będzie się działo. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Zachęca do komentowania.
Wasze zdanie bardzo by mi pomogło. W poprzedniej notce zapomniałam
dodać, że niedawno powstał fan page mojego bloga :D
Link -> https://www.facebook.com/onatezprzezylafanpage
Zapraszam serdecznie! Tam będę informowała o wszystkim na bieżąco,
na przykład jak pojawi się nowy rozdział, albo pojawią się zmiany.
Nie przedłużam, życzę miłego czytania!
Panna Potter
- Gratuluję!-
krzyknęła mi do ucha Ginny. Byłyśmy w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
Cała drużyna, w tym
ja, Harry i Ron zebrała się przy kominku.
- Byłaś nie do
prześcignięcia! Wymijałaś graczy jak zawodowiec!- Angelina poklepała mnie po
ramieniu.
- To dzięki miotle
Herry’ego.- zaprzeczyłam, ale zrobiło mi się ciepło na sercu. Wreszcie ktoś
dostrzegł we mnie coś pozytywnego.
- Wiesz ile osób by
z niej pospadało przy takiej prędkości? Dziewczyno! Doskonale manewrujesz.
- Dzięki.-
zarumieniłam się.
Wieczorem w Pokoju
Wspólnym zebrało się sporo uczniów. Komuś udało się przemycić kremowe piwo na
tą okazję. Po raz pierwszy poczułam się tu dobrze. Naprawdę dobrze. Tego
wieczoru większość zapomniała jak mam na nazwisko. Zapomnieli, że większość
mojego życia „nie istniałam”. Zamiast chłodnych spojrzeń, widziałam uśmiechy.
Nikt nie pytał się jak to możliwe że jestem siostrą Harry’ego. Rozmawialiśmy o
Quidditchu, o zespołach muzycznych, o wszystkim i o niczym. Fred i George dali
pokaz swoich bombonierek. Towarzyszyły im salwy śmiechu. Jednak w pewnym
momencie zobaczyłam że mój brat siedzi na fotelu i patrzy nieobecnym wzrokiem
na tańczący ogień w kominku. Przeprosiłam Gryfonkę z którą rozmawiałam i
podeszłam do niego. Bez słowa podałam mu butelkę kremowego piwa. Wziął je.
- Chcesz o tym
pogadać, czy zostawić Cię w spokoju?- spytałam uśmiechając się do niego
delikatnie. Po naszej pierwszej kłótni, wiedziałam już jak miałam się
zachowywać w takich sytuacjach. W pierwszej chwili spojrzał na mnie lekko
poirytowany, ale wzrok złagodniał po paru sekundach.
- Idź do nich.
Wszystko w porządku.
- Nie muszę. Daj mi
się na coś przydać. W końcu Cię znalazłam, a ty nie chcesz mi się zwierzać.-
zaśmiałam się, w nadziei, że poprawi mu to humor.
- Nie zapominaj że
masz brata, a nie siostrę.- parsknął. Jego oczy jednak dalej pozostawały bez
cienia emocji.
- To o niczym nie
świadczy. Jestem po to, żeby Ci pomóc.
- Jeśli będę miał
potrzebę porozmawiać, do dam znać.
- Na pewno?
- Na pewno.-
odpowiedział nie patrząc mi w oczy. Podniosłam ręce w geście kapitulacji i
wróciłam do świętujących Gryfonów. Myśleli że w tym roku będą mieli najlepszą
dróżynę. Też miałam taką nadzieję.
- Mówię wam. Damy w
kość Ślizgonom. Malfoly’owi posiwieją te tlenione włoski z rozpaczy.- zgrywał
się George. Wszyscy ryknęli śmiechem, ja razem z nimi. Nie miałam nic przeciwko
Draconowi, o ile zachowywał się w porządku. Niestety bardzo często był
denerwujący.
Rudzielec uniósł wysoko
butelkę piwa.
- Za najlepszą
drużynę!- krzyknął.
- Za najlepszą
drużynę!
Będąc już w
objęciach Morfeusza, coś zakłóciło mój spokój. Nagle zobaczyłam przed sobą
czarne drzwi. Stałam naprzeciwko nich w ciemnym korytarzu. Wiedziałam jednak że
to nie moje nogi dotykają czarnej, kamiennej posadzki. Nikogo nie było w
zasięgu mojego wzroku, lecz na pewno nie byłam sama. Czułam obecność kogoś
jeszcze. Wyciągnęłam rękę w stronę drzwi. Te jednak zdawały się oddalać.
Starałam się z całych sił, żeby nie poddać się tej dziwnej sile, która
ciągnęła mnie do tyłu.
Wcale nie chciałam
przejść przez te drzwi, ale ktoś inny owszem. Przed oczami błysnęła mi zieleń
czyiś oczu.
Harry.
Obudziłam się
dysząc ciężko. Jak to było możliwe? Nie musiałam się długo zastanawiać, żeby
dojść do wniosku, że nie śnił mi się mój sen. Rozejrzałam się po dormitorium,
nieprzytomna. Było ciemno, a jedynym źródłem światła był blask księżyca,
wpadający przez okno. Moje współlokatorki spały. Zegarek na moim nocnym
stoliczku wskazywał trzecią nad ranem. Opadłam ciężko na poduszki. Wzięłam
kilka głębokich oddechów. Czemu śnił mi się sen brata?
***
Widziałem ją.
Czułem ją. Jak to możliwe? Jak to możliwe, że czułem ją w swoim śnie? Nie była
jego częścią. Ona była tam ze mną. Patrzyła moimi oczami. Ruszała moim ciałem.
A może tylko mi się to wydawało? Niestety wiedziałem aż za dobrze że to nie możliwe.
Nie mogło mi się to pomylić. Jej obecność zdawała się wręcz namacalna. A te
drzwi...
- Wszystko w
porządku Harry?- wymamrotał Ron. Słyszałem troskę w jego głosie.
- Tak... Tak. To
tylko zły sen.- odpowiedziałem.- Zejdę na dół.
- Po co?
Nie odpowiedziałem.
Wyszedłem z dormitorium i zbiegłem szybko po schodach, pragnąc usiąść w moim
ulubionym fotelu i wszystko przemyśleć. W kominku nadal trzaskał ogień. Fotel
był jednak zajęty przez kogoś innego.
- Co ty tu robisz?-
zdziwiła się Talia.
- A ty?- odpowiedziałem
pytaniem na pytanie.
- Nie mogłam spać.-
rzekła po chwili ciszy. Wiedziałem że kłamała.
- Ja też.-
skłamałem. Znowu nastała cisza.
Patrzyliśmy w
powoli gasnący ogień, rozważając czy podjąć temat. Byłem przekonany że
wiedziała. Czułem to. Siedziała skulona, opierając brodę o kolana, które
oplotła rękami. Ruszała nerwowo palcami w nieznanym mi rytmie.
- Miałam dziwny
sen.- odezwała się w końcu.
- Wiem.-
powiedziałem cicho.- To był mój sen.
- Wiem.- szepnęła.
Wpatrywała się we mnie swoimi dużymi oczami.
- Ty widziałeś te
drzwi i korytarz.- stwierdziła.
- Tak, ale nie mam
pojęcia gdzie.- odpowiedziałem. Mówiłem prawdę. Nie mogłem sobie przypomnieć
gdzie natknąłem się na te czarne drzwi.
- Czemu ja tam
byłam?- spytała.
- Tego nie wiem.-
westchnąłem. Talia odwróciła wzrok w stronę okna. Wpatrywała się w idealnie
widoczny księżyc. Jej twarz była niemalże taka sama jak mamy. Myślami wróciłem
do zdjęcia rodziców, które leżało na dnie mojego kufra. Byliśmy z Talią do
siebie podobni, ale też różni. Nie miała wiele z ojca, no może charakter.
Poczułem że chcę z nią porozmawiać. Nie mogłem już wytrzymać. Musiałem się
komuś zwierzyć.
- Talia?
- Tak?- spojrzała
na mnie.
- Na szlabanie u
Umbridge... muszę przepisywać zdanie „ Nie wolno opowiadać kłamstw.”. Dostaję
wtedy od niej specjalne pióro. Zamiast atramentu...
- Proszę, nie mów
mi że daje Ci to pióro które rani dłoń podczas pisania.- warknęła. Jej oczy
płonęły, pomimo mroku, widziałem w nich czystą złość. Zastanawiałem się, skąd
zna to pióro.
- Niestety.- pokazałem
jej dłoń. Zacisnęła usta w cienką linię i przymknęła oczy. Zaczęła ciężko
oddychać, jednak uspokoiła się po dłuższej chwili.
- Idź z tym do
Dumbledore’a.- powiedziała stanowczo.
- Nie.- wszedłem jej
w słowo.- Nie dam jej satysfakcji.
- Harry, tu nie
chodzi o zranioną dumę czy satysfakcję. Ta kobieta robi Ci krzywdę. Ona jest
szalona.- syknęła. Emanowała złością. Powietrze wokół niej zdawało drgać.
- Talia...
Spokojnie.- położyłem jej dłoń na ramieniu, ale przeszył mnie dziwny prąd. Moja
siostra wydawała się być w transie.
- Talia!-
zawołałem. Potrząsnęła lekko głową i znów wyglądała... zwyczajnie.
- Słucham?- spytała
zdezorientowana.
- Wszystko w
porządku?
- Tak.-
odpowiedziała. Jej wzrok padł na moją dłoń. Westchnęła ciężko, ale była
spokojna.
- Proszę Cię,
Harry. Musisz to zgłosić.- jęknęła, trzymając moją dłoń przed oczami, oglądając
ją uważnie.
- Nie. Co by mi to
dało? Ona jest z Ministerstwa.
- No to nie daj się
jej.
- Postaram się.-
usiadłem na oparciu fotela i objąłem ją ramieniem.- Idź spać.
- Nie chce mi się
spać.- powiedziała. Niestety ziewnięcie ją zdradziło.
- Dobranoc.-
zaśmiałem się, popychając ja w stronę schodów.
- Dobranoc, Harry.-
pomachała do mnie wspinając się po schodkach.
Nie spałem jeszcze
długo po jej odejściu.
***
Leżałem wpatrując
się w sufit. Byłem zmęczony, ale nie mogłem zasnąć. Chrapanie Blaise’a stawało
się nie do zniesienia. W końcu nie wytrzymałem i cisnąłem w jego kierunku
poduszkę. Chrapnął głośno, budząc się z głębokiego snu.
- Stary, nie powinieneś
pić przed pójściem spać, bo chrapiesz jak niedźwiedź.- poskarżyłem się kiedy
usiadł.
- Stary, nie
powinieneś budzić mnie o tej porze, jest dopiero czwarta.- mruknął przeciągając
się.
- No to nie chrap.-
warknąłem.
- Rozumiem, że
jesteś poirytowany dzisiejszym dniem, ale nie wyżywaj się na mnie.- powiedział,
rzucając mi poduszkę.
- Poirytowany to
mało powiedziane. Jak ja mam się teraz zbliżyć to tej dziewczyny, skoro dostała
się do drużyny? Jeśli oni wygrają, nie będę milusi, jeśli my wygramy, ona
będzie chciała mnie zabić. Tyle dobrze, że nie jest szukającym.
- Ja myślę że teraz
macie wspólny temat. Możesz zaproponować jej prywatne lekcje.- mrugnął do mnie.
- Prywatne lekcje?
Chyba nie za dobrze się czujesz. Nie będę pomagać wrogom.
- Wiesz, teraz nie
jest twoim wrogiem, a przynajmniej masz się o to postarać.- stwierdził.
- No wiem, wiem.
Ale Quidditch się nie liczy. Nie będę jej pomagał.
- Możesz też się z
nią podrażnić. Wbrew pozorom, dziewczyny to lubią.- parsknął.
- Ona ma chyba dość
droczenia.- przeczesałem dłonią włosy, opierając się o podgłowie łóżka.
- Nie wiem jak mam
Ci pomóc, spoko krytykujesz każdy mój pomysł. A skoro już o niej mowa, to
zaczepiłeś ją po naborach?
- Nie. Szła z
Angeliną i resztą drużyny.- westchnąłem. Po południu wszyscy Ślizgoni
postanowili popatrzeć jak idą nabory do drużyny Gryffindoru. Bawiliśmy się
idealnie, kiedy Wieprzlej ledwo trzymał się na miotle.
- Okazja była
dobra. Co sądzisz o jej zdolnościach? Może to ona powinna Cię pouczyć, co?-
uśmiechnął się zgryźliwie.
- Uważaj na to co
mówisz.- posłałem mu mordercze spojrzenie.- Może i umie się utrzymać na miotle,
ale nic więcej.
- Ja bym to
określił inaczej, ale nie będę się już kłócił.- wzruszył ramionami.
- Ojciec ciągle
przysyła mi te cholerne listy. Nie pisze o niczym innym. Mam tego dość.-
powiedziałem, już bardziej łagodnie. Zabini był jedyną osobą z którą mogłem
rozmawiać o takich sprawach. Był też moim najlepszym przyjacielem, ale nie
przeszkadzało mu to we wnerwianiu mnie.
- Wiesz, teraz jest
to bardzo ważne. Dużo od tego zależy.- odrzekł, ale wiedziałem że też nie jest
tym zadowolony.
- Zdaję sobie z
tego sprawę, ale jestem jego synem. Nie ważne jak dobre, albo złe mam stopnie.
Nie ważne czy dostałem się do drużyny. Nic nie jest dla niego ważne. Uzależnił
się od Czarnego Pana.
- To on trzyma go
przy życiu. Wiemy jaki jest twój ojciec. Uczepi się każdego, kto może mu coś
zaoferować, a Czarny Pan oferuje jemu i jego rodzinie bezpieczeństwo.To dużo.-
stwierdził. Miał rację i wiedziałem to. Czasami po prostu wolałem żeby wszystko
wyglądało inaczej. Czasami.
- Jak tam z Pansy?-
dodał po chwili.
- A jak ma być?-
zdziwiłem się.
- No wiesz,
prowadzacie się ze sobą i wszyscy wiemy, że najchętniej już by otrzymała od
Ciebie pierścionek zaręczynowy.
- Nie prowadzam się
z nią, to ona się mnie uczepiła.- warknąłem.
- Czyli nic?
- Absolutnie nic,
ale może się przydać.- powiedziałem.
- W czym?
- W utrzymaniu
pozorów. Nikt nie może się dowiedzieć co kombinuję, a ona jest idealną
zasłoną.- wytłumaczyłem.
- Też racja.- padł
z powrotem na poduszki.- Mów sobie co chcesz, ale ta Potter jest niezła w
Quidditczu.- pomimo że było ciemno, wiedziałem że się uśmiechał.
- Zamknij się.
- A jak się z tym
czujesz? Tak naprawdę?- spytał nagle.
- Z czym?-
mruknąłem czując już jak wraca zmęczenie.
- Z tą misją.
- Szczerze, to nie
mam pojęcia jak się mam za to zabrać, a co dopiero, czy mi się uda. Ta
dziewczyna jest strasznie skomplikowana.
- No, no, no. W
końcu jakaś okazała się wyzwaniem a nie łatwą zdobyczą.
- Dobrze wiesz że
nie o to chodzi. Nie mam jej w sobie rozkochać, tylko sprawić, żeby mi zaufała.
Nie wiem tylko jak to zrobić.
- Twój ojciec napisał „za wszelką cenę”. Jeśli
nie uda Ci się z nią zaprzyjaźnić, to możesz ją uwieść.
- Jesteś debilem, Blaise.
- Ja? To ty nie umiesz zrobić tego inaczej.
Myślisz że szeptanie jej do ucha sprawi że będzie chciała się z tobą
zaprzyjaźnić? Ty ją ewidentnie uwodzisz.- zaśmiał się.
- Skoro jesteś taki mądry, to sam kup jej
bransoletki przyjaźni i wykaż się. Chętnie to zobaczę.- syknąłem.
- Niestety, to nie moja misja. Draco, ja nie
mówię że nie powinieneś jej uwieść. Moim zdaniem to będzie bardziej skutecznie.
Nie odmówi chłopakowi, który skradł jej serce.
- Nie chcę jej serca.
- Ale Czarny Pan chce. Możesz podać mu je na
talerzu.- stwierdził.
- Dobra, idź spać, bo zaczynasz bredzić.-
warknąłem, chowając głowę w poduszki. Blaise nic nie odpowiedział. Po chwili
znowu usłyszałem jego, tym razem ciche chrapanie. Byłem jednak tak zmęczony, że
nie przeszkadzało mi to. Zasnąłem po krótkiej chwili.
***
Poniedziałek. Obudziła mnie Hermiona. Okazało
się że spałam o wiele za długo i zostało mi tylko piętnaście minut do
rozpoczęcia lekcji. Zerwałam się z łóżka w błyskawicznym tempie i ubrałam się w
szaty. Włosy w pośpiechu upięłam w kok. Czysta i gotowa pobiegłam razem z
Hermioną na eliksiry. Burczenie w brzuchu przypominało mi, jakie dobre
śniadanie przegapiłam.
- Czemu mnie nie obudziłaś?- wydyszałam.
- Sama zaspałam! Nie mam pojęcia dlaczego.-
jęknęła.
Przed klasą zobaczyłam mojego brata i Rona.
- Wziąłem dla was tosty.- szepnął wciskając
nam do rąk po toście. Wepchnęłam go sobie do buzi, rozkoszując się jego
smakiem.
- Dzięki Ron.- powiedziałam.
Byłyśmy z Hermioną dostatecznie szybkie, żeby
jeszcze czekać na nauczyciela. Snape spóźniał się.
Rozmawiając z Hermioną, poczułam na sobie
czyiś wzrok. Rozejrzałam się. Oczywiście Draco Malfoy uśmiechał się łobuzersko.
Uniosłam brew. Te jego gierki zaczynały mnie denerwować.Mrugnął do mnie, ja
tylko pokręciłam głową. Czemu mnie mógł mnie zostawić w spokoju? A chcesz tego?; odezwała się moja
podświadomość. Przypomniał mi się dzień, w którym nazwał Hermionę szlamą.
Znałam odpowiedź. Tak. Wreszcie usłyszeliśmy kroki profesora.
- Do klasy, na miejsca i ma być idealna cisza.
Zaraz do was dołączę. Malfoy, na słówko.- warknął. Wszyscy uczniowie ustawili
się do kolejki i pojedynczo wchodzili do klasy. Stałam na jej końcu. Kontem oka
dostrzegłam Wysokiego mężczyznę o długich jasnych włosach. Domyśliłam się że to
ojciec Malfoya. Chłopak był jego młodszą kopią. Zauważył, że się na niego patrzę.
- Dzień dobry, panno Potter.- uśmiechnął się,
odsłaniając rząd idealnie prostych, białych zębów.
- Dzień dobry.- odparłam cicho. Napotkałam
wzrok Dracona. Nie wyglądał na szczęśliwego. Miałam przeczucie, że relacje z
jego ojcem nie mają się najlepiej. Tylko czemu Pan Malfoy przybył do szkoły? Posłałam Draconowi pocieszający uśmiech. Odwzajemnił go, ale nie dotarł do
jego oczu. Weszłam do klasy.
***
- Witaj Draco. Severusie, możesz wrócić do
klasy. Chcę pomówić z synem.- powiedział ojciec z wyższością.
- Lucjuszu.- Snape skinął głową. Odczekaliśmy, aż mężczyzna zniknie za
drzwiami.
- Nastąpiły pewne zmiany, synu.- zaczął.
- Zmiany?
- Czarny Pan nie może czekać do wakacji.
Dziewczyna będzie nam potrzebna w ferie świąteczne. Wszystko jest już ustalone,
plan gotowy. Reszta jest w twoich rękach, chłopcze.
- Ferie?! Jak mam sprawić, by zaufała mi do
ferii?- wycedziłem przez zęby, zniżając głos. Nikt nie mógł nasz usłyszeć.
- To jest twoje zadanie, Wykaż się, a
zostaniesz nagrodzony. Nawal, a konsekwencje będą spoczywały nie tylko na tobie,
ale na całej rodzinie.- wysyczał groźnie.
- Postaram się, ojcze.
- To nie wystarczy. Musi Ci się udać.
- Ja...- nie dokończyłem, widząc dyrektora
szkoły. Szedł w naszym kierunku.
- Dzień dobry, Lucjuszu! Cóż za miła
niespodzianka!- przywitał się – Co Cię do nas sprowadza?
- Witaj Albusie. Przybyłem, żeby przekazać
Draconowi złe wieści. Jego babka odeszła wczoraj w nocy.- westchnął, idealnie
udając smutek. Poszedłem jego śladem.
- Ach, to rzeczywiście bardzo złe wieści. Moje
kondolencje, Lucjuszu. Chcesz zabrać młodego Pana Malfoya do domu?- zapytał
starzec z zatroskaną miną.
- Och nie, Albusie. To bardzo ważny rok. Nim
się obejrzymy, Draco będzie ostatni raz powtarzał materiał do SUM’ów. Nie może
zaniedbać szkoły. Chciałbym jednak, żeby wrócił do domu tydzień przed feriami.
Nasza rodzina chce się wtedy pożegnać z babcią. Bardzo chciała, aby pogrzeb odbył się zimą. Draco powinien być wtedy z nami.- odpowiedział ojciec.
- Nie wydaje mi się, aby był z tym jakiś
problem.- odparł dyrektor.
- Wrócę już do klasy.- wtrąciłem
się. – Do widzenia, ojcze.
Zostawiłem ich. Spojrzenia wścibskich uczniów wcale mnie nie zrażały. Nic mnie
nie obchodziły. Jednak napotkałem wzrok ciekawskich, przenikliwych oczu. Były
zielone. Talia patrzyła mi prosto w oczy. Mogłem w jej tęczówkach zobaczyć
wszystkie pytania, które chciała mi teraz zadać. Wiedziałem jak bardzo chce
dowiedzieć się czegoś ode mnie. Posłałem jej zgryźliwy uśmiech i zająłem
miejsce obok Blaise’a.
- Czego chciał twój staruszek?- szepnął mój
sąsiad.
- Później.- odpowiedziałem.
- Skoro pan Draco zaszczycił nas wreszcie
swoją obecnością, możecie zacząć przygotowywać eliksir słodkiego snu. Jest on
bardzo pracochłonny. Macie dwie godziny, a wszystkie instrukcje znajdziecie w
książkach.- burknął nauczyciel.
***
Spakowałam książki do torby. Minęła ostatnia
lekcja, był piątek. Tydzień minął mi bardzo spokojnie, pomijając masę prac
domowych. Nie marzyłam o niczym innym, niż paść na wygodną kanapę w Wierzy
Gryffindoru. . Niestety kiedy tam
dotarłam, okazało się że wypoczynek na kanapie nie wchodził w grę. Bliźniacy
demonstrowali swój nowy wynalazek, a wokół nich zgromadziła się masa uczniów.
Poszłam szybko do dormitorium, przebrałam się w koszulę flanelową i czarne
dżinsy. Następnie wyszłam z zamku, kierując się na błonia. Tam usiadłam,
opierając się o drzewo i zaczęłam pisać wypracowanie które zadała nam profesor
McGonnagall. Słońce zaczynało przybierać bardziej pomarańczowy kolor, co
spowodowało piękne refleksy na niebie. Odłożyłam pióro by rozkoszować się tym
widokiem. Nagle moich uszu doszły dźwięki kłótni.
- Pansy, daruj sobie!- krzyknął męski głos.
- Nie wtrącaj się!- pisk dziewczyny był coraz
głośniejszy, co oznaczało że kłócąca się dwujka była coraz bliżej.
- Wracaj do zamku, na Merlina! Draco się
wścieknie!- rozpoznałam biegnącego w moim kierunku Blaise’a Zabiniego. Dopiero
po chwili zobaczyłam, że biegnie on za kimś.
Tym kimś okazała się Pansy
Parkinson. Szła z dumnie podniesioną głową, nie zwracając uwagi na
ciemnoskórego chłopaka.
- Hej ty, Potter!- zawołała, najwidoczniej
wściekła.
-Witaj Pansy.- odparłam grzecznie. Naprawdę
nie miałam ochoty na kolejną aferę. Poza tym, z doświadczenia wiedziała, że
bycie miłym daje Ci stu procentową wygraną, jeśli chodzi o kłótnie. Może to
wyprowadzić drugą osobę z równowagi, ale tak długo jak sama byłam spokojna, nie
za bardzo się tym przejmowałam. Obietnica, którą złożyłam Dumbledore’owi nie
dawała o sobie zapomnieć.
- Dobrze Ci radzę, odczep się od Dracona. On
Cię nie chce.- piszczała ciskając swoim spojrzeniem błyskawice.
- Pansy, to nie ja uczepiłam się jego ramienia
jak rzep.- powiedziałam spokojnie.
Zrobiła oburzoną minę.
- Zazdrościsz mi i tyle! On jest
zainteresowany mną i nie możesz tego znieść. Jeśli myślisz, że zdołasz mi go
odebrać, to jest mi Ciebie żal.
- Draco nie jest rzeczą, więc masz rację, nie
mogę Ci go odebrać. Nie przejmuj się, Parkinson, nie jestem zainteresowana.
- Nie kłam, widzę jak patrzysz na mojego
Dracona. Marzysz o tym, żeby traktował Cię tak jak mnie.- rzekła.
- Jeśli chodzi Ci o to jak romantycznie nie
zwraca na Ciebie uwagi i warczy na każde słowo które padnie z twoich ust, to
tak. Marzę o tym.- powiedziałam, rozciągając się wygodnie na trawie. Usłyszałam
chichot Blaise’a.
- Zamknij się Blaise! A ty nawet nie wiesz o
czym mówisz, Potter! Zazdrościsz mi i tyle. Ty nie masz przyjaciół, twój brat
unikał Cię przez lata a rodzice smażą się w piekle. Nie wspominając już o tym,
że nie specjalnie chwalili się twoim przyjściem na świat.- syknęła.
Jej słowa podziałały na mnie, jak płachta na
byka. Zerwałam się z ziemi i podeszłam do niej zdecydowanym krokiem,
zatrzymując się kilka centymetrów przed nią.
- Nie waż się tak do mnie mówić.- warknęłam,
patrząc jej prosto w oczy. Zauważyłam w nich strach.
- Talia!.- zawołał Zabini. Próbował mnie od
niej odciągnąć, ale wyrwałam się.
- To prawda, Potter. Bądźmy szczere. Jesteś
zbędna. Nikomu na tobie nie zależy.- szepnęła Pansy, ale nie była już tak pewna
siebie.
- Zamilcz.- wycedziłam przez zęby.
- Zerem, Potter. Jesteś zerem.- powtarzała.
- Pansy, ucisz się!- wtrącił się Blaise.
- Zerem.
- POWIEDZIAŁAM ZAMILCZ!- ryknęłam na całe
gardło. Owładnęła mną furia. Czułam ogień w żyłach. Nienawiść wypełniła cały
mój umysł. Serce chciało przebić się przez moją klatkę piersiową. Obraz przede
mną pulsował.
***
Nie mogłem już nic poradzić. Talia wyglądała
przerażająco. Jej źrenice powiększyły się. Nie widziałem już intensywnej
zieleni, tylko głęboką, czystą czerń. Oddychała Ciężko, dłonie zacisnęła w
pięści.
- Zerem.- powtórzyła bezgłośnie Pansy ze
złośliwym uśmieszkiem. Talia nie dała rady. Z jej piersi wydobył się
przeraźliwy krzyk.
W następnej chwili, odepchnięta przez potężną
siłę, Pansy poleciała parę metrów dalej. Nie mogłem teraz panikować. Pobiegłem
do niej. Leżała na ziemi z pół
przymkniętymi oczami. Cała się trzęsła. Jej ciało przeszywały pojedyncze
spazmy. Mamrotała coś niezrozumiałego. Twarz miała wykrzywioną z bólu.
- Pansy, spokojnie. Już spokojnie.- podniosłem
jej głowę i położyłem ją sobie na kolanach.
***
Ból. Moją klatkę piersiową przeszedł
promieniujący ból. Był nie do zniesienia. Padłam na kolana. Poczułam na
policzkach łzy. Ból nie znikał. Podniosłam wzrok. Mimo łez, zdołałam rozpoznać
Blaise’a. Na jego kolanach coś leżało.
Pansy.
Podniosłam się, próbując ignorować pieczenie z
całych sił.
- Blaise.- jęknęłam. Poczułam jak gardło mi
się zaciska.
- Talia, uspokój się. Musisz być spokojna.-
ostrożnie położył głowę Pansy na ziemię. Wyglądała strasznie. Podszedł do mnie
i położył mi dłonie na ramionach.
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Potrafię
jej pomóc. Usunę jej to z pamięci. Będzie dobrze.- mówił uspokajającym głosem.
Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, wybuchnęłam płaczem, co pogorszyło tylko
ból. Zabini podtrzymał mnie mocniej, bo kolana się pode mną uginały.
- Nic nie będzie dobrze.- jęknęłam w jego
bluzkę.- Co to w ogóle było?
- Ja nie mogę Ci powiedzieć, przepraszam. Ale
spokojnie, wszystko będzie dobrze.- zaczął gładzić moje plecy, co podziałało na
mnie uspokajająco.
- To ja?- spytałam, ocierając łzy. Jeszcze
nigdy nie byłam tak zagubiona. Nie miałam pojęcia co się stało, co się działo i
co będzie. A do tego to pieczenie, okropnie mocne pieczenie...
- Niestety tak.- odparł.- Muszę zająć się
Pansy. Wracaj do zamku, musisz się uspokoić. Wiem że to dziwnie zabrzmi, ale
zrobisz najlepiej, jeśli pójdziesz do Malfoya.
- Dlaczego?- stęknęłam. Mówienie zaczynało
boleć.
- Idź do niego. On Ci pomorze.
- Dobrze.- nie miałam siły się sprzeciwiać. Nie chciałam też, żeby Harry zobaczył mnie w takim stanie.
Blaise wypuścił mnie z objęć. Odczekałam
chwilę, aby się upewnić, czy mogę stać o własnych siłach. W końcu ruszyłam z
stronę zamku. Boleści w klatce piersiowej nie ustępowały.
Mój umysł był przeciążony. Czułam się jakbym
zaraz miała wybuchnąć. Nie wiedziałam jak się znalazłam w pokoju wspólnym
Ślizgonów. Czy wejścia nie strzegł portret? Nic nie pamiętałam. Pokój był
pusty. Panowała w nim zieleń. Na jego środku stały trzy duże, skórzane kanapy.
Na jednej z nich siedział Malfoy.
***
Siedziałem rozciągnięty wygodnie w pokoju
Ślizgonów, czytając książkę. Rozkoszowałem się ciszą i spokojem. Nikogo nie
było. Niestety coś zakłóciło ten spokój. A raczej ktoś. Usłyszałem kroki i
ciężki oddech. Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Wyglądała okropnie. Policzki
miała mokre od łez, oczy czerwone i duże ze strachu, włosy lekko potargane. I
ból wymalowany na jej twarzy. Poczułem lekkie ukłucie w sercu.
- Draco...- jęknęła. Momentalnie podniosłem
się z kanapy i podbiegłem do niej.
- To boli.- żaliła się. Objąłem ją ramieniem.
- Chodź, zaprowadzę Cię w spokojne miejsce.-
powiedziałem cicho.
Zdziwiłem się, kiedy poczułem jak słaba była.
Jej nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Ojciec ostrzegał mnie przed tym,
ale nie miałem pojęcia, że mogło być aż tak źle. Ledwo powstrzymywała jęki. To
rzeczywiście musiało boleć. Zamknąłem drzwi od mojego dormitorium. Posadziłem
ją na małej kanapie, stojącej w koncie. Od razu zwinęła się w kłębek, ściskając
się na klatkę piersiową.
- Co się stało.- zapytałem po dłuższej chwili.
- Nie wiem... Nie pamiętam.- wymamrotała.
Jednak zaraz otworzyła wcześniej zamknięte oczy.
- O nie... Pansy... Ja... Ja ją skrzywdziłam.
Zrobiłam jej krzywdę.- jęczała. Znowu zaczęła wpadać w panikę. Usiadłem obok
niej i przyciągnąłem do siebie, ściskając mocno.
- Spokojnie.- szepnąłem. Barek stojący
naprzeciwko zaczął się niepokojąco trząść.
- Cii, już spokojnie. Pamiętasz, czy ktoś tam
jeszcze był?
- Blaise.
- On się wszystkim zajmie. Nie martw się.-
głaskałem ją uspokajająco po włosach.
- Czemu to tak boli? Co to jest?- jęknęła. Już
kompletnie opadła z sił.
- Rozumiem, że nikt Ci jeszcze nie
wytłumaczył?
- Czego?
- Powiem Ci, jak nabierzesz sił.
- To tak strasznie boli...
- Gdzie?- spytałem.
- Klatka piersiowa, głowa, dłonie...
- Wszystko.- dokończyłem, a ona ledwie
wyczuwalnie kiwnęła głową.
- Położę Cię spać.- rzekłem.
- Nie będziesz mnie niósł do Wierzy Gryffindoru.- zaprotestowała.
- Nie mam takiego zamiaru. Będziesz spać
tutaj.
- Ale...
- Żadnych ale.- uciszyłem ją. Wstałem,
ostrożnie podniosłem Talię i położyłem ją na moim łóżku.
- Nie wytrzymam, Draco. To jest nie do
zniesienia.- mamrotała w poduszkę.
- Wiem, ale to minie. Jak się obudzisz,
wszystko będzie już w porządku.- zapewniłem ją. Gdyby zobaczył mnie teraz
Zabini...
- Mogę Cię o coś prosić?- wychrypiała, już
powoli zasypiając.
- Zależy.
- Nie chcę być sama...
- Nie będziesz.- westchnąłem. Usiadłem obok
niej i na dowód wziąłem ją za rękę
- A teraz śpij.- rozkazałem.
Nie tak wyobrażałem sobie piątkowy wieczór,
ale wiedziałem, że byłem o krok dalej.
***
Nie chciałam otwierać oczu. Byłam
wykończona. Powoli wszystko zaczęło do mnie wracać.
Błonia, Pansy, Blaise, złość, a potem już
tylko ból i widok ciała Pansy targanego spazmami. Otworzyłam oczy. Pokój, w
którym się znajdowałam był w strasznym stanie. Powybijane okna, popękane
ściany, szkło walało się po podłodze, porozlewany alkohol... Dopiero po chwili zorientowałam się, że
byłam wtulona w czyjeś ramie. Merlinie...
- Dzień dobry.- mruknął Draco. Podniosłam się
powoli. Ból już minął.
- Co się tutaj stało?- ziewnęłam.
- Cóż, najwidoczniej śniło Ci się coś złego.-
odezwał się inny głos. Spojrzałam na drugi koniec pokoju. Blaise Zabini leżał
na łóżku, uśmiechając się do mnie.
- Zaraz to naprawię.- dodał. Jedno machnięcie
jego różdżki i wszystko wróciło do normy.
- Przepraszam.- powiedziałam cicho.
- Nie przepraszaj, nic nie mogłaś na to
poradzić.- odparł Malfoy.
- Jak ja ... TO robię?
- Robisz to niekontrolowanie.- zaśmiał się
Blaise. Draco spiorunował go wzrokiem.
- Do tego już doszłam, ale...
- Obiecałem, że wszystko Ci powiem, ale nie
teraz i nie tutaj.- powiedział blondyn.
- Nadal Cię boli?- spytał.
- Nie, już nie.-
odpowiedziałam pocierając klatkę piersiową.- Zaraz, jak to możliwe? Czemu ja nic nie
wiem, a ty tak?- oburzyłam się.
- To też Ci wytłumaczę.- parsknął Draco.
- W takim razie masz mi dużo do wyjaśnienia. Jak
się czuje Pansy?
- Dobrze. Uleczyłem ją i wymazałem tamto
zajście z pamięci.- odpowiedział Blaise.
- Nikt inny tego nie widział, prawda?-
spytałam niepewnie.
- Nikt.- odparł Draco. Nadal siedział obok
mnie.
- Która godzina?- dopytywałam się.
- Jest dopiero siódma wieczorem. Spałaś dwie
godziny.
- Macie tutaj...
- Łazienka jest za tamtymi drzwiami.- przerwał
mi Draco, wskazując odpowiednie drzwi.
- Dziękuję.- mruknęłam. Szybko zeskoczyłam z
łóżka. Za szybko, bo zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się szafki.
- Wszystko w porządku.- powiedziałam i ,tym
razem wolniej, poszłam do łazienki. Była sporych rozmiarów. Stała tam wanna i duży blat
z dwiema umywalkami, wykonanymi z czarnego kamienia. Nad blatem wisiało lustro. Wyglądałam
okropnie. Przyglądając się sobie, dostrzegłam coś dziwnego. Rozpięłam pierwsze
trzy guziki koszuli. Moim oczom ukazały się świeże blizny. Były sine,
wyglądały jak pęknięcia na szkle. Na szczęście nie bolały.
- Cholera, co się ze mną dzieje...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz