Witajcie! Wreszcie mam dla was rozdział I!! Jestem strasznie ciekawa co o nim sądzicie. Jak na początek historii może się dziać więcej niż powinno, ale co tam. Niech się dzieje. Rozdział jest krótszy, ale jest w nim dużo różności :D Proszę o zostawienie (nawet anonimowego) komentarza, krytyka bardzo mile widziana! Chcę wiedzieć jakie błędy popełniam, żeby móc się poprawić. Oczywiście jestem strasznie ciekawa co sądzicie o moim pomyśle. Krótko: proszę, poświęć minutkę i napisz mi co Ci chodzi po głowie, będę baaaaardzo wdzięczna!
Miłego czytania!
- Dbaj o siebie ptaszyno.- powiedziała Pani Bathilda, ściskając mnie na pożegnanie.
- Obiecuję. Do zobaczenia w poniedziałek.- odwzajemniłam uścisk. Patrzyłam jak odeszła kawałek od domu. Trzask, i już jej nie było. Ogarnięta tym samym, smutnym uczuciem, które towarzyszyło mi za każdym razem kiedy patrzyłam jak Pani Bagshot się deportowała, ruszyłam w stronę lasu. Tak naprawdę, gdzie bym nie poszła trafiłabym do lasu. Stara rudera w której "mieszkałam" była nim otoczona. Idąc powoli dróżkami nasłuchiwałam jak zwierzęta się budziły i podziwiałam piękne, jeszcze różowe promyki wschodzącego słońca, prześwitujące przez korony drzew. Po kilkunastu minutach dotarłam do dróżki, która prowadziła do miasteczka. Tam znajdowała się piekarnia człowieka, który się mną zaopiekował. Jako jedyny wytrzymał ze mną więcej niż dwa lata. Zastanawiając się, czemu żadna rodzina nie potrafiła obdarzyć mnie szczerą sympatią, nie zauważyłam kiedy dotarłam do piekarni.
- Dzień dobry Talio! Czemu jesteś tak wcześnie? - przywitał mnie Bob. Objął mnie ramieniem, jednocześnie brudząc mąką. Parsknęłam cichutko.
- Dzień dobry Bob. Cóż, nie mamy całego ranka do stracenia prawda? - uśmiechnęłam się.
- Święta racja. Jak udał się pobyt Bathildy? Po raz pierwszy została na więcej niż dwa dni.
- Było wspaniale. Nauczyła mnie wielu nowych zaklęć. Zostawiła mi też sporo książek, żebym pod jej nieobecność też ćwiczyła. Niestety nie odwiedzi mnie zbyt prędko. Ludzie zaczynają pytać gdzie tak często bywa. Musimy zrobić małą przerwę.- powiedziałam zrezygnowana.
- Nie wiem jak to u was bywa, ale w... mugolskim świecie nie byłoby tyle problemów- zaśmiał się.
- Bo wy zawsze gdzieś pędzicie! Jesteście jak mrówki które przedawkowały kawę- odgryzłam się. Bob rzucił we mnie fartuchem. Zgarnęłam go z twarzy i przewiązałam go sobie w pasie.
Rozmawiając o wszystkim i o niczym, zabraliśmy się do pracy. Kiedy zadzwonił dzwoneczek oznaczający przybycie klienta, wszystko było już gotowe. Był dość intensywny dzień, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na leniuchowanie. Cały dzień dorabiałam ciasta, przyjmowałam zamówienia, piekłam ciasteczka i obsługiwałam klientów razem z Bobem. Kiedy wybiła piąta godzina i chciałam już iść na zaplecze, żeby posprzątać przed wyjściem, coś mnie zatrzymało. Szara sowa wleciała przez otwarte okno i śmignęła mi przed nosem. Zatoczyła koło w powietrzu i wylądowała mi na ramieniu. Wypuściła z dzioba zapieczętowaną kopertę, złapałam ją odruchowo.
- Ciekawe kto mógłby przysłać Ci sowę.- odezwał się Bob.
- Nie mam pojęcia, przekonajmy się.- trzęsącymi się dłońmi rozerwałam kopertę.
Ministerstwo otrzymało wiadomość że różdżka która jest w pani posiadaniu, nie została zarejestrowana. Proszona jest Pani o stawienie się w Ministerstwie dzień po otrzymaniu listu do rąk własnych, punkt dziewiąta rano.
Korneliusz Knot.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Minister Magii we własnej osobie napisał do mnie list. Skąd się o mnie dowiedział? Jak to możliwe? Zapragnęłam obecności Pani Bathildy. Szybko schowałam list do kieszeni. Co by się stało gdybym nie zjawiła się w Ministerstwie? Znaleźliby mnie? Podobne pytania zaczęły wypełniać moją głowę a panika rosła z sekundy na sekundę.
- Talio? Coś się stało? - zapytał dziwnym tonem Bob. Odwróciłam się w jego stronę.
- To z Ministerstwa. Dowiedzieli się o mnie- wyszeptałam. Staliśmy tak pewien czas. Czekałam na reakcję ze strony Boba, ale się nie doczekałam. Miał zaskakująco obojętny wyraz twarzy.
- Bob? Czy ty zdajesz sobie sprawę, jakie to ważne? Oni nie mieli prawa się o mnie dowiedzieć... Bob? Wszystko w porządku? - spytałam niepewnie. Mój opiekun zgiął się w pół. Z jego gardła zaczęły się wydobywać przeraźliwe wrzaski. Odruchowo sięgnęłam po różdżkę, dziękując Merlinowi że wzięłam ją ze sobą. Podbiegłam do leżącego na ziemi Boba.
-Przepraszam Cię Talio, przepraszam....- tylko tyle dał radę wyjąkać. Naglę usłyszałam czyjś cichy śmiech. Rozejrzałam się dookoła pomieszczenia z szeroko otwartymi oczami. Co tu się działo? W jednej chwili pojawił się przede mną mężczyzna odziany cały na czarno. Miał miedziane, długie włosy i kilka blizn na twarzy, którą wykrzywił w złowieszczym uśmiechu. Serce stanęło mi w gardle.
- Nie miej mu tego za złe, kochana. Tortury naprawdę potrafią zdziałać cuda, jeśli chce się zdobyć pewne informacje - odezwał się. Bez zastanowienia podniosłam różdżkę, celując prosto w jego pierś.
- Expelliarmus!- krzyknęłam. Niestety mój przeciwnik był szybszy. Odbił zaklęcie, które trafiło prosto we mnie. Uderzyłam o ścianę z łoskotem. Zabrakło mi tchu.
- Widać że nikt nie nauczył Cię dobrych manier. Nieładnie, nieładnie. Na szczęście twój plugawy przyjaciel okazał się bardziej pomocny. - zaśmiał się, najwidoczniej znudzony tą całą sytuacją. Ledwo przytomna zerknęłam na Boba. Leżał nieprzytomny na drugim końcu sklepu. Resztką sił spróbowałam się podnieść. Stojąc niepewnie na nogach przyjęłam inną taktykę.
- Czego ode mnie chcesz?- wysyczałam najgroźniej jak potrafiłam.
- Czemu takim tonem, moja droga? Ale skoro już pytasz, to chyba mogę zdradzić Ci to i owo - prawy kącik jego ust uniósł się lekko- Możesz być tym zdziwiona, ale polujemy na Ciebie już od dłuższego czasu. Muszę przyznać, nie było lekko, bardzo nam to utrudniałaś, ale znaleźliśmy Cię.
- Znaleźliście?- przerwałam mu.
-Tak, znaleźliśmy. Myślisz że Czarny Pan sam będzie brudził sobie ręce i ganiał za tobą jak sowa za myszą? O nie. On zajmie się twoim braciszkiem.
- Braciszkiem? Ja nie mam brata.- zacisnęłam palce na różdżce.
- Nie udawaj głupiej, dziecko. Wiemy o tobie wszystko.- zasyczał.
- Jak to możliwe, skoro ja sama nie wiem o sobie prawie nic? - powiedziałam spokojnie. Moja taktyka zaczynała działać. Przybysz zaczął się denerwować.
- Tak? No to może Cruciatus pomoże Ci sobie przypomnieć?- uniósł różdżkę. Mój przeciwnik niestety nie wiedział, że zostałam dobrze wyszkolona. Zaklęcia niewerbalne nie stanowiły dla mnie kłopotu. Skupiłam się, powtarzając sobie w myśli zaklęcie drętwota. Po chwili mężczyzna leżał na ziemi. Odetchnęłam głęboko.
Oni wiedzieli, wszyscy już wiedzieli. Co teraz? Walcząc ze łzami które cisnęły mi się do oczu, podbiegłam do Boba. Udało mi się go zaciągnąć na zaplecze, gdzie stała stara kanapa. Kiedy wróciłam, złego czarodzieja już nie było. Nie mogąc już wytrzymać, dałam łzom płynąć. Kolana załamały się pode mną, ciałem wstrząsały dreszcze. Jeszcze nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia. Przez ostatnie lata powtarzano mi, że nikt, absolutnie nikt nie miał prawa wiedzieć o tym, że istnieję. Kiedy jeszcze pomieszkiwałam u rożnych rodzin zastępczych, używałam fałszywego imienia. A teraz, nie dość że ministerstwo wiedziało, to jeszcze Vol... nie. Weź się w garść! To jest najgorszy moment na załamanie nerwowe! Pójdziesz do ministerstwa, podpiszesz jakieś papierki i przeniesiesz się na Madagaskar, tam sobie popłaczesz, pomyślałam. Wstałam, jednym zaklęciem doprowadziłam sklep do porządku i wyszłam.
Nogi same poprowadziły mnie do domu w lesie. Całą drogę obmyślałam plan. Nie mogłam nie stawić się w Ministerstwie. Postanowiłam zaraz po powrocie napisać do Pani Bagshot. Nie, powinnam do niej napisać od razu. Może mogłaby iść ze mną? Tak, powinnam najpierw napisać list. Będąc już w domu, szybko sięgnęłam po skrawek pergaminu i pióro. W skrócie opisałam zdarzenia, które miały miejsce i prośbę o pojawienie się w ministerstwie. Podeszłam do mojej sowy i przywiązałam kopertę do jej nóżki. Oby Bathilda była w stanie mi pomóc, mruknęłam do siebie. Wspięłam się po niebezpiecznie skrzypiących schodach i poszłam do łazienki. W pękniętym lustrze zobaczyłam zdeformowane odbicie zmęczonej, wystraszonej piętnastolatki. Miała burzę długich, czarnych loków. Uwagę przykuwały jej duże oczy. Były intensywnie zielone. Nie jadowicie zielone. To był bardziej oliwkowy odcień. Spojrzenie tych oczu, spod gęstych rzęs mogło przeszyć twoją duszę na wylot. Niżej znajdował się drobny nos, a jeszcze niżej nie za duże, lecz nadal pełne usta. Dziewczyna była niska. Cała ja. Stwierdziwszy, że żadna magia na świecie by mi teraz nie pomogła, wyszłam z łazienki i rzuciłam się na łóżko. Nieproszone myśli wypełnimy moją głowę. Co teraz będzie? Co jeśli coś stanie się Harry'emu? Gdzie był Harry? Był bezpieczny? Tysiące pytań bez odpowiedzi towarzyszyło mi przy zaśnięciu.
Tej nocy śniłam o zielonych oczach. Był w nich ból, męka, cierpienie, żal, panika i bezradność.
To nie były moje oczy.
***
- Pani różdżka.- warknął ochroniarz z wyciągniętą ręką.
- Nie przyda się Panu, nie jest zarejestrowana- odpowiedziałam grzecznie.
- Czyżby pani Talia Potter?- zapytał, a każde jego słowo było przesiąknięte ciekawością. Teraz już wiedziałam że wieści roznoszą się bardzo szybko.
- Tak, to ja.- przytaknęłam.
- W takim razie proszę za mną- odłożył gazetę i wskazał mi drogę. Udało mi się jednak zobaczyć pierwszą stronę Proroka Codziennego. Ujrzałam twarz mojego brata. Zerknęłam na ochroniarza. Odchrząknął niepewnie.
Prowadzona przez korytarze Ministerstwa Magii, nie mogłam odgonić od siebie wszystkich nękających mnie zmartwień. Nie byłam w stanie niczemu się przyjrzeć, nogi same prowadziły mnie za wysokim mężczyzną.
- Minister Magii oczekuje Pani- powiedział. Zauważyłam że staliśmy przed dużymi mosiężnymi drzwiami. Wydawało mi się, że serce przestało mi bić. Stanęłam jak wryta. Ochroniarz, patrząc na mnie z politowaniem, zapukał i otworzył przede mną drzwi. Zanim jednak weszłam, uchwyciłam spojrzenie pewnego młodzieńca. Rudowłosy przyglądał mi się z zaciekawieniem, widać było, że nad czymś się zastanawiał. Odwzajemniłam spojrzenie. Po chwili musiałam się jednak odwrócić. Będąc już w dużym gabinecie, zamknęłam za sobą drzwi, ostatni raz patrząc na przechodzącego rudzielca.
- Dzień dobry, Panno Potter- przywitał mnie niezbyt przyjazny głos. Należał do niskiego, grubego czarodzieja. Nawet melonik na jego głowie nie mógł ukryć faktu że łysiał. Był ubrany w zieloną, długą szatę. Stał za swoim dębowym biurkiem i przyglądał mi się badawczo.
- Dzień dobry, Panie ministrze- powiedziałam cicho.
- Proszę, usiądź - wskazał mi krzesło stojące przed jego biurkiem. Niepewnie podeszłam do krzesła i usiadłam. Czułam się bardzo nieswojo. Jeszcze nigdy nie było mi dane przebywać w miejscu gdzie było tyle ludzi.
- A więc, chyba mogę przypuszczać, iż jest Pani świadoma powodu, dla którego została Pani wezwana do Ministerstwa?
- Oczywiście. Chodzi o moją różdżkę. Nie została ona zarejestrowana.
- Dokładnie. A co za tym idzie, nie wiemy o Pani zbyt wiele. Pani akta są puste- uniósł jedną brew.
- Naprawdę?- głos mi się załamał i było słychać lekką panikę .
- Tak. Miałem nadzieję że wytłumaczysz nam te pustki. Jak to się stało, że nie jest Pani teraz ze swoim bratem u wujostwa?- zapytał minister Knot. Wujostwo?
- Cóż... ehm... Ja szczerze mówiąc nie...- moją jąkaninę przerwały otwierające się drzwi. Odwróciłam się i ujrzałam w nich starszego czarodzieja z długą białą brodą. Miał na sobie błękitną szatę, a zza jego okularów połówek widać było jasno niebieskie, mądre oczy. Od razu budził szacunek.
- Witaj Korneliuszu! Miło Cię widzieć!- zawołał radośnie.
- Albusie, co ty tu robisz?- obruszył się minister.
- Cóż, jestem tutaj, żeby wyjaśnić parę nieporozumień- uśmiechnął się do mnie ciepło. Odwzajemniłam uśmiech. Nie wiedziałam kim był ten miły starzec, ani skąd się wziął, ale dziękowałam Merlinowi za jego przybycie.
- Doprawdy? A co takiego masz nam do powiedzenia? - burknął niski czarodziej.
- Wiele, mój przyjacielu. Lecz dzisiaj naszym tematem będzie ta oto tutaj młoda dama, Talia Potter. Chyba wiesz kim ona jest, jak mniemam?
- Oczywiście że tak! Jednak nie umknęło mojej uwadze to, że nic poza jej nazwiskiem i datą urodzenia nie pojawiło się w jej aktach. Także pozwól dokończyć mi spotkanie z Panną Potter.- wycedził przez zęby Minister.
- Z całym szacunkiem, Korneliuszu, ale co Panna Potter może Ci powiedzieć? Czego od niej oczekujesz? Potrafię sobie wyobrazić, że Talia sama ma kilka pytań dotyczących jej pochodzenia i sytuacji, w której się znajduje. Oczywiście dopilnuję, aby wszystkiego się dowiedziała. W Hogwarcie- rozpromienił się.
- Ach, czyli twierdzisz, że wiesz o niej więcej, niż ona sama?- Pan Korneliusz nie próbował już ukryć swojej złości.
- Cóż, biorąc pod uwagę to, że większość istotnych zdarzeń miało miejsce, kiedy Talia była tylko małym dzieckiem... To owszem, wiem o niej dość sporo- powiedział spokojnie czarodziej, którego minister nazwał Albusem.
- Nie wydaje Ci się dziwne, że nikt nie ma pojęcia, gdzie się podziewała, Dumbledore? Gdzie mieszkała? Jak przeżyła te wszystkie lata?!
- Muszę przyznać, Korneliuszu, że miałem oko na Pannę Potter. Ktoś mi zaufany dbał o jej bezpieczeństwo, więc nie musisz się tym martwić. A teraz, nie sądzisz, że Talia powinna napić się ciepłej herbaty? To musiał być dla niej bardzo stresujący dzień. Mam nadzieję, że pozwolisz odprowadzić mi ją do Artura Weasley'a? Aż do pierwszego września, zostanie pod jego opieką.- Pan Dumbledore posłał mi kolejny uśmiech. Czułam się spokojniejsza, lecz w mojej głowie kłębiło się jeszcze więcej pytań.
- Albusie! Jak już napomniałem wcześniej, muszę porozmawiać z Panną Potter!- krzyknął minister magii.
- Nie powie Ci więcej niż ja.- Odwrócił się w moją stronę- Moja droga, zostaw Panu Ministrowi swoją różdżkę, przyniosę Ci ją zaraz po tym, jak skończymy rozmowę - powiedział niebieskooki czarodziej. Wyjęłam swoją różdżkę i położyłam ją ostrożnie na dębowym biurku. Korneliusz Knot patrzył na mnie wściekły za całe zajście. Ledwo powstrzymałam śmiech.
- A teraz, Talio, odprowadzę Cię do Pana Artura. On zabierze Cię w bezpieczne miejsce. Wszystkie twoje rzeczy już na Ciebie czekają.- oznajmił Dubledore. Miałam przeczucie, że mogłam mu zaufać. Wstałam i ruszyłam za nim do drzwi.
- Do widzenia, panie Ministrze- zwróciłam się do czarodzieja w meloniku, którego twarz była czerwona jak pomidor.
- Do widzenia, Panno Potter - wycedził przez zęby. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, spojrzałam na wysokiego starca.
- Wybacz mój brak manier! Jestem Profesor Albus Dumbledore. Jestem również dyrektorem Szkoły magii i czarodziejstwa Hogwart. Tam pojedziesz pierwszego września. Wiem że masz tuzin pytań, na które na pewno Ci odpowiem, niestety nie teraz. Zaprowadzę Cię do Pana Weasley'a, możesz mu zaufać. Zamieszkasz teraz razem z nim i jego rodziną. Coś czuję że mają dla Ciebie niemałą niespodziankę - puścił mi oko. Zza pleców wyciągnął kopertę. Wzięłam ją od niego. - To oficjalny list ze szkoły, znajdziesz w nim listę potrzebnych książek i przyborów szkolnych.
- Dziękuję bardzo... panie profesorze. Ja... jak mogę panu dziękować za tą misję ratunkową? - parsknęłam najszczerszym śmiechem. Już dawno go nie słyszałam.
- Talio, niczym się nie przejmuj. Od dzisiaj wszystko będzie lepiej. A skoro już pytasz, to ubóstwiam landrynki cytrynowe- uśmiechnął się
- Zapamiętam. obiecałam profesorowi.
- Ach, Arturze! Właśnie mieliśmy do Ciebie iść! Dobrze się Pan spisał, Panie Weasley - to ostatnie zdanie skierował do rudzielca, którego spotkałam przed gabinetem ministra. Pan Artur musiał być jego ojcem.
- Witaj Talio, jestem Artur, a to mój syn, Ron. Mam nadzieję że wiesz już, że pojedziesz teraz z nami?- Wyższa i starsza wersja rudzielca uścisnęła moją dłoń. Wszyscy się do mnie uśmiechali.
- Tak i jestem bardzo wdzięczna - powiedziałam szczerze. Jeszcze nigdy nie byłam taka szczęśliwa. Mimo że nie znałam tych ludzi, oni przyszli mi z pomocą. Z niewiadomych przyczyn wiedziałam, że nie chcą mnie skrzywdzić.
- Cześć Talia, jestem Ron- rudzielec, który zyskał imię, wyszczerzył do mnie zęby i również uścisnął mi dłoń na powitanie.
- Cześć Ron - odparłam.
- Na mnie już czas, muszę porozmawiać z Korneliuszem. Pozdrów żonę, Arturze. Przekaż jej również że będę na kolacji, o ile to nie kłopot - odezwał się profesor.
- Ależ oczywiście, to żaden kłopot. Przecież wiesz, że zawsze jesteś mile widziany. No dzieciaki, idziemy? Molly pewnie już szykuje obiad.
- Do widzenia, Panie profesorze - pożegnaliśmy się z starszym czarodziejem. We trójkę ruszyliśmy długim korytarzem.
- No Talio, chyba nie spodziewałaś się że wszystko tak się dzisiaj potoczy, co? - spytał Pan Weasley.
- Zupełnie nie- odpowiedziałam.- Ale... mogę o coś spytać? Skąd wiedzieliście, kim jestem?
- Cóż, Dubledore od początku na Ciebie uważał. Nie ingerował jednak, bo wszystko mogło się zupełnie inaczej potoczyć. Miesiąc temu uzyskaliśmy informację, że zwolennicy Sama-Wiesz-Kogo dowiedzieli się o Tobie. Albus zaczął się bardziej Ciebie wystrzegać. Mój syn musiał usłyszeć to i owo, stąd wiedział kim jesteś. Ech te dzieci, nic im nie umknie... Kiedy Cię dzisiaj zobaczył, od razu Cię poznał. Jesteś bardzo podobna do swojego brata.
- Harry? Znacie Harry'ego?- prawie krzyczałam. Serce zabiło mi mocniej.
- Oczywiście. Jest moim przyjacielem. Obecnie przebywa u nas - powiedział Ron. Czułam jak w oczach stają mi łzy. Czy naprawdę miałam wreszcie zobaczyć mojego brata? Po tylu latach?
- Braciszkiem? Ja nie mam brata.- zacisnęłam palce na różdżce.
- Nie udawaj głupiej, dziecko. Wiemy o tobie wszystko.- zasyczał.
- Jak to możliwe, skoro ja sama nie wiem o sobie prawie nic? - powiedziałam spokojnie. Moja taktyka zaczynała działać. Przybysz zaczął się denerwować.
- Tak? No to może Cruciatus pomoże Ci sobie przypomnieć?- uniósł różdżkę. Mój przeciwnik niestety nie wiedział, że zostałam dobrze wyszkolona. Zaklęcia niewerbalne nie stanowiły dla mnie kłopotu. Skupiłam się, powtarzając sobie w myśli zaklęcie drętwota. Po chwili mężczyzna leżał na ziemi. Odetchnęłam głęboko.
Oni wiedzieli, wszyscy już wiedzieli. Co teraz? Walcząc ze łzami które cisnęły mi się do oczu, podbiegłam do Boba. Udało mi się go zaciągnąć na zaplecze, gdzie stała stara kanapa. Kiedy wróciłam, złego czarodzieja już nie było. Nie mogąc już wytrzymać, dałam łzom płynąć. Kolana załamały się pode mną, ciałem wstrząsały dreszcze. Jeszcze nigdy nie miałam z czymś takim do czynienia. Przez ostatnie lata powtarzano mi, że nikt, absolutnie nikt nie miał prawa wiedzieć o tym, że istnieję. Kiedy jeszcze pomieszkiwałam u rożnych rodzin zastępczych, używałam fałszywego imienia. A teraz, nie dość że ministerstwo wiedziało, to jeszcze Vol... nie. Weź się w garść! To jest najgorszy moment na załamanie nerwowe! Pójdziesz do ministerstwa, podpiszesz jakieś papierki i przeniesiesz się na Madagaskar, tam sobie popłaczesz, pomyślałam. Wstałam, jednym zaklęciem doprowadziłam sklep do porządku i wyszłam.
Nogi same poprowadziły mnie do domu w lesie. Całą drogę obmyślałam plan. Nie mogłam nie stawić się w Ministerstwie. Postanowiłam zaraz po powrocie napisać do Pani Bagshot. Nie, powinnam do niej napisać od razu. Może mogłaby iść ze mną? Tak, powinnam najpierw napisać list. Będąc już w domu, szybko sięgnęłam po skrawek pergaminu i pióro. W skrócie opisałam zdarzenia, które miały miejsce i prośbę o pojawienie się w ministerstwie. Podeszłam do mojej sowy i przywiązałam kopertę do jej nóżki. Oby Bathilda była w stanie mi pomóc, mruknęłam do siebie. Wspięłam się po niebezpiecznie skrzypiących schodach i poszłam do łazienki. W pękniętym lustrze zobaczyłam zdeformowane odbicie zmęczonej, wystraszonej piętnastolatki. Miała burzę długich, czarnych loków. Uwagę przykuwały jej duże oczy. Były intensywnie zielone. Nie jadowicie zielone. To był bardziej oliwkowy odcień. Spojrzenie tych oczu, spod gęstych rzęs mogło przeszyć twoją duszę na wylot. Niżej znajdował się drobny nos, a jeszcze niżej nie za duże, lecz nadal pełne usta. Dziewczyna była niska. Cała ja. Stwierdziwszy, że żadna magia na świecie by mi teraz nie pomogła, wyszłam z łazienki i rzuciłam się na łóżko. Nieproszone myśli wypełnimy moją głowę. Co teraz będzie? Co jeśli coś stanie się Harry'emu? Gdzie był Harry? Był bezpieczny? Tysiące pytań bez odpowiedzi towarzyszyło mi przy zaśnięciu.
Tej nocy śniłam o zielonych oczach. Był w nich ból, męka, cierpienie, żal, panika i bezradność.
To nie były moje oczy.
***
- Pani różdżka.- warknął ochroniarz z wyciągniętą ręką.
- Nie przyda się Panu, nie jest zarejestrowana- odpowiedziałam grzecznie.
- Czyżby pani Talia Potter?- zapytał, a każde jego słowo było przesiąknięte ciekawością. Teraz już wiedziałam że wieści roznoszą się bardzo szybko.
- Tak, to ja.- przytaknęłam.
- W takim razie proszę za mną- odłożył gazetę i wskazał mi drogę. Udało mi się jednak zobaczyć pierwszą stronę Proroka Codziennego. Ujrzałam twarz mojego brata. Zerknęłam na ochroniarza. Odchrząknął niepewnie.
Prowadzona przez korytarze Ministerstwa Magii, nie mogłam odgonić od siebie wszystkich nękających mnie zmartwień. Nie byłam w stanie niczemu się przyjrzeć, nogi same prowadziły mnie za wysokim mężczyzną.
- Minister Magii oczekuje Pani- powiedział. Zauważyłam że staliśmy przed dużymi mosiężnymi drzwiami. Wydawało mi się, że serce przestało mi bić. Stanęłam jak wryta. Ochroniarz, patrząc na mnie z politowaniem, zapukał i otworzył przede mną drzwi. Zanim jednak weszłam, uchwyciłam spojrzenie pewnego młodzieńca. Rudowłosy przyglądał mi się z zaciekawieniem, widać było, że nad czymś się zastanawiał. Odwzajemniłam spojrzenie. Po chwili musiałam się jednak odwrócić. Będąc już w dużym gabinecie, zamknęłam za sobą drzwi, ostatni raz patrząc na przechodzącego rudzielca.
- Dzień dobry, Panno Potter- przywitał mnie niezbyt przyjazny głos. Należał do niskiego, grubego czarodzieja. Nawet melonik na jego głowie nie mógł ukryć faktu że łysiał. Był ubrany w zieloną, długą szatę. Stał za swoim dębowym biurkiem i przyglądał mi się badawczo.
- Dzień dobry, Panie ministrze- powiedziałam cicho.
- Proszę, usiądź - wskazał mi krzesło stojące przed jego biurkiem. Niepewnie podeszłam do krzesła i usiadłam. Czułam się bardzo nieswojo. Jeszcze nigdy nie było mi dane przebywać w miejscu gdzie było tyle ludzi.
- A więc, chyba mogę przypuszczać, iż jest Pani świadoma powodu, dla którego została Pani wezwana do Ministerstwa?
- Oczywiście. Chodzi o moją różdżkę. Nie została ona zarejestrowana.
- Dokładnie. A co za tym idzie, nie wiemy o Pani zbyt wiele. Pani akta są puste- uniósł jedną brew.
- Naprawdę?- głos mi się załamał i było słychać lekką panikę .
- Tak. Miałem nadzieję że wytłumaczysz nam te pustki. Jak to się stało, że nie jest Pani teraz ze swoim bratem u wujostwa?- zapytał minister Knot. Wujostwo?
- Cóż... ehm... Ja szczerze mówiąc nie...- moją jąkaninę przerwały otwierające się drzwi. Odwróciłam się i ujrzałam w nich starszego czarodzieja z długą białą brodą. Miał na sobie błękitną szatę, a zza jego okularów połówek widać było jasno niebieskie, mądre oczy. Od razu budził szacunek.
- Witaj Korneliuszu! Miło Cię widzieć!- zawołał radośnie.
- Albusie, co ty tu robisz?- obruszył się minister.
- Cóż, jestem tutaj, żeby wyjaśnić parę nieporozumień- uśmiechnął się do mnie ciepło. Odwzajemniłam uśmiech. Nie wiedziałam kim był ten miły starzec, ani skąd się wziął, ale dziękowałam Merlinowi za jego przybycie.
- Doprawdy? A co takiego masz nam do powiedzenia? - burknął niski czarodziej.
- Wiele, mój przyjacielu. Lecz dzisiaj naszym tematem będzie ta oto tutaj młoda dama, Talia Potter. Chyba wiesz kim ona jest, jak mniemam?
- Oczywiście że tak! Jednak nie umknęło mojej uwadze to, że nic poza jej nazwiskiem i datą urodzenia nie pojawiło się w jej aktach. Także pozwól dokończyć mi spotkanie z Panną Potter.- wycedził przez zęby Minister.
- Z całym szacunkiem, Korneliuszu, ale co Panna Potter może Ci powiedzieć? Czego od niej oczekujesz? Potrafię sobie wyobrazić, że Talia sama ma kilka pytań dotyczących jej pochodzenia i sytuacji, w której się znajduje. Oczywiście dopilnuję, aby wszystkiego się dowiedziała. W Hogwarcie- rozpromienił się.
- Ach, czyli twierdzisz, że wiesz o niej więcej, niż ona sama?- Pan Korneliusz nie próbował już ukryć swojej złości.
- Cóż, biorąc pod uwagę to, że większość istotnych zdarzeń miało miejsce, kiedy Talia była tylko małym dzieckiem... To owszem, wiem o niej dość sporo- powiedział spokojnie czarodziej, którego minister nazwał Albusem.
- Nie wydaje Ci się dziwne, że nikt nie ma pojęcia, gdzie się podziewała, Dumbledore? Gdzie mieszkała? Jak przeżyła te wszystkie lata?!
- Muszę przyznać, Korneliuszu, że miałem oko na Pannę Potter. Ktoś mi zaufany dbał o jej bezpieczeństwo, więc nie musisz się tym martwić. A teraz, nie sądzisz, że Talia powinna napić się ciepłej herbaty? To musiał być dla niej bardzo stresujący dzień. Mam nadzieję, że pozwolisz odprowadzić mi ją do Artura Weasley'a? Aż do pierwszego września, zostanie pod jego opieką.- Pan Dumbledore posłał mi kolejny uśmiech. Czułam się spokojniejsza, lecz w mojej głowie kłębiło się jeszcze więcej pytań.
- Albusie! Jak już napomniałem wcześniej, muszę porozmawiać z Panną Potter!- krzyknął minister magii.
- Nie powie Ci więcej niż ja.- Odwrócił się w moją stronę- Moja droga, zostaw Panu Ministrowi swoją różdżkę, przyniosę Ci ją zaraz po tym, jak skończymy rozmowę - powiedział niebieskooki czarodziej. Wyjęłam swoją różdżkę i położyłam ją ostrożnie na dębowym biurku. Korneliusz Knot patrzył na mnie wściekły za całe zajście. Ledwo powstrzymałam śmiech.
- A teraz, Talio, odprowadzę Cię do Pana Artura. On zabierze Cię w bezpieczne miejsce. Wszystkie twoje rzeczy już na Ciebie czekają.- oznajmił Dubledore. Miałam przeczucie, że mogłam mu zaufać. Wstałam i ruszyłam za nim do drzwi.
- Do widzenia, panie Ministrze- zwróciłam się do czarodzieja w meloniku, którego twarz była czerwona jak pomidor.
- Do widzenia, Panno Potter - wycedził przez zęby. Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, spojrzałam na wysokiego starca.
- Wybacz mój brak manier! Jestem Profesor Albus Dumbledore. Jestem również dyrektorem Szkoły magii i czarodziejstwa Hogwart. Tam pojedziesz pierwszego września. Wiem że masz tuzin pytań, na które na pewno Ci odpowiem, niestety nie teraz. Zaprowadzę Cię do Pana Weasley'a, możesz mu zaufać. Zamieszkasz teraz razem z nim i jego rodziną. Coś czuję że mają dla Ciebie niemałą niespodziankę - puścił mi oko. Zza pleców wyciągnął kopertę. Wzięłam ją od niego. - To oficjalny list ze szkoły, znajdziesz w nim listę potrzebnych książek i przyborów szkolnych.
- Dziękuję bardzo... panie profesorze. Ja... jak mogę panu dziękować za tą misję ratunkową? - parsknęłam najszczerszym śmiechem. Już dawno go nie słyszałam.
- Talio, niczym się nie przejmuj. Od dzisiaj wszystko będzie lepiej. A skoro już pytasz, to ubóstwiam landrynki cytrynowe- uśmiechnął się
- Zapamiętam. obiecałam profesorowi.
- Ach, Arturze! Właśnie mieliśmy do Ciebie iść! Dobrze się Pan spisał, Panie Weasley - to ostatnie zdanie skierował do rudzielca, którego spotkałam przed gabinetem ministra. Pan Artur musiał być jego ojcem.
- Witaj Talio, jestem Artur, a to mój syn, Ron. Mam nadzieję że wiesz już, że pojedziesz teraz z nami?- Wyższa i starsza wersja rudzielca uścisnęła moją dłoń. Wszyscy się do mnie uśmiechali.
- Tak i jestem bardzo wdzięczna - powiedziałam szczerze. Jeszcze nigdy nie byłam taka szczęśliwa. Mimo że nie znałam tych ludzi, oni przyszli mi z pomocą. Z niewiadomych przyczyn wiedziałam, że nie chcą mnie skrzywdzić.
- Cześć Talia, jestem Ron- rudzielec, który zyskał imię, wyszczerzył do mnie zęby i również uścisnął mi dłoń na powitanie.
- Cześć Ron - odparłam.
- Na mnie już czas, muszę porozmawiać z Korneliuszem. Pozdrów żonę, Arturze. Przekaż jej również że będę na kolacji, o ile to nie kłopot - odezwał się profesor.
- Ależ oczywiście, to żaden kłopot. Przecież wiesz, że zawsze jesteś mile widziany. No dzieciaki, idziemy? Molly pewnie już szykuje obiad.
- Do widzenia, Panie profesorze - pożegnaliśmy się z starszym czarodziejem. We trójkę ruszyliśmy długim korytarzem.
- No Talio, chyba nie spodziewałaś się że wszystko tak się dzisiaj potoczy, co? - spytał Pan Weasley.
- Zupełnie nie- odpowiedziałam.- Ale... mogę o coś spytać? Skąd wiedzieliście, kim jestem?
- Cóż, Dubledore od początku na Ciebie uważał. Nie ingerował jednak, bo wszystko mogło się zupełnie inaczej potoczyć. Miesiąc temu uzyskaliśmy informację, że zwolennicy Sama-Wiesz-Kogo dowiedzieli się o Tobie. Albus zaczął się bardziej Ciebie wystrzegać. Mój syn musiał usłyszeć to i owo, stąd wiedział kim jesteś. Ech te dzieci, nic im nie umknie... Kiedy Cię dzisiaj zobaczył, od razu Cię poznał. Jesteś bardzo podobna do swojego brata.
- Harry? Znacie Harry'ego?- prawie krzyczałam. Serce zabiło mi mocniej.
- Oczywiście. Jest moim przyjacielem. Obecnie przebywa u nas - powiedział Ron. Czułam jak w oczach stają mi łzy. Czy naprawdę miałam wreszcie zobaczyć mojego brata? Po tylu latach?
Zapowiada się interesująco, z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.
OdpowiedzUsuńZapowiada się interesująco, z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg.
OdpowiedzUsuńCała historia się rozkręca, co bardzo mi się podoba :D Talia w końcu będzie miała szanse poznać swojego brata, po tylu latach jej sie to niemal należy. Super, że trafi do Weasley'ów :D tam się na pewno będzie działo :) ciekawa jestem, jakie będą jej reakcje na ten cały magiczny świat.. zobaczy wiele nowych rzeczy, pozna wiele ciekawych ludzi.. A jeszcze bardziej ciekawi mnie to, gdzie trafi po przyjściu do Hgogwartu :D choć patrząc na szablon podejrzewam, że będzie to Slytherin ;)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :*
Baaardzo się cieszę, że Ci się spodobał rozdział :) Były to moje początki i mój styl nie był jeszcze wyrobiony, tak jak teraz ;p Mam nadzieję, że reszta też Ci się spodoba!
UsuńPozdrawiam <3