Dobry wieczór! Czas na rozdział dwunasty! Mam nadzieję,
że dobrze mi on wyszedł. Nie ukrywam, że opisywanie meczu
nie należało do najprostszych zadań. Uważam jednak, że ten
fragment jest dostatecznie dobry, aby się nim z Wami podzielić ;p
Wasze opinie jak zwykle mile widziane w komentarzach!
W zakładce "Kontakt" znajdziecie link do mojego fanpage'a,
na którego was serdecznie zapraszam!
Miłego czytania :)
Panna Potter
Po raz pierwszy od paru tygodni mogłam z ręką na sercu powiedzieć, że byłam szczęśliwa. Lekcje z Malfoyem przynosiły skutki. Stawałam się coraz lepsza. Już po trzech lekcjach potrafiłam w miarę szybko zapanować nad strachem i wyczarować światło. Sama Ginny przyznała, że te tortury były potrzebne. Nie była jednak zadowolona, kiedy przez przypadek sprawiłam, ze to ona się zaświeciła. Próbowałam jej wytłumaczyć, że to wina Blaise'a, który mnie wtedy rozbawił, ale ta tkwiła w przekonaniu, że zrobiłam to celowo. Nie mogliśmy opuścić Pokoju Życzeń aż do ciszy nocnej, czekając, aż jej ruda grzywa przestanie się świecić.
Na ostatniej lekcji Malfoy przyprowadził ze sobą nie tylko Zabiniego, ale również Teodora Notta. Byłam wściekła. To on mi zawsze powtarzał, że mam trzymać swoje moce w tajemnicy. Szkoda że sam nie przestrzegał tej reguły. Już dwóch jego kolegów wiedziało, że siostra Pottera to świrnięta kula energii, która może Cię zabić, jeśli nie będziesz ostrożny. Okazało się jednak że Teodor nie był taki zły. Inteligencją dorównywał Hermionie. Zdawał się bardziej poukładany od swoich przyjaciół, co nie oznaczało jednak, że nie lubił żartować z Malfoyem i Zabinim.
Nie umknęło mojej uwadze to, że Blaise i Ginny znaleźli wspólny język. Przy każdej okazji rozmawiali o Quidditchu, co jednak często prowadziło do kłótni, bo Ginny nie ukrywała swoich nadziei na wygraną Gryfonów. Mecz miał się odbyć jutro. Wracałam właśnie z treningu, kiedy usłyszałam za sobą znajomy głos pewnego Ślizgona, z którym miałam się zmierzyć następnego dnia.
- A już miałem nadzieję, że będziemy musieli choć trochę się postarać o wygraną.
- Pozwól, że pozostawię twoją wypowiedź bez komentarza, Malfoy.
- Blaise wspominał, że jesteś całkiem dobra, ale muszę przyznać, że jestem innego zdania - droczył się dalej.
- Ja przynajmniej nie łażę za tobą na każdy twój trening - odgryzłam się.
Byliśmy ostatnimi osobami opuszczającymi boisko, więc nikt nas nie widział.
- Ja za tobą nie łażę, Potter. Ślizgoni lubią sobie popatrzeć, jak Gryfoni wygłupiają się na boisku.
- Nie możecie sobie znaleźć czegoś lepszego do roboty? - spytałam z politowaniem, poprawiając miotłę, którą niosłam na ramieniu.
- Nie. nie wyobrażam sobie lepszej rozrywki - zaśmiał się.
Przewróciłam oczami, idąc dalej przez murawę w kierunku zamku. Nie byłam odpowiednio ubrana, a robiło się już dość ciemno i zimno. Jak na początek listopada, temperatura była niska.
- Jak się ostatnio czujesz? - spytał po chwili ciszy.
- Dobrze - odparłam, uśmiechając się do blondyna.
- To dobrze - odwzajemnił uśmiech.
Dalszą rozmowę z blondynem przerwała mi pewna myśl.
- W niedzielę jest wypad do Hogsmeade. Możemy przełożyć lekcje?
- Też się nad tym zastanawiałem, bo mamy coś z chłopakami do załatwienia z wiosce. Co byś powiedziała na poniedziałek?
- Jakie sprawy można mieć w Hogsmeade? Chcesz sobie załatwić smoking na bal? -palnęłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
- Skąd wiesz o balu? - spytał zdziwiony.
"Czy ty nigdy nie nauczysz się myśleć, zanim coś powiesz?" odezwała się moja podświadomość, kręcąc głową.
- Hermiona - odpowiedziałam krótko - Tylko mi nie mów, że ty nikomu się nie wygadałeś.
- Cóż, nie mogę zaprzeczyć - parsknął.
- Mówiłeś coś o poniedziałku? - wymamrotałam, niezbyt zwinnie zmieniając temat.
- Możemy przełożyć lekcje na poniedziałek?
- Tak, o ile będę jeszcze żywa po imprezie z okazji wygranej - powiedziałam z miną niewiniątka.
Malfoy rzucił mi groźne spojrzenie.
- Marzyć zawsze można, Potter.
- Nie oszukuj się, zmiażdżymy was jutro jak karaluchy.
Blondyn popatrzył na mnie z powątpiewaniem i pchnął mnie lekko. Na moje nieszczęście, chłopak nie był świadom swojej siły, a mokry od deszczu trawnik wcale nie polepszał mojej sytuacji. Straciłam równowagę i upadłam na ziemię. Draco nie mógł powstrzymać ataku śmiechu i zgiął się w pół, kiedy ja próbowałam wstać. Ślizgon opanował się i podał mi dłoń.
- A już zaczynałam Cię tolerować - mruknęłam, pocierając obolałe plecy.
- Ja się tam dobrze bawię - uśmiechnął się łobuzersko.
Ignorując go ruszyłam dalej. Oczywiście dogonił mnie bez trudu. Oboje przystanęliśmy, będąc już w Sali Wejściowej.
- No to cześć- powiedziałam.
- Widzimy się jutro, maluchu.
Rzuciłam w niego szalikiem, który wylądował na jego twarzy.
- Nie nazywaj mnie tak, tleniona fretko - zagrodziłam, ale uśmiech sam cisnął mi się na usta, widząc jak blondyn siłował się z szalikiem.
- Mam pomysł. Jeśli Slytherin wygra, będę mógł bezkarnie nazywać Cie maluchem.
- A jeśli Gryffindor wygra, będę mogła zrobić Ci krzywdę - odparłam z nadzieją w głosie.
- Takie małe, a tak agresywne... Nie. JEŚLI wygra Gryffindor, to będę Ci winien dziesięć czekoladowych żab.
- Hmm... Zgoda - powiedziałam.
- W takim razie, do jutra - zawołał, kierując się do lochów.
Przechodząc przez portret zauważyłam że Harry razem z Hermioną i Ronem siedzą przy kominku i zawzięcie o czymś dyskutując.
- Gdzieś ty się podziewała? - zwróciła się do mnie Gryfonka, kiedy zobaczyła że idę w ich kierunku.
- Nie mogłam znaleźć buta w szatni - powiedziałam szybko.
"Brawo, Potter. Brawo"
- Och... Nie zgadniesz co powiedział Harry! - zawołała podekscytowana.
- Co? - odwróciłam głowę w stronę brata.
Nie miał zadowolonej miny, ale iskierki w jego oczach pokazywały, że nie był do końca zniechęcony.
- Zgadzam się. Będę tym waszym nauczycielem - odparł, ściszając głos.
- Naprawdę?!
- Tak...
- Wiedziałam! - usiadłam obok niego i wtuliłam się w jego ramię.
Ron zaczął się śmiać, Hermiona uśmiechnęła się delikatnie a Harry zdezorientowany poczochrał mnie po włosach, jak to już wszyscy mięli w zwyczaju.
Przez resztę wieczoru główkowaliśmy jak wprowadzić nasz plan w życie. Podczas kolacji, zmuszeni na zmianę tematu, rozmawialiśmy o jutrzejszym meczu. Wszyscy byliśmy dobrej myśli. Angelina przysiadła się do nas i dołączyła do dyskusji. Powtórzyliśmy plan, a potem zeszliśmy na bardziej lekkie tematy. Jakimś cudem, plotka o balu trafiła do większej liczby uczniów, niż się spodziewałam. Zaproponowała Hermionie, Ginny i mnie, żeby razem kupić sukienki. W tym właśnie momencie zobaczyłam Lunę Lovegood, samotnie wchodzącą do Wielkiej Sali. Coś mnie ścisnęło w środku.
- Przepraszam Was, zaraz wrócę - rzekłam i wstałam od stolika.
Szybkim krokiem podeszłam do dziewczyny o długich blond włosach.
- Cześć Luna - przywitałam się.
- Witaj. Jak się masz, Talio? - spytała marzycielskim tonem.
- Bardzo dobrze, dziękuję. A ty?
- Też, ale tata napisał mi w liście, że będzie musiał wyjechać w te święta do Nowej Zelandii. Odkryli tam nową roślinę i chce o niej napisać.
- Och... Przykro mi - odpowiedziałam.
- Tak, mnie też. Słyszałam jednak, że święta w Hogwarcie są bardzo... ciepłe.
- Mam nadzieję, że takie będą - uśmiechnęłam się ciepło - Tak sobie myślałam... Może chciałabyś iść z nami do Hogsmeade w niedzielę?
Krukonka popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Czemu chcesz, żebym z wami poszła?
- Bo pomyślałam, że będzie nam raźniej - odparłam.
Wielkie oczy Luny zmrużyły się delikatnie pod wpływem uśmiechu.
- Chętnie - powiedziała, poprawiając kolczyki w uszach.
- Świetnie. To do zobaczenia.
- Mam nadzieję że tym razem nikt Cię nie zdenerwuje. To podobno strasznie boli - szepnęła.
Wytrzeszczyłam na nią oczy. Czy to możliwe, że Luna wiedziała o moich mocach?
- Luna... Skąd ty...
- Moja mama też była nosicielką. Moc wybiera dobrych ludzi... A ona była dobra.
Nie byłam pewna czy jej uwierzyć. Przecież moc opuszczała człowieka dopiero po śmierci...."Och."
- Twoja mama...
- Nie żyje. Tak, bardzo rozpaczała po odejściu babci - powiedziała.
- Tak mi przykro, Luna. Jestem pewna, że zawsze jest przy tobie - odparłam, czując ogromny żal.
Matka tej przemiłej dziewczyny straciła życie, bo energia wykorzystała moment, w którym była słaba. Posiadałam moc, którą kiedyś miała Pani Lovegood. To tak, jakby wraz z mocą przyszła odpowiedzialność za jej śmierć. Śmierć tych wszystkich ludzi. Nie czułam się z tym dobrze.
- Och, ja to wiem. Myślę, że moc dobrze wybrała - rzekła z uśmiechem i podskakując lekko, odeszła do stołu Krukonów.
Miałam tyle pytań. Skąd wiedziała że to ja miałam moc? Czy wszyscy przechodzący w Hogsmeade potrafili dostrzec, że coś się ze mną działo? Czy to było aż tak oczywiste? Nie przypominałam sobie, żeby wtedy stało się coś poważniejszego. Z drugiej strony, wiedziała przecież, jak wyglądało życie z mocą. Widziała swoją matkę.
Natłok myśli nie dawał mi spokoju. Leżąc już w łóżku, nadal myślałam o rozmowie z Luną. Może dziwnie to brzmiało, ale świadomość, że jest ktoś, kto w pełni rozumiał moją sytuację sprawiała że czułam się lepiej. Odpłynęłam do krainy Morfeusza, mając przed sobą obraz kobiety z długimi blond włosami bawiącej się z mniejszą wersją jej samej.
***
- Coś Cię zatrzymało? - zawołał Blaise, zanim jeszcze zdążyłem do niego podejść.
Razem z Nottem siedzieli na skórzanej kanapie w Pokoju Wspólnym.
- Hmm?
- Spytałem się, czy coś Cię zatrzymało, bo z tego co pamiętam, droga do zamku z boiska nie jest na tyle długa, aby iść pół godziny.
- Zajmij się swoim życiem, Zabini, może jeszcze dasz radę zrobić z nim coś pożytecznego - syknąłem, siadając obok Teodora.
- Księżniczka nie w humorze? - zapytał Nott.
- Wręcz przeciwnie. Wizja jutrzejszej wygranej sprawia, że tryskam entuzjazmem - odparłem, przeciągając się leniwie.
- A mnie wizja miny Potterównej, kiedy wygramy, przyprawia o dreszcze - odezwał się Blaise.
Wszyscy parsknęliśmy śmiechem.
- Taak... Mam nadzieję że nie spali stadionu.
- Muszę przyznać, że ta mała potrafi latać - powiedział Teo.
Posłałem mu spojrzenie godne bazyliszka.
- Jeśli usłyszę to jeszcze raz, to nie ręczę za siebie.
- Spokojnie, Smoczku. Trzeba doceniać wrogów. A nóż jutro nawali, wtedy będziesz mile zaskoczony - Nott poklepał mnie po ramieniu.
- Mówiłem Ci już, że twoje, jakże głębokie, gadki są znośne tylko po butelce czegoś mocniejszego?
- Owszem. Skądś to znam, bo przybywanie z tobą w jednym pokoju potrafi być bardzo traumatyczne- zaśmiał się.
- Też Cię lubię, Nott.
- Dobra, skończcie już, bo od tej waszej miłości robi mi się niedobrze. Co powiecie na małą imprezę po meczu? - wtrącił się Zabini.
Wszyscy wymieniliśmy spojrzenie "Jeszcze się pytasz?".
- Brzmi kusząco - powiedziałem.
- Co brzmi kusząco? - spytał kobiecy głos tuż za mną
Pansy i jej przyjaciółki dołączyły się do nas.
- Świętowanie jutrzejszej wygranej - odpowiedziałem, kiedy sidła mi na kolanach.
- Dobry pomysł! Mam idealną sukienkę na taką okazję... Draco, skąd masz szalik Gryfonów? - spytała Pansy, a na jej twarzy pojawił się grymas. Spojrzałem w dół. Rzeczywiście, w ręku trzymałem szalik Talii. "O cholera"
- Ehm... Znalazłem go - odrzekłem bez zastanowienia.
- Po co go wziąłeś? Pokaż mi to - syknęła, wyrywając mi szalik z ręki.
- Pansy, nie wygłupiaj się...
- Damskie perfumy? - warknęła.
- Najwidoczniej należał do jakiejś dziewczyny... Nie patrz się tak na mnie, przecież...
- Nie chcę słuchać twoich wyjaśnień - fuknęła, wstała mi z kolan i szybkim krokiem skierowała się do dormitorium.
Jej przyjaciółki też postanowiły nas opuścić i pobiegły za Pansy. Kiedy zostaliśmy sami, moi koledzy wybuchnęli śmiechem.
- A teraz powiedz nam, czarusiu, której pannie zwinąłeś szalik? - zapytał Blaise, nadal trzęsąc się ze śmiechu.
- Nikomu go nie zwinąłem, idioto. Talia rzuciła nim we mnie i zapomniałem go jej oddać - odparłem, poirytowany.
- Czyli taki z Ciebie ogier...
- Nie zaczynaj, Nott - przerwałem mu.
- Przywiązała Cię nim? Wiedziałem, że jest szalona, ale nie że aż tak - żartował dalej Zabini.
Teodor ponownie ryknął śmiechem. Dziękowałem Merlinowi, że w pokoju nikogo nie było.
- Blaise, jeszcze jeden głupi żart, a pożałujesz, że żyjesz - syknąłem.
- Poluzuj gatki, przecież tylko się z Ciebie nabijamy. Czemu rzuciła w Ciebie szalikiem? Na jej miejscu użyłbym czegoś cięższego.
Pokręciłem tylko głową, chowając twarz w dłonie. "Za jakie grzechy?"
- Spotkałem ją, kiedy wracałem z boiska.Uwaga na temat jej wzrostu ją zdenerwowała. Oto cała historia - wytłumaczyłem.
- Phi, spodziewałem się czegoś lepszego - machnął ręką Blaise.
- Dobra, mam was już dosyć, jak na jeden dzień. Dobranoc. - zerwałem się z kanapy i zostawiłem tą dwójkę samych.
- Zaraz do Ciebie przyjdziemy, Smoczusiu - zawołał za mną Nott.
- Nie mogę się doczekać - odparłem, zatrzaskując drzwi.
Od razu wszedłem do łazienki. Gorący prysznic był mi teraz bardzo potrzebny. Chwila relaksu przed jutrzejszym meczem była jak najbardziej wskazana.
***
Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Uważając, żeby nikogo nie obudzić, wzięłam swoje rzeczy i wymknęłam się do łazienki. Tam wzięłam chłodny, orzeźwiający prysznic, zaplotłam niesforne włosy w ciasny, francuski warkocz i przebrałam się w strój do quidditcha. Kiedy wróciłam do dormitorium, wszystkie dziewczyny już wstały.
- Powodzenia, Talio! Mam nadzieję, że pokażesz Ślizgonom, że z nami się nie zadziera - zawołała Lavender.
- Taki mam zamiar - odparłam radośnie.
- Zdenerwowana? - spytała Hermiona, poprawiając swój sweter z lwem.
- Ani trochę.
- To dobrze. Lepiej już chodźmy, musisz coś zjeść przed meczem - powiedziała, pchając mnie w stronę wyjścia.
W Wielkiej Sali zastałyśmy już całą drużynę.
- Dzień dobry, Pani kapitan! - przywitałam się, siadając obok niej.
- Cześć! Jak się czujesz przed swoim pierwszym meczem?
- Czuję się świetnie.
- Pamiętaj, masz grać tak jak na treningach. Uważaj na Ślizgonów, może i są zadufani w sobie, ale grają ostro. Nie rozpraszaj się, skup się na jednym celu. Wymijaj ich i nie pozwalaj podlecieć zbyt blisko, bo zwalą Cię z miotły. Obserwuj ruchy obrońcę, wtedy łatwo go zmylić.
- Mam się skupić na jednym celu? Nie ma sprawy - parsknęłam.
Angelina też mimowolnie się uśmiechnęła.
- Przepraszam, ale to naprawdę ważny mecz.
- Nie zawiodę was - powiedziałam, kładąc jej dłoń na ramieniu.
- To chciałam usłyszeć - odparła, wracając do swojej jajecznicy.
Kiedy odchodziliśmy już od stoły, wszyscy Gryfoni zaczęli nam życzyć powodzenia. Podeszłam do Harry'ego.
- Kto by pomyślał, że Harry Potter będzie grał w drużynie ze swoją siostrą - westchnęłam teatralnie.
- Taa, gdyby ktoś mi to powiedział rok temu, to bym go wyśmiał.
- Ja chyba też. Powodzenia, Harry - powiedziałam.
- Powodzenia. - odpowiedział, obejmując mnie ramieniem.
Otoczeni wrzeszczącymi Gryfonami udaliśmy się na boisko. W szatki zaczęłam się trochę denerwować, ale szybko odgoniłam obawy. Kochałam tą grę i miałam zamiar dać z siebie wszystko. W dodatku miałam grać u boku mojego brata.
- Podejdźcie tu - zawołała Angelina.
Głosy dochodzące z trybun były coraz głośniejsze.
- Trenowaliśmy ciężko. Dawaliśmy z siebie wszystko. Wkładaliśmy w to serce. Dziś oczekuję od was tego samego, Gryfoni. Macie mi pokazać, czemu wybrałam właśnie was. Macie mi pokazać, że quidditch nie jest dla was tylko zabawą. Wierzę w was i wasze umiejętności. Za chwilę, kiedy wyjdziemy na boisko, macie iść z wysoko podniesionymi głowami. Ślizgoni może są dobrzy, ale my jesteśmy lepsi. Czy mam rację?
- Tak! - krzyknęliśmy chórem
- Słucham?
- TAK!
- Chodźmy im skopać tyłki! - zawołała.
Wszyscy chwycili za swoje miotły i ruszyli w stronę wejścia na stadion.
- Powodzenia, Potter - powiedzieli jednocześnie Fred i George.
- Powodzenia - odpowiedziałam z uśmiechem.
- Tylko nie nawal - zagroził Geroge, ale po chwili puścił do mnie oko.
- Tak jest.
Kiedy odwróciłam się od bliźniaków, zobaczyłam że reszta drużyny dosiada już mioteł. Poszłam ich śladem. Po chwili rozległ się głos komentatora, a my wylecieliśmy na zewnątrz. Poczułam cudowny wiatr. Uczucie wolności, sprawiło, że od razu zapomniałam o wszystkich zmartwieniach. Teraz liczyła się tylko gra. Spojrzałam w dół. Angelina właśnie ściskała dłoń kapitana Slytherinu. Zaraz potem rozległ się gwizdek i kafel poszedł w górę.
Instynktownie poleciałam w dół i złapałam okrągły przedmiot. Jak ćmy do świecy, ścigający drużyny przeciwnej zaczęli nadlatywać ze wszystkich stron. Ja jednak wyminęłam ich zwinnie i skierowałam się w stronę obrońcy, który krążył przy trzech pętlach. Drogę zastąpił mi chłopak o czarnych jak smoła chłopak, uśmiechający się drwiąco. Kątem oka zobaczyłam Angelinę. Rzuciłam do niej kafla, po czym poleciałam w górę, wyprzedzając ślizgona.
Znajdując się kilka metrów od pętli, Katie, która wcześniej dostała kafla, podała mi go. Obrońca obserwował każdy mój ruch. Zamachnęłam się, celując w prawą pętlę. Chłopak od razu skierował w tamtą stronę, a ja, korzystając z sytuacji, rzuciłam kafla w lewą pętlę. Ślizgon był jednak szybki. Zorientował się, co się działo i o mało nie złapał skórzanej piłki. Ta jednak przeleciała przez sam środek. Komentator, tak sami jak wszyscy zabrani Gryfoni, ryknął szczęśliwy, wiwatując i krzycząc moje nazwisko. Oczywiście nie obeszło się bez buczenia Ślizgonów, ale nie tam tym się skoncentrowałam. Wracając na swoją połowę boiska, zobaczyłam, jak Harry się do mnie uśmiechał. Szczerze. To była najlepsza motywacja. Następne trzy bramki nie sprawiały nam większych problemów, ale później, Ślizgoni zaczynali się już irytować, więc grali bardziej zacięcie.
- Katie Bell znowu przechwytuje kafla! Jest już blisko, już prawie... Uuuu! To musiało boleć! Vincent Crabb zaleciał jej drogę, przez co prawie spadła z miotły. Dalej Bell! Tak! Katie znowu siedzi na miotle! Tymczasem kafla przejął Teodor Nott! Proszę państwa, ten chłopak umie latać, nawet jak na Ślizgona. Nott podaje kafla do Zabiniego... Tak! Talia Potter przejmuje mu go tuż sprzed nosa! Wymija graczy jak strzała! Ale co to? Tłuczek zmierza prosto na nią! Na szczęścia Fred odbija go w ostatniej chwili. Dobra robota Weasley! Podanie do Angeliny Johnson, bardzo atrakcyjnej kapita...
- Jordan! - rozległo się warknięcie Pani McGonagall.
- Przepraszam, Pani profesor. Angelina chwyta kafla i zmierza do bramek. Czy uda jej się zdobyć punkty? Zabini przechwytuje lecącego kafla! Podaje do Teodora, Teodor leci w stronę Alicji Spinnet, która nie przepuściła piłki jeszcze ani razu! Nott bierze zamach... Zaraz, zaraz, czyżby Harry Potter zobaczył znicza? Oczywiście że tak! Łups, Nott się rozproszył i Panna Potter sprzątnęła mu kafla, proszę państwa! Jest już niedaleko pętli... TAAAK! Dziesięć punktów dla Gryffindoru!! Świetny strzał!
Po godzinie było sto dwadzieścia do stu dziesięciu dla Gryffindoru. Raz o mało nie spadłam z miotły. Złoty znicz przeleciał mi prosto przed nosem i Malfoy prawie na mnie wpadł. Oczywiście zdążyłam jego śmiech, kiedy się oddalał. Po tym małym wypadku udało mi się zdobyć kolejne pięćdziesiąt punktów, w czym pomogły mi Angelina i Katie. We trójkę zgarniałyśmy punkty raz za razem, jedna po drugiej. Ślizgoni jednak nie byli gorsi. Z każdą minutą grali coraz agresywniej. Szliśmy łeb w łeb. Kiedy Nott przerzucił kafla przez obręcz, rozległ się wrzask Jordana.
- TAAAAAK! HARRY POTTER ZŁAPAŁ ZNICZ! GRYFONI WYGRALI! MAM NADZIEJĘ ŻE ANGELINA JOHNSON DA SIĘ ZAPROSIĆ NA...
- JORDAN! - fuknęła opiekunka Gryffindoru, ale nie udało jej się powstrzymać śmiechu. Ona też bardzo cieszył się z wygranej.
Cała drużyna podleciała do Harry'ego.
- Dobra robota, Harry!- krzyknęłam.
- Dzięki! Ty też świetnie się spisałaś! - odpowiedział, przekrzykując Freda i George'a.
- Ślizgoni byli w błędzie! Nasz Bliznowaty jednak się na coś nadaje! - wołali.
Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. Kiedy wylądowaliśmy, Katie i Angelina zamknęły mnie w mocnym uścisku.
- Jesteś nieziemska! - powiedziała zdyszana Katie.
- Nawet nie wiecie, jak dobrze mi się z wami grało - odparłam.
Zaraz potem Ginny, Hermiona i Ron podbiegli do nas.
- Gratuluję! - zawołała Hermiona, dołączając się do uścisku, podobnie jak Ginny.
Ron podszedł do mojego grata i poklepał go po plecach.
- Znakomity przechwyt stary! Malfoy prawie go miał!
Harry już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale nie zdążył. Z rozbiegu wskoczyłam mu na plecy i zaczęłam wymachiwać rękami, przez co Harry prawie się nie przewrócił.
- WYGRALIŚMY! - wrzeszczałam na całe gardło, na co nasza drużyna odpowiedziała tym samym.
- Dobra, młoda, zejdź ze mnie - zaśmiał się Harry.
- Młoda? Jesteśmy bliźniakami, głupku.
- Nie psuj chwili - powiedział i przytulił mnie.
Rozczochrałam mu włosy
- Powinniśmy grać razem w reprezentacji -zażartowałam.
Mojemu bratu znowu nie było dane odpowiedzieć, bo George i Fred podnieśli go i zaczęli podrzucać do góry. Uśmiech nie znikał mi z twarzy aż do końca dnia.
***
- Dracusiu, nie przejmuj się, mięli szczęście, to tyle - powiedziała Pansy, wtulając mi się w ramię, ale szybko się jej wyrwałem.
Przed meczem udało mi się ją udobruchać, ale zaczynałem tego żałować.
- Idę do szatni, widzimy się później - odparłem obojętnie.
Za mną poszli Nott i Zabini.
-Nie spodziewałem się takiego zakończenia - mruknął Nott.
- Ja też nie - syknąłem.
- Co powiecie na coś mocniejszego?
- Doskonały pomysł - odpowiedzieliśmy jednocześnie.
Zgorzkniali wróciliśmy do zamku. Niestety nie udało nam się nie natknąć na świętujących Gryfonów. Zobaczyliśmy nawet Talię wraz z przyjaciółmi, ale nie mieliśmy ochoty do niej podejść. Szczerze powiedziawszy byłem wściekły. Jak ona mogła z nami wygrać? Nie dość, że Nott i Zabini nie mięli z nią szans, to jeszcze ten Potter zwinął mi znicza, kiedy prawie miałem go w ręku. Nie, zdecydowanie nie chciałem z nią teraz rozmawiać, ani wysłuchiwać o ich wygranej. W tej chwili, trunki czekające na nas w dormitorium były o wiele bardziej interesujące.
***
- Talia, pośpiesz się! - krzyknęła Ginny.
Po wczorajszej imprezie trochę zaspałyśmy. Śniadanie się zaraz zaczynało, a potem miałyśmy iść do Hogsmeade.
- Już idę!
Zgarnęłam burzę loków to tyłu i związałam w koka. Moje koleżanki już czekały przy wyjściu.
- Możemy iść - rzekłam, poprawiając torbę, wiszącą mi na ramieniu.
Zeszłyśmy na dół i w pośpiechu zjadłyśmy śniadanie. Luna dzisiaj siedziała przy naszym stole, po tym, jak ją do tego namówiłam. Hermiona miała ją za lekko świrniętą, ale wszystkie dziewczyny polubiły Lunę. Właśnie jej odmienność sprawiała, że darzyłam ją sympatią. Coś o tej odmienności wiedziałam.
- Najpierw kupujemy sukienki, dopiero potem możemy odwiedzić inne sklepy. Prawie wszyscy już dowiedzieli się o balu, więc trzeba się pośpieszyć - odezwała się Angelina.
Brzmiało to bardziej, jakby nam właśnie dawała wskazówki przed meczem, co nas bardzo rozbawiło. Johnson była w wyśmienitym nastroju po wczorajszej wygranej, podobnie jak wszyscy z domu lwa.
Zastanawiało mnie jednak, jak miało wyglądać moje spotkanie z Malfoyem. Trochę obawiałam się jego zachowania.
Pogrążone w rozmowie weszłyśmy do sklepu ze strojami na przeróżne okazje. Byłyśmy pierwsze, za co dziękowałam Merlinowi. Przepychanie się z tłumem dziewczyn tylko po to, żeby kupić sukienkę, nie było szczytem moich marzeń. " No to do dzieła".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz