niedziela, 8 listopada 2015

Rozdział XVI Gwardia Dumbledore'a

Po raz pierwszy podczas mojego pobytu w Hogwarcie nie miałam ochoty się powiesić z powodu czekającej mnie lekcji eliksirów. Ostatnim razem Snape był tak poirytowany wizytą Dolores Umbridge, że dał mi lepszą ocenę niż zwykle. Byłam bardzo ciekawa, jak miała wyglądać ta lekcja. Miałam jednak pewne obawy. Byłam zmuszona usiąść z moim bratem, Ronem i Hermioną. Nie miałam pojęcia, czy Ron wiedział o naszej kłótni i moich mocach. Musiał jednak zauważyć, że nie odzywam się do Harry'ego i Hermiony, nie dało się tego przeoczyć. Nie zamierzałam się jednak tłumaczyć. Niech oni się trudzą.
Czekając na Snape'a przed jego klasą, oparłam się o kamienną ścianę i spuściłam głowę. Neville rozmawiał z Seamusem, nie chciałam im przeszkadzać. Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie, jakbym była obserwowana. Podniosłam nieco wzrok i rozejrzałam się po korytarzu. Nagle moje oczy napotkały spojrzenie szarych tęczówek. "Oczywiście" westchnęłam w duchu. Draco Malfoy stał kawałek dalej, opierając się nonszalancko o ścianę, z Pansy u boku. Wokół niego stali też jego przyjaciele, którzy gawędzili z Dafne i Tracey. Blondyn lekko uniósł lewy kącik ust, nadal patrząc mi prosto w oczy. Pokręciłam tylko głową, mimowolnie się uśmiechając. Jego pewność siebie i postawa mnie bawiły. Na szczęście Parkinson nie zwróciła uwagi na naszą wymianę spojrzeń. Cały czas mówiła do Malfoya, gapiąc się na swoje paznokcie. Nagle drzwi od klasy otworzyły się, a w nich stanął Snape. Wszyscy ustawili się w kolejce i pojedynczo przechodzili przez drzwi.
- Witaj, Potter - szepnął ktoś stojący za mną.
Tym kimś oczywiście był Malfoy.
- Witaj, Malfoy - odparłam.
Kiedy weszłam już do ponurej klasy, zajęłam swoje miejsce, a zaraz potem dosiedli się do mnie Harry, Ron i Hermiona.
- Cisza - rozległ się syk nauczyciela, kiedy wszyscy już siedzieli - Dzisiaj uwarzycie bardzo mocny eliksir. Radziłbym nie wygłupiać się przy pracy nad nim. Amortencja... Kto wyjaśni mi, jak działa?
Ręka Hermiony od razu wystrzeliła w górę. Ja znając odpowiedź, też ja podniosłam. Snape przez chwilę patrzył z niechęcią na Granger,  i zaraz potem kiwnął głową w moją stronę.
- Amortencja to najsilniejszy eliksir miłosny na świecie. Nie wzbudza jednak prawdziwej miłości, tylko bardzo silne zadurzenie, czasami nawet obsesję. Jeden błąd podczas jego ważenia może spowodować niemałą katastrofę. Poznać ją można po charakterystycznym połysku i parze wzbijającej się w spiralach. Każdy czuje co innego, wdychając opary Amortencji.
- Widzę, że trafiła nam się druga Granger - mruknął, a w jego czarnych oczach tańczyły złośliwe iskierki - Tak jak powiedziała Panna Potter, jeden mały błąd, a możecie już nigdy nie wyjść ze Świętego Munga. Najpierw przeczytajcie instrukcje i uwagi na stronie pięćdziesiąt siedem.
W klasie nie było słychać nic, poza przewracanymi kartkami podręczników. Wreszcie, kiedy wszyscy skończyli czytać, wstałam od stolika i poszłam po odpowiednie ingrediencje. W składziku trafiłam na Blaise'a.
- Cześć - przywitał się przyjaźnie.
- Cześć - odparłam, uśmiechając się.
- Wszystko w porządku?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. W drzwiach stanął Harry.
- Talia, prosiłem Cię...
- Przestań. Nie mam zamiaru poruszać tego tematu, a zwłaszcza nie tutaj - przerwałam mu, wiedząc co chciał powiedzieć.
- Potter, nie uważasz, że twoja siostrzyczka powinna sama podejmować decyzje? - wtrącił się Blaise ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy.
- Trzymaj się od niej z daleka, Zabini - warknął Harry, piorunując Ślizgona wzrokiem.
- Może trochę grzeczniej ? - usłyszałam nowy głos.
Malfoy stał tuż za Harrym. " Gorzej być nie może" jęknęła moja podświadomość.
- Przestańcie. To nie jest najodpowiedniejsza chwila na...
- Dobrze Ci radzę, przestań łazić za moją siostrą - powiedział Harry tonem, jakiego jeszcze nigdy u niego nie słyszałam.
Przeszły mnie ciarki.
- A co, jeśli ona tego chce? - odpowiedział Draco, uśmiechając się przy tym z wyższością.
- Malfoy - warknęłam.
- Och, proszę Cię. Przecież nie ma sensu okłamywać twojego braciszka prawda? - zaśmiał się złośliwie.
Tego było już za wiele. Odepchnęłam Harry'ego i stanęłam przed Draconem.
- Nie prowokuj go - szepnęłam.
- Ja tylko mówię prawdę - odparł.
Harry chwycił mnie za ramię i odciągnął od Malfoya.
- Hej! - zaprotestowałam.
Wpadłam na Blaise'a, który podtrzymał mnie w ostatniej chwili, inaczej bym wylądowała na podłodze.
- Masz się trzymać od niej z daleka - wycedził przez zęby Harry.
Był wściekły.
- Nie mam takiego zamiaru - szepnął Draco, nie przestając się uśmiechać.
Harry uderzył Ślizgona w twarz. Draco zacisnął szczęki, a w jego oczach była dostrzegalna furia.
- Popełniłeś największy błąd w swoim życiu - syknął.
Po chwili Harry syknął z bólu, trzymając się za nos, w który oberwał od Malfoya. Tak właśnie zaczęła się szarpanina. Od razu rzuciłam się w stronę brata, szarpiąc go za szatę, próbując go odciągnąć od Dracona. Blaise siłował się z blondynem, ale na marne. Nie wiedząc co dale robić, wskoczyłam Harry'emu na plecy i oplotłam szyję rękoma, wrzeszcząc, żeby przestał. Stało się jednak coś, czego się nie spodziewałam. Draco przez przypadek trafił i mnie. Kiedy zorientował się, co właśnie zrobił, od razu znieruchomiał, podobnie jak Harry. W tym samym momencie zjawił się Snape. Patrzył na nas niewzruszony. Zeszłam z Harry'ego i położyłam dłoń na bolący policzek. Spojrzałam na Harry'ego. Z nosa leciała mu krew, a oko miał lekko podpuchnięte. Draco też nie wyszedł z tego bez szwanku. Skóra wokół rozciętej wargi była zaczerwieniona, a pod jego okiem robił się siniak.
- Czemu mnie to nie dziwi? -westchnął Snape, jakby znudzony.
- Panie profesorze...
- Cisza! Potter, widzę, że mało Ci szlabanów. Cóż, mam dla Ciebie miłą niespodziankę, właśnie sobie jeden zarobiłeś.
- Co?! To nie fair! On nic nie zrobił! - żachnęłam się.
- Czyżby? - odparł nauczyciel - Wracajcie na miejsca, już.
To powiedziawszy, zniknął z pola widzenia. Harry bez słowa opuścił składzik. Zostałam w nim sama z Malfoyem i Zabinim.
- Talia...- zaczął Draco, ale wyminęłam go i poszłam za bratem.
Kiedy doszłam już do mojego stolika, Hermiona oglądała nos Harry'ego, a Ron wyglądał, jakby zaraz miał wybuchnąć.
- Harry, przepraszam Cię za niego...
- Mówiłem, żebyś się do niego nie zbliżała - warknął.
Nic już nie powiedziałam. Spuściłam wzrok na moje dłonie. Na jednej z nich było trochę krwi, nie wiedziałam czy moja, czy Harry'ego. Było mi głupio. Czułam się po części winna. Z drugiej jednak strony, do niczego by nie doszło, gdyby Harry przestał mi rozkazywać. Po raz kolejny miałam mętlik w głowie, nie mając pojęcia, po czyjej stronie stanąć. Wiedziałam jedno. Celowo, nie celowo, Malfoy uderzył mnie w twarz. Nie mogło mu to ujść na sucho.

Po lekcji eliksirów okazało się, że krew na mojej dłoni należała do mnie. Profesor Snape podał mi odpowiedni eliksir i rana zniknęła. Malfoy też dostał lekarstwo od nauczyciela, Harry jednak musiał iść do Pani Pomfrey. Miał złamany nos i krew nie przestawała lecieć, plamiąc przy tym jego szatę. Chciałam iść z nim, ale on nie czekając na mnie wyszedł z klasy. Kiedy szłam do klasy Pana Binnsa, poczułam czyjąś dłoń na ramieniu.
- Malfoy - warknęłam, widząc jego twarz.
- Serio masz zamiar się na mnie wściekać? To nie było celowo - powiedział, idąc obok mnie.
- Mało mnie to obchodzi.
- Nie celowałem w Ciebie...
- Pobiłeś mojego brata, ty kretynie!
- Sam się o to prosił.
- Nie, ty go sprowokowałeś - jęknęłam, tracąc już cierpliwość i siły.
- Och, no weź... On nie może Ci rozkazywać.
- To nie znaczy, że masz mu z tego powodu łamać nos.
- Szkoda że Cię tu nie było, kiedy Hermiona mi go o mało nie złamała - syknął Draco.
- A ty czego się spodziewałeś, nazywając ją szlamą? Na jej miejscu zrobiłabym to samo. Masz w ogóle szczęście, że Ci nie oddałam.
- Talia - Draco stanął w miejscu, zmuszając mnie do zrobienia tego samego - Przepraszam.
Zatkało mnie. Nie dość, że biegł za mną, kiedy wokół było pełno ludzi, to jeszcze mnie przeprosił.
- Publiczne przeprosiny? Muszę zapamiętać ten dzień - odparłam sucho.
- Nie żartuję. Naprawdę, nie chciałem Cię uderzyć.
Westchnęłam kręcąc głową. " I co ja mam z tymi Ślizgonami?".
- No dobrze. Idź już na lekcje, Pansy nie da Ci spokoju - przy ostatnim zdaniu uśmiechnęłam się złośliwie.
- Pozdrów braciszka - zawołał na odchodne.


                                                                                ***


Zaraz po zajęciach udałem się do dormitorium razem z Blaisem in Teodorem. Na nasze nieszczęście Pansy i jej koleżanki postanowiły nam złożyć wizytę. Nie było nam to na rękę, chcieliśmy przedyskutować zdarzenia z przed kilku godzin, niestety było to niemożliwe.
- Bardzo dobrze, że Potterównej też się dostało - rzekła Pansy, która wyłożyła się na moim łóżku.
- A ty skąd to wiesz? - zdziwił się Blaise.
- Millicenta przechodziła obok składziku i wszystko widziała.
- Teraz wszyscy wiedzą, że Draco jest damskim bokserem - zaśmiał się Teodor, ale widząc moją minę, od razu przestał.
- Przecież nie zrobiłem tego specjalnie - warknąłem, padając obok Parkinson.
- Ale przecież na dobre wyszło - wtrąciła się Tracey, a dziewczyny jej przytaknęły.
- No właśnie, zasłużyła sobie - powiedziała Pansy, chcąc się do mnie przytulić, ale ją odepchnąłem i wstałem z łóżka.
- Zmieńmy temat - powiedziałem, podchodząc do szafy.
Wyciągnąłem z niej szary T-shirt. Rozpiąłem koszule, rzuciłem ją na stojący niedaleko fotel.
- Wszyscy już wiemy, że masz niezłe ciałko, nie musisz się chwalić - zaśmiała się Dafne, która siedziała na kanapie obok Teodora.
- Nie musisz się patrzeć. Poza tym, coś mi mówi, że Teodor wolałby, abyś patrzyła na niego - odparłem, puszczając oko do przyjaciela.
Ten posłał mi mordercze spojrzenie. Ubrany już w T-shirt, wróciłem do Pansy, która od razu do mnie przyległa.
- Draco, pytałeś się już ojca, czy możemy wbić się na ten wasz coroczny bankiet? - odezwała się Tracey, bawiąc się krawatem Blaise'a.
- Nie. Wiem tylko, że zaprosił rodzinę Notta i Zabiniego, jak zwykle zresztą.
- Czemu nigdy nie zaprasza nas? - jęknęła Pansy.
- Nie mam pojęcia - westchnąłem.
- Naprawdę nie mam ochoty wysłuchiwać od wszystkich, jak to fajnie było u Malfoyów. Poza tym, jeszcze nigdy nie spędziliśmy razem świąt.
- Zobaczę, co da się zrobić - powiedziałem, modląc się, żeby w tym roku ojciec nie postanowił zaprosić Parkinsonów, Greengrassów i Davisów. Poza tym, miała nas zaszczycić Panna Potter, obecność Pansy i jej przyjaciółek tylko by zaszkodziła.
Dziewczyny posiedziały jeszcze godzinkę, potem poszły do siebie. Odetchnąłem z ulgą. Pansy była nie do zniesienia.
- Malfoy - zawołał Zabini.
- Co?
- Rozumiem, że nie uznajesz bicia dziewczyn, ale wiesz... Jeszcze nigdy nie widziałem u Ciebie takiej paniki.
- Sugerujesz coś?
- No nie wiem, po prostu nigdy nie przejąłeś się czymś tak bardzo.
- Blaise, nie rób sobie zbędnych nadziei. Malfoy niczym się nie przejmuje, to nie w jego stylu. Przecież nie poleciał do niej i nie błagał o wybaczenie - zaśmiał się Teodor.
Spuściłem wzrok. Czasami miałem ochotę potraktować tą dwójkę jakąś paskudną klątwą.
- Oho, Draco milczy! - zawołał Zabini.
- Przeprosiłeś ją? - zapytał Nott.
- A co ty byś zrobił na moim miejscu? - syknąłem.
- On ją przeprosił...- szepnął Blaise, udając, że jest w szoku.
- Nie no, stary. Ta dziewczyna musi mieć w sobie to coś, skoro ty, Draco Malfoy, postanowiłeś ją przeprosić
- Owszem. Ma moc, której chce Czarny Pan, zapomnieliście? Musimy przekabacić ją na naszą stronę. Musiałem to zrobić.
- Tym razem udało Ci się znaleźć dobrą wymówkę. Jestem jednak ciekawy, co zrobisz, kiedy Ci ich zabraknie - droczył się Blaise
- Zamknij się i zrób coś pożytecznego ze swoim życiem, Zabini.
- Tylko uważaj, Weasley może Ci ją sprzątnąć sprzed nosa - dodał Teo.
- Weasley? Proszę Cie - prychnąłem.
- Czyli nie zaprzeczasz? - zaśmiał się.
- Salazarze... Niech ta dziołcha robi co chce, może być z tym Weasleyem, nic mnie to nie obchodzi - syknąłem.
- No dobrze, księżniczko. Już dajemy Ci spokój - powiedział Blaise.
- Tyko nie pozabijajcie się nawzajem, jak mnie nie będzie. Idę wysłać list - rzekł Nott, wychodząc z pokoju.


                                                                                ***

Zaraz po zajęciach poszłam do sowiarni, odwiedzić Carmę. Ostatnio ją zaniedbałam. Kiedy tylko ją zobaczyłam, ta podleciała do mnie, spoczęła na ramieniu i zaczęła dziobać pieszczotliwie w ucho.
- Mam coś dla Ciebie - powiedziałam, otwierając słoiczek z jej ulubionymi ciasteczkami.
Carma zahuczała cicho. Podsunęłam jej ciasteczko pod dzióbek, ta od razu je ode mnie wzięła. Była najsłodszą sówką, jaką kiedykolwiek widziałam. W ogóle nie rosła, co tylko dodawało jej uroku.
- Talia - usłyszałam znajomy głos.
- Och, cześć - przywitałam się z Teodorem.
- Wszystko w porządku? Draco opowiedział mi co się stało - powiedział, podchodząc do mnie.
Teodor gwizdnął głośno i chwilę później przyleciała jego sowa.
- Tak, nic mi nie jest. Za to Harry wyszedł z tego ze złamanym nosem i podbitym okiem - odpowiedziałam, przyglądając się, jak chłopak przywiązuje list do nóżki jego szarej sowy.
- To też słyszałem. Podobno poszło o Ciebie.
- Och... Nie, nie do końca. Harry nie chce, żebym miała z wami jakikolwiek kontakt.
- A ty czego chcesz? - spytał.
- Chcę sama podejmować decyzje - odparłam.
- Taa... Wiem, że trudno jest wybierać między rodziną, a obcymi, ale czasami trzeba robić to, co jest dla nas najlepsze. Może brzmi to samolubnie, ale stale się poświęcając nie zajdziemy daleko. Musisz umieć ocenić sytuację, wtedy będziesz wiedziała co robić.
Nie odpowiedziałam od razu. Teodor miał dużo racji, ale nie wiedział jak to jest żyć bez rodziny. Kiedy w końcu znalazłam brata, bardzo trudno mi było się na niego gniewać. Fakt, że się pokłóciliśmy łamał mi serce, ale to co zrobił łamało mi je jeszcze bardziej. Byłam rozdarta.
- Dziękuję za radę, zapamiętam - powiedziałam.
- Ach i nie gniewaj się za bardzo na Dracona. Jest jaki jest. Tak na dobrą sprawę, dziś wstawił się za tobą. Miej to na uwadze, kiedy będziesz chciała go zabić - zaśmiał się.
- Tak, wiem, ale nie musiał od razu przechodzić do rękoczynu.
- Tak jak mówiłem, Draco jest jaki jest, niestety, ale miał dobre intencje.
- No dobrze, postaram się być wyrozumiała - parsknęłam.
Teodor uśmiechnął się delikatnie, patrząc przez okno. Było już ciemno, a na niebie świeciły gwiazdy.
- Mogę Cię o coś zapytać? - odezwałam się po dłuższej chwili ciszy.
- Pytaj.
- Bo... Tak się zastanawiałam... Ty widzisz testrale...
- Mój brat - przerwał moją bezsensowną paplaninę.
- Och... Bardzo mi przykro - powiedziałam.
Podeszłam do Teodora i poklepałam go po ramieniu. Uśmiechnął się, ale oczy nadal miał smutne.
- To stało się w te wakacje. Miał zaledwie pięć lat.
- Był chory?
- Nie, został zamordowany.
Zaniemówiłam. Jak można zamordować pięcioletnie dziecko? Bezbronne, nieszkodliwe, małe dziecko? Oczy zaczęły mnie piec, a twarz Teodora rozmazała się przez łzy, których nie mogłam powstrzymać.
- Nie wiem co powiedzieć - szepnęłam.
- Nie musisz - odparł, nadal wpatrując się w niebo.
- Tego, kto to zrobił spotka kara, jestem pewna.
- Obawiam się, że to niemożliwe - westchnął.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Długa historia.



                                                                           ***

Następnego dnia po zajęciach postanowiłyśmy iść na boisko Quidditcha. Nikt na nim nie trenował tego dnia, więc Ginny pożyczyła miotłę od Katie i razem poszłyśmy razem polatać. Okazało się, że Ginny była bardzo dobra. Dziwiłam się jej, czemu nie przyszła na kwalifikacje. Nie dane nam było jednak długo polatać. W pewnym momencie dołączył do nas Blaise z Teodorem. Przyszli na boisko w tym samym celu. Tak jak się spodziewałam, Ginny i Blaise zaczęli małą rywalizację, ścigali się i próbowali zwalić z miotły. Teodor zrezygnował z latania i wrócił do zamku. Oglądanie przepychanek Ginny i Blaise'a też nie wydawało mi się najlepszą atrakcją, więc bez słowa zostawiłam ich samych. Nawet tego nie zauważyli. Miałam dziwne przeczucie, że ta dwójka ma się ku sobie i pewnie się nie myliłam. Wróciłam do szkoły z uśmiechem na twarzy.
Kiedy weszłam na dziedziniec, usłyszałam czyiś szloch. Rozejrzałam się dookoła. Na murku fontanny siedziała Dafne. Miała zaczerwienione oczy, tak samo jak nos i policzki. Skulona, wpatrywała się w wodę. Bardzo chciałam iść przed siebie i nie zwracać na nią uwagi, ale nie potrafiłam tego zrobić. Było bardzo zimno, nie mogła tu tak siedzieć i płakać. Były cieplejsze miejsca na takie zajęcia.
- Dafne? Wszystko w porządku? - podeszłam do niej.
- A co Ciebie to może obchodzić? - warknęła, ocierając łzy.
- Jest zimno, a ty siedzisz na kamiennym murku. Możesz się przeziębić.
- Nie przejmuj się mną - syknęła.
- Czemu płaczesz? - nie dawałam za wygraną.
- Daj mi spokój!
- Okay, jak sobie życzysz - westchnęłam.
Jednak kiedy odeszłam, znowu rozległ się szloch Ślizgonki. Nie dawało mi to spokoju.
- Posłuchaj - powiedziałam, zawracając - Nie musisz mi się zwierzać, jak nie chcesz, ale nie siedź tutaj, bo się rozchorujesz. Co jak co, ale z chorym gardłem nie będzie Ci tak łatwo uprzykrzać mi życia.
Dafne spojrzała na mnie jak na wariatkę, ale ja stałam w miejscu i patrzyłam się jej prosto w oczy, nie przejmując się co o mnie myśli. Nie chciałam jej mieć później na sumieniu.
- Dobra - westchnęła w końcu i wstała, ruszając zdrętwiałymi palcami.
Szłyśmy kawałek razem, w ciszy. Kiedy jednak nasze drogi się rozchodziły, Dafne przystanęła, patrząc na mnie niepewnie.
- To co, chcesz się komuś wygadać? - spytałam.
Zawahała się, ale w końcu kiwnęła głową. Usiadłyśmy na schodach.
- Wszystko zaczyna mi się walić. Matka nigdy nie będzie ze mnie zadowolona... Z resztą właśnie tak napisała mi w liście. Zawsze się czegoś doczepi, nawet najmniejszych szczegółów. Chciałam o tym porozmawiać z Pansy i Tracey, ale ich to nie obchodzi.
- Jak to? To są przecież twoje przyjaciółki - zdziwiłam się.
- Niby tak, ale nie mogę z nimi rozmawiać o wszystkim. Mają ważniejsze sprawy na głowie - prychnęła.
- To przecież nie w porządku.
- I to jak! One mi się żalą o wszystkim. Czasami czuję się jak trzecie koło u wozu.
- Czemu nadal się z nimi zadajesz?
- Nasze rodziny przyjaźnią się od lat, tak jak my. Poza tym... Rozpuściły by o mnie plotki, ale na to nie mogę pozwolić. Tak to już jest w świecie arystokratów. Wam wydaje się, że mamy życie jak z bajki, a tak naprawdę to jeden wielki teatrzyk. Nie możesz na nikogo liczyć. Z resztą... Po co ja Ci to mówię.
- Nie wiem - odparłam.
- Jeśli piśniesz komuś słówkiem...
- Nikomu nie powiem, możesz być spokojna - parsknęłam.
Dafne nagle wstała, otarła mokre policzki i odeszła. Siedziałam na schodach jeszcze przez chwilę, analizując to co się przed chwilą stało.


Sobota, wyczekiwany przeze mnie dzień. Po śniadaniu miał się odbyć wypad do Hogsmeade, a co najważniejsze, Harry, Hermiona i Ron organizowali małe spotkanie w sprawie lekcji obrony przed czarną magia, które miał prowadzić Harry. Spotkanie, o którym mnie nie poinformowali. Ginny wybierała się z nimi, więc musiałam iść sama. Wywlekłam się z łóżka, umyłam, ubrałam, spięłam włosy w koka i zeszłam na śniadanie. Z tego co mówił Neville, to było sporo chętnych. Miałam zamiar iść na to spotkanie, ale nie chciałam, żeby ktoś mnie zauważył. Dlatego też odczekałam, aż większość uczniów już się rozejdzie po miasteczku. Miałam małe problemy ze znalezieniem knajpy pod nazwą "Świński Ryj". Nie był to zbyt popularny lokal. Kręciło się tam dużo podejrzanych typów. Zanim weszłam do środka, narzuciłam na głowę kaptur. Otworzyłam drzwi i przeszłam przed próg. Wszyscy już tam byli. Usiadłam przy barze, spuszczając głowę, żeby nikt mnie nie zobaczył. Przysłuchiwałam się całemu zajściu. Wielu zebranych tak osób nadal nie wierzyło Harry'emu w to, że Voldemort powrócił. Tak wiele pytań, zarzuceń... Powinnam być przy nim, powinnam się za nim wstawić. Chciałam już wyjść, myśląc, że spotkanie było kompletną klapą, ale coś mnie powstrzymało. Harry nie wytrzymał. Opowiedział o tym co zaszło na cmentarzu. Opowiedział o tym, jak to jest, stanąć z śmiercią twarzą w twarz, o tym jak dzielą Cię od niej minuty, nawet sekundy. Jak to jest być uważanym za bohatera. Powiedział, że najczęściej miał po prostu szczęście. Nastąpiła cisza. W końcu jednak wszyscy wstali. Odwróciłam się i zobaczyłam że każdy tam zebrany podpisywał się na kawałku pergaminu. Coś mnie tknęło. Stanęłam na końcu kolejki, która utworzyła się przed stolikiem, za którym siedział Harry, Hermiona i Ron. Po jakimś czasie nadeszła moja kolej.
- Talia? - zdziwił się Harry.
Bez słowa spojrzałam na pergamin. "Gwardia Dumbledore'a" przeczytałam. Wzięłam do ręki pióro i złożyłam podpis.
- Namawiałam Cię do tego bardzo długo. Myślisz, że serio bym Cię z tym zostawiła? Po tych wszystkich męczarniach? Nie mam mowy - powiedziałam ze złośliwym uśmieszkiem.
Harry wstał i obszedł stół. W następnej chwili staliśmy do siebie przytuleni. Poczułam jak gardło mi się zaciskało. Wszyscy przyglądali się tej scenie z uśmiechem.












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz