niedziela, 1 listopada 2015

Rozdział XV Kłótnie

Dobry wieczór! Tym razem jestem na czas :D
Niestety nie udało mi się napisać dwóch rozdziałów. 
Tydzień ferii, to jednak zbyt mało, zwłaszcza, kiedy 
czeka Cię tydzień egzaminów. Mam jednak nadzieję, 
że ten rozdział się wam spodoba. Prosiłabym też o 
pozostawienie po sobie małego komentarza. Wasze 
opinią są dla mnie bardzo ważne. 
Miłego czytania :)


Panna Potter





Byłam w lekkim szoku. Owszem, wybierałam się na bal, ale nie spodziewałam się, że ktoś mnie na niego zaprosi, a zwłaszcza nie George Weasley.
- Ty... Naprawdę chcesz iść ze mną na bal?
- A czy inaczej bym Cię o to spytał? - zaśmiał się.
- Pewnie, czemu nie - odpowiedziałam w końcu.
George odprowadził mnie do klasy, po drodze żartując o balu. Oboje nie byliśmy tak samo podekscytowani, jak reszta. Pewnie dlatego postanowił mnie zaprosić. Skoro mieliśmy się męczyć w niewygodnych ubraniach i słuchać okropnej muzyki, to czemu nie z osobą, która doskonale Cię rozumie?
Kiedy weszłam do klasy profesor Trelawney, przez pierwsze kilka sekund nie mogłam oddychać. Jak zawsze, przed lekcjami zapalała swoje zabójcze kadzidła. Nagle coś do mnie dotarło. Na prawie wszystkich lekcjach siedziałam albo z Harrym, albo z Hermioną. Co miałam teraz robić? Klasa była już prawie pełna. Nawet nie chciałam patrzeć w stronę mojego brata.
- Talia! - usłyszałam swoje imię z lewego kąta klasy.
Tam, przy okrągłym stoliku siedział Neville. Niepewnie do niego podeszłam.
- Cześć, Neville. Nie miałbyś nic przeciwko, gdybym się dosiadła? - spytałam.
- Oczywiście, że nie. Siadaj - poklepał wolne miejsce.
- Dzięki - uśmiechnęłam się z wdzięcznością.
- Czemu nie siedzisz obok Harry'ego?
Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Mimo, że byłam wściekła, to nie chciałam dawać ludziom kolejnego tematu na plotkę o moim bracie. Nie sądziłam jednak, żeby Neville rozpowiadał uczniom, że Harry pokłócił się z siostrą.
- Posprzeczaliśmy się trochę - odparłam - Tylko proszę, nie mów nikomu, dobrze?
- Nie pisnę nawet słówkiem - powiedział.
Odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy, Neville wydawał się bardzo miły, ale podczas lekcji wróżbiarstwa udało mi się poznać go trochę lepiej. Po jakimś czasie, Neville okazał się bardzo rozmowny. Tak też minęła nam pierwsza lekcja.
- Hermiona mówiła Ci już, że organizuje spotkanie dla tych, którzy są zainteresowani lekcjami Harry'ego? - spytał, kiedy szliśmy na Opiekę nad magicznymi stworzeniami.
- Nie - odparłam lekko zdziwiona.
- Wczoraj jej pomagałem. Mamy całkiem sporo chętnych. Zebranie odbędzie się podczas następnego wypadu do Hogsmeade, w Świńskim Łbie. Myślałem, że wiesz.
- Nie miałam okazji porozmawiać z Hermioną - powiedziałam, nie patrząc się na Gryfona.
Poczułam lekkie ukłucie, które nie miało nic wspólnego z moją mocą. Przecież był to nasz wspólny pomysł. Czemu Hermiona postanowiła mnie wykluczyć? "Bo byłaś zajęta obściskiwaniem się z Malfoyem, a potem na nią nawrzeszczałaś" szepnął zniecierpliwiony głosik w mojej głowie. Uciszyłam go.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do chatki gajowego, kątem oka dostrzegłam Harry'ego, Hermionę i Rona. Rozmawiali, a na ich ustach widniały uśmiechy. Szybko jednak odwróciłam wzrok.
- Na mą brodę! Mówili mi że wyrosłaś na damulkę, ale nie spodziewałem się, że aż tak! - zawołał Hagrid.
Podbiegłam do pół-olbrzyma. Ten uścisnął mnie przyjaźnie.
- Jak się masz, Hagridzie? - spytałam, cofając się o krok, żeby móc mu spojrzeć w swarz.
Ciężko było mi powstrzymać westchnięcie, kiedy zobaczyłam, że jest cała w siniakach i jeszcze krwawiących ranach.
- A no wiesz, bywało lepij. Tyle lat żem Cię nie widział! Cholibka, wyglądasz zupełnie jak Lily.
- Bez przesady. Ostatnio widziałam Cię na Pokątnej, trzy lata temu.
- Poczekaj, za dwadzieścia lat przekonasz się że, jak czas szybko leci. A tak z innej beczki, to czemu żeś do mnie nie zajrzała? Spodziewałem się czwórki, a ni trójki pod moimi drzwiami - powiedział Hagrid.
- Och... Bardzo Cię przepraszam, ale miałam ważną sprawę do załatwienia. Mam nadzieję, że znajdziesz dla mnie czas w piątek po obiedzie? - uśmiechnęłam się jak najszerzej, na co Hagrid zaśmiał się cicho.
- Jasna sprawa, farfoclu. A teraz zmykaj do reszty grupy, trza zacząć lekcję - pogonił mnie, czochrając mnie po głowie. "Czy wszyscy to muszą robić?".
- Dzieńdoberek! Dzisiaj przyszykowałem coś fajnego, ale będziemy musieli...
- Ehm-ehm.
Odwróciłam się w stronę, skąd dochodziło odchrząknięcie, ale już wiedziałam, kto nas nawiedził.
Dolores Umbridge, ubrana w paskudne, różowe poncho stała z tyłu grupy ze swoim notatnikiem w ręku.
- Niech Pan sobie nie przeszkadza - zawołała, mówiąc jak do dziecka, które mało rozumie.
- Oczywiście, Pani psor. O czym to ja wam mówiłem, cholibka... ten... Aha! Będziemy musieli wejść do lasu, ale nie trzęście portkami, to tylko kawałek.
- Słownictwo na niskim poziomie - mruknęła Umbridge, ale na tyle głośno, żeby wszyscy ją usłyszeli.
Miałam ochotę wepchnąć jej tą różową kokardę w gardło. Ciekawe, czy nadal mogłaby mówić...
- Echh to ten... No, chodźmy - zawołał Hagrid, widocznie zmieszany.
Biedak, pewnie się bardzo denerwował. To, że Umbridge nie toleruje mieszańców, nie było nowiną. Hagrid był z tego powodu najbardziej zagrożony i mógł nawet stracić posadę, co ta ropucha nazywała "warunkowym".
W końcu Hagrid się zatrzymał. Między drzewami dostrzegłam parę śledzących mnie oczu. Od razu rozpoznałam co to było.
- I? Co chciał nam Pan pokazać? - odezwała się Pansy.
- Och, no bo one się schowały. Trza je zwabić mięsem, bo te bestyjki lubią zapach krwi - zachichotał Hagrid
- Czerpie przyjemność z krwi nieżyjących zwierząt - rozległ się piskliwy pomruk Umbridge.
Hagrid odchrząknął, a krew lecąca z jego ran zmieszała się z kropelkami potu, które pojawiły się na jego czole.
Nagle, z pomiędzy drzew wyszły trzy testrale. Testrale przypominały konie skrzyżowane z nietoperzem. Ich lśniąca skóra oblepiała szkielet tak, że widać było każdą jedną kość. Białe, puste oczy wpatrywały się w nas. Kilkoro uczniów cofnęło się gwałtownie, wydając przy tym śmieszne dźwięki, za pewne ze strachu.
- No czy one nie są słodkie? - zaszczebiotał Hagrid, klepiąc jednego po głowie.
- O czym Pan mówi? - zaskrzeczała Pansy.
- O testralach - odpowiedziałam za gajowego, który już otwierał usta.
Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę.
- Nie wszyscy je widzą. Widzą je tylko Ci, którzy widzieli czyjąś śmierć.
Wszyscy, którzy moli je widzieć, spuścili swój wzrok na ziemię.
- Ach, no tak, w końcu jesteś ekspertem w tych sprawach - odparła.
Zacisnęłam dłonie w pięści, wbijając sobie przy tym paznokcie w skórę. Zobaczyłam też, że Harry robi to samo.
- Czy te testrale są niebezpieczne? - zawołał jeden z Gryfonów.
- No nie nadają się na pupilki domowe, łatwo skurczybyki sprowokować, ale...
- Przejawia umiłowanie do niebezpiecznych sworzeń... - odezwała się Umbridge.
- Ehm... Dużo ludzi mówi, że jak się zobaczy takiego testrala, to będzie się miało pecha, ale to oczywiście bzdura. No to jak, kto z was je widzi?
Podniosłam rękę, podobnie jak kilku innych uczniów, w tym Harry i Nott. Zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam jego podniesioną rękę. Od razu zaczęłam się zastanawiać, czyjej śmierci był świadkiem.
- Jest was więcej, niż żem się spodziewał.
- Czy mogę zadać Panu kilka pytań? - zawołała Umbridge, znowu mówiąc jak do osoby niedorozwiniętej.
- Ehm, co sobie psorka życzy - wymamrotał Hagrid.
- Czy zawsze omawiacie tak niebezpieczne stworzenia?
- Ja tam nie uważam, żeby były niebezpieczne... Trza po prostu mieć dobre podejście.
- Rozumiem... Cóż, słyszałam różne opinie na ten temat - rzekła ze swoim słodkim uśmieszkiem.
Hagrid poruszył się nerwowo. Było mi go bardzo szkoda, nie chciałabym być na jego miejscu. Gdybym była, już dawno straciłabym panowanie nad sobą.
- O czym ja to...No tak. Kto wie, kiedy testral może was chapnąć?
- To coś gryzie? - pisnęła Pansy, a Tracey i Dafne jej zawrótowały.
- Testral może Cię ugryźć, kiedy się go obrazi - powiedziała Hermiona.
Hagrid posłał jej ciepły uśmiech.
- No właśnie! Lepiej ich nie prowokować.
- Zaraz po lekcjach idę napisać list do matki. To jest nienormalne. Grubbly Plank nigdy by nie przyprowadzała takich niebezpiecznych zwierząt na lekcje - odezwała się Parkinson, niby do Dafne, ale wszyscy ją usłyszeliśmy.
Zapanował chaos. Gryffindor zaczął kłócić się ze Slytherinem.
- Nie potrafi zapanować nad klasą...- słyszałam głos Umbridge.
- Jak Pani nie wstyd? - krzyknęłam.
Wszyscy ucichli. Umbridge uniosła wzrok i zatrzymała go na mnie, mrugając przy tym nienaturalnie szybko. Przeszły mnie ciarki, kiedy patrzyłam na jej przerażającą twarz.
- Słucham? - odparła, nadal się uśmiechając.
- Pytam się, jak Pani nie wstyd? Hagrid to dobry nauczyciel. Może i jego sposób nauczania jest inny, ale to nie oznacza że gorszy.
- Kochanie, nie powinnaś wypowiadać się na ten temat - zaskrzeczała, ale jej uśmiech już nie sięgał już wytrzeszczonych oczu.
- A czemu to niby Pani ma się wypowiadać? Przecież nie jest Pani specjalistką...
- Dosyć! - pisnęła - Właśnie zarobiłaś sobie szlaban, młoda damo. Nie pozwolę takiej dziewczynce podważać mojego autorytetu.
- Takiej dziewczynce? - parsknęłam, nie wierząc własnym uszom.
- Tak - powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem - Jesteś nieokrzesana, ale nie martw się, jestem tutaj, aby pomagać.
- Nieokrzesana? Cóż, proszę mi wybaczyć. Rodzice nie nauczyli mnie ogłady - syknęłam.
Podniosłam torbę, zarzuciłam ją na ramię i szybkim krokiem wyszłam z lasu.

       
                                                                               ***


Chciałem za nią pobiec. Chciałem rzucić na Umbridge jakąś paskudną klątwę. Chciałem pocieszyć Talię, ale nie mogłem. Gdzieś w środku, nadal odczuwałem żal za to jak potraktowała Hermionę. Za to, że zaufała Malfoyowi. Przecież mogła zwrócić się do mnie, miała przyjaciół, którzy zrobili by dla nie wszystko. Miała brata. " Brata, który ukrywał przed nią to, kim naprawdę jest" szepnął cichy głosik w mojej głowie, jednak szybko go uciszyłem. Zrobiłem to dla jej dobra, a to co ona robiła, mogło zaszkodzić nie tylko nam, ale przede wszystkim jej samej


                                                                               ***

Była szósta, co oznaczało, że została mi godzina do szlabanu z Umbridge. Po założeniu czegoś wygodniejszego, zeszłam do Pokoju wspólnego, chcąc sprawdzić esej na eliksiry. Coś mnie jednak powstrzymało.
- Cześć - powiedział Harry, siadając obok mnie.
- Część - odpowiedziałam wymijająco, nadal przeglądając mój esej.
- Możemy pogadać?
- Naprawdę chcesz rozmawiać tutaj? Wydawało mi się, że zależy Ci na dyskrecji - odparłam chłodno.
Usłyszałam, jak Harry ciężko wzdycha. Zapewne moja uwaga bardzo go zdenerwowała.
- Znasz jakieś odpowiednie miejsce? - spytał, już nie tak przyjaznym tonem.
Wstałam bez słowa i wyszłam z Wierzy Gryffindoru. Harry poszedł za mną.
- Gdzie idziemy?
- Do Wierzy Astronomicznej
Szliśmy w ciszy, słychać było tylko nasze kroki. Chciałam z nim porozmawiać. Chciałam, żeby miał dobry powód, aby ukrywać przede mną coś tak ważnego. Może i wydawało się to być błahostką, ale dla mnie było to tak, jakby mój brat zawiązał mi chustkę na oczach i zamknął w klatce z wygłodniałą bestią, mówiąc, że nie mam się czego bać, że jestem bezpieczna.
- O czym chciałeś porozmawiać? - odezwałam się jako pierwsza, kiedy już opierałam się o balustradę.
- Cóż, to chyba oczywiste, że o tobie.
- Wydawało mi się, że wszystko już jest jasne - odparłam szorstko, nie mogąc się powstrzymać od ciętych uwag.
- Talio, proszę Cię...
- No dobrze. Co chcesz mi powiedzieć?
Harry zawahał się na chwilę. Ciągle otwierał usta, potem zamykał. W końcu jednak zdecydował się odezwać.
- Przepraszam Cię za to, że ukrywaliśmy przed tobą fakt, że posiadasz te moce. Myśleliśmy, że taka nowina wywoła u Ciebie szok, negatywne emocje. Chyba wiesz jak to się mogło skończyć.
- Tak wiem, bo już wiem jak to jest. Przekonałam się niejednokrotnie. Nie przyszło wam do głowy, że niewiedza może mi zaszkodzić? Nie wiedziałam co się ze mną działo, Harry. Wpadłam w panikę, bałam się. O mało się wtedy nie wykończyłam.
- Wiem. Dlatego staraliśmy się, abyś nie została sprowokowana. Niestety, nie udało się. Ale zrozum, nie chcieliśmy, żeby coś Ci się stało.
- Nie mówię, że chcieliście dla mnie źle. Zawiodłeś mnie. Nie powiedziałeś mi czegoś bardzo istotnego, Myślisz, że nie dałabym sobie z tym rady? Zdaję sobie sprawę z tego, że życie u wujostwa to piekło, ale nie wiesz jak to było ze mną. Musiałam sobie dawać radę każdego dnia. Widziałam, słyszałam i doświadczyłam wielu rzeczy. Uwierz mi, nic by się nie stało, gdybyście mi powiedzieli.
- Talia, tu chodziło o twoje bezpieczeństwo. Wiesz, ile osób Cie szuka? Jesteś w niebezpieczeństwie.
- I zamiast przyszykować mnie, szkolić, to postanowiliście wszystko przede mną ukryć?
- Im więcej umiesz, tym gorzej dla Ciebie. Oni chcą Cię wykorzystać.
- Nie. Im więcej umiem, tym lepiej będę mogła się bronić - krzyknęłam, tracąc już cierpliwość.
- No tak, słyszałem, że masz znakomitego nauczyciela - warknął Harry.
- Słucham?
- Myślisz, że nie wiem o Malfoy'u? On będzie chciał Cię wykorzystać.
- A skąd ty to możesz wiedzieć?
- Bo to oczywiste! Czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, kim jest jego ojciec i komu on służy?
- Nie masz pewności, że służy Voldemortowi. Do tej pory Draco pomógł mi więcej niż wy!
- Och tak? Pomógł Ci? Niby w jaki sposób?
- Wiem teraz wszystko o mocach, uczę się, jak nad nimi panować. Powoli zaczynam umieć z nich korzystać. Znaleźli dla mnie medalion, który pomoże mi kontrolować moce - mówiąc to, postanowiłam zademonstrować to i owo.
Skoncentrowałam się na tym dziwnym uczuciu gdzieś we mnie i pozwoliłam mocy działać. Zaczął wiać silny wiatr, który targał nasze włosy. Wydawało się że nadchodził z każdej strony. Harry musiał się przytrzymać balustrady, kiedy ja stałam spokojnie, patrząc mu prosto w oczy.
- Przestań! - zawołał, a w jego głosie słychać było nutkę strachu.
Posłuchałam go.
- Chciałam, żebyś był przy mnie, żebyś mi pomógł, kiedy zwijałam się z bólu, nie wiedząc co się ze mną dzieje. Wolałam, żebyś ty był moja podporą, nie Malfoy. Niestety wy zmusiliście mnie do szukania pomocy gdzieś indziej.
- Przecież mogłaś do mnie przyjść...
- Tak? Nie mal od początku byłam pewna, że wiedzieliście. To miało mnie przekonać do zwierzeń? Czułam się oszukana, Harry. Starałam się być dobrą siostrą, zdobyć twoje zaufanie, poznać Cię, pomóc, jak tylko mogłam. A ty? Rozumiem, że jest Ci trudno, ale to nie powód, aby odpychać od siebie jedyną osobę, która tak naprawdę znajduje się w tej samej sytuacji jak ty.
- Nie zmieniaj tematu - syknął.
- Nie zmieniam. To wszystko się skumulowało. Nie mam pojęcia co zrobić. Raz dziękujesz mi za to, że jestem, a kiedy indziej każesz mi zostawić Cię w spokoju, a do tego mnie okłamywałeś.
- Nie możesz zwalać wszystkiego na mnie, Przyznaj, że Malfoy coś o mnie mówił.
Nie odpowiedziałam od razu. Myślałam, że mętlik w mojej głowie nie mógł być już gorszy, ale się myliłam. Tak różne wersje jednej historii... Nie miałam już pojęcia, komu wierzyć.
ale kto dał mi więcej powodów do tego, aby mu zaufać. Niestety, tą osobą nie był mój brat. Oczy zaczęły mnie piec od słonych łez.
- Cóż, bardzo mi przykro, ale obawiam się, że to co mówił jest prawdą - powiedziałam, próbując przełknąć tą nieznośną kulę w gardle.
Miałam tego wszystkiego dosyć. Spojrzałam na oszołomionego Harry'ego ostatni raz i zeszłam po schodach, kierując się do gabinetu Umbridge.
Kiedy wracałam już ze szlabanu, na mojej dłoni widniał podobny napis jak u mojego brata.
"Nie pisnę już ani słowem". Rany nadal krwawiły. Musiałam przyznać, pomysł na napis mało subtelny, porównując go z tym Harry'ego, ale nie dziwiłam się. Zaszłam Umbridge za skórę i to bardzo.


Następnego dnia po zajęciach postanowiłam się przejść. Wychodząc z zamku natknęłam się na Ginny. Poszła ze mną. Spacerując wzdłuż jeziora opowiedziałam jej o wszystkim, co zaszło między mną, a Herrym. Zwierzyłam się też z kłótni z Hermioną. Moja przyjaciółka również nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Nie chciała brać żadnej ze stron, ale nie miałam jej tego za złe. Przyznała mi jednak rację, że mogli mi powiedzieć. Jej zdanie było dla mnie bardzo ważne, bo chodziła ze mną na lekcje z Malfoyem. Znała chłopaków i ich zamiary co do mnie. Wiedziała, że nie chcą mi zrobić krzywdy. Ona jako jedyna rozumiała w jakiej sytuacji się znajdowałam.
- Zmieńmy temat - powiedziałam, kiedy usiadłyśmy na pomoście - Z kim idziesz na bal?
- Lee mnie zaprosił. Oczywiście Fred i George nie byli zadowoleni, ale zmienili zdanie, kiedy podałam im nazwiska innych chłopaków, którzy mnie zaprosili. Lee wydał się im najlepszą opcją - parsknęła, wpatrując się w taflę wody.
Dobrze wiedziała, że wolałaby iść z moim bratem.
- A ty? - spytała po chwili ciszy.
- Idę z Georgem - odpowiedziałam, kątem oka obserwując jej reakcję.
Najpierw wytrzeszczyła oczy, a następnie wybucha śmiechem. Jednak szybko się uspokoiła i zaczęła patrzeć się na mnie  powątpiewaniem.
- Naprawdę? George Cię zaprosił?
- Tak.
- Wow... Nigdy bym się tego nie spodziewała.
- Niby czemu? - zdziwiłam się.
- Moi bracia nie znoszą bali. Dla nich, to tylko kolejna okazja, żeby móc się wygłupić. Owszem, Fred zawsze chciał zaprosić Angelinę na taki bal, ale George? Nigdy nie zawracał sobie głowy takimi rzeczami.
- Pewnie zaprosił mnie, bo ja również nie przepadam za takimi teatrzykami - parsknęłam.
- To by miało sens - przyznała - Prawie zapomniałam! Angelina prosiła przekazać, że trening odbędzie się jutro po obiedzie.
- No tak, czeka nas mecz z Krukonami. Będziesz chciała przyjść na trening?
- No pewnie! Mam tylko nadzieję, że twoi nauczyciele sobie tym razem odpuszczą i zostaną w tych swoich lochach.
- Nie robiłabym sobie nadziei - mruknęłam.


Miałam rację. Ginny czekało rozczarowanie, bo kiedy tylko wyszłam z szatki, trójka Ślizgonów siedziała już na trybunach. Ku mojemu zdziwieniu, Ginny się do nich dosiadła. Postanowiłam sobie tym jednak nie zawracać głowy. Czekał mnie trening bratem, z którym nadal byłam skłócona, co skutecznie mnie dekoncentrowało. Angelina, mimo, że poza treningami była moja dobrą koleżanką, pokazała, że potrafi oddzielić sprawy prywatne od spraw drużyny. Nie było już miejsca na wątpliwości, ta dziewczyna była ostra kapitanką i niestety przekonałam się o tym na własnej skórze. Przez kłótnię z bratem nie mogłam się skoncentrować na grze, na co Angelina była uczulona.
- Potter! Co się z tobą dzieje? - krzyknęła, kiedy niechcący trafiłam kaflem w głowę Katie, zamiast w pętlę, przed którą czekała w gotowości Alicja.
- Gorszy dzień - odparłam, po czym podleciałam do Katie, której na szczęście nic się nie stało.
- Jeśli zagrasz tak na meczu, to będę musiała Cię zastąpić.
Ta uwaga była dla mnie wystarczająco dobrą motywacją. ostatnie piętnaście minut treningu nie zrobiłam już nikomu krzywdy.
- No, no, Potter. Dzisiaj zdecydowania się spisałaś - zawołał Draco, kiedy weszłam na trybuny.
- Zamknij się, fretko - warknęła Ginny i podeszła do mnie.
- Mam nadzieję, że masz więcej gracji w tańcu, bo dziś zacząłem w to wątpić.
- Nie mów, że chcesz się przekonać - parsknęłam, rozpuszczając włosy z ciasnego koka.
- Nie, już mam partnerkę. Chciałem okazać trochę współczucia dla tego biedaka, z którym pójdziesz na ten bal.
- Cóż, ja bym się bardziej martwiła o Talię. Nie jestem pewna, czy George w ogóle wie, co to taniec - wtrąciła się Ginny i obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Idziesz z Georgem Weasleyem? - zdziwił się Draco.
- Tak - odpowiedziałam - A co?
- Nie, nic - odparł szybko.
- No cóż, życzcie Pansy, Tracey i Dafne powodzenia w wyborze sukienek. Padam z nóg, idziemy Ginny?
- Skąd... - zaczął Blaise, ale mu przerwałam.
- Proszę Cię - zaśmiałam się - To było do przewidzenia, że ty pójdziesz z Tracey, Teodor z Dafne, a Malfoy z Pansy.
- Pa! - zawołała Ginny i obie opuściłyśmy boisko












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz