środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział VI Wybuch

Witam! Przychodzę do was z nowym rozdziałem i jak sama nazwa mówi, 
będzie się działo. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Zachęca do komentowania.
Wasze zdanie bardzo by mi pomogło. W poprzedniej notce zapomniałam 
dodać, że  niedawno powstał fan page mojego bloga :D 
Link -> https://www.facebook.com/onatezprzezylafanpage
Zapraszam serdecznie! Tam będę informowała o wszystkim na bieżąco, 
na przykład jak pojawi się nowy rozdział, albo pojawią się zmiany. 
Nie przedłużam, życzę miłego czytania! 

Panna Potter


- Gratuluję!- krzyknęła mi do ucha Ginny. Byłyśmy w Pokoju Wspólnym Gryffindoru.
Cała drużyna, w tym ja, Harry i Ron zebrała się przy kominku.
- Byłaś nie do prześcignięcia! Wymijałaś graczy jak zawodowiec!- Angelina poklepała mnie po ramieniu.
- To dzięki miotle Herry’ego.- zaprzeczyłam, ale zrobiło mi się ciepło na sercu. Wreszcie ktoś dostrzegł we mnie coś pozytywnego.
- Wiesz ile osób by z niej pospadało przy takiej prędkości? Dziewczyno! Doskonale manewrujesz.
- Dzięki.- zarumieniłam się.
Wieczorem w Pokoju Wspólnym zebrało się sporo uczniów. Komuś udało się przemycić kremowe piwo na tą okazję. Po raz pierwszy poczułam się tu dobrze. Naprawdę dobrze. Tego wieczoru większość zapomniała jak mam na nazwisko. Zapomnieli, że większość mojego życia „nie istniałam”. Zamiast chłodnych spojrzeń, widziałam uśmiechy. Nikt nie pytał się jak to możliwe że jestem siostrą Harry’ego. Rozmawialiśmy o Quidditchu, o zespołach muzycznych, o wszystkim i o niczym. Fred i George dali pokaz swoich bombonierek. Towarzyszyły im salwy śmiechu. Jednak w pewnym momencie zobaczyłam że mój brat siedzi na fotelu i patrzy nieobecnym wzrokiem na tańczący ogień w kominku. Przeprosiłam Gryfonkę z którą rozmawiałam i podeszłam do niego. Bez słowa podałam mu butelkę kremowego piwa. Wziął je.
- Chcesz o tym pogadać, czy zostawić Cię w spokoju?- spytałam uśmiechając się do niego delikatnie. Po naszej pierwszej kłótni, wiedziałam już jak miałam się zachowywać w takich sytuacjach. W pierwszej chwili spojrzał na mnie lekko poirytowany, ale wzrok złagodniał po paru sekundach.
- Idź do nich. Wszystko w porządku.
- Nie muszę. Daj mi się na coś przydać. W końcu Cię znalazłam, a ty nie chcesz mi się zwierzać.- zaśmiałam się, w nadziei, że poprawi mu to humor.
- Nie zapominaj że masz brata, a nie siostrę.- parsknął. Jego oczy jednak dalej pozostawały bez cienia emocji.
- To o niczym nie świadczy. Jestem po to, żeby Ci pomóc.
- Jeśli będę miał potrzebę porozmawiać, do dam znać.
- Na pewno?
- Na pewno.- odpowiedział nie patrząc mi w oczy. Podniosłam ręce w geście kapitulacji i wróciłam do świętujących Gryfonów. Myśleli że w tym roku będą mieli najlepszą dróżynę. Też miałam taką nadzieję.
- Mówię wam. Damy w kość Ślizgonom. Malfoly’owi posiwieją te tlenione włoski z rozpaczy.- zgrywał się George. Wszyscy ryknęli śmiechem, ja razem z nimi. Nie miałam nic przeciwko Draconowi, o ile zachowywał się w porządku. Niestety bardzo często był denerwujący.
Rudzielec uniósł wysoko butelkę piwa.
- Za najlepszą drużynę!- krzyknął.
- Za najlepszą drużynę!



Będąc już w objęciach Morfeusza, coś zakłóciło mój spokój. Nagle zobaczyłam przed sobą czarne drzwi. Stałam naprzeciwko nich w ciemnym korytarzu. Wiedziałam jednak że to nie moje nogi dotykają czarnej, kamiennej posadzki. Nikogo nie było w zasięgu mojego wzroku, lecz na pewno nie byłam sama. Czułam obecność kogoś jeszcze. Wyciągnęłam rękę w stronę drzwi. Te jednak zdawały się oddalać. Starałam się z całych sił, żeby nie poddać się tej dziwnej sile, która ciągnęła mnie do tyłu.
Wcale nie chciałam przejść przez te drzwi, ale ktoś inny owszem. Przed oczami błysnęła mi zieleń czyiś oczu.
Harry.
Obudziłam się dysząc ciężko. Jak to było możliwe? Nie musiałam się długo zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że nie śnił mi się mój sen. Rozejrzałam się po dormitorium, nieprzytomna. Było ciemno, a jedynym źródłem światła był blask księżyca, wpadający przez okno. Moje współlokatorki spały. Zegarek na moim nocnym stoliczku wskazywał trzecią nad ranem. Opadłam ciężko na poduszki. Wzięłam kilka głębokich oddechów. Czemu śnił mi się sen brata?

                                                                                     ***

Widziałem ją. Czułem ją. Jak to możliwe? Jak to możliwe, że czułem ją w swoim śnie? Nie była jego częścią. Ona była tam ze mną. Patrzyła moimi oczami. Ruszała moim ciałem. A może tylko mi się to wydawało? Niestety wiedziałem aż za dobrze że to nie możliwe. Nie mogło mi się to pomylić. Jej obecność zdawała się wręcz namacalna. A te drzwi...
- Wszystko w porządku Harry?- wymamrotał Ron. Słyszałem troskę w jego głosie.
- Tak... Tak. To tylko zły sen.- odpowiedziałem.- Zejdę na dół.
- Po co?
Nie odpowiedziałem. Wyszedłem z dormitorium i zbiegłem szybko po schodach, pragnąc usiąść w moim ulubionym fotelu i wszystko przemyśleć. W kominku nadal trzaskał ogień. Fotel był jednak zajęty przez kogoś innego.
- Co ty tu robisz?- zdziwiła się Talia.
- A ty?- odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Nie mogłam spać.- rzekła po chwili ciszy. Wiedziałem że kłamała.
- Ja też.- skłamałem. Znowu nastała cisza.
Patrzyliśmy w powoli gasnący ogień, rozważając czy podjąć temat. Byłem przekonany że wiedziała. Czułem to. Siedziała skulona, opierając brodę o kolana, które oplotła rękami. Ruszała nerwowo palcami w nieznanym mi rytmie.
- Miałam dziwny sen.- odezwała się w końcu.
- Wiem.- powiedziałem cicho.- To był mój sen.
- Wiem.- szepnęła. Wpatrywała się we mnie swoimi dużymi oczami.
- Ty widziałeś te drzwi i korytarz.- stwierdziła.
- Tak, ale nie mam pojęcia gdzie.- odpowiedziałem. Mówiłem prawdę. Nie mogłem sobie przypomnieć gdzie natknąłem się na te czarne drzwi.
- Czemu ja tam byłam?- spytała.
- Tego nie wiem.- westchnąłem. Talia odwróciła wzrok w stronę okna. Wpatrywała się w idealnie widoczny księżyc. Jej twarz była niemalże taka sama jak mamy. Myślami wróciłem do zdjęcia rodziców, które leżało na dnie mojego kufra. Byliśmy z Talią do siebie podobni, ale też różni. Nie miała wiele z ojca, no może charakter. Poczułem że chcę z nią porozmawiać. Nie mogłem już wytrzymać. Musiałem się komuś zwierzyć.
- Talia?
- Tak?- spojrzała na mnie.
- Na szlabanie u Umbridge... muszę przepisywać zdanie „ Nie wolno opowiadać kłamstw.”. Dostaję wtedy od niej specjalne pióro. Zamiast atramentu...
- Proszę, nie mów mi że daje Ci to pióro które rani dłoń podczas pisania.- warknęła. Jej oczy płonęły, pomimo mroku, widziałem w nich czystą złość. Zastanawiałem się, skąd zna to pióro.
- Niestety.- pokazałem jej dłoń. Zacisnęła usta w cienką linię i przymknęła oczy. Zaczęła ciężko oddychać, jednak uspokoiła się po dłuższej chwili.
- Idź z tym do Dumbledore’a.- powiedziała stanowczo.
- Nie.- wszedłem jej w słowo.- Nie dam jej satysfakcji.
- Harry, tu nie chodzi o zranioną dumę czy satysfakcję. Ta kobieta robi Ci krzywdę. Ona jest szalona.- syknęła. Emanowała złością. Powietrze wokół niej zdawało drgać.
- Talia... Spokojnie.- położyłem jej dłoń na ramieniu, ale przeszył mnie dziwny prąd. Moja siostra wydawała się być w transie.
- Talia!- zawołałem. Potrząsnęła lekko głową i znów wyglądała... zwyczajnie.
- Słucham?- spytała zdezorientowana.
- Wszystko w porządku?
- Tak.- odpowiedziała. Jej wzrok padł na moją dłoń. Westchnęła ciężko, ale była spokojna.
- Proszę Cię, Harry. Musisz to zgłosić.- jęknęła, trzymając moją dłoń przed oczami, oglądając ją uważnie.
- Nie. Co by mi to dało? Ona jest z Ministerstwa.
- No to nie daj się jej.
- Postaram się.- usiadłem na oparciu fotela i objąłem ją ramieniem.- Idź spać.
- Nie chce mi się spać.- powiedziała. Niestety ziewnięcie ją zdradziło.
- Dobranoc.- zaśmiałem się, popychając ja w stronę schodów.
- Dobranoc, Harry.- pomachała do mnie wspinając się po schodkach.
Nie spałem jeszcze długo po jej odejściu.

                                                                                      ***


Leżałem wpatrując się w sufit. Byłem zmęczony, ale nie mogłem zasnąć. Chrapanie Blaise’a stawało się nie do zniesienia. W końcu nie wytrzymałem i cisnąłem w jego kierunku poduszkę. Chrapnął głośno, budząc się z głębokiego snu.
- Stary, nie powinieneś pić przed pójściem spać, bo chrapiesz jak niedźwiedź.- poskarżyłem się kiedy usiadł.
- Stary, nie powinieneś budzić mnie o tej porze, jest dopiero czwarta.- mruknął przeciągając się.
- No to nie chrap.- warknąłem.
- Rozumiem, że jesteś poirytowany dzisiejszym dniem, ale nie wyżywaj się na mnie.- powiedział, rzucając mi poduszkę.
- Poirytowany to mało powiedziane. Jak ja mam się teraz zbliżyć to tej dziewczyny, skoro dostała się do drużyny? Jeśli oni wygrają, nie będę milusi, jeśli my wygramy, ona będzie chciała mnie zabić. Tyle dobrze, że nie jest szukającym.
- Ja myślę że teraz macie wspólny temat. Możesz zaproponować jej prywatne lekcje.- mrugnął do mnie.
- Prywatne lekcje? Chyba nie za dobrze się czujesz. Nie będę pomagać wrogom.
- Wiesz, teraz nie jest twoim wrogiem, a przynajmniej masz się o to postarać.- stwierdził.
- No wiem, wiem. Ale Quidditch się nie liczy. Nie będę jej pomagał.
- Możesz też się z nią podrażnić. Wbrew pozorom, dziewczyny to lubią.- parsknął.
- Ona ma chyba dość droczenia.- przeczesałem dłonią włosy, opierając się o podgłowie łóżka.
- Nie wiem jak mam Ci pomóc, spoko krytykujesz każdy mój pomysł. A skoro już o niej mowa, to zaczepiłeś ją po naborach?
- Nie. Szła z Angeliną i resztą drużyny.- westchnąłem. Po południu wszyscy Ślizgoni postanowili popatrzeć jak idą nabory do drużyny Gryffindoru. Bawiliśmy się idealnie, kiedy Wieprzlej ledwo trzymał się na miotle.
- Okazja była dobra. Co sądzisz o jej zdolnościach? Może to ona powinna Cię pouczyć, co?- uśmiechnął się zgryźliwie.
- Uważaj na to co mówisz.- posłałem mu mordercze spojrzenie.- Może i umie się utrzymać na miotle, ale nic więcej.
- Ja bym to określił inaczej, ale nie będę się już kłócił.- wzruszył ramionami.
- Ojciec ciągle przysyła mi te cholerne listy. Nie pisze o niczym innym. Mam tego dość.- powiedziałem, już bardziej łagodnie. Zabini był jedyną osobą z którą mogłem rozmawiać o takich sprawach. Był też moim najlepszym przyjacielem, ale nie przeszkadzało mu to we wnerwianiu mnie.
- Wiesz, teraz jest to bardzo ważne. Dużo od tego zależy.- odrzekł, ale wiedziałem że też nie jest tym zadowolony.
- Zdaję sobie z tego sprawę, ale jestem jego synem. Nie ważne jak dobre, albo złe mam stopnie. Nie ważne czy dostałem się do drużyny. Nic nie jest dla niego ważne. Uzależnił się od Czarnego Pana.
- To on trzyma go przy życiu. Wiemy jaki jest twój ojciec. Uczepi się każdego, kto może mu coś zaoferować, a Czarny Pan oferuje jemu i jego rodzinie bezpieczeństwo.To dużo.- stwierdził. Miał rację i wiedziałem to. Czasami po prostu wolałem żeby wszystko wyglądało inaczej. Czasami.
- Jak tam z Pansy?- dodał po chwili.
- A jak ma być?- zdziwiłem się.
- No wiesz, prowadzacie się ze sobą i wszyscy wiemy, że najchętniej już by otrzymała od Ciebie pierścionek zaręczynowy.
- Nie prowadzam się z nią, to ona się mnie uczepiła.- warknąłem.
- Czyli nic?
- Absolutnie nic, ale może się przydać.- powiedziałem.
- W czym?
- W utrzymaniu pozorów. Nikt nie może się dowiedzieć co kombinuję, a ona jest idealną zasłoną.- wytłumaczyłem.
- Też racja.- padł z powrotem na poduszki.- Mów sobie co chcesz, ale ta Potter jest niezła w Quidditczu.- pomimo że było ciemno, wiedziałem że się uśmiechał.
- Zamknij się.
- A jak się z tym czujesz? Tak naprawdę?- spytał nagle.
- Z czym?- mruknąłem czując już jak wraca zmęczenie.
- Z tą misją.
- Szczerze, to nie mam pojęcia jak się mam za to zabrać, a co dopiero, czy mi się uda. Ta dziewczyna jest strasznie skomplikowana.
- No, no, no. W końcu jakaś okazała się wyzwaniem a nie łatwą zdobyczą.
- Dobrze wiesz że nie o to chodzi. Nie mam jej w sobie rozkochać, tylko sprawić, żeby mi zaufała. Nie wiem tylko jak to zrobić.
- Twój ojciec napisał „za wszelką cenę”. Jeśli nie uda Ci się z nią zaprzyjaźnić, to możesz ją uwieść.
- Jesteś debilem, Blaise.
- Ja? To ty nie umiesz zrobić tego inaczej. Myślisz że szeptanie jej do ucha sprawi że będzie chciała się z tobą zaprzyjaźnić? Ty ją ewidentnie uwodzisz.- zaśmiał się.
- Skoro jesteś taki mądry, to sam kup jej bransoletki przyjaźni i wykaż się. Chętnie to zobaczę.- syknąłem.
- Niestety, to nie moja misja. Draco, ja nie mówię że nie powinieneś jej uwieść. Moim zdaniem to będzie bardziej skutecznie. Nie odmówi chłopakowi, który skradł jej serce.
- Nie chcę jej serca.
- Ale Czarny Pan chce. Możesz podać mu je na talerzu.- stwierdził.
- Dobra, idź spać, bo zaczynasz bredzić.- warknąłem, chowając głowę w poduszki. Blaise nic nie odpowiedział. Po chwili znowu usłyszałem jego, tym razem ciche chrapanie. Byłem jednak tak zmęczony, że nie przeszkadzało mi to. Zasnąłem po krótkiej chwili.

                                                                                  ***

Poniedziałek. Obudziła mnie Hermiona. Okazało się że spałam o wiele za długo i zostało mi tylko piętnaście minut do rozpoczęcia lekcji. Zerwałam się z łóżka w błyskawicznym tempie i ubrałam się w szaty. Włosy w pośpiechu upięłam w kok. Czysta i gotowa pobiegłam razem z Hermioną na eliksiry. Burczenie w brzuchu przypominało mi, jakie dobre śniadanie przegapiłam.
- Czemu mnie nie obudziłaś?- wydyszałam.
- Sama zaspałam! Nie mam pojęcia dlaczego.- jęknęła.
Przed klasą zobaczyłam mojego brata i Rona.
- Wziąłem dla was tosty.- szepnął wciskając nam do rąk po toście. Wepchnęłam go sobie do buzi, rozkoszując się jego smakiem.
- Dzięki Ron.- powiedziałam.
Byłyśmy z Hermioną dostatecznie szybkie, żeby jeszcze czekać na nauczyciela. Snape spóźniał się.
Rozmawiając z Hermioną, poczułam na sobie czyiś wzrok. Rozejrzałam się. Oczywiście Draco Malfoy uśmiechał się łobuzersko. Uniosłam brew. Te jego gierki zaczynały mnie denerwować.Mrugnął do mnie, ja tylko pokręciłam głową. Czemu mnie mógł mnie zostawić w spokoju? A chcesz tego?; odezwała się moja podświadomość. Przypomniał mi się dzień, w którym nazwał Hermionę szlamą. Znałam odpowiedź. Tak. Wreszcie usłyszeliśmy kroki profesora.
- Do klasy, na miejsca i ma być idealna cisza. Zaraz do was dołączę. Malfoy, na słówko.- warknął. Wszyscy uczniowie ustawili się do kolejki i pojedynczo wchodzili do klasy. Stałam na jej końcu. Kontem oka dostrzegłam Wysokiego mężczyznę o długich jasnych włosach. Domyśliłam się że to ojciec Malfoya. Chłopak był jego młodszą kopią. Zauważył, że się na niego patrzę.
- Dzień dobry, panno Potter.- uśmiechnął się, odsłaniając rząd idealnie prostych, białych zębów.
- Dzień dobry.- odparłam cicho. Napotkałam wzrok Dracona. Nie wyglądał na szczęśliwego. Miałam przeczucie, że relacje z jego ojcem nie mają się najlepiej. Tylko czemu Pan Malfoy przybył do szkoły? Posłałam Draconowi pocieszający uśmiech. Odwzajemnił go, ale nie dotarł do jego oczu. Weszłam do klasy.

                                                                                       ***

- Witaj Draco. Severusie, możesz wrócić do klasy. Chcę pomówić z synem.- powiedział ojciec z wyższością.
- Lucjuszu.- Snape skinął głową. Odczekaliśmy, aż mężczyzna zniknie za drzwiami.
- Nastąpiły pewne zmiany, synu.- zaczął.
- Zmiany?
- Czarny Pan nie może czekać do wakacji. Dziewczyna będzie nam potrzebna w ferie świąteczne. Wszystko jest już ustalone, plan gotowy. Reszta jest w twoich rękach, chłopcze.
- Ferie?! Jak mam sprawić, by zaufała mi do ferii?- wycedziłem przez zęby, zniżając głos. Nikt nie mógł nasz usłyszeć.
- To jest twoje zadanie, Wykaż się, a zostaniesz nagrodzony. Nawal, a konsekwencje będą spoczywały nie tylko na tobie, ale na całej rodzinie.- wysyczał groźnie.
- Postaram się, ojcze.
- To nie wystarczy. Musi Ci się udać.
- Ja...- nie dokończyłem, widząc dyrektora szkoły. Szedł w naszym kierunku.
- Dzień dobry, Lucjuszu! Cóż za miła niespodzianka!- przywitał się – Co Cię do nas sprowadza?
- Witaj Albusie. Przybyłem, żeby przekazać Draconowi złe wieści. Jego babka odeszła wczoraj w nocy.- westchnął, idealnie udając smutek. Poszedłem jego śladem.
- Ach, to rzeczywiście bardzo złe wieści. Moje kondolencje, Lucjuszu. Chcesz zabrać młodego Pana Malfoya do domu?- zapytał starzec z zatroskaną miną.
- Och nie, Albusie. To bardzo ważny rok. Nim się obejrzymy, Draco będzie ostatni raz powtarzał materiał do SUM’ów. Nie może zaniedbać szkoły. Chciałbym jednak, żeby wrócił do domu tydzień przed feriami. Nasza rodzina chce się wtedy pożegnać z babcią. Bardzo chciała, aby pogrzeb odbył się zimą. Draco powinien być wtedy z nami.- odpowiedział ojciec.
- Nie wydaje mi się, aby był z tym jakiś problem.- odparł dyrektor.
-  Wrócę już do klasy.- wtrąciłem się. – Do widzenia, ojcze.
Zostawiłem ich. Spojrzenia wścibskich uczniów wcale mnie nie zrażały. Nic mnie nie obchodziły. Jednak napotkałem wzrok ciekawskich, przenikliwych oczu. Były zielone. Talia patrzyła mi prosto w oczy. Mogłem w jej tęczówkach zobaczyć wszystkie pytania, które chciała mi teraz zadać. Wiedziałem jak bardzo chce dowiedzieć się czegoś ode mnie. Posłałem jej zgryźliwy uśmiech i zająłem miejsce obok Blaise’a.
- Czego chciał twój staruszek?- szepnął mój sąsiad.
- Później.- odpowiedziałem.
- Skoro pan Draco zaszczycił nas wreszcie swoją obecnością, możecie zacząć przygotowywać eliksir słodkiego snu. Jest on bardzo pracochłonny. Macie dwie godziny, a wszystkie instrukcje znajdziecie w książkach.- burknął nauczyciel.
              
                                                                                      ***

Spakowałam książki do torby. Minęła ostatnia lekcja, był piątek. Tydzień minął mi bardzo spokojnie, pomijając masę prac domowych. Nie marzyłam o niczym innym, niż paść na wygodną kanapę w Wierzy Gryffindoru. .  Niestety kiedy tam dotarłam, okazało się że wypoczynek na kanapie nie wchodził w grę. Bliźniacy demonstrowali swój nowy wynalazek, a wokół nich zgromadziła się masa uczniów. Poszłam szybko do dormitorium, przebrałam się w koszulę flanelową i czarne dżinsy. Następnie wyszłam z zamku, kierując się na błonia. Tam usiadłam, opierając się o drzewo i zaczęłam pisać wypracowanie które zadała nam profesor McGonnagall. Słońce zaczynało przybierać bardziej pomarańczowy kolor, co spowodowało piękne refleksy na niebie. Odłożyłam pióro by rozkoszować się tym widokiem. Nagle moich uszu doszły dźwięki kłótni.
- Pansy, daruj sobie!- krzyknął męski głos.
- Nie wtrącaj się!- pisk dziewczyny był coraz głośniejszy, co oznaczało że kłócąca się dwujka była coraz bliżej.
- Wracaj do zamku, na Merlina! Draco się wścieknie!- rozpoznałam biegnącego w moim kierunku Blaise’a Zabiniego. Dopiero po chwili zobaczyłam, że biegnie on za kimś. 
Tym kimś okazała się Pansy Parkinson. Szła z dumnie podniesioną głową, nie zwracając uwagi na ciemnoskórego chłopaka.
- Hej ty, Potter!- zawołała, najwidoczniej wściekła.
-Witaj Pansy.- odparłam grzecznie. Naprawdę nie miałam ochoty na kolejną aferę. Poza tym, z doświadczenia wiedziała, że bycie miłym daje Ci stu procentową wygraną, jeśli chodzi o kłótnie. Może to wyprowadzić drugą osobę z równowagi, ale tak długo jak sama byłam spokojna, nie za bardzo się tym przejmowałam. Obietnica, którą złożyłam Dumbledore’owi nie dawała o sobie zapomnieć.
- Dobrze Ci radzę, odczep się od Dracona. On Cię nie chce.- piszczała ciskając swoim spojrzeniem błyskawice.
- Pansy, to nie ja uczepiłam się jego ramienia jak rzep.- powiedziałam spokojnie.
Zrobiła oburzoną minę.
- Zazdrościsz mi i tyle! On jest zainteresowany mną i nie możesz tego znieść. Jeśli myślisz, że zdołasz mi go odebrać, to jest mi Ciebie żal.
- Draco nie jest rzeczą, więc masz rację, nie mogę Ci go odebrać. Nie przejmuj się, Parkinson, nie jestem zainteresowana.
- Nie kłam, widzę jak patrzysz na mojego Dracona. Marzysz o tym, żeby traktował Cię tak jak mnie.- rzekła.
- Jeśli chodzi Ci o to jak romantycznie nie zwraca na Ciebie uwagi i warczy na każde słowo które padnie z twoich ust, to tak. Marzę o tym.- powiedziałam, rozciągając się wygodnie na trawie. Usłyszałam chichot Blaise’a.
- Zamknij się Blaise! A ty nawet nie wiesz o czym mówisz, Potter! Zazdrościsz mi i tyle. Ty nie masz przyjaciół, twój brat unikał Cię przez lata a rodzice smażą się w piekle. Nie wspominając już o tym, że nie specjalnie chwalili się twoim przyjściem na świat.- syknęła.
Jej słowa podziałały na mnie, jak płachta na byka. Zerwałam się z ziemi i podeszłam do niej zdecydowanym krokiem, zatrzymując się kilka centymetrów przed nią.
- Nie waż się tak do mnie mówić.- warknęłam, patrząc jej prosto w oczy. Zauważyłam w nich strach.
- Talia!.- zawołał Zabini. Próbował mnie od niej odciągnąć, ale wyrwałam się.
- To prawda, Potter. Bądźmy szczere. Jesteś zbędna. Nikomu na tobie nie zależy.- szepnęła Pansy, ale nie była już tak pewna siebie.
- Zamilcz.- wycedziłam przez zęby.
- Zerem, Potter. Jesteś zerem.- powtarzała.
- Pansy, ucisz się!- wtrącił się Blaise.
- Zerem.
- POWIEDZIAŁAM ZAMILCZ!- ryknęłam na całe gardło. Owładnęła mną furia. Czułam ogień w żyłach. Nienawiść wypełniła cały mój umysł. Serce chciało przebić się przez moją klatkę piersiową. Obraz przede mną pulsował.

                                                                                      ***

Nie mogłem już nic poradzić. Talia wyglądała przerażająco. Jej źrenice powiększyły się. Nie widziałem już intensywnej zieleni, tylko głęboką, czystą czerń. Oddychała Ciężko, dłonie zacisnęła w pięści.
- Zerem.- powtórzyła bezgłośnie Pansy ze złośliwym uśmieszkiem. Talia nie dała rady. Z jej piersi wydobył się przeraźliwy krzyk.
W następnej chwili, odepchnięta przez potężną siłę, Pansy poleciała parę metrów dalej. Nie mogłem teraz panikować. Pobiegłem do niej.  Leżała na ziemi z pół przymkniętymi oczami. Cała się trzęsła. Jej ciało przeszywały pojedyncze spazmy. Mamrotała coś niezrozumiałego. Twarz miała wykrzywioną z bólu.
- Pansy, spokojnie. Już spokojnie.- podniosłem jej głowę i położyłem ją sobie na kolanach.

                                                                                      ***

Ból. Moją klatkę piersiową przeszedł promieniujący ból. Był nie do zniesienia. Padłam na kolana. Poczułam na policzkach łzy. Ból nie znikał. Podniosłam wzrok. Mimo łez, zdołałam rozpoznać Blaise’a. Na jego kolanach coś leżało.
Pansy.
Podniosłam się, próbując ignorować pieczenie z całych sił.
- Blaise.- jęknęłam. Poczułam jak gardło mi się zaciska.
- Talia, uspokój się. Musisz być spokojna.- ostrożnie położył głowę Pansy na ziemię. Wyglądała strasznie. Podszedł do mnie i położył mi dłonie na ramionach.
- Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Potrafię jej pomóc. Usunę jej to z pamięci. Będzie dobrze.- mówił uspokajającym głosem. Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, wybuchnęłam płaczem, co pogorszyło tylko ból. Zabini podtrzymał mnie mocniej, bo kolana się pode mną uginały.
- Nic nie będzie dobrze.- jęknęłam w jego bluzkę.- Co to w ogóle było?
- Ja nie mogę Ci powiedzieć, przepraszam. Ale spokojnie, wszystko będzie dobrze.- zaczął gładzić moje plecy, co podziałało na mnie uspokajająco.
- To ja?- spytałam, ocierając łzy. Jeszcze nigdy nie byłam tak zagubiona. Nie miałam pojęcia co się stało, co się działo i co będzie. A do tego to pieczenie, okropnie mocne pieczenie...
- Niestety tak.- odparł.- Muszę zająć się Pansy. Wracaj do zamku, musisz się uspokoić. Wiem że to dziwnie zabrzmi, ale zrobisz najlepiej, jeśli pójdziesz do Malfoya.
- Dlaczego?- stęknęłam. Mówienie zaczynało boleć.
- Idź do niego. On Ci pomorze.
- Dobrze.- nie miałam siły się sprzeciwiać. Nie chciałam też, żeby Harry zobaczył mnie w takim stanie.
Blaise wypuścił mnie z objęć. Odczekałam chwilę, aby się upewnić, czy mogę stać o własnych siłach. W końcu ruszyłam z stronę zamku. Boleści w klatce piersiowej nie ustępowały.
Mój umysł był przeciążony. Czułam się jakbym zaraz miała wybuchnąć. Nie wiedziałam jak się znalazłam w pokoju wspólnym Ślizgonów. Czy wejścia nie strzegł portret? Nic nie pamiętałam. Pokój był pusty. Panowała w nim zieleń. Na jego środku stały trzy duże, skórzane kanapy. Na jednej z nich siedział Malfoy.

                                                                                      ***

Siedziałem rozciągnięty wygodnie w pokoju Ślizgonów, czytając książkę. Rozkoszowałem się ciszą i spokojem. Nikogo nie było. Niestety coś zakłóciło ten spokój. A raczej ktoś. Usłyszałem kroki i ciężki oddech. Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Wyglądała okropnie. Policzki miała mokre od łez, oczy czerwone i duże ze strachu, włosy lekko potargane. I ból wymalowany na jej twarzy. Poczułem lekkie ukłucie w sercu.
- Draco...- jęknęła. Momentalnie podniosłem się z kanapy i podbiegłem do niej.
- To boli.- żaliła się. Objąłem ją ramieniem.
- Chodź, zaprowadzę Cię w spokojne miejsce.- powiedziałem cicho.
Zdziwiłem się, kiedy poczułem jak słaba była. Jej nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa. Ojciec ostrzegał mnie przed tym, ale nie miałem pojęcia, że mogło być aż tak źle. Ledwo powstrzymywała jęki. To rzeczywiście musiało boleć. Zamknąłem drzwi od mojego dormitorium. Posadziłem ją na małej kanapie, stojącej w koncie. Od razu zwinęła się w kłębek, ściskając się na klatkę piersiową.
- Co się stało.- zapytałem po dłuższej chwili.
- Nie wiem... Nie pamiętam.- wymamrotała. Jednak zaraz otworzyła wcześniej zamknięte oczy.
- O nie... Pansy... Ja... Ja ją skrzywdziłam. Zrobiłam jej krzywdę.- jęczała. Znowu zaczęła wpadać w panikę. Usiadłem obok niej i przyciągnąłem do siebie, ściskając mocno.
- Spokojnie.- szepnąłem. Barek stojący naprzeciwko zaczął się niepokojąco trząść.
- Cii, już spokojnie. Pamiętasz, czy ktoś tam jeszcze był?
- Blaise.
- On się wszystkim zajmie. Nie martw się.- głaskałem ją uspokajająco po włosach.
- Czemu to tak boli? Co to jest?- jęknęła. Już kompletnie opadła z sił.
- Rozumiem, że nikt Ci jeszcze nie wytłumaczył?
- Czego? 
- Powiem Ci, jak nabierzesz sił.
- To tak strasznie boli...
- Gdzie?- spytałem.
- Klatka piersiowa, głowa, dłonie...
- Wszystko.- dokończyłem, a ona ledwie wyczuwalnie kiwnęła głową.
- Położę Cię spać.- rzekłem.
- Nie będziesz mnie niósł do Wierzy Gryffindoru.- zaprotestowała.
- Nie mam takiego zamiaru. Będziesz spać tutaj.
- Ale...
- Żadnych ale.- uciszyłem ją. Wstałem, ostrożnie podniosłem Talię i położyłem ją na moim łóżku.
- Nie wytrzymam, Draco. To jest nie do zniesienia.- mamrotała w poduszkę.
- Wiem, ale to minie. Jak się obudzisz, wszystko będzie już w porządku.- zapewniłem ją. Gdyby zobaczył mnie teraz Zabini...
- Mogę Cię o coś prosić?- wychrypiała, już powoli zasypiając.
- Zależy.
- Nie chcę być sama...
- Nie będziesz.- westchnąłem. Usiadłem obok niej i na dowód wziąłem ją za rękę
- A teraz śpij.- rozkazałem.
Nie tak wyobrażałem sobie piątkowy wieczór, ale wiedziałem, że byłem o krok dalej.
                                                                                     
                                                                             ***

Nie chciałam otwierać oczu. Byłam wykończona. Powoli wszystko zaczęło do mnie wracać.
Błonia, Pansy, Blaise, złość, a potem już tylko ból i widok ciała Pansy targanego spazmami. Otworzyłam oczy. Pokój, w którym się znajdowałam był w strasznym stanie. Powybijane okna, popękane ściany, szkło walało się po podłodze, porozlewany alkohol... Dopiero po chwili zorientowałam się, że byłam wtulona w czyjeś ramie. Merlinie...
- Dzień dobry.- mruknął Draco. Podniosłam się powoli. Ból już minął.
- Co się tutaj stało?- ziewnęłam.
- Cóż, najwidoczniej śniło Ci się coś złego.- odezwał się inny głos. Spojrzałam na drugi koniec pokoju. Blaise Zabini leżał na łóżku, uśmiechając się do mnie.
- Zaraz to naprawię.- dodał. Jedno machnięcie jego różdżki i wszystko wróciło do normy.
- Przepraszam.- powiedziałam cicho.
- Nie przepraszaj, nic nie mogłaś na to poradzić.- odparł Malfoy.
- Jak ja ... TO robię?
- Robisz to niekontrolowanie.- zaśmiał się Blaise. Draco spiorunował go wzrokiem.
- Do tego już doszłam, ale...
- Obiecałem, że wszystko Ci powiem, ale nie teraz i nie tutaj.- powiedział  blondyn.
- Nadal Cię boli?- spytał.
- Nie, już nie.- odpowiedziałam pocierając klatkę piersiową.- Zaraz, jak to możliwe? Czemu ja nic nie wiem, a ty tak?- oburzyłam się.
- To też Ci wytłumaczę.- parsknął Draco.
- W takim razie masz mi dużo do wyjaśnienia. Jak się czuje Pansy?
- Dobrze. Uleczyłem ją i wymazałem tamto zajście z pamięci.- odpowiedział Blaise.
- Nikt inny tego nie widział, prawda?- spytałam niepewnie.
- Nikt.- odparł Draco. Nadal siedział obok mnie.
- Która godzina?- dopytywałam się.
- Jest dopiero siódma wieczorem. Spałaś dwie godziny.
- Macie tutaj...
- Łazienka jest za tamtymi drzwiami.- przerwał mi Draco, wskazując odpowiednie drzwi.
- Dziękuję.- mruknęłam. Szybko zeskoczyłam z łóżka. Za szybko, bo zakręciło mi się w głowie. Przytrzymałam się szafki.
- Wszystko w porządku.- powiedziałam i ,tym razem wolniej, poszłam do łazienki. Była sporych rozmiarów. Stała tam wanna i duży blat z dwiema umywalkami, wykonanymi z czarnego kamienia. Nad blatem wisiało lustro. Wyglądałam okropnie. Przyglądając się sobie, dostrzegłam coś dziwnego. Rozpięłam pierwsze trzy guziki koszuli. Moim oczom ukazały się świeże blizny. Były sine, wyglądały jak pęknięcia na szkle. Na szczęście nie bolały.
- Cholera, co się ze mną dzieje...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz