki wdech. "Jesteś gryfonką, dasz radę"  
 pomyślałam.
- No dobrze, miejmy to już z głowy - mruknęłam bez przekonania.
- Voila - zawołał ciemnoskóry ślizgon, wyciągając z kieszeni eliksir.
- Skąd wy w ogóle bierzecie takie świństwa? - spytałam, biorąc od niego małą fiolkę.
- Mamy swoje źródła - odparł, wzruszając ramionami.
Pokręciłam głową, modląc się, żeby eliksir był chociaż dobry w smaku.
- Powodzenia - dodał.
Blaise i Nott rozsiedli się wygodnie na kanapie.
- Oni mają tu tak siedzieć i patrzeć? - jęknęłam do Dracona, kiedy do mnie podszedł.
- Nawet nie zauważysz, że tu są. Całą swoją uwagę skupisz na mnie - zażartował.  
Pacnęłam chłopaka w głowę.
- No już, do dna - pogonił mnie.
Krzywiąc się z niezadowoleniem, odkorkowałam fiolkę. Zanim jednak wlałam jej zawartość do ust, zwróciłam się do Malfoya.
- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele. Ach i nadal wisisz mi dziesięć czekoladowych żab.
Draco posłał mi zabójcze spojrzenie, myśląc pewnie o przegranym meczu. Zignorowałam go jednak i wypiłam ten przeklęty eliksir. Od razu spuściłam wzrok, chcąc jeszcze przez chwilę myśleć normalnie.
-  Gotowa? - spytał.
Smak eliksiru mnie zaskoczył. Poczułam smak świeżych truskawek, wanilię i coś jeszcze. Wszystkie nerwy mnie opuściły. Byłam spokojna. Gdyby nie działanie mikstury, na pewno by mnie to zdziwiło.
- Tak - odparłam i podniosłam głowę.
Poczułam dziwne uderzenie ciepła. Oczy Dracona były jedyną rzeczą na której mogłam się skupić. Ich szarość zdawała się nabrać bardziej błękitnego koloru, a wrogość zastąpiły przyjazne błyski. Nie chciałam patrzeć na nic innego. W jego tęczówkach widziałam wszystko.
- Jeśli coś Ci się nie spodoba, powiedz mi od razu, zamiast robić mi krzywdę - odezwał się, a jego głos był muzyką dla moich uszu.
- Mhm...
Powoli podniósł prawą dłoń i położył mi ją na policzku. Przeszedł mnie delikatny dreszcz. Jedyne, na czym mogłam się skupić, to jego dotyk i głębia jego spojrzenia. Wszystkie te doznania z pewnością by mnie przeraziły, gdybym nie była pod wpływem eliksiru, ale teraz potrafiłam czerpać z tego tylko przyjemność.
- Wszystko w porządku? - spytał.
- Tak - odpowiedziałam.
Jego dłoń zaczęła się zsuwać z mojego policzka. Kiedy gładziła moją szyję, zaśmiałam się cicho, bo właśnie tam miałam łaskotki. Draco uśmiechnął się, co zaparło mi dech w piersiach. Chciałam, aby nigdy nie przestawał się śmiać. Chciałam już zawsze widzieć go wesołego.
Poczułam jego dłoń na moim ramieniu, aż wreszcie dotarła do mojej. Wydała mi się tak mała i krucha, w porównaniu z dłońmi ślizgona. Zamknął ją w uścisku i stał nieruchomo przez chwilę, obserwując moją reakcję.
Czułam się bezpieczna, stojąc przed nim.
- Nie ma żadnych problemów? - zapytał.
- Nie - odparłam trochę rozmarzonym tonem.
Puścił moje dłonie. Teraz wydawały się takie chłodne. Dracon podszedł bliżej i ostrożnie mnie przytulił. Ogarnął mnie zapach jego wody kolońskiej. Nie wiedząc co mną kierowało (oczywiście, że ten cholerny eliksir), objęłam go w pasie, wtulając się w jego pierś. To było nie do opisania. Jego zapach, świadomość, że jest blisko, bicie jego serca... Jeszcze nigdy nie byłam tak odprężona i zadowolona. Chłopak zaczął powoli gładzic mnie po plecach. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się chwilą.
Mogłam tak stać całą wieczność, ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Poczułam, jak opuszcza mnie radość i odprężenie. To było jak kubeł zimnej wody. Otworzyłam oczy i zobaczyłam tysiące świeczek unoszących się w powietrzu, które opadły w momencie, kiedy odsunęłam się od Malfoya. Przepełniał mnie wstyd, zażenowanie, panika i zdezorientowanie. "Nigdy więcej" pomyślałam, starając opanować nierówny oddech. 
- Nie  było aż tak źle - stwierdził Malfoy.
- Powiedz proszę, że macie coś mocniejszego - jęknęłam.
- Przezorny zawsze ubezpieczony - zawołał rozbawiony Blaise.
Już po chwili znalazł się obok mnie z butelką wypełnioną bursztynowym płynem.
- Dzięki - odparłam, biorąc od niego trunek.
- Musimy Ci to częściej podawać. Jesteś w tedy tak rozkosznie nieszkodliwa - zaśmiał się Draco.
Posłałam mu spojrzenie godne bazyliszka, po czym upiłam łyk Ognistej Whiskey.
- Przynajmniej nie spaliłaś sali. Nie wiem czy to postęp, czy raczej ja tak na Ciebie działam - ciągnął Malfoy.
- Przed chwilą byłam ofiarą traumatycznych doznań, więc proszę Cię, postaraj się nic nie mówić, dopóki stąd nie wyjdę - powiedziałam cichym, ale groźnym tonem.
- Z tego co widziałem, to nie było aż tak źle...- zaczął Teodor, ale ni dokończył widząc moją minę.
- Chyba możemy uznać tą lekcję za sukces, prawda? Jeśli nie macie nic przeciwko, to pójdę teraz do siebie - rzekłam, oddając Zabiniemu na wpół pustą butelkę.
Nie czekając na ich reakcję, wyszłam z pokoju.

Niestety w Wierzy Gryffindoru czekali na mnie Harry, Ron i Hermiona. "Nici z chwili spokoju..."
Ron dostał list od mamy, która zaprosiła Hermionę na święta. Harry i ja też oczywiście mieliśmy je spędzić na Grimmuald Place. To skutecznie zajęło moje myśli. Nie miałam ochoty myśleć o tym, co stało się na siódmym piętrze. Postanowiłam razem z Hermioną napisać list do Pani Weasley. Kiedy skończyłam swój, napisałam jeszcze jeden, krótszy, zaadresowany do Boba. Chciałam mu dać znać, że żyję i mam się dobrze. Tęskniłam za nim.


                                                                              ***


Wracaliśmy do lochów, kiedy usłyszałem, jak ktoś woła moje imię. Podniosłem wzrok. Mój ojciec stał kilka metrów przed nami.






niedziela, 11 października 2015

Rozdział XII Powód do szczęścia

Dobry wieczór! Czas na rozdział dwunasty! Mam nadzieję, 
że dobrze mi on wyszedł. Nie ukrywam, że opisywanie meczu
nie należało do najprostszych zadań. Uważam jednak, że ten 
fragment jest dostatecznie dobry, aby się nim z Wami podzielić ;p 
Wasze opinie jak zwykle mile widziane w komentarzach! 
W zakładce "Kontakt" znajdziecie link do mojego fanpage'a, 
na którego was serdecznie zapraszam! 
Miłego czytania :)

Panna Potter







Po raz pierwszy od paru tygodni mogłam z ręką na sercu powiedzieć, że byłam szczęśliwa. Lekcje z Malfoyem przynosiły skutki. Stawałam się coraz lepsza. Już po trzech lekcjach potrafiłam w miarę szybko zapanować nad strachem i wyczarować światło. Sama Ginny przyznała, że te tortury były potrzebne. Nie była jednak zadowolona, kiedy przez przypadek sprawiłam, ze to ona się zaświeciła. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to wina Blaise'a, który mnie wtedy rozbawił, ale ta tkwiła w przekonaniu, że zrobiłam to celowo. Nie mogliśmy opuścić Pokoju Życzeń aż do ciszy nocnej, czekając, aż jej ruda grzywa przestanie się świecić.
Na ostatniej lekcji Malfoy przyprowadził ze sobą nie tylko Zabiniego, ale również Teodora Notta. Byłam wściekła. To on mi zawsze powtarzał, że mam trzymać swoje moce w tajemnicy. Szkoda że sam nie przestrzegał tej reguły. Już dwóch jego kolegów wiedziało, że siostra Pottera to świrnięta kula energii, która może Cię zabić, jeśli nie będziesz ostrożny. Okazało się jednak że Teodor nie był taki zły. Inteligencją dorównywał Hermionie. Zdawał się bardziej poukładany od swoich przyjaciół, co nie oznaczało jednak, że nie lubił żartować z Malfoyem i Zabinim.
Nie umknęło mojej uwadze to, że Blaise i Ginny znaleźli wspólny język. Przy każdej okazji rozmawiali o Quidditchu, co jednak często prowadziło do kłótni, bo Ginny nie ukrywała swoich nadziei na wygraną Gryfonów. Mecz miał się odbyć jutro. Wracałam właśnie z treningu, kiedy usłyszałam za sobą znajomy głos pewnego Ślizgona, z którym miałam się zmierzyć następnego dnia.
- A już miałem nadzieję, że będziemy musieli choć trochę się postarać o wygraną.
- Pozwól, że pozostawię twoją wypowiedź bez komentarza, Malfoy.
- Blaise wspominał, że jesteś całkiem dobra, ale muszę przyznać, że jestem innego zdania - droczył się dalej.
- Ja przynajmniej nie łażę za tobą na każdy twój trening - odgryzłam się.
Byliśmy ostatnimi osobami opuszczającymi boisko, więc nikt nas nie widział.
- Ja za tobą nie łażę, Potter. Ślizgoni lubią sobie popatrzeć, jak Gryfoni wygłupiają się na boisku.
- Nie możecie sobie znaleźć czegoś lepszego do roboty? - spytałam z politowaniem, poprawiając miotłę, którą niosłam na ramieniu.
- Nie. nie wyobrażam sobie lepszej rozrywki - zaśmiał się.
Przewróciłam oczami, idąc dalej przez murawę w kierunku zamku. Nie byłam odpowiednio ubrana, a robiło się już dość ciemno i zimno. Jak na początek listopada, temperatura była niska.
- Jak się ostatnio czujesz? - spytał po chwili ciszy.
- Dobrze - odparłam, uśmiechając się do blondyna.
- To dobrze - odwzajemnił uśmiech.
Dalszą rozmowę z blondynem przerwała mi pewna myśl.
- W niedzielę jest wypad do Hogsmeade. Możemy przełożyć lekcje?
- Też się nad tym zastanawiałem, bo mamy coś z chłopakami do załatwienia z wiosce. Co byś powiedziała na poniedziałek?
- Jakie sprawy można mieć w Hogsmeade? Chcesz sobie załatwić smoking na bal? -palnęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Skąd wiesz o balu? - spytał zdziwiony.
"Czy ty nigdy nie nauczysz się myśleć, zanim coś powiesz?" odezwała się moja podświadomość, kręcąc głową.
- Hermiona - odpowiedziałam krótko - Tylko mi nie mów, że ty nikomu się nie wygadałeś.
- Cóż, nie mogę zaprzeczyć - parsknął.
- Mówiłeś coś o poniedziałku? - wymamrotałam, niezbyt zwinnie zmieniając temat.
- Możemy przełożyć lekcje na poniedziałek?
- Tak, o ile będę jeszcze żywa po imprezie z okazji wygranej - powiedziałam z miną niewiniątka.
Malfoy rzucił mi groźne spojrzenie.
- Marzyć zawsze można, Potter.
- Nie oszukuj się, zmiażdżymy was jutro jak karaluchy.
Blondyn popatrzył na mnie z powątpiewaniem i pchnął mnie lekko. Na moje nieszczęście, chłopak nie był świadom swojej siły, a mokry od deszczu trawnik wcale nie polepszał mojej sytuacji. Straciłam równowagę i upadłam na ziemię. Draco nie mógł powstrzymać ataku śmiechu i zgiął się w pół, kiedy ja próbowałam wstać. Ślizgon opanował się i podał mi dłoń.
- A już zaczynałam Cię tolerować - mruknęłam, pocierając obolałe plecy.
- Ja się tam dobrze bawię - uśmiechnął się łobuzersko.
Ignorując go ruszyłam dalej. Oczywiście dogonił mnie bez trudu. Oboje przystanęliśmy, będąc już w Sali Wejściowej.
- No to cześć- powiedziałam.
- Widzimy się jutro, maluchu.
Rzuciłam w niego szalikiem, który wylądował na jego twarzy.
- Nie nazywaj mnie tak, tleniona fretko - zagrodziłam, ale uśmiech sam cisnął mi się na usta, widząc jak blondyn siłował się z szalikiem.
- Mam pomysł. Jeśli Slytherin wygra, będę mógł bezkarnie nazywać Cie maluchem.
- A jeśli Gryffindor wygra, będę mogła zrobić Ci krzywdę - odparłam z nadzieją w głosie.
- Takie małe, a tak agresywne... Nie. JEŚLI wygra Gryffindor, to będę Ci winien dziesięć czekoladowych żab.
- Hmm... Zgoda - powiedziałam.
- W takim razie, do jutra - zawołał, kierując się do lochów.

Przechodząc przez portret zauważyłam że Harry razem z Hermioną i Ronem siedzą przy kominku i zawzięcie o czymś dyskutując.
- Gdzieś ty się podziewała? - zwróciła się do mnie Gryfonka, kiedy zobaczyła że idę w ich kierunku.
- Nie mogłam znaleźć buta w szatni - powiedziałam szybko.
"Brawo, Potter. Brawo"
- Och... Nie zgadniesz co powiedział Harry! - zawołała podekscytowana.
- Co? - odwróciłam głowę w stronę brata.
Nie miał zadowolonej miny, ale iskierki w jego oczach pokazywały, że nie był do końca zniechęcony.
- Zgadzam się. Będę tym waszym nauczycielem - odparł, ściszając głos.
- Naprawdę?!
- Tak...
- Wiedziałam! - usiadłam obok niego i wtuliłam się w jego ramię.
Ron zaczął się śmiać, Hermiona uśmiechnęła się delikatnie a Harry zdezorientowany poczochrał mnie po włosach, jak to już wszyscy mięli w zwyczaju.
Przez resztę wieczoru główkowaliśmy jak wprowadzić nasz plan w życie. Podczas kolacji, zmuszeni na zmianę tematu, rozmawialiśmy o jutrzejszym meczu. Wszyscy byliśmy dobrej myśli. Angelina przysiadła się do nas i dołączyła do dyskusji. Powtórzyliśmy plan, a potem zeszliśmy na bardziej lekkie tematy. Jakimś cudem, plotka o balu trafiła do większej liczby uczniów, niż się spodziewałam. Zaproponowała Hermionie, Ginny i mnie, żeby razem kupić sukienki. W tym właśnie momencie zobaczyłam Lunę Lovegood, samotnie wchodzącą do Wielkiej Sali. Coś mnie ścisnęło w środku.
- Przepraszam Was, zaraz wrócę - rzekłam i wstałam od stolika.
Szybkim krokiem podeszłam do dziewczyny o długich blond włosach.
- Cześć Luna - przywitałam się.
- Witaj. Jak się masz, Talio? - spytała marzycielskim tonem.
- Bardzo dobrze, dziękuję. A ty?
- Też, ale tata napisał mi w liście, że będzie musiał wyjechać w te święta do Nowej Zelandii. Odkryli tam nową roślinę i chce o niej napisać.
- Och... Przykro mi - odpowiedziałam.
- Tak, mnie też. Słyszałam jednak, że święta w Hogwarcie są bardzo... ciepłe.
- Mam nadzieję, że takie będą - uśmiechnęłam się ciepło - Tak sobie myślałam... Może chciałabyś iść z nami do Hogsmeade w niedzielę?
Krukonka popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Czemu chcesz, żebym z wami poszła?
- Bo pomyślałam, że będzie nam raźniej - odparłam.
Wielkie oczy Luny zmrużyły się delikatnie pod wpływem uśmiechu.
- Chętnie - powiedziała, poprawiając kolczyki w uszach.
- Świetnie. To do zobaczenia.
- Mam nadzieję że tym razem nikt Cię nie zdenerwuje. To podobno strasznie boli - szepnęła.
Wytrzeszczyłam na nią oczy. Czy to możliwe, że Luna wiedziała o moich mocach?
- Luna... Skąd ty...
- Moja mama też była nosicielką. Moc wybiera dobrych ludzi... A ona była dobra.
Nie byłam pewna czy jej uwierzyć. Przecież moc opuszczała człowieka dopiero po śmierci...."Och."
- Twoja mama...
- Nie żyje. Tak, bardzo rozpaczała po odejściu babci - powiedziała.
- Tak mi przykro, Luna. Jestem pewna, że zawsze jest przy tobie - odparłam, czując ogromny żal.
Matka tej przemiłej dziewczyny straciła życie, bo energia wykorzystała moment, w którym była słaba. Posiadałam moc, którą kiedyś miała Pani Lovegood. To tak, jakby wraz z mocą przyszła odpowiedzialność za jej śmierć. Śmierć tych wszystkich ludzi. Nie czułam się z tym dobrze.
- Och, ja to wiem. Myślę, że moc dobrze wybrała - rzekła z uśmiechem i podskakując lekko, odeszła do stołu Krukonów.
Miałam tyle pytań. Skąd wiedziała że to ja miałam moc? Czy wszyscy przechodzący w Hogsmeade potrafili dostrzec, że coś się ze mną działo? Czy to było aż tak oczywiste? Nie przypominałam sobie, żeby wtedy stało się coś poważniejszego. Z drugiej strony, wiedziała przecież, jak wyglądało życie z mocą. Widziała swoją matkę.
Natłok myśli nie dawał mi spokoju. Leżąc już w łóżku, nadal myślałam o rozmowie z Luną. Może dziwnie to brzmiało, ale świadomość, że jest ktoś, kto w pełni rozumiał moją sytuację sprawiała że czułam się lepiej. Odpłynęłam do krainy Morfeusza, mając przed sobą obraz kobiety z długimi blond włosami bawiącej się z mniejszą wersją jej samej.


                                                                                ***

- Coś Cię zatrzymało? - zawołał Blaise, zanim jeszcze zdążyłem do niego podejść.
Razem z Nottem siedzieli na skórzanej kanapie w Pokoju Wspólnym.
- Hmm?
- Spytałem się, czy coś Cię zatrzymało, bo z tego co pamiętam, droga do zamku z boiska nie jest na tyle długa, aby iść pół godziny.
- Zajmij się swoim życiem, Zabini, może jeszcze dasz radę zrobić z nim coś pożytecznego - syknąłem, siadając obok Teodora.
- Księżniczka  nie w humorze? - zapytał Nott.
- Wręcz przeciwnie. Wizja jutrzejszej wygranej sprawia, że tryskam entuzjazmem - odparłem, przeciągając się leniwie.
- A mnie wizja miny Potterównej, kiedy wygramy, przyprawia o dreszcze - odezwał się Blaise.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem.
- Taak... Mam nadzieję że nie spali stadionu.
- Muszę przyznać, że ta mała potrafi latać - powiedział Teo.
Posłałem mu spojrzenie godne bazyliszka.
- Jeśli usłyszę to jeszcze raz, to nie ręczę za siebie.
- Spokojnie, Smoczku. Trzeba doceniać wrogów. A nóż jutro nawali, wtedy będziesz mile zaskoczony - Nott poklepał mnie po ramieniu.
- Mówiłem Ci już, że twoje, jakże głębokie, gadki są znośne tylko po butelce czegoś mocniejszego?
- Owszem. Skądś to znam, bo przybywanie z tobą w jednym pokoju potrafi być bardzo traumatyczne- zaśmiał się.
- Też Cię lubię, Nott.
- Dobra, skończcie już, bo od tej waszej miłości robi mi się niedobrze. Co powiecie na małą imprezę po meczu? - wtrącił się Zabini.
Wszyscy wymieniliśmy spojrzenie "Jeszcze się pytasz?".
- Brzmi kusząco - powiedziałem.
- Co brzmi kusząco? - spytał kobiecy głos tuż za mną
Pansy i jej przyjaciółki dołączyły się do nas.
- Świętowanie jutrzejszej wygranej - odpowiedziałem, kiedy sidła mi na kolanach.
- Dobry pomysł! Mam idealną sukienkę na taką okazję... Draco, skąd masz szalik Gryfonów? - spytała Pansy, a na jej twarzy pojawił się grymas. Spojrzałem w dół. Rzeczywiście, w ręku trzymałem szalik Talii. "O  cholera"
- Ehm... Znalazłem go - odrzekłem bez zastanowienia.
- Po co go wziąłeś? Pokaż mi to - syknęła, wyrywając mi szalik z ręki.
- Pansy, nie wygłupiaj się...
- Damskie perfumy? - warknęła.
- Najwidoczniej należał do jakiejś dziewczyny... Nie patrz się tak na mnie, przecież...
- Nie chcę słuchać twoich wyjaśnień - fuknęła, wstała mi z kolan i szybkim krokiem skierowała się do dormitorium.
Jej przyjaciółki też postanowiły nas opuścić i pobiegły za Pansy. Kiedy zostaliśmy sami, moi koledzy wybuchnęli śmiechem.
- A teraz powiedz nam, czarusiu, której pannie zwinąłeś szalik? - zapytał Blaise, nadal trzęsąc się ze śmiechu.
- Nikomu go nie zwinąłem, idioto. Talia rzuciła nim we mnie i zapomniałem go jej oddać - odparłem, poirytowany.
- Czyli taki z Ciebie ogier...
- Nie zaczynaj, Nott - przerwałem mu.
- Przywiązała Cię nim? Wiedziałem, że jest szalona, ale nie że aż tak - żartował dalej Zabini.
Teodor ponownie ryknął śmiechem. Dziękowałem Merlinowi, że w pokoju nikogo nie było.
- Blaise, jeszcze jeden głupi żart, a pożałujesz, że żyjesz - syknąłem.
- Poluzuj gatki, przecież tylko się z Ciebie nabijamy. Czemu rzuciła w Ciebie szalikiem? Na jej miejscu użyłbym czegoś cięższego.
Pokręciłem tylko głową, chowając twarz w dłonie. "Za jakie grzechy?"
- Spotkałem ją, kiedy wracałem z boiska.Uwaga na temat jej wzrostu ją zdenerwowała. Oto cała historia - wytłumaczyłem.
- Phi, spodziewałem się czegoś lepszego - machnął ręką Blaise.
- Dobra, mam was już dosyć, jak na jeden dzień. Dobranoc. - zerwałem się z kanapy i zostawiłem tą dwójkę samych.
- Zaraz do Ciebie przyjdziemy, Smoczusiu - zawołał za mną Nott.
- Nie mogę się doczekać - odparłem, zatrzaskując drzwi.
Od razu wszedłem do łazienki. Gorący prysznic był mi teraz bardzo potrzebny. Chwila relaksu przed jutrzejszym meczem była jak najbardziej wskazana.



                                                                               ***

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Uważając, żeby nikogo nie obudzić, wzięłam swoje rzeczy i wymknęłam się do łazienki. Tam wzięłam chłodny, orzeźwiający prysznic, zaplotłam niesforne włosy w ciasny, francuski warkocz i przebrałam się w strój do quidditcha. Kiedy wróciłam do dormitorium, wszystkie dziewczyny już wstały.
- Powodzenia, Talio! Mam nadzieję, że pokażesz Ślizgonom, że z nami się nie zadziera - zawołała Lavender.
- Taki mam zamiar - odparłam radośnie.
- Zdenerwowana? - spytała Hermiona, poprawiając swój sweter z lwem.
- Ani trochę.
- To dobrze. Lepiej już chodźmy, musisz coś zjeść przed meczem - powiedziała, pchając mnie w stronę wyjścia.
W Wielkiej Sali zastałyśmy już całą drużynę.
- Dzień dobry, Pani kapitan! - przywitałam się, siadając obok niej.
- Cześć! Jak się czujesz przed swoim pierwszym meczem?
- Czuję się świetnie.
- Pamiętaj, masz grać tak jak na treningach. Uważaj na Ślizgonów, może i są zadufani w sobie, ale grają ostro. Nie rozpraszaj się, skup się na jednym celu. Wymijaj ich i nie pozwalaj podlecieć zbyt blisko, bo zwalą Cię z miotły. Obserwuj ruchy obrońcę, wtedy łatwo go zmylić.
- Mam się skupić na jednym celu? Nie ma sprawy - parsknęłam.
Angelina też mimowolnie się uśmiechnęła.
- Przepraszam, ale to naprawdę ważny mecz.
- Nie zawiodę was - powiedziałam, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- To chciałam usłyszeć - odparła, wracając do swojej jajecznicy.
Kiedy odchodziliśmy już od stoły, wszyscy Gryfoni zaczęli nam życzyć powodzenia. Podeszłam do Harry'ego.
- Kto by pomyślał, że Harry Potter będzie grał w drużynie ze swoją siostrą - westchnęłam teatralnie.
- Taa, gdyby ktoś mi to powiedział rok temu, to bym go wyśmiał.
- Ja chyba też. Powodzenia, Harry - powiedziałam.
- Powodzenia. - odpowiedział, obejmując mnie ramieniem.
Otoczeni wrzeszczącymi Gryfonami udaliśmy się na boisko. W szatki zaczęłam się trochę denerwować, ale szybko odgoniłam obawy. Kochałam tą grę i miałam zamiar dać z siebie wszystko. W dodatku miałam grać u boku mojego brata.
- Podejdźcie tu - zawołała Angelina.
Głosy dochodzące z trybun były coraz głośniejsze.
- Trenowaliśmy ciężko. Dawaliśmy z siebie wszystko. Wkładaliśmy w to serce. Dziś oczekuję od was tego samego, Gryfoni. Macie mi pokazać, czemu wybrałam właśnie was. Macie mi pokazać, że quidditch nie jest dla was tylko zabawą. Wierzę w was i wasze umiejętności. Za chwilę, kiedy wyjdziemy na boisko, macie iść z wysoko podniesionymi głowami. Ślizgoni może są dobrzy, ale my jesteśmy lepsi. Czy mam rację?
- Tak! - krzyknęliśmy chórem
- Słucham?
- TAK!
- Chodźmy im skopać tyłki! - zawołała.
Wszyscy chwycili za swoje miotły i ruszyli w stronę wejścia na stadion.
- Powodzenia, Potter - powiedzieli jednocześnie Fred i George.
- Powodzenia - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Tylko nie nawal - zagroził Geroge, ale po chwili puścił do mnie oko.
- Tak jest.
Kiedy odwróciłam się od bliźniaków, zobaczyłam że reszta drużyny dosiada już mioteł. Poszłam ich śladem. Po chwili rozległ się głos komentatora, a my wylecieliśmy na zewnątrz. Poczułam cudowny wiatr. Uczucie wolności, sprawiło, że od razu zapomniałam o wszystkich zmartwieniach. Teraz liczyła się tylko gra. Spojrzałam w dół. Angelina właśnie ściskała dłoń kapitana Slytherinu. Zaraz potem rozległ się gwizdek i kafel poszedł w górę.
Instynktownie poleciałam w dół i złapałam okrągły przedmiot. Jak ćmy do świecy, ścigający drużyny przeciwnej zaczęli nadlatywać ze wszystkich stron. Ja jednak wyminęłam ich zwinnie i skierowałam się w stronę obrońcy, który krążył przy trzech pętlach. Drogę zastąpił mi chłopak o czarnych jak smoła chłopak, uśmiechający się drwiąco. Kątem oka zobaczyłam Angelinę. Rzuciłam do niej kafla, po czym poleciałam w górę, wyprzedzając ślizgona.
Znajdując się kilka metrów od pętli, Katie, która wcześniej dostała kafla, podała mi go. Obrońca obserwował każdy mój ruch. Zamachnęłam się, celując w prawą pętlę. Chłopak od razu skierował w tamtą stronę, a ja, korzystając z sytuacji, rzuciłam kafla w lewą pętlę. Ślizgon był jednak szybki. Zorientował się, co się działo i o mało nie złapał skórzanej piłki. Ta jednak przeleciała przez sam środek. Komentator, tak sami jak wszyscy zabrani Gryfoni, ryknął szczęśliwy, wiwatując i krzycząc moje nazwisko. Oczywiście nie obeszło się bez buczenia Ślizgonów, ale nie tam tym się skoncentrowałam. Wracając na swoją połowę boiska, zobaczyłam, jak Harry się do mnie uśmiechał. Szczerze. To była najlepsza motywacja. Następne trzy bramki nie sprawiały nam większych problemów, ale później, Ślizgoni zaczynali się już irytować, więc grali bardziej zacięcie.
- Katie Bell znowu przechwytuje kafla! Jest już blisko, już prawie... Uuuu! To musiało boleć! Vincent Crabb zaleciał jej drogę, przez co prawie spadła z miotły. Dalej Bell! Tak! Katie znowu siedzi na miotle! Tymczasem kafla przejął Teodor Nott! Proszę państwa, ten chłopak umie latać, nawet jak na Ślizgona. Nott podaje kafla do Zabiniego... Tak! Talia Potter przejmuje mu go tuż sprzed nosa! Wymija graczy jak strzała! Ale co to? Tłuczek zmierza prosto na nią! Na szczęścia Fred odbija go w ostatniej chwili. Dobra robota Weasley! Podanie do Angeliny Johnson, bardzo atrakcyjnej kapita...
- Jordan! - rozległo się warknięcie Pani McGonagall.
- Przepraszam, Pani profesor. Angelina chwyta kafla i zmierza do bramek. Czy uda jej się zdobyć punkty? Zabini przechwytuje lecącego kafla! Podaje do Teodora, Teodor leci w stronę Alicji Spinnet, która nie przepuściła piłki jeszcze ani razu! Nott bierze zamach... Zaraz, zaraz, czyżby Harry Potter zobaczył znicza? Oczywiście że tak! Łups, Nott się rozproszył i Panna Potter sprzątnęła mu kafla, proszę państwa! Jest już niedaleko pętli... TAAAK! Dziesięć punktów dla Gryffindoru!! Świetny strzał!

Po godzinie było sto dwadzieścia do stu dziesięciu dla Gryffindoru. Raz o mało nie spadłam z miotły. Złoty znicz przeleciał mi prosto przed nosem i Malfoy prawie na mnie wpadł. Oczywiście zdążyłam jego śmiech, kiedy się oddalał. Po tym małym wypadku udało mi się zdobyć kolejne pięćdziesiąt punktów, w czym pomogły mi Angelina i Katie. We trójkę zgarniałyśmy punkty raz za razem, jedna po drugiej. Ślizgoni jednak nie byli gorsi. Z każdą minutą grali coraz agresywniej. Szliśmy łeb w łeb. Kiedy Nott przerzucił kafla przez obręcz, rozległ się wrzask Jordana.
- TAAAAAK! HARRY POTTER ZŁAPAŁ ZNICZ! GRYFONI WYGRALI! MAM NADZIEJĘ ŻE ANGELINA JOHNSON DA SIĘ ZAPROSIĆ NA...
- JORDAN! - fuknęła opiekunka Gryffindoru, ale nie udało jej się powstrzymać śmiechu. Ona też bardzo cieszył się z wygranej.
Cała drużyna podleciała do Harry'ego.
- Dobra robota, Harry!- krzyknęłam.
- Dzięki! Ty też świetnie się spisałaś! - odpowiedział, przekrzykując Freda i George'a.
- Ślizgoni byli w błędzie! Nasz Bliznowaty jednak się na coś nadaje! - wołali.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Kiedy wylądowaliśmy, Katie i Angelina zamknęły mnie w mocnym uścisku.
- Jesteś nieziemska! - powiedziała zdyszana Katie.
- Nawet nie wiecie, jak dobrze mi się z wami grało - odparłam.
Zaraz potem Ginny, Hermiona i Ron podbiegli do nas.
- Gratuluję! - zawołała Hermiona, dołączając się do uścisku, podobnie jak Ginny.
Ron podszedł do mojego grata i poklepał go po plecach.
- Znakomity przechwyt stary! Malfoy prawie go miał!
Harry już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale nie zdążył. Z rozbiegu wskoczyłam mu na plecy i zaczęłam wymachiwać rękami, przez co Harry prawie się nie przewrócił.
- WYGRALIŚMY! - wrzeszczałam na całe gardło, na co nasza drużyna odpowiedziała tym samym.
- Dobra, młoda, zejdź ze mnie - zaśmiał się Harry.
- Młoda? Jesteśmy bliźniakami, głupku.
- Nie psuj chwili - powiedział i przytulił mnie.
Rozczochrałam mu włosy
- Powinniśmy grać razem w reprezentacji -zażartowałam.
Mojemu bratu znowu nie było dane odpowiedzieć, bo George i Fred podnieśli go i zaczęli podrzucać do góry.  Uśmiech nie znikał mi z twarzy aż do końca dnia.


                                                                              ***
- Dracusiu, nie przejmuj się, mięli szczęście, to tyle - powiedziała Pansy, wtulając mi się w ramię, ale szybko się jej wyrwałem.
Przed meczem udało mi się ją udobruchać, ale zaczynałem tego żałować.
- Idę do szatni, widzimy się później - odparłem obojętnie.
Za mną poszli Nott i Zabini.
-Nie spodziewałem się takiego zakończenia - mruknął Nott.
- Ja też nie - syknąłem.
- Co powiecie na coś mocniejszego?
- Doskonały pomysł - odpowiedzieliśmy jednocześnie.
Zgorzkniali wróciliśmy do zamku. Niestety nie udało nam się nie natknąć na świętujących Gryfonów. Zobaczyliśmy nawet Talię wraz z przyjaciółmi, ale nie mieliśmy ochoty do niej podejść. Szczerze powiedziawszy byłem wściekły. Jak ona mogła z nami wygrać? Nie dość, że Nott i Zabini nie mięli z nią szans, to jeszcze ten Potter zwinął mi znicza, kiedy prawie miałem go w ręku. Nie, zdecydowanie nie chciałem z nią teraz rozmawiać, ani wysłuchiwać o ich wygranej. W tej chwili, trunki czekające na nas w dormitorium były o wiele bardziej interesujące.


                                                                              ***

 - Talia, pośpiesz się! - krzyknęła Ginny.
Po wczorajszej imprezie trochę zaspałyśmy. Śniadanie się zaraz zaczynało, a potem miałyśmy iść do Hogsmeade.
- Już idę!
Zgarnęłam burzę loków to tyłu i związałam w koka. Moje koleżanki już czekały przy wyjściu.
- Możemy iść - rzekłam, poprawiając torbę, wiszącą mi na ramieniu.
Zeszłyśmy na dół i w pośpiechu zjadłyśmy śniadanie. Luna dzisiaj siedziała przy naszym stole, po tym, jak ją do tego namówiłam. Hermiona miała ją za lekko świrniętą, ale wszystkie dziewczyny polubiły Lunę. Właśnie jej odmienność sprawiała, że darzyłam ją sympatią. Coś o tej odmienności wiedziałam.
- Najpierw kupujemy sukienki, dopiero potem możemy odwiedzić inne sklepy. Prawie wszyscy już dowiedzieli się o balu, więc trzeba się pośpieszyć - odezwała się Angelina.
Brzmiało to bardziej, jakby nam właśnie dawała wskazówki przed meczem, co nas bardzo rozbawiło. Johnson była w wyśmienitym nastroju po wczorajszej wygranej, podobnie jak wszyscy z domu lwa.
Zastanawiało mnie jednak, jak miało wyglądać moje spotkanie z Malfoyem. Trochę obawiałam się jego zachowania.

Pogrążone w rozmowie weszłyśmy do sklepu ze strojami na przeróżne okazje. Byłyśmy pierwsze, za co dziękowałam Merlinowi. Przepychanie się z tłumem dziewczyn tylko po to, żeby kupić sukienkę, nie było szczytem moich marzeń. " No to do dzieła".










piątek, 2 października 2015

Rozdział XI "Tak, profesorze"

Witam! To już XI rozdział! A pamiętam jak zakładałam 
tego bloga... Eh, czas szybko leci. Włożyłam w tą notkę
dużo energii, pracy i miłości, więc mam szczerą nadzieję,
że rozdział przypadnie wam do gustu:) Byłabym wdzięczna
gdybyście podzielili się opiniami w komentarzach, nawet nie
wiecie, jaka to dla mnie motywacja! Już nie przedłużam ;p
Miłego czytania!


Panna Potter





Wyszłam z łazienki gotowa na śniadanie. Schodząc do Pokoju Wspólnego, zobaczyłam Ginny.
- Cześć - przywitałam się.
- No cześć. Harry, Ron i Hermiona są już na śniadaniu.
- Czemu? - zdziwiłam się.
Zawsze chodziliśmy razem na śniadanie.
- Ron obiecał pomóc Harry'emu w ćwiczeniu, dziś nikt nie trenuje na boisku, więc chcą to wykorzystać i jak najwcześniej zacząć. Hermiona ma dodatkowe zadanie na numerologię i spędzi w bibliotece cały dzień, więc tez poszła wcześniej - opowiedziała młodsza Gryfonka.
- No cóż, jesteśmy na siebie skazane - zaśmiałam się.
Ruda popchnęła mnie w stronę portretu, kręcąc głową.
Po drodze do Wielkiej sali, Ginny wydała mi się bardzo cicha. Zazwyczaj buzia jej się nie zamykała.
- Coś się stało? - zagadnęłam przyjaciółkę.
- Cho będzie trenować z chłopakami - powiedziała po chwili.
- Co?! Przecież ona jest ścigającą Ravenclawu! To wróg! - oburzyłam się.
- Powiedziałam mu to samo, ale Harry stwierdził, że przesadzam i że ten trening ma bardziej cel rekreacyjny, więc nie widzi przeszkód, żeby zaprosić Cho - jęknęła.
- Kurczę, Ginny, przykro mi - wymamrotałam, nie wiedząc, co powiedzieć.
- To przecież nie twoja wina - odparła, usilnie wpatrując się w swoje dłonie.
Resztę drogi żadna z nas się nie odezwała. Kiedy usiadłyśmy przy stole, postanowiłam jednak zagadnąć Ginny, żeby nie myślała ciągle o Harrym.
Świadomość, że podobał jej się mój brat była dziwna, ale cieszyłam się. Harry zasługiwał na kogoś takiego, jak Ginny, której szczęście było dla mnie ważne. Mimo, że znałyśmy się stosunkowo krótko, to była mi bliska. Nasze charaktery nie różniły się od siebie tak bardzo, więc spędzanie z nią czasu zawsze było przyjemne. Nie zmieniało to faktu, że Hermiona też bardzo szybko stała się dla mnie ważną osobą. Jej spokój i rozsądek często sprowadzały mnie na miejsce, kiedy było mi tego trzeba. Miała wielkie serce i była godna zaufania...
Zawsze kiedy myślałam o moich przyjaciołach, przypominało mi się, że mogli wiedzieć o mojej mocy. Po ostatniej rozmowie z dyrektorem byłam tego prawie pewna, a przynajmniej, jeśli chodziło o Harry'ego. Tak wiele razy słyszałam, że Dumbledore darzył mojego brata sympatią, że powierzał mu tajemnice, o których nie wiedzieli nawet co poniektórzy z Zakonu. Harry musiał wiedzieć. Jeśli chodziło o resztę, ciągle się wahałam.

- Hej, Ginny. W moim kufrze czeka zapas słodyczy z Miodowego Królestwa, a pogoda jest ładna. Może po śniadaniu wybrałybyśmy się na mały piknik? To świetna okazja na obgadywania mojego brata, jakim okazał się kretynem, zapraszając Cho na trening - odezwałam się, wywołując uśmiech na twarzy rudej.
- Znakomity pomysł - przytaknęła, ewidentnie się rozchmurzając.
Mi też by się poprawił humor, słysząc, że moja przyjaciółka posiada masę słodkości i chce się nimi ze mną podzielić.
Niestety  miły wypad z koleżanką nie miał trwać długo. Po obiedzie byłam umówiona z Malfoyem na "lekcję" panowania nad sobą. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Niepokoiła mnie kwestia prowokacji, o której wspomniał Blondyn. Jaką prowokację miał na myśli? Tego mogłam się dowiedzieć tylko w jeden sposób i nie podobało mi się to.
Kiedy razem z Ginny dokończyłyśmy musli, pobiegłyśmy szybko do Wierzy Gryffindoru po koc i przysmaki zakupione w Hogsmeade. Hermiona rzeczywiście miała zamiar spędzić cały dzień w bibliotece, a po chłopakach nie było śladu. Nie zwlekając, udałyśmy się na Błonia, gdzie pod wielkim drzewem rozłożyłyśmy koc. Trafiłyśmy idealnie, bo był to ostatni słoneczny dzień.
Na pierwszy ogień poszły fasolki wszystkich smaków. Ginny pokładała się ze śmiechu, kiedy trafiłam na smak wątróbki. Byłam bliska lizania trawy, aby tylko pozbyć się tego obrzydliwego smaku.
Zabierając się za muffinki z jagodami, rozmawiałyśmy o damskich drużynach Quidditcha. Dziwiłam się, czemu młodsza Gryfonka nie przyszła na pobory. Z tego co zauważyłam uwielbiała ten sport. Kiedy przyszła kolej na pałki lukrecjowe, dyskutowałyśmy o Fatalnych Jędzach. Obie uwielbiałyśmy ich muzykę.
- Wiesz co? Bardzo łatwo mi się z tobą rozmawia, chyba łatwiej niż z Hermioną. Ona lubi urządzać mi wykłady i tym podobne. Często mi tym pomaga, nie zrozum mnie źle, ale czasami potrzebuję się po prostu wygadać - powiedziała, otwierając butelkę soku dyniowego.
Kiedy jej słuchałam, poczułam lekkie ukłucie, gdzieś głęboko we mnie. Ja też chciałam się móc komuś wygadać. Też chciałam, żeby ktoś mnie po prostu wysłuchał. Tak bardzo potrzebowałam się zwierzyć osobie, która nie mówiłaby mi w kółko, żeby nad sobą panować. W tej chwili przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Ginny jako jedyna osoba nie wzbudzała u mnie podejrzeń. Wydawała się naprawdę nic nie wiedzieć. Czemu miałabym z nią nie porozmawiać o moim problemie? Mogłam jej zaufać. Jeśli jednak coś by się stało, Malfoy mógł usunąć jej wspomnienie z naszej rozmowy. Prosiłam kiedyś Panią Bathildę, żeby nauczyła mnie zaklęcia wymazującego pamięć, ale nie zgodziła się. Powiedziała, że jak już je poznam, to będę go nadużywać. Według niej, powinnam się starać żyć tak, aby to zaklęcie nie było mi potrzebne. Podzielałam jej zdanie, ale istniały jednak sytuacje, kiedy nie było wyboru.
- Ginny, mogę się Ciebie o coś spytać?- zaczęłam niepewnie.
- Oczywiście - odparła z uśmiechem,
Wzięłam głęboki wdech. "Raz się żyje.".
- Czy ktoś, na przykład członek Zakonu, albo Harry, powiedział Ci coś na mój temat?
- Nie... Zawsze, jak są poruszane ważne kwestie, to muszę iść do siebie. Uważają że jestem za młoda i nie powinnam zawracać sobie głowy poważnymi sprawami. Czemu pytasz?

Nie wiedziała. Ona naprawdę nie wiedziała. Poczułam jak niewidzialny ciężar spada mi z serca. Nagle zawiał ciepły wiatr. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Bo widzisz... Jest coś, co bardzo chciałabym Ci powiedzieć. Musisz mi jednak przysiąc, że zostanie to między nami. Jeśli ktoś się o tym dowie, będzie to miało bardzo nieprzyjemne skutki - powiedziałam.
- Przysięgam, że nie pisnę słowem - odpowiedziała niemal od razu.
To ten moment. Czy było warto? Miałam szczerą nadzieję, że tak.
Powiedziałam jej wszystko. Absolutnie wszystko. Słowa wydostawały się z moich ust. Opowiedziałam jej o pierwszym incydencie, o drugim incydencie, nawet o Malfoyu i Zabinim. Powiedziałam, jak mi pomogli i nadal zamierzają pomagać. Na początku miała bardzo zdziwioną minę, ale z sekundy na sekundę, jej twarz wyrażała tylko ciekawość. Kiedy skończyłam, nastała chwila ciszy. Wreszcie podniosła na mnie wzrok.
- Mam nadzieję że Parkinson się nieźle oberwało - powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem.
Poczułam łzy cisnące mi się do oczu i wielką ulgę. Nie mogłam jednak powstrzymać śmiechu. Ruda przytuliła się do mnie i poklepała po plecach.
- Jak się z tym czujesz? - spytała, podając mi ciastko dyniowe.
- Czuję się bardzo dziwnie. Jak się złoszczę, czuję to, jak się przemieszcza, chce się wydostać - odparłam.
- Rany... Muszę przyznać, że nie spodziewałam się czegoś takiego po Fretce - wymamrotała, usilnie nad czymś się zastanawiając.
- Ja też nie. Nadal się dziwię, mówiąc szczerze.
- Jesteś pewna, że nie kłamał o Harrym?
- Wiesz... bardzo długo nie chciałam mu wierzyć, ale coś mnie jednak w tym utwierdziło.
Opowiedziałam młodej Gryfonce o rozmowie z Dumbledorem i o teorii Malfoya.
- Nadal nie jestem do tego całkiem przekonana, ale nigdy nie wiadomo. To co mówisz brzmi całkiem logicznie... Ale chyba nie odwrócisz się od niego, prawda? - spytała.
- Oczywiście, że nie. To mój brat, jedyna rodzina, jaką mam. Niestety mam żal do niego i Dumbledore'a.
- Zrozumiałe - przyznała.
- Mam pomysł!- zawołałam nagle - Mówiłam Ci, że Malfoy ma mnie dzisiaj uczyć, prawda? Może chciałabyś pójść ze mną? Na pewno czułabym się lepiej.
- Bardzo bym chciała, ale Malfoy... Może wy się dogadujecie, ale ja nie znoszę tego tlenionego łba.
- Przecież nie musisz z nim rozmawiać, ani nic z tych rzeczy. Będziesz tam ze mną, a jeśli będzie sprawiał problemy, to wybuchnę go tak samo, jak Pansy - zażartowałam.
Podziałało. Ginny zgodziła się iść ze mną.
Siedziałyśmy tak jeszcze przez jakiś czas. Doszłyśmy do wniosku, że po naszym "małym" pikniku nie byłyśmy głodne, ale i tak poszłyśmy na obiad.
- Szkoda, że z nami nie poszłaś, Hermiono - zwróciłam się do siedzącej obok mnie koleżanki.
- Też żałuję, ale ten esej jest bardzo ważny - pożaliła się.
- Gdzie byłyście?- wtrącił się Ron.
- Na pikniku. Skorzystałyśmy z zapasów Talii. Jeszcze nigdy nie zjadłam tylu słodyczy naraz - odparła Ginny.
Obie miałyśmy puste talerze.
- Czemu nic nie powiedziałyście? - jęknął Rudzielec.
- A właśnie. Harry, jak było na treningu? - spytałam brata, który siedział naprzeciwko mnie, obok Ginny.
- Dobrze. Ron jest bardzo dobry, nie rozumiem czemu nie był na naborach.
- Już Ci mówiłem, stary. W tym roku są SUM'y. Jeśli ich nie zdam, to mama mnie zabije.
- A jak poszło Cho? - do rozmowy dołączyła Hermiona.
Ginny i ja od razu zwróciłyśmy wzrok na Harry'ego.
- No cóż... Nie była taka zła, ale...
- Była beznadziejna - wtrącił się Ron.
- Wcale nie! Może nie gra po mistrzowsku, ale ma zadatki...
- To była tragedia - rzekł rudzielec - Cały czas wlepiała swoje oczka w Harry'ego i nie mogła się skupić. Nie dość, że przepuściła wszystkie gole, to jeszcze nie trafiła ani razu.
- Może denerwuje się przy Harrym? - powiedziała Hermiona.
- Nie chcę nic mówić, ale to bardzo nieprofesjonalne - odezwałam się.
Kąciki Ginny uniosły się delikatnie.
- Powiedzmy, że przyjdzie nam grać z jej drużyną - mówiłam dalej - Ja na jej miejscu skupiłabym się na grze.
- To był tylko trening - rzekł Harry.
- Wiesz co? Chyba zaproszę Zabiniego na trening. Tak dla zabawy - powiedziałam ze zgryźliwym uśmieszkiem.
- Zwariowałaś?
- Nie.
- On jest ze Slytherinu, a poza tym...
- Hipokryta.
- Dobra, przestańcie już - przerwał nam Ron.
- A tak dla twojej wiadomości, to był żart - dodałam szybko.
Nie odpowiedział.
- Co robicie po obiedzie?- spytała Hermiona.
- Jak to co? Nie słyszałaś? Hagrid wrócił - odpowiedział Ron, uśmiechając się szeroko.
- Naprawdę? Musimy do niego iść! - zawołała podekscytowana szatynka.
- Pójdziecie z nami? - odezwał się w końcu Harry.
Popatrzyłam niepewnie na Ginny. Odpowiedziała mi tym samym.
- Bardzo byśmy chciały, ale musimy coś załatwić - palnęłam bez dłuższego zastanowienia.
- Co może być na tyle ważne, żeby...
- Dziewczyńskie sprawy - wtrąciła Ginny.
Na szczęście Harry postanowił odpuścić.


                                                                                ***

Dziewczyńskie sprawy? Czy one nie zdawały sobie sprawy, że to najgorsza wymówka? Zerknąłem na moją siostrę. Miała spuszczony wzrok. Dobrze wiedziałem, że coś ukrywała. Miałem świadomość, że może nie układało się nam najlepiej, a przynajmniej ostatnio, ale nie oznaczało to, że nie martwiłem się o nią. Wręcz przeciwnie.
Odkąd dowiedziałem się o jej mocach, starałem się unikać drażliwych tematów, stale miałem ją na oku... Niestety nie mogłem jej powiedzieć. Jej reakcja mogłaby być jej zgubą. Nie była jeszcze gotowa. Oczywiście bałem się momentu, w którym miała się dowiedzieć prawdy, że my wiedzieliśmy, ale to było dla jej dobra. Próbowałem być dla niej wsparciem, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Te dziwne sny, blizna, problemy... Miałem już dosyć. Tak wiele pytań kłębiło się w mojej głowie. Byłem tym wszystkim zmęczony. Na szczęście miałem przy sobie przyjaciół. Ron i Hermiona bardzo mi pomagali.
Kiedy Dumbledore opowiedział nam o mojej siostrze, oboje uważali na Talię. Byłem im bardzo wdzięczny, ale wiedziałem też, że nie mogli mi pomóc we wszystkim. Oni nie rozumieli jak to jest. Nie wiedzieli jakie to uczucie, kiedy powinieneś się cieszyć z odnalezienia siostry, ale nie mogłeś, bo powrócił ten, który chciał mnie zabić.
Co najgorsze, aby osiągnąć swój cel, stał się zagrożeniem dla całego świata czarodziejów, dla moich najbliższych. Był wstanie zrobić wszystko i tego bałem się najbardziej. Voldemort wiedział o Talii. Nie mogłem dopuścić do tego, żeby wpadła w jego ręce, nie mogłem. Nikt nie miał prawa skrzywdzić mojej siostry.


                                                                              ***

Kiedy dochodziłyśmy na miejsce, zżerały mnie nerwy. Kompletnie nie wiedziałam jak to miało wyglądać. Na szczęście Ginny zgodziła się iść ze mną. Wychodząc zza rogu, zobaczyłam, jak mina Draco zmienia się ze spokojnej, na zdziwioną i zdezorientowaną.
- Co ona tutaj robi? - zapytał, zapominając o dobrych manierach.
- Poprosiłam ją, żeby ze mną przyszła - odparłam - Co co Blaise tutaj robi?
Ciemnoskóry Ślizgon stał oparty o ścianę, uśmiechając się do mnie serdecznie.
- Przecież on o wszystkim wie, a...
- Mogę Cię poprosić na stronę? - przerwałam mu.
Zgodził się, ale widziałam, że cała sytuacja się mu nie podobała. Razem z Malfoyem odeszliśmy kawałek dalej, zostawiając Ginny z Zabinim.
- Czy to ma być jakiś żart? - szepnął blondyn.
- Nie. Powiedziałam jej prawdę.
- Zwariowałaś?!
- Ona nie miała pojęcia o moich mocach. Przecież ty też mówisz Blaise'owi wszystko.
- Tyle że ja nie mam mocy, na którą wszyscy polują! Nie bez powodu masz to zachować w tajemnicy- skarcił mnie.
- Ufam jej. Ona nikomu nic nie powie - odparłam, próbując uspokoić Malfoya.
- Czemu to zrobiłaś? - spytał, przebierając spokojniejszy ton.
- Bo chciałam. Nie mogłam już wytrzymać. Potrzebowałam z kimś porozmawiać, a ona jest moją przyjaciółką. Doceniam waszą pomoc, ale przyznaj, ty na moim miejscu byś się nie spowiadał ze wszystkiego. Wiesz o mnie dużo i pomagasz mi, ale potrzebuję przyjaciółki, z którą mogę o tym swobodnie porozmawiać - rzekłam.
Nie mógł mi mieć tego za złe.
- Nie popieram tego, ale rozumiem - odpowiedział w końcu.
Wróciliśmy do pogrążonej w rozmowie dwójki.
- No dobrze. Potter, dzisiaj sprawdzimy jak reagujesz czując strach i czy potrafisz sobie z nim poradzić - zaczął Ślizgon.
- A co jeśli Talia straci nad sobą panowanie? Sam mówiłeś, że to niebezpieczne - odezwała się Ginny.
- Wszystko mamy pod kontrolą. Jeśli moc Talii weźmie górę, my będziemy interweniować - odpowiedział zniecierpliwiony Draco.
- No nie wiem...
- Jeśli chcesz zostać, to lepiej siedź cicho, wiewiórko - przerwał jej.
Widząc, że Ginny zaciska dłonie w pięści, położyłam jej dłoń na ramieniu.
- Spokojnie. Nie zwracaj na niego uwagi - powiedziałam.
Malfoy przewrócił oczami.
- Potter, musisz mi powiedzieć, czego boisz się najbardziej - kontynuował.
- Chyba żartujesz - prychnęłam.
Jeśli myślał, że zdradzę mu swój największy lęk, to był w błędzie. Nikt o nim nie wiedział. Każdy mógł wykorzystać to w zły sposób.
- Nie, nie jestem w nastroju na żarty. Musisz mi powiedzieć, inaczej nie będę Ci mógł pomóc. Mogę też zgadywać i wypróbować różne opcję, a tego byś nie chciała - odparł.
"Cholera" jęknęłam w duchu.
- Ale obiecaj mi, że nie wykorzystasz tego w żaden sposób.
- Obiecuję.
- Nie wierzę, że to robię... Ciemność, przeraża mnie ciemność - wymamrotałam.
Wszyscy zrobili zdziwione miny. Wiedziałam, że brzmiało to śmiesznie, ale tego bałam się najbardziej na świecie.
- Co wtedy czujesz? - spytał.
- Tracę poczucie przestrzeni, wpadam w panikę, wyobrażam sobie najgorsze rzeczy... Zwłaszcza, kiedy nie ma nikogo obok mnie.
To było strasznie upokarzające. Malfoy i Zabini wiedzieli już zdecydowanie zbyt dużo.
- Hmmm... No dobrze. Przygotuj się, spróbuj wyciszyć - polecił młody arystokrata.
Zaczęły mi się trząść dłonie. Nie chciałam tego robić. Miałam ochotę uciec, ale wiedziałam, że musiałam zostać i spróbować nad sobą zapanować.
- Spokojnie - szepnęła Ginny - Będzie dobrze.
Kiwnęłam głową, próbując uspokoić serce dudniące mi ciężko w piersi. Bałam się niewielu rzeczy, ale ciemność mnie przerażała. W ciemnościach stawałam się bezradna.
- Wchodźcie - odezwał się Blasie.
Na ścianie pojawiły się niewielkich rozmiarów drzwi. Chłopcy przepuścili nas przodem. Stałyśmy w wielkim pomieszczeniu. Stały w nim trzy fotele ; jeden przy przeciwległej ścianie, jeden przy lewej i trzeci przy prawej. Pokój był dwukrotnie większy od Wielkiej Sali. Jedynym źródłem światła, były pochodnie.
- Stań na samym środku pokoju - rozkazał Draco.
Spełniłam polecenia. Za to on, Ginny i Zabini usiedli w fotelach. Rozejrzałam się dookoła. Ściany były z czarnego marmuru, tak samo jak podłoga. Ogień świecił białym blaskiem. " Zaraz dostanę zawału".
 - Za minutę zgaszę wszystkie pochodnie. Przygotuj się - powiedział Zabini.
Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze nosem. Musiałam dać radę. Niestety poczułam znajome mrowienie, choć tym razem było trochę inaczej. Mrowienie zapierało mi dech w piersiach i mąciło mi w głowie, nie mogłam się skupić.
To nie był ból, ani ogień, który mi towarzyszył, będąc wściekłą. To był strach, mrożący krew w żyłach strach. Zaczęły mnie przechodzić dreszcze po całym ciele. Moje dłonie były coraz chłodniejsze. Otworzyłam oczy, chcąc poprosić o jeszcze trochę czasu, ale właśnie w tym momencie wszystkie pochodnie zgasły. Panowała kompletna ciemność. Podniosłam dłoń, ale jej nie zobaczyłam, mimo że machałam ją sobie tuż przed oczami. Mój przyśpieszony oddech stawał się płytszy z każdą sekundą.
Nagle usłyszałam czyiś głos, wołający moje imię. Należał do kobiety. Był łagodny i zarazem chłodny, jak wiatr. Głos przerodził się w chichot, chichot przerodził się w szloch. Nie potrafiłam ustalić skąd dochodził. Płacz dochodził ze wszystkich stron, wydawał się być w mojej głowie. Zaczęłam panikować. Chciałam coś zrobić, ale nie mogłam. Miałam sparaliżowany każdy jeden nerw w moim ciele. Mięśnie miałam napięte do granic możliwości. Chciałam krzyczeć, błagać, aby zapalili pochodnie, ale nie potrafiłam. Szloch stawał się coraz głośniejszy i rozpaczliwszy. "Uspokój się!" krzyknęła moja podświadomość, ale wycie kobiety ją zagłuszyło. Próbowałam zapanować nad sobą, ale nie byłam w stanie. Byłam przerażona, wolałam umrzeć, niż przechodzić przez to piekło. Kobieta zaczęła wrzeszczeć jak opętana, piszczała, błagała, nadal wołając przy tym moje imię. Ten dźwięk był coraz głośniejszy, aż w końcu kompletnie straciłam jakąkolwiek kontrolę nad sobą. Moc, która się we mnie kłębiła znalazła ujście. Mimo iż straciłam świadomość tego, co się działo, poczułam ogromną falę energii, która już miała zamienić w proch wszystko, co stanęło jej na drodze. W ostatniej chwili czyjeś ramiona zamknęły mnie w silnym uścisku. Wiedziałam, że moje oczy były otwarte, ale nic nie widziałam, nic nie słyszałam. Jedynie głos kobiety nadal brzmiał gdzieś w głębi moich myśli.


                                                                                ***

Kiedy tylko usłyszałem jej zduszony jęk, zapaliłem pochodnie, ale było już za późno. Dziewczyna nie kontaktowała. Stała w miejscu, cała spięta, z szeroko otwartymi oczami. Mamrotała coś pod nosem, wbijając sobie paznokcie w uda. Jej źrenice powiększyły się tak bardzo, że intensywna zieleń jej tęczówek zniknęła. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego przerażenia. Nigdy. Zerwałem się z miejsca, a w moje ślady poszli Blaise i Wiewióra. W samą porę udało mi się ją powstrzymać, choć poczułem jej ból. Zamykając ją w uścisku, jej cierpienie stało się moim. Ruda zaczęła gładzić ją po plecach, szepcząc, ze wszystko już w porządku. Talia zareagowała. Jej mięśnie momentalnie się rozluźniły. Przycisnąłem ją mocniej do siebie, żeby nie upadła. Nadal mamrotała cicho coś niezrozumiałego.  Położyłem ją ostrożnie na marmurowej podłodze. Dopiero wtedy dostrzegłem kilka szczegółów, których nie widziałem z daleka. Jej usta był strasznie sine a skóra biała jak papier, przez co jej nowe blizny, wystające spod dekoltu, bardzo się odznaczały. Rzeczywiście wyglądały jak pęknięcia na szkle.
- Talia - powiedziałem cicho.
Nic. Przyłożyłem dłoń do jej tętnicy szyjnej. Miała przerażająco wysokie tętno. Była też bardzo chłodna w dotyku.
- Talia - powtórzyłem, ujmując jej dłoń.
Kamień spadł mi z serca. Wzrok dziewczyny znowu był obecny, a źrenice powoli wracały do normalnych rozmiarów.
- Och, Talia ...- westchnęła Weasley trzęsącym się głosem. Oczy miała czerwone od powstrzymywanych łez.
- To nie było fajne - wychrypiała brunetka.
Schowała twarz w dłonie i wzięła kilka głębokich oddechów.
- TY IDIOTO! - wrzasnęła Wiewióra, zrywając się z podłogi.
Ja i Zabini zrobiliśmy to samo, widząc furię wymalowaną na jej twarzy
- CHCIAŁEŚ JĄ ZABIĆ?!
- Uspokój się, młoda - warknąłem.
- MAM SIĘ USPOKOIĆ?! JA SIĘ MAM USPOKOIĆ?! ZAMORDUJĘ CIĘ, TY OBRZYDLIWA GNIDO!
- Hej, spokojnie, nie krzycz już tak. Talii nic się nie stało - wtrącił się Blaise, podchodząc do Ginny, ale ta momentalnie zrobiła krok w tył, piorunując go wzrokiem.
- Nic się nie stało?! Proszę Cię... Prawie ją wykończyliście!
- To jedyny sposób, żeby nauczyła się kontrolować moce - powiedziałem chłodno.
- Nie. Nie pozwolę, żebyś wpędził ją do grobu - syknęła.
- Ehm... - usłyszałem cichy głos.
Talia, która nadal leżała na posadce przyglądała się nam, podpierając się na łokciu.
- Jak się czujesz? - spytała ruda, w momencie zmieniając postawę.
Spoczęła obok Talii. Zrobiliśmy to samo.
- Bywało lepiej - odparła nadal słabym głosem.
- Twoją mocą możesz również leczyć. Skup się. Postaraj polepszyć swój stan.
Posłusznie zamknęła oczy, marszcząc brwi. Trwało to dłuższą chwilę i kosztowało kilka prób, ale w końcu dostrzegłem ulgę na jej twarzy, która nabrała zdrowszego koloru. Jej blizny też pojaśniały.
- Udało się - powiedział Zabini, klepiąc Talię po ramieniu.
Ta uśmiechnęła się do niego, po czym podniosła się o własnych siłach.
- Chodźmy stąd - rzekła Ginny, kierując się w stronę drzwi.
- Nie - powiedziałem.
- Słucham? - prychnęła, próbując zaciągnąć Talię do wyjścia, ale ta nie wykazywała do tego chęci.
- Ginny... Ja wiem, że to nie jest coś, co widuje się na co dzień. Zdaję sobie sprawę z tego, jak to może wyglądać, ale ja muszę się nauczyć nad tym panować - wytłumaczyła starsza Gryfonka.
- Talia - jęknęła Wiewióra - Przed chwilą o mało się nie wykończyłaś.
- To teraz wyobraź sobie, że dzieje się to za każdym razem, kiedy ktoś mnie wnerwi. Musiałabym siedzieć cały czas w domu. W tedy też bym pewnie zwariowała. Niestety taka jest cena normalnego życia.
Ginny przestała szarpać koleżankę za rękaw. Westchnęła ciężko i usiadła w fotelu.  Talia uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością, ale w jej oczach było widać smutek. Jednak, gdy zwróciła wzrok na mnie, widziałem już tylko determinację.
- Jeszcze raz.
- Jesteś pewna?
- Tak.
Kiwnąłem powoli głową.
- No to, do dzieła - odparłem i zająłem swoje miejsce.


                                                                              ***

Znowu stanęłam na samym środku ogromnego pokoju. Wiedziałam już czego się spodziewać. Miałam nadzieję, że wiedziałam też, jak z tym walczyć. Spuściłam wzrok. Tym razem, Draco bez ostrzeżenia gasił pochodnie, jedną po drugiej. Zdążyłam uchwycić spojrzenie każdego z trójki siedzących w fotelach towarzyszy.
Pierwsza pochodnia zgasła.
Uśmiechnęłam się do Ginny, czując ukłucie w sercu na widok jej miny.
Druga pochodnia zgasła.
Blaise skrzyżował palce i puścił mi oczko. Zaśmiałam się cicho.
Trzecia pochodnia zgasła.
Malfoy kiwnął tylko głową, dając mi tym do zrozumienia, że dam radę. Odpowiedziałam tym samym gestem.
Ciemność.
Serce ponownie przyśpieszyło. Niepokój wzrastał. Próbowałam się skupić. "Dasz radę" usłyszałam cichy głosik w mojej głowie. Po chwili poczułam ruch koło mojego lewego ramienia. Instynktownie odwróciłam się w tamtą stronę. Niezidentyfikowana dłoń pogładziła mnie po włosach. Mimowolnie wydałam z siebie zduszony krzyk.
- Nic się nie stało - powiedziałam szybko, łamiącym się głosem.
Musiałam wytrzymać.
Wzięłam głęboki wdech i wyprostowałam się, przyjmując pewniejszą postawę. Mimo to, strach zaczynał na nowo władać moim umysłem. "Wszystko jest w twoich rękach, to dzieje się w twojej głowie". Poczułam palce, przejeżdżające po moich plecach. Nagle basowy śmiech zabrzmiał mi w uszach. Nie, nie, nie.... Panika przejmowała kontrolę, kiedy, tym razem męski, głos zaczął mi szeptać do ucha. Czułam jego oddech na szyi. Czułam jego obecność. Dziwne mrowienie wróciło. Zacisnęłam powieki, nakazując sobie spokój. Dłonie niewidzialnego mężczyzny znalazły się na moich ramionach, potem zjechały aż do moich dłoni. Odsunęłam się, wzdrygając się.
- Zostaw mnie - szepnęłam.
- Nie - odpowiedział.
Nagle, jego ramion otoczyły mnie od tyłu. Zaczęłam się szarpać, ale był zbyt silny. Sprawiał mi ból. Przerażenie znów zaczęło pogrywać z moim umysłem. Nie mogłam powstrzymać szlochu. Próbowałam kopać, wierzgać nogami, ale wszystko na próżno. Mimo wszystko próbowałam dalej, aż zabrakło mi tchu. Poczułam, że zaraz znowu stracę panowanie nad sobą, ale nie byłam wstanie walczyć.
- Należysz do mnie, słyszysz? Skończysz w ciemnościach - szeptał głos.
"Zrób coś! Proszę, nie poddawaj się!". Mężczyzna zdawał się słyszeć moje myśli, bo zaczął się śmiać. Podjęłam kolejną próbę wyrwania się, ale i tym razem się nie udało. Zaczęłam się dusić, jego uścisk był coraz ciaśniejszy. Wtedy, w tej ostatniej chwili, przypomniały mi się twarze Ginny, Blaise'a i Dracona. Przecież oni we mnie wierzyli. Oni wierzyli, że potrafię to przezwyciężyć.
"Skup się" rozkazała moja podświadomość. Ciemność. To ona mnie przerażała. Co mogłam zrobić?
"Ty już dobrze wiesz, co".

                                                                                    ***


Słuchanie jej szlochu nie było najprzyjemniejsze, ale musiała sobie dać radę. Wiedziała czego się spodziewać. Musiało jej się udać.
- Puść mnie! - krzyknęła rozpaczliwie.
Coś ścisnęło mnie w środku. Ta mała, krucha dziewczyna właśnie walczyła ze swoim lękiem, z demonami, które tylko czyhają na to, kiedy będzie słaba, aby zaatakować. Walczyła z samą sobą. Była przerażona, jednak musiała dawać sobie radę. A my tu siedzieliśmy i słuchaliśmy. Niestety, nie było innego wyboru.  Szybko odgoniłem od siebie te ponure myśli. Takie było życie. Albo dasz sobie radę, albo nie.
Krzyki nie ustawały, do momentu, w którym usłyszałem dziwne odgłosy... Tak jakby się dusiła. Czekałem kolejne sekundy. W końcu już chciałem zapalić pochodnie, ale coś mnie powstrzymało. Małe światełko pojawiło się znikąd. Potem kolejne. Jeszcze jedno. Drobnych promyczków światła przybywało coraz więcej.  Kiedy było ich już niemalże setki, zobaczyłam ją. Stała tam, z twarzą schowaną w dłoniach.
- Talia - zawołałem.
Odważyła się spojrzeć. Na początku wyglądała na bardzo zdziwioną, ale już po chwili jej usta wykrzywiły się w promienny uśmiech. Sufit  był cały pokryty ciepłymi światełkami.
- Udało mi się - szepnęła z niedowierzaniem.
- Na to wygląda - zaśmiałem się.
- UDAŁO MI SIĘ! - ryknęła.
Zaczęła skakać i wymachiwać rękami. Ruda podbiegła do niej i po chwili skakały już razem.
Zabini zaczął się śmiać i również postanowił podejść do triumfujących przyjaciółek.
- Dobra robota - pochwalił Gryfonkę.
Podszedł do niej i przytulił ją, czochrając przy tym burzę czarnych loków. Przewróciłem oczami. "Dzieci..."
- Ciesz się, póki możesz, bo to nie jest ostatnia lekcja - powiedziałem, zbliżając się do roześmianych znajomych.
- Wiem - odparła, ale nie przestała szczerzyć białych zębów.
- Dobrze się spisałaś.
W odpowiedzi kiwnęła głową. Mimowolnie parsknąłem.
- Chodźmy już, pewnie jesteś głodna, a za niedługo kolacja - odezwała się Ginny.
Pożegnały się i już ich nie było.
- No, no. Było ostro - skwitował Blasie.
- Było - przyznałem.
Mój przyjaciel chciał coś powiedzieć, ale drzwi otworzyły się na nowo. Do pokoju weszła Talia.
- Co ty tu robisz? Musisz iść coś zjeść, potrzebujesz nabrać sił - zwróciłem się do Gryfonki.
- Tak wiem. Nie widzieliście tu może wisiorka? Chyba musiałam go zerwać z szyi, kiedy... No wiesz. - Chodzi Ci o ten? - wyjąłem z kieszeni naszyjnik, który znalazłem po pierwszej próbie.
- Tak! Dziękuję...- już chciała go wziąć, ale podniosłem rękę tak, żeby nie mogła do niego dosięgnąć.
- Malfoy, nie wygłupiaj się - jęknęła.
- Coś za coś, mała - zaśmiałem się złośliwie, obserwując tego malucha, próbującego odebrać mi naszyjnik. Oczywiście bezskutecznie.
- A co niby mogę Ci dać w zamian? - spytała się ze zdziwieniem, nie przestając skakać.
- Wiesz, mnie nie przytuliłaś... - zacząłem udając urażonego.
Talia wywróciła oczami, ale kiedy otworzyłem ramiona, dając jej do zrozumienia, że mówię poważnie, westchnęła i przytuliła się. Oddałem jej wisiorek.
- Odpocznij - powiedziałem, kiedy się ode mnie odsunęła.
- Tak jest - powiedziała.
Pomachała nam na pożegnanie i opuściła pomieszczenie.
- Wiesz, też chyba jestem głodny - pożalił się Zabini.
- Taak... A po kolacji czeka na nas butelka Ognistej. Zasłużyliśmy sobie.
- Raczej ona sobie zasłużyła - zaśmiał się.
- Nie marudź - odparłem, kierując się do drzwi.
Może to nie my zwijaliśmy się z bólu, ale i tak byłem zmęczony.