niedziela, 18 października 2015

Rozdział XIII Eliksir i inne nieprzyjemności

Dobry wieczór! O rany! Muszę przyznać, że trochę
się boję waszej reakcji na ten rozdział. Włożyłam 
dużo pracy w szczęśliwą XIII i mam nadzieję, że 
nie nawaliłam. Prosiłabym o dzielenie się swoimi
opiniami w komentarzach, sprawiło by mi to 
wielką radość :D Miłego czytania ;)


Panna Potter





Dziewczyny wpadły w szał. Spędziłyśmy w sklepie trzy godziny w poszukiwaniu idealnych sukienek na bal. Ginny wraz z Angeliną przymierzyły ich setki. Luna, Hermiona i ja nie pałałyśmy takim entuzjazmem, choć widziałam, że Hermionie podobało się to bardziej, niż okazywała. Kierowniczka sklepu, jedyna pracująca tam osoba, była w niebo wzięta. Okazało się, że w wiosce był jeszcze jeden sklep, z którym konkurowała. Ucieszyła się, że wybrałyśmy jej zakład. Po przymierzeniu pięciu sukienek, znalazłam tą, w której czułam się najlepiej. Luna też szybko się zdecydowała. Hermiona długo się wahała, ale razem z Ginny namówiłyśmy ją na kupno ostatniej sukienki, którą przymierzyła. Angelina zwracała dużą uwagę na szczegóły, więc znalezienie ideału zajęło jej dużo czasu. Ginny najzwyczajniej nie chciała przestać przymierzać kolejnych sukienek. Gdyby mogła, kupiłaby je wszystkie. W końcu jednak dokonała wyboru. Wszystkie nasze kreacje były uszyte własnoręcznie, bez użycia magii, przez kierowniczkę, podobnie jak reszta strojów, co sprawiało, że suknie zdawały się jeszcze piękniejsze. Każdy detal był idealnie dopracowany, nie było żadnej niteczki, która by wystawała. Podziękowałyśmy jej  i opuściły sklep.
- Ale była zabawa - powiedziała Luna, ściskając zapakowaną suknię.
- Zgodzę się z tobą, ale na następnym razem idę bez Ginny - zaśmiałam się.
Ruda pokazała mi język.
- Talia, jak nazwałaś w końcu swoją sówkę? - spytała Hermiona.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nadal nie wymyśliłam imienia dla sowy, którą dostałam od Herry'ego.
- Jeszcze nie - przyznałam.
- Może Carma? - zaproponowała Luna.
Wszystkie zwróciłyśmy spojrzenia w jej stronę.
- Idealne imię! Dzięki - odparłam, uśmiechając się do niej.
- Skoro już ustaliłyśmy imię twojej sówki, to co powiecie na Trzy Miotły? Napiłabym się czegoś ciepłego - odezwała się Angelina.
- Jestem za - zawołała Ginny.
Rozmawiając o głupotach, udałyśmy się do pubu. Było tam bardzo tłoczno, ale udało nam się znaleźć wolny stolik na samym końcu pomieszczenia. Na szczęście stał nieopodal kominka. Kiedy dziewczyny się rozsiadły, poszłam zamówić napoje i przekąski. Idąc do baru, dostrzegłam przy nim jasną czuprynę, którą dobrze znałam.
- Cześć - przywitałam się.
- Och, to ty - odparł Draco, nawet na mnie nie patrząc.
Moje obawy się potwierdziły.
- Co słychać?
- Nic nowego - powiedział, ewidentnie niezainteresowany dalszą rozmową.
Już chciałam się zapytać, o co mu chodziło (znając oczywiście odpowiedź), ale barmanka skończyła obsługiwać klienta stojącego przed Draconem. Chłopak złożył zamówienie i odszedł, ignorując mnie kompletnie. Patrzyłam jak wracał do stolika, dość blisko naszego.
- A tobie co podać, kochanie? - spytała barmanka w średnim wieku, przywołując mnie do rzeczywistości.
- Dwa kremowe piwa, trzy kubki gorącej czekolady i pięć babeczek z jagodami.
- Już się robi. - uśmiechnęła się do mnie ciepło.
Wróciłam do stolika, mijając ten, przy którym siedział Malfoy, razem z Blaisem, Teodorem, Pansy, Tracey i Dafne. Parkinson spojrzała na mnie z wyższością, na co postanowiłam nie zwracać uwagi. Blaise za to uśmiechnął się do mnie. Na szczęście nikt tego nie zauważył. Odwzajemniłam uśmiech poszłam dalej.
- Malfoy Ci dogryzł? - zwróciła się do mnie Angelina.
Machnęłam tylko ręką.
- Nie potrafi znieść tego, że wygraliśmy.
- Cóż, powinien się już przyzwyczaić do smaku porażki - zaśmiała się złośliwie.
Wymusiłam śmiech, zastanawiając się, jak miała wyglądać następna lekcja ze Ślizgonem. Skoro miał się tak zachowywać, wolałabym nie iść do Pokoju Życzeń w poniedziałek.
W międzyczasie przyszła kelnerka z naszym zamówieniem. Już chciałam sięgnąć do torby po pieniądze, co okazało się niemożliwe, bo torby nigdzie nie było.
- Chyba zostawiłam torebkę w sklepie - jęknęłam.
- Nie przejmuj się, ja zapłacę, a ty po nią idź - powiedziała Hermiona.
- Pójdę z tobą - wtrąciła  Luna.
Założyłyśmy kurtki i opuściłyśmy lokal.
Większość drogi szłyśmy w milczeniu. W końcu jednak odważyłam się zadać nurtujące mnie pytanie.
- Jak to było, kiedy twoja mama posiadała moc?
Luna zastanowiła się chwilę.
- Nigdy nie miała większych kłopotów z panowaniem nad nią. Potrafiła robić niezwykłe rzeczy. Nigdy nie byłam chora dzięki niej. Pomagała mi zasypiać, kiedy byłam mała. Jeśli ty też nauczysz się kontroli, zaczniesz postrzegać moc jako dar - powiedziała, uśmiechając się pogodnie.
- Jak mogę mieć ją za dar? Przecież...
- Mama nigdy nie żałowała, że to na nią padło. Starała się korzystać z niej rozsądnie i w dobrych celach. Masz w sobie coś, co może pomóc niejednej osobie.
Poczułam rumieńce pojawiające się na moich policzkach. Luna miała rację. Narzekałam na coś, co mogłam wykorzystać.
Odebrałyśmy torebkę ze sklepu. W drodze powrotnej, Luna opowiadała mi o swojej mamie. W jej głosie słychać było podziw i miłość. Nie dziwiłam się. Z tego co się dowiedziałam, jej mama była wcieleniem dobra.
Pogrążona w rozmowie z Luną, wpadłam na kogoś, wchodząc do Trzech mioteł. Na moje nieszczęście tym kimś okazał się Malfoy. Spojrzał na mnie z niemalże obrzydzeniem, po czym ruszył dalej. Tego było już za wiele. Już chciałam go dogonić, ale czyjaś dłoń mnie powstrzymała.
- Nie radzę. Jeszcze nie ochłonął po meczu - szepnął Nott.
Widziałam, że też nie był zadowolony z powodu przegranej, ale przynajmniej się na mnie nie wyżywał.
- Mam przyjść w poniedziałek? - spytałam.
- Tak. Nie przejmuj się, to tylko chwilowe - uśmiechnął się i odszedł w stronę znajomych, którzy byli już kawałek dalej.
- Miły chłopak - odezwała się Luna.
- Tak... Chodźmy już, dziewczyny czekają - mruknęłam, otwierając przed nią drzwi.
Reszta pobytu w Hogsmeade minęła w miłej atmosferze, ale już nie uczestniczyłam w paplaninie koleżanek, czego na szczęście nie zauważyły.

Po powrocie schowałam zakupy do kufra i udałam się do biblioteki. Wszystkie eseje leżały skończone w mojej torbie, ale podobnie jak Hermiona, potrafiłam tam znaleźć spokój, który był mi niezbędny tego felernego dnia. Złość Ślizgona była zrozumiała, ale gdybyśmy przegrali, nie zachowywałabym się w taki sposób. Jego wzrok i obojętny ton... To było nie do zniesienia. Siedząc na parapecie między regałami, poczułam w sobie ogień, ale udało mi się go poskromić. Szło mi to coraz lepiej, co zawdzięczałam właśnie tej wnerwiającej fretce.

                                                                             ***

Profesor Snape właśnie zaczynał zajęcia, kiedy usłyszeliśmy otwierające się drzwi. Stanęła w nich Dolores Umbridge, która postanowiła odwiedzać nauczycieli podczas ich lekcji, aby przekonać się, czy ich metody nauczania były prawidłowe i skuteczne. Nie byłem z tego faktu zadowolony, ale przynajmniej potrafiła dopiec gryfonom.
- Och, proszę nie zwracać na mnie uwagi - zaszczebiotała z przysadzistym uśmiechem na twarzy.
- Jak już mówiłem, eliksir rozpaczy jest niezwykle trudny do uwarzenia. Jeden błąd może spowodować nieprzyjemne skutki. Macie dwie godziny. Jeśli..
- Ehm... - odchrząknęła Umbridge.
- Tak? - zwrócił się do niej Snape.
Wydawał się bardziej niezadowolony niż zwykle.
- Mam kilka pytań, jeśli Panu to oczywiście nie przeszkadza.
- Ależ skądże znowu - odparł cicho z nutką sarkazmu.
- Z tego co wiem, starał się Pan najpierw o stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią, zgadza się? - spytała, spoglądając na swoje notatki.
- Tak.
- Niestety, bez skutków? - westchnęła, patrząc na Snape'a z dobrze udawanym żalem.
- Jak widać - syknął.
- Czy uważa Pan, że pańscy uczniowie mają jakiekolwiek problemy z przerabianym materiałem?
- Niech się Pani sama przekona - odparł.
Umbridge spojrzała po klasie.
- Stary, ona mnie przeraża - szepnął Blaise.
- Nie tylko Ciebie - odpowiedziałem.
- Zobaczmy... Pan Weasley!- pisnęła, jakby właśnie wywołała zwycięzcę nagrody tysiąca galeonów.
- Czy może Pan wymienić najważniejsze składniki eliksiru słodkiego snu?
Rudzielec popatrzył zakłopotany po swoich przyjaciołach. Ręka Grangerówny od razu poleciała do góry, jak zwykle zresztą.
"Żałosne" pomyślałem.
- Nie? - westchnęła nauczycielka. - Cóż, trudno.
Pokręciła głową i zanotowała coś na swojej różowej podkładce. Kiedy znowu zajęła swoje miejsce w kącie klasy, wszyscy zabraliśmy się za przygotowanie eliksiru.
Parkinson znacznie mi to utrudniała, ciągle wieszając mi się na ramieniu i próbując zwrócić na siebie uwagę. Nott i Zabini tylko przyglądali się tym scenom, nie zbyt skutecznie ukrywając rozbawienie.
Wreszcie minęły dwie godziny i wszyscy przelali swoje eliksiry do fiolek. Umbridge stanęła za Snapem, przyglądając się każdej próbce i wtrącając swoje uwagi. Dołączyłem się do kolejki. Dopiero po chwili zauważyłem, że przede mną stała Talia. Wiedziałem, że nie okazywałem klasy, zachowując się tak wobec niej, ale cóż. Nie mogłem znieść przegranej.
- Za bardzo się starasz Potter, ale eliksir nie jest aż tak zły jak reszta twoich... Niewypałów - powiedział profesor Snape.
- Przepraszam, ale nie mogę się z Panem zgodzić. Kolor odbiega od wymogów, a konsystencja jest zbyt płynna. To pewnie przez te pogawędki z kolegami...- wtrąciła Pani Dolores.
Brunetka wzięła głęboki wdech, próbując się uspokoić.
- Jestem innego zdania - odpowiedziała, nie spuszczając z Umbridge wzroku.
Ta uniosła lekko brew.
- Kochanie, wybacz, ale nie jesteś tutaj ekspertem...
- Z tego co wiem, Pani też nie - przerwała jej.
Za mną rozległo się kilka westchnień i gwizdów.
- Ta dziewczyna prosi się o kłopoty - szepnął za mną Teodor.
Miał racje. Przyciągała je jak magnez. Na każdej lekcji eliksirów kłóciła się ze Snapem, bez wyjątków. Na obronie przed czarną magią nie było inaczej.
- Nie tym tonem, moja droga. Dla twojej wiadomości, moja wiedza na temat eliksirów...
- Szkoda, że to nie Pani jest naszą nauczycielką eliksirów - Talia znowu nie dała jej dokończyć.
Umbridge już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale głos zabrał Snape.
- Zadowalający. Musisz popracować nad szczegółami - powiedział.
Kociki ust dziewczyn uniosły się delikatnie. Profesor Umbridge zrobiła oburzoną minę.
- Zapamiętam. Do widzenia - pożegnała się.
Już chciała odejść do znajomych, którzy czekali przy drzwiach, ale złapałem ją za rękę.
- Po kolacji - szepnąłem jej do ucha.
Spojrzała mi w oczy z obojętną miną. Kiwnęła i wyszła z klasy.
- Auć. Twoja złośnica się obraziła? - parsknął Blaise.
- Słucham? - syknęła zza jego pleców Pansy.
- Ty idioto - warknąłem cicho, podając fiolkę profesorowi.
- Przepraszam - odparł ze złośliwym uśmieszkiem.
Obiecałem sobie wydrapać mu oczy, jak tylko nie będzie świadków.


                                                                                ***

Opadłem na kanapę w Pokoju Wspólnym. Blizna bolała mnie prawie cały dzień. Było jednak coś, co martwiło mnie bardziej.
- Nie uważasz, że Malfoy ostatnio często kręci się koło Talii? - spytałem Hermionę, która od razu zabrała się za szycie czapek dla skrzatów.
- Czy ja wiem... Nawet jeśli, to wcale się temu nie dziwię. Przecież wiesz, jak bardzo lubi Ci uprzykrzać życie. Nagle okazało się że masz siostrę. Myślisz że odpuściłby sobie taką okazję?
- Wiem, ale coś mi się tu nie podoba. Mogłabyś coś dla mnie zrobić?
- Co takiego?
- Miej na nią oko, kiedy mnie nie ma w pobliżu - odparłem.
- Harry, czy ty aby nie przesadzasz? Przecież Talia nie jest głupia. Umie o siebie zadbać - powiedziała, marszcząc lekko czoło.
- Jest też porywcza i bywa nawet, że lekkomyślna.
- To chyba u was rodzinne - parsknęła.
- Hermiono, proszę Cię. Nie podoba mi się fakt, że Malfoy za nią łazi i nie byłbym taki pewien, że to tylko niewinne zaczepki. Przecież wiesz, że Voldemort i śmierciożercy wiedzą o jej mocach. Malfoy jest synem jednego z nich...
- Wiem do czego zmierzasz i nie chcę tego słuchać, Harry. Jesteś przewrażliwiony na jej punkcie. To twoja siostra, martwisz się o nią, ale trzeba też zachować w tym umiar.
- Nie pamiętasz, co mówił Dumbledore? Ostrzegał nas. Skoro Voldemort jej szuka, to na pewno nie robi tego sam. Z resztą, Talia sama opowiadała nam o napadzie w piekarni i o tym, że ojciec Malfoya był u jej przyszywanej rodziny. Co jeśli Lucjusz chce za pomocą syna dostać się do Talii?
- Jedyne, co możemy teraz zrobić, to uważać, żeby nie dowiedziała się o mocach w niewłaściwy sposób. Skup się na tym, zamiast bawić się w detektywa.  Trzeba zadbać o to, żeby nikt jej nie sprowokował - rzekła stanowczo.
- Przecież właśnie to robię! Dbam o jej bezpieczeństwo.
- Nie, Harry. Jak na razie, to szukasz pretekstów, żeby zamknąć ją w pokoju na Grimmuald Place. Owszem, czyha na nią wiele niebezpieczeństw, ale da sobie radę. Powinieneś się też pomartwić o samego siebie. Doszedłeś do tego, co oznaczają twoje sny?
- Nie... Ale jestem blisko.
Co noc śnił mi się ten sam sen, te same czarne drzwi na końcu ciemnego korytarza. Nie mogłem ich otworzyć, nieważne jak bardzo się starałem. Nagle przypomniał mi się pierwszy rak, kiedy miałem ten sen. Była w nim Talia. Nie śniła mi się, ona tam była, dzieliła tą samą wizję. Nadal nie potrafiłem wyjaśnić jak to było możliwe.


                                                                             ***


- Proszę Cię, nie każ mi iść sama! - błagałam Ginny, wracając z kolacji.
- Przepraszam, ale jeśli nie skończę wypracowania na eliksiry, to dostanę szlaban - tłumaczyła się.
- Napiszę go za Ciebie, będę siedziała nad nim całą noc, ale błagam, chodź ze mną - nie dawałam za wygraną.
- Nie wygłupiaj się, Talia. Dasz sobie radę. Przecież nie pierwszy raz masz do czynienia z naburmuszonym Draconem.
Przystanęłam. Przecież ona miała rację. Już  nie raz Malfoy miał swoje humorki. Czemu tak się tym przejmowałam?
- No dobrze... - poddałam się.
- Nie będzie aż tak źle, poza tym, masz się skoncentrować na sobie i mocach, a nie na nim.
- Wiem... Życz mi powodzenia - zawołałam, wchodząc do dormitorium.
Przebrałam się z szat i związałam włosy w kok. Na szczęście nie spotkałam nikogo po drodze.
Na korytarzu czekali na mnie już Blaise, Teodor i Draco. Miałam ochotę zawrócić.
- Cześć - przywitali się Nott i Zabini.
Kiwnęłam głową, uśmiechając się do nich.
- Dzisiaj nie będziemy Cię torturować - odezwał się Draco ze złośliwym uśmieszkiem na ustach.
- Cóż, twoje zachowanie to wystarczająca tortura, więc dziękuję za wyrozumiałość - prychnęłam.
Malfoy tylko przewrócił oczami.
- Zanim jednak zaczniemy, muszę Ci zadać kilka... istotnych pytań.
- Słucham.
Draco już chciał się odezwać, ale ubiegł go Nott.
- Pozwól, że ja to zrobię - powiedział, powstrzymując uśmiech.
- Czemu? - zdziwił się blondyn.
- Zaufaj mi.
Malfoy patrzył na chłopaka dość nieufnie, ale cofnął się o krok.
- Talia, te pytanie mogą Cię trochę zawstydzić, ale wiedz, że dla mnie będzie to równie niezręczne, więc wykaż się dobrocią, zanim postanowisz mnie zabić - zaczął Teodor.
- Eehm... Nic nie obiecuję - odparłam, szykując się na najgorsze.
- Jakby to ująć... Czy zauważyłaś może, że twoja moc daje o sobie znać, kiedy odczuwasz pozytywne emocje?
- Nie zawsze - odpowiedziałam niepewnie.
- Wiesz może, od czego to zależy?
- Muszę być naprawdę szczęśliwa.
- Dobrze. Teraz muszę Cię zapytać o coś bardziej osobistego.
Kiwnęłam głową. "Merlinie, czuwaj nade mną"
- Czy twoja moc dawała się we znaki, kiedy... Dajmy na to, byłaś z chłopakiem?
CO?!
- Słucham? - powiedziałam, będąc w lekkim szoku.
- Chodzi mi o to, czy czułe gesty, jak na przykład jego dłoń na twojej, wywołują u Ciebie...
- Stop. Czy wam już do końca odbiło? A mówiłeś, że nie będziecie mnie torturować - zwróciłam się do Dracona, który zasłonił usta dłonią, powstrzymując śmiech.
- Nie wiem, do czego zmierzacie i z pewnością nie chcę wiedzieć. Już wolę ciemności - rzekłam, próbując zapanować nad głosem.
Czułam jak moje policzki zaczynały się rumienić.
- Talia, musimy się przekonać, jak reagujesz w poszczególnych sytuacjach. Wiemy już, do czego jesteś zdolna pod wpływem złości, czy też strachu. Pozytywne emocje mogą być równie niebezpieczne.  Nie wiem czy Draco Ci o tym mówił, ale jeden z nosicieli o mało nie zabił swoją żonę, powodując spięcie, kiedy poinformowała go o ciąży.
- Tak? To poinformuj mnie o czymś fajnym, może mi też się uda spowodować spięcie - warknęłam.
Zabini razem z Malfoyem nie wytrzymali.
- Dobrze Ci idzie, stary - powiedział Draco, trzęsąc się ze śmiechu.
Spiorunowałam ich wzrokiem. Ta sytuacja była bardzo niezręczna, nie miałam najmniejszej ochoty poruszać takich tematów.
- Tu chodzi o twoje życie. Chcesz pilnować się na każdym kroku?
- Nie, ale...
- To współpracuj, bo my chcemy Ci tylko pomóc - rzekł już bardziej stanowczo.
Westchnęłam głęboko, nie wierząc, że się na to pisałam.
- No dobrze.
- W taki  razie odpowiedz mi na zadane pytanie.
- Ja... Nie wiem - wymamrotałam, spuszczając wzrok.
Koledzy Teodora przestali się śmiać.
- Jak to? - zdziwił się.
- Normalnie - wycedziłam przez zęby.
Czy on musiał pytać właśnie o TE rzeczy?
- Nigdy nie miałaś z czymś takim do czynienia? - drążył.
- Nie.
- I nigdy nie czułaś czegoś do chłopaka?
- Jakoś nie miałam na to czasu, ukrywając się u zastępczych rodzin, potem mieszkając przez kilka lat w lesie - warknęłam, tracąc cierpliwość.
- Och. W zaistniałych okolicznościach będziemy musieli zmienić taktykę - zwrócił się Blaise'a i Dracona.
- Co masz na myśli? - spytałam poddenerwowana.
Bardzo mi się to nie podobało. Bardzo.
- Pójdziesz dobrowolnie, czy podać Ci eliksir? - parsknął Malfoy.
- Przestańcie się wygłupiać! O co wam chodzi? - zdenerwowałam się.
- Może nie tutaj. Draco, znasz odpowiednie miejsce? - odezwał się Zabini
- Znam - przytaknął.
Po chwili na ścianie zmaterializowały się duże drzwi. Draco wpuścił mnie pierwszą.
Tym razem byliśmy w sali balowej. Nie była jednak duża. Zamiast okien, na ścianach widniały przepiękne ozdoby i obrazy. Wszystko było w kolorach czerwieni, beżu i brązu. Wzdłuż ścian poustawiano tysiące małych świeczek, które były jedynym źródłem światła. Na środku stała staromodna sofa pokryta bordowym aksamitem.
- No, Smoku, muszę przyznać, że znasz się na rzeczy - powiedział Zabini.
Spojrzałam na niego z lekkim przerażeniem.
- Możecie mi w końcu wyjaśnić, na czym polega ta nowa taktyka?
- W pierwszej kolejności chcieliśmy przywołać twoje wspomnienia, zrobić z nich rzeczywiste wizje, z momentu, w których byłaś z kimś dla Ciebie ważnym - Draco spojrzał na mnie wymownie.
- O Merlinie...
- Okazało się, że nie posiadasz takich wspomnień. Musimy więc podać Ci pewien eliksir...
- O nie. Nie, nie, nie. Nie wypiję żadnego eliksiru - przerwałam mu.
- Uspokój się. Nie zrobimy Ci nic złego. To eliksir miłosny, choć przerobiliśmy go trochę. Kiedy go wypijesz, wyzbędziesz się wszystkich negatywnych emocji. Osoba, która jako pierwsza nawiąże z tobą kontakt wzrokowy, wyda Ci się bardzo, hmm... Atrakcyjna. To nie będzie zauroczenie, jednak wszystkie interakcje z nim będą dla Ciebie przyjemne.
- Jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam nic gorszego, a słyszałam wiele - jęknęłam, chowając twarz w dłonie.
- Spokojnie, jeśli dobrze Ci pójdzie, będzie to jedyna taka lekcja. Na następnej zajmiemy się inną formą szczęścia - uśmiechnął się zawadiacko, unosząc jedną brew.
- Czy ty masz pojęcie, jak bardzo Cię w tej chwili nie lubię?- spytałam załamana.
Czułam się jak w pułapce.
- Za chwilę powiesz co innego - wtrącił Teodor.
Oboje z Malfoyem spojrzeliśmy na niego ze zdziwieniem.
- Jak to? - spytaliśmy równocześnie.
- A tak to. Ja nie mam zamiaru ryzykować, Blaise też nie. Draco jest twoim nauczycielem, więc to z nim będziesz się miziać.
- CO?! - pisnęłam, już kompletnie wpadając w panikę - Nie mam zamiaru się z nikim miziać!
- Teodor - warknął Malfoy.
- Nie patrz się tak na mnie. To ty chciałeś jej pomóc - powiedział Teodor z szerokim uśmiechem na twarzy.
- Im szybciej przestaniecie narzekać, tym szybciej z tym skończymy - zawołał Zabini, przywołując nas do porządku.
- Talia - zwrócił się do mnie - Nie panikuj. Chcemy jedynie zobaczyć, jak reagujesz na poszczególne gesty.
- Jakie gesty?
- Na przykład gładzenie po ręce... No wiesz.
- Niestety - jęknęłam.
Z całych sił próbowałam się uspokoić. Wiedziałam, że moje zachowanie było trochę niedorzeczne, ale to wszystko było dla mnie nowe. Nigdy nie znajdowałam się w takiej sytuacji. Nigdy nawet o tym nie myślałam. " Weź się w garść. To tylko lekcja, nic więcej. Nikt nie każe Ci się żenić, ani nic z tych rzeczy" szepnęła moja podświadomość. Wzięłam głęboki wdech. "Jesteś gryfonką, dasz radę"  
 pomyślałam.
- No dobrze, miejmy to już z głowy - mruknęłam bez przekonania.
- Voila - zawołał ciemnoskóry ślizgon, wyciągając z kieszeni eliksir.
- Skąd wy w ogóle bierzecie takie świństwa? - spytałam, biorąc od niego małą fiolkę.
- Mamy swoje źródła - odparł, wzruszając ramionami.
Pokręciłam głową, modląc się, żeby eliksir był chociaż dobry w smaku.
- Powodzenia - dodał.
Blaise i Nott rozsiedli się wygodnie na kanapie.
- Oni mają tu tak siedzieć i patrzeć? - jęknęłam do Dracona, kiedy do mnie podszedł.
- Nawet nie zauważysz, że tu są. Całą swoją uwagę skupisz na mnie - zażartował.  
Pacnęłam chłopaka w głowę.
- No już, do dna - pogonił mnie.
Krzywiąc się z niezadowoleniem, odkorkowałam fiolkę. Zanim jednak wlałam jej zawartość do ust, zwróciłam się do Malfoya.
- Nie pozwalaj sobie na zbyt wiele. Ach i nadal wisisz mi dziesięć czekoladowych żab.
Draco posłał mi zabójcze spojrzenie, myśląc pewnie o przegranym meczu. Zignorowałam go jednak i wypiłam ten przeklęty eliksir. Od razu spuściłam wzrok, chcąc jeszcze przez chwilę myśleć normalnie.
-  Gotowa? - spytał.
Smak eliksiru mnie zaskoczył. Poczułam smak świeżych truskawek, wanilię i coś jeszcze. Wszystkie nerwy mnie opuściły. Byłam spokojna. Gdyby nie działanie mikstury, na pewno by mnie to zdziwiło.
- Tak - odparłam i podniosłam głowę.
Poczułam dziwne uderzenie ciepła. Oczy Dracona były jedyną rzeczą na której mogłam się skupić. Ich szarość zdawała się nabrać bardziej błękitnego koloru, a wrogość zastąpiły przyjazne błyski. Nie chciałam patrzeć na nic innego. W jego tęczówkach widziałam wszystko.
- Jeśli coś Ci się nie spodoba, powiedz mi od razu, zamiast robić mi krzywdę - odezwał się, a jego głos był muzyką dla moich uszu.
- Mhm...
Powoli podniósł prawą dłoń i położył mi ją na policzku. Przeszedł mnie delikatny dreszcz. Jedyne, na czym mogłam się skupić, to jego dotyk i głębia jego spojrzenia. Wszystkie te doznania z pewnością by mnie przeraziły, gdybym nie była pod wpływem eliksiru, ale teraz potrafiłam czerpać z tego tylko przyjemność.
- Wszystko w porządku? - spytał.
- Tak - odpowiedziałam.
Jego dłoń zaczęła się zsuwać z mojego policzka. Kiedy gładziła moją szyję, zaśmiałam się cicho, bo właśnie tam miałam łaskotki. Draco uśmiechnął się, co zaparło mi dech w piersiach. Chciałam, aby nigdy nie przestawał się śmiać. Chciałam już zawsze widzieć go wesołego.
Poczułam jego dłoń na moim ramieniu, aż wreszcie dotarła do mojej. Wydała mi się tak mała i krucha, w porównaniu z dłońmi ślizgona. Zamknął ją w uścisku i stał nieruchomo przez chwilę, obserwując moją reakcję.
Czułam się bezpieczna, stojąc przed nim.
- Nie ma żadnych problemów? - zapytał.
- Nie - odparłam trochę rozmarzonym tonem.
Puścił moje dłonie. Teraz wydawały się takie chłodne. Dracon podszedł bliżej i ostrożnie mnie przytulił. Ogarnął mnie zapach jego wody kolońskiej. Nie wiedząc co mną kierowało (oczywiście, że ten cholerny eliksir), objęłam go w pasie, wtulając się w jego pierś. To było nie do opisania. Jego zapach, świadomość, że jest blisko, bicie jego serca... Jeszcze nigdy nie byłam tak odprężona i zadowolona. Chłopak zaczął powoli gładzic mnie po plecach. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się chwilą.
Mogłam tak stać całą wieczność, ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Poczułam, jak opuszcza mnie radość i odprężenie. To było jak kubeł zimnej wody. Otworzyłam oczy i zobaczyłam tysiące świeczek unoszących się w powietrzu, które opadły w momencie, kiedy odsunęłam się od Malfoya. Przepełniał mnie wstyd, zażenowanie, panika i zdezorientowanie. "Nigdy więcej" pomyślałam, starając opanować nierówny oddech. 
- Nie  było aż tak źle - stwierdził Malfoy.
- Powiedz proszę, że macie coś mocniejszego - jęknęłam.
- Przezorny zawsze ubezpieczony - zawołał rozbawiony Blaise.
Już po chwili znalazł się obok mnie z butelką wypełnioną bursztynowym płynem.
- Dzięki - odparłam, biorąc od niego trunek.
- Musimy Ci to częściej podawać. Jesteś w tedy tak rozkosznie nieszkodliwa - zaśmiał się Draco.
Posłałam mu spojrzenie godne bazyliszka, po czym upiłam łyk Ognistej Whiskey.
- Przynajmniej nie spaliłaś sali. Nie wiem czy to postęp, czy raczej ja tak na Ciebie działam - ciągnął Malfoy.
- Przed chwilą byłam ofiarą traumatycznych doznań, więc proszę Cię, postaraj się nic nie mówić, dopóki stąd nie wyjdę - powiedziałam cichym, ale groźnym tonem.
- Z tego co widziałem, to nie było aż tak źle...- zaczął Teodor, ale ni dokończył widząc moją minę.
- Chyba możemy uznać tą lekcję za sukces, prawda? Jeśli nie macie nic przeciwko, to pójdę teraz do siebie - rzekłam, oddając Zabiniemu na wpół pustą butelkę.
Nie czekając na ich reakcję, wyszłam z pokoju.

Niestety w Wierzy Gryffindoru czekali na mnie Harry, Ron i Hermiona. "Nici z chwili spokoju..."
Ron dostał list od mamy, która zaprosiła Hermionę na święta. Harry i ja też oczywiście mieliśmy je spędzić na Grimmuald Place. To skutecznie zajęło moje myśli. Nie miałam ochoty myśleć o tym, co stało się na siódmym piętrze. Postanowiłam razem z Hermioną napisać list do Pani Weasley. Kiedy skończyłam swój, napisałam jeszcze jeden, krótszy, zaadresowany do Boba. Chciałam mu dać znać, że żyję i mam się dobrze. Tęskniłam za nim.


                                                                              ***


Wracaliśmy do lochów, kiedy usłyszałem, jak ktoś woła moje imię. Podniosłem wzrok. Mój ojciec stał kilka metrów przed nami.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz