niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział XXII Część I : Zabawę czas zacząć

Witam! Tym razem na czas :D Muszę przyznać, 
że jestem bardzo dumna z tego rozdziału. Jest
przede wszystkim długi, ale zawiera też kilka nowych,
może też szokujących informacji. Mam wielką 
nadzieję, że się wam spodoba, na prawdę się 
napracowałam! Byłabym też wdzięczna, jeśli 
zostawilibyście po sobie komentarz, napisali, co
sądzicie o rozdziale :) Miłego czytania!


Panna Potter.





Pierwsze co zobaczyłam, wchodząc do domu Dracona, to olbrzymi żyrandol. Światło odbijające się od tysięcy kryształków było wręcz magiczne.
Czy wszystko w jego domu musiało być ogromne? Dałabym sobie głowę uciąć, że hol, w którym właśnie się znajdowaliśmy, był większy od całego mieszkania na Grimmuald Place.
- Jesteście już - usłyszałam kobiecy głos, odbijający się echem od wysokich na przynajmniej sześć metrów ścian, wykonanych z ciemnego kamienia.
- Zaczynałam się martwić - dodała, kiedy już na nią patrzyliśmy.
W naszym kierunku zmierzała dość wysoka kobieta. Ubrana była w prostą, ale bardzo elegancką sukienkę, sięgającej do ziemi. Była w kolorze butelkowej zieleni, wykonana z jedwabiu. Całość prezentowała się przepięknie. Jej oczy rozjaśniły się na widok syna, którego twarz ujęła w swoje dość chude (i perfekcyjnie zadbane) dłonie i pocałowała w policzek.
- Przepraszam, mamo - odrzekł Draco - Talia, poznaj moją mamę. Mamo, to jest właśnie Talia - przedstawił nas sobie.
Matka Dracona wyciągnęła do mnie dłoń. Spodziewałam się delikatnego uściśnięcia ręki, ale nie. Jej uścisk był zadziwiająco mocy, jak na tak elegancką kobietę.
- Witaj Talio. Mam nadzieję, ze poczujesz się tutaj, jak w domu - posłała mi promienny uśmiech, odsłaniając swoje idealnie białe zęby.
Czy ona nie posiadała żadnych wad? Przy niej czułam się jak najgorsza pokraka. Nawet sposób, w jaki się poruszała, był nienaganny.
- Dobry wieczór, Pani Malfoy. Dziękuję bardzo za zaproszenie - odparłam, rumieniąc się lekko.
Miałam ochotę schować się pod dywan, który swoją drogą był przepiękny, tak jak wszystko co było, czy też żyło w tym domu (na przykład Pani Malfoy....).
- Ależ nie ma za co. Muszę przyznać, że niecierpliwie czekałam na dzień w którym Cię poznam - powiedziała, a jej słowa i serdeczność w jej głosie sprawiły, że mogłabym się rozpłynąć na jej oczach.
- Och, naprawdę? - odparłam mało inteligentnie.
- Oczywiście. Tyle o tobie słyszałam.
Słyszała o mnie? Czyżby Draco rozmawiał o mnie ze swoją matką? "Idiotko, pewnie chodziło jej o twoje moce. W końcu jej mąż szukał dla Ciebie medalionu" szepnęła moja podświadomość.
- Cóż, mam nadzieję, że nie słyszała Pani nic złego - powiedziałam, zerkając na Dracona, który przyglądał mi się cały czas. Było to bardzo krępujące.
- Skądże znowu, mój syn lubi twoje towarzystwo, z tego co wywnioskowałam z jego opowiadań - odpowiedziała.
- No dobrze, tobie już podziękujemy mamo. Talia musi się przyszykować, ja z resztą też. Zobaczymy się na bankiecie - wtrącił się Draco.
Podszedł do matki, cmoknął ją szybko w policzek, tak jak ona wcześniej i pociągnął mnie za sobą w stronę schodów.
Odwróciłam się, chcąc pożegnać się z Panią Malfoy i zobaczyłam, jak kręciła głową, rozbawiona zachowaniem syna. Puściła do mnie oczko opuściła hol.
- Proszę, proszę - odezwałam się, kiedy byliśmy już na półpiętrze - Zawsze uciekasz, kiedy tematy robią się niezręczne?
Malofoy spojrzał na mnie, piorunując mnie wzrokiem, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Ta cała sytuacja była przezabawna.
- Ja nie uciekam, Potter. Do bankietu zostały dwie godziny. Będą tam naprawdę ważni ludzie, więc muszę się dobrze prezentować. Ty zresztą też - odparł, nie zwalniając tępa.
Przystanął, kiedy byliśmy na trzecim piętrze.
- No już, Malfoy, nie burmusz się tak - parsknęłam, rozkoszując się tą chwilą.
Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego. Po raz pierwszy to on był zakłopotany.
Wziął głęboki oddech, a jego mina zelżała.
- Ufam, że twoje koleżanki nauczyły cię "robić się na bóstwo" - zmienił temat, idąc wolnym krokiem przez korytarz.
- Po tylu torturach? Nie miałam innego wyjścia.
Wzdrygnęłam się na samą myśl o makijażu i obcasach. Na początku fascynowało mnie to, co makijaż może zrobić z twarzą, ale szybko zmieniłam zdanie. Owszem, efekt końcowy zawsze mnie zachwycał, ale w praktyce... Wolałam już nigdy nie mieć z tym do czynienia. Niestety, dzisiaj musiałam wydobyć z siebie najelegantszą i nieolśniewającą wersję mnie, jako że bankiet, na który zostałam zaproszona okazał się bardzo ważny, jak mi to ciągle przypominał Malfoy.
- A tak z innej beczki, to gdzie ty mnie prowadzisz? - spytałam, przerywając ciszę.
- Prowadzę Cię do twojej tymczasowej sypialni. Moja Matka sama ją udekorowała, specjalnie dla Ciebie - odrzekł, patrząc przed siebie.
Nie wyglądał na zadowolonego, nie wiedziałam jednak co było tego powodem.
- Rety, przecież nie musiała. Jestem tutaj tylko na dwa dni - odparłam, po raz setny czując się głupio. Nie dość, że ojciec Dracona uganiał się za jakąś głupią przywieszką, tylko dlatego, żeby mi pomóc, to jeszcze Pani Malfoy narobiła sobie trudu, aby urządzić dla mnie pokój, który i tak opuszczę za dwa dni.
- Nie przejmuj się. Moja matka i tak nie miała nic lepszego do roboty. Cały czas siedzi w tym domu, trzymając się boku mojego ojca. Myślę, że taka okazja była dla niej zbawieniem - rzekł cierpko.
Skąd ta nagła zmiana nastroju? Postanowiłam jednak o to nie pytać. Wiedziałam jak to mogłoby się skończyć.
- A oto twój pokój - powiedział, zatrzymując się przed podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna - Przyjdę po Ciebie o ósmej - dodał, otwierając dla mnie drzwi.
- Czemu brzmi to jak groźba? - odparłam, udając przerażenie.
- Nie wiem, ty mi powiedz - szepnął, uśmiechając się tajemniczo.
Wywróciłam oczami i zamknęłam drzwi. Dobrze, że tam, były, bo kiedy zobaczyłam jak wygląda mój tymczasowy pokój, moje nogi ugięły się pode mną.
Czy ja byłam w pałacu?
Wysokie ściany zostały pomalowane na bordowy kolor, meble, które wyglądały na zbytki, były wykonane z ciemnego drewna, orzecha, o ile się nie myliłam. Mimo, ze wyglądały na stare, czas nie pozostawił na nich żadnych śladów, były w idealnym stanie.
Pod prawą ścianą, tuż przy oknie, stało wielkie łoże, które pomieściłoby cztery osoby, a po jego bokach dwie lampy, kształtem przypominające winorośl, pnącą się ku sufitowi.
Z lewej znajdował się kominek, również spektakularnych rozmiarów. Malfoyowie musieli mieć jakąś manię na tym punkcie, Czułam się jak mały skrzat.
W koncie, po lewej stronie kominka, stała szafa dwudrzwiowa. Podeszłam do niej i włożyłam torbę, którą niósł za mnie Malfoy.
Obok łóżka dostrzegłam piękną toaletkę, wykonaną w podobnym stylu jak lampy. Najbardziej jednak zachwycił mnie taras z widokiem na ogród (tak, też był wielki).
Wieczorne niebo było przysłonięte chmurami, jednak biały puch, który wszystko pokrywał, zdawał się niemal lśnić. Szybko wróciłam do środka, strzepując z siebie pojedyncze płatki śniegu.
To miejsce było niesamowite. Pasowałam tu? Oczywiście, że nie.



                                                                              ***


- No, jesteś wreszcie. Twoja mama prosiła nas, abyśmy jej pomogli na dole - powiedział na przywitanie Blaise, kiedy wszedłem do swojej sypialni.
Moi przyjaciele i ich rodziny zjawiły się u nas już wczoraj. Mimo, że każdy dostał osobny pokój, Teodor i Blaise ciągle nawiedzali mnie w mojej sypialni, nie dając mi chwili spokoju. Robili mi na złość.
- To, dziwne, bo przed chwilą widziałem się z nią w holu i nic mi o tym nie wspomniała - odrzekłem, zrzucając z siebie koszulę. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem z niej smoking, który moja matka zamówiła u najlepszej krawcowej w Wielkiej Brytanii.
- Ale my Ci wspominamy. Radziłbym Ci się pospieszyć - powiedział Teodor, siedzący na kanapie, która stała u nóg mojego łóżka. Oczywiście zdążyli już przywitać się z moim prywatnym barkiem. Na stoliku przed Nottem stała butelka Szkockiej.
- Widzę, że zapewniasz sobie dobrą zabawę - parsknąłem.
- Bez urazy, ale te bankiety przestały mnie bawić już dawno temu - odparł Teo.
- Nie tylko Ciebie - wtrącił się Blaise, a ja mu przytaknąłem .
Bankiety moich rodziców zawsze były bardzo sztywne. Nie chciałem w nich uczestniczyć, ale jako ich jedyny syn nie miałem innego wyjścia, zwłaszcza w tym roku, jako że Czarny Pan powrócił.
Miał się zjawić dziś wieczorem, oczywiście pod przykrywką. Snape uwarzył dla niego wyjątkowo mocny eliksir wielosokowy. Niestety nie wiedziałem, jak miał wyglądać.
- Macie się dzisiaj zachowywać. Jeśli znowu uchlacie się tak, jak w zeszłym roku to przysięgam, nie wyjdziecie z tego żywi. Dziwię się, że w ogóle was uwzględnili, wysyłając zaproszenia.
- No już, księżniczko, nie płacz już tak. W tym roku nie możemy sobie na to pozwolić, w końcu Czarny Pan ma nas zaszczycić  - mruknął z rezygnacją Teodor.
Zapadła cisza. Nikt z nas nie cieszył się z tego powodu, zwłaszcza Teodor. Nie widział go od wakacji, kiedy Voldemort zabił jego młodszego brata. Od tamtej pory nie popierał swoich rodziców, nie chciał wstąpić w szeregi Pana. Podobnie jak ja i Blaise. Nikt jednak nie dawał nam wyboru. Gdybyśmy się zbuntowali, nasze rodziny przypłaciły by to życiem.
- Jak tam spotkanie z Talią? - odezwał się Blaise.
- A jakie miało być?
- Sądząc po twoim humorze, to nie zbyt dobrze - mruknął pod nosem Teodor.
- Dziwisz mi się? - warknąłem, poprawiając muszkę.
- Jaśniej?
- Nie chcę jej w to wciągać - powiedziałem niemalże szeptem.
I tak już wiedzieli, jaki mam stosunek do siostry Pottera. Ukrywanie tego, że nie chciałem oddawać jej w ręce Voldemorta nie miało już sensu.
- Wiem - Teodor wstał i poklepał mnie po ramieniu - Ale sam nam mówiłeś, że nie mamy innego wyjścia. Nie pękaj, stary. Na razie musimy trzymać się poleceń z góry, ale może uda nam się coś wymyślić.
Westchnąłem ciężko. Nott miał rację. Nie mogliśmy na to nic poradzić. Dopóki nie będziemy mięli solidnego planu i pewności, że wypali, nie było mowy o podjęciu jakichkolwiek działań.
Podszedłem po lustra, przeczesałem dłonią włosy i odwróciłem się do moich kolegów.
- No, panowie. Zabawę czas zacząć.
- I takie podejście mi się podoba - zaśmiał się Blaise - Zupełnie jak dawny ty.
- Dawny ja? - zdziwiłem się.
- Wiesz... Odkąd Panna Potter podbiła twoje serce... Zmiękłeś, stary - powiedział Teodor, stając w bezpiecznej odległości.
Ja tylko zaśmiałem się krótko.
- Ach tak. Zmiękłem, powiadasz - spojrzałem na Zabiniego i Notta, uśmiechając się z wyższością.
- Jeszcze zobaczymy.


- No, chłopcy. Już chciałam po was iść - zawołała moja matka z drugiego końca sali balowej.
- Wybacz, ale moi koledzy nie dawali mi się przyszykować - odparłem, a chłopaki zaczęli protestować.
Mama podeszła do mnie, mierząc mnie swoim spojrzeniem. Po chwili kąciki jej ust drgnęły lekko.
- Wyglądasz wspaniale - powiedział, poprawiając mi muchę.
- Ty również - odrzekłem.
- Muszę przyznać, że bardzo wyrośliście. Rok temu byliście jeszcze dziećmi, a teraz... Stoją przede mną mężczyźni - westchnęła, gładząc włosy Teodora, następnie podeszła do Blaise'a i poprawiła jego krawat.
Dobrze wiedziałem co robiła.
Zazwyczaj mężczyźni, którzy służyli Czarnemu Panu byli bardzo surowi dla swoich dzieci. Zero empatii, współczucia... Zupełnie, jakbyśmy byli tylko psami, które mięli za zadanie wytresować. Nasze matki nie miały prawa się temu sprzeciwiać, więc jedyne, co mogły zrobić, to przekonać nas, że damy sobie radę, że jesteśmy na tyle silni. Nigdy tego nie mówiłem mojej matce, ale pewnie wiedziała, jakie mam podejście do tej misji. Dzisiejszy dzień był tym decydującym, mięliśmy się przekonać, czy się nam udało. Mój ojciec zadbał o to, żeby mama również nie okazywała za bardzo uczuć. Nie robiła tego wprost, ale ja wiedziałem, kiedy próbowała mnie wesprzeć.
- Pani Malfoy, bo jeszcze pani mąż usłyszy - szepnął, puszczając do niej oczko.
Moja matka zaśmiała się cicho, patrząc na niego z politowaniem. Ja tylko wzniosłem oczy ku niebu.
" Czy on się nigdy nie nauczy? "
- No dalej, nadal jest dużo do zrobienia, a nie mamy dużo czasu. Porozstawiajcie te wazony na wszystkich, bukiety są na górze. Potem porozwieszacie te girlandy świetlne. Ach, no i zostały jeszcze świece, które również muszą być ułożone na stolikach. Do roboty!


Nareszcie. Skończyliśmy pomagać mamie. Za piętnaście minut mięli zjawić się pierwszy goście, których ja, matka i ojciec zazwyczaj witaliśmy przy wejściu do sali balowej. W tym roku miała dołączyć do nas Talia, po którą właśnie szedłem. Idąc odpowiednim korytarzem na trzecim piętrze zastanawiałem się, jak dzisiaj będzie wyglądała.
Zapukałem do drzwi.  Szybko poprawiłem marynarkę i rozluźniłem się trochę " Wyluzuj, wszystko będzie dobrze" powtarzałem sobie w kółko. Jak na razie działało.
Wreszcie otworzyły się drzwi, a dziewczyna, która w nich stanęła wyglądała oszałamiająco. W pierwszej sekundzie jej nie poznałem, ale kiedy już się opanowałem, dostrzegłem te jej zadziorne, zielone oczy, które podkreślał, swoją drogą udany, makijaż. Talia postanowiła dziś podkreślić coś więcej, niż tylko piękne rysy twarzy. Sukienka, którą włożyła, była nieco odważniejsza od tej, którą wybrała na bal w Hogwarcie. Przede wszystkim odsłaniała jej smukłe nogi i idealnie podkreślała figurę. "Bardzo piękną figurę" mruknęła moja podświadomość, z którą musiałem się zgłosić.
Postanowiła zrezygnować ze swoich loków. Dziś jej włosy opadały lekkimi falami na jej plecy.
- Dobra robota, Potter - pochwaliłem ją, uśmiechając się nonszalancko.
Skoro już miał wrócić Stary Draco, to pełną parą.
- I vice versa - zaśmiała się,
Wyciągnąłem do niej rękę i kiedy niepewnie ją ujęła, okręciłem ją wokół własnej osi. Okazało się, że sukienka odkrywała również kawałek pleców.
I jak tu zachować zdrowy rozsądek?
- Mam nadzieję, że masz dobre gadane i że potrafisz prawić komplementy, bo będziesz witała z nami gości - powiedziałem, ruszając w stronę schodów.
Musiałem jednak zwolnić, bo wysokie obcasy nie pozwalały Talii na szybsze tempo.
- Jestem przecież tylko gościem - zdziwiła się.
- Jesteś gościem honorowym. Prawdę mówiąc, trudno było zachować Cię w tajemnicy i większość gości już o tobie słyszało. Są ciebie bardzo ciekawi.
Spojrzała na mnie, nie zbyt przekonana, ale w końcu kiwnęła głową.
- Okay, będę chwaliła suknie tych wszystkich arystokratek i mówiła, jak miło jest mi poznać ich mężów. Ewentualnie wspomnę coś o ich wspaniałych dzieciach.
Parsknąłem śmiechem. Dziękowałem Slazarowi, że nie wywodziła się z arystokratycznej rodziny. Jej bezpośredniość i cięty język wprowadzały trochę rozrywki do mojego życia.
- Widzę, że ktoś odrobił lekcje. Kto wie, może Ci się to spodoba - rzekłem, oferując jej ramię, kiedy stanęliśmy u szczytu schodów.
- Szczerze w to wątpię, ale może będzie zabawnie - odparła.
- Na to bym nie liczył - powiedziałem, rozczarowując moją towarzyszkę.
- Te bankiety nie mogą chyba być aż tak nudne.
- A jednak.
-  W takim razie, współczuję Ci, Malfoy - zaśmiała się.
- Nie wiem, czy wiesz, ale ty też będziesz brała udział w tych męczarniach.
- Tak, ale tylko dzisiaj. Ty musisz to znosić co roku - odparła, najwyraźniej się tym rozkoszując.
- Pewnie, dobij leżącego - prychnąłem, udając urażonego.
- Hej, to nie moja wina, że tak wygląda twoje życie.
- Taa... Najgorsze jest to, że ja też nie mogę nic na to poradzić - mruknąłem, zapominając się trochę.
Cholera, mogłem sobie darować ten komentarz.
Talia spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Była mądrzejsza, niż myślałem.
Resztę drogi pokonaliśmy w ciszy. Przy drzwiach do Sali czekała na nas moja matka. Nie mogłem uwierzyć, w to co widziałem.
Kiedy odwróciła się w naszą stroną, na jej twarzy pojawił się szczery, promienny uśmiech. Jeszcze nigdy takiego u niej nie widziałem.
- Talio, wyglądasz naprawdę ślicznie! - zawołała, obejmując delikatnie dziewczynę.
Wow.
- Dziękuję, starałam się - wymamrotała Talia, lekko się rumieniąc - Niestety nie dorównuję pani - dodała.
- Och, nie przesadzaj. Coś czuję, że dziś nie tylko oczy Dracona będą zwrócone w twoją stronę - szepnęła moja matka, ale na jej nieszczęście, usłyszałem tą niekorzystną dla mnie uwagę.
Talia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało.
Czyżbym miał omamy? Taki uroczy uśmiech na twarzy największej awanturnicy na świecie?
To musiał być mój szczęśliwy dzień.
Tą chwilę przerwał jednak nie kto inny, tylko mój ojciec. Stanął obok mamy.
- Dobry wieczór, Panno Potter. Wszyscy bardzo się cieszymy, że przyjęłaś nasze zaproszenie - przywitał się, wyciągając do niej rękę.
- Dobry wieczór, Panie Malfoy. Bardzo dziękuję za to zaproszenie - odparła, podając mu dłoń.
Kątem oka dostrzegłam, że wyraz jej twarzy się zmienia. Jako że nadal stała blisko mnie, czułem, jak lekko się spięła. Jej postawa stała się bardziej ostrożna.
"Mądra dziewczyna" pomyślałem.
Dyskretnie objąłem dziewczynę, kładąc dłoń na jej plecach, chcąc dać jej choć minimalne poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że powinienem przekonać ją do mojego ojca, próbowałem, ale on miał coś w sobie, co sprawiało, że ludzie nie za szybko mu ufali. Oczywiście w mgnieniu oka potrafił owinąć sobie kobietę wokół palca, czemu moja matka często musiała się przyglądać, ale Talia była po pierwsze zbyt młoda, aby mógł zgrywać czarującego mężczyznę, a po drugie, była zbyt spostrzegawcza, co dość często i skutecznie utrudniało mi ukryć przed nią co nie co.
Poczułem, że Talia trochę się rozluźniła. Uśmiechnąłem się w duchu.


                                     
                                                                               ***


Nie wierzyłam, że kiedykolwiek się do tego przyznam, ale świadomość, ze Draco jest blisko mnie dodawała mi otuchy, zwłaszcza, że znajdowałam się na obcym terenie. Dobrze było mieć kogoś znajomego w tak wielkim domu, który za parę chwil miał się wypełnić obcymi ludźmi.
Kiedy puściłam dłoń Lucjusza Malfoya, zauważyłam za jego plecami dwójkę młodych "dżentelmenów", śpieszących w naszym kierunku.
- Talia! - zawołał wesoło Blaise i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, odciągając mnie kawałek od Państwa Malfoyów. Byłam mu za to wdzięczna.
- Cześć Blaise - powiedziałam radośnie, odwzajemniając uścisk.
- No, no. Nasza mała dziewczynka dorasta - puścił mi oczko - Wyglądasz kwitnąco - zaśmiał się.
- Dzięki. Ty też wyglądasz nieźle - odparłam, przyglądając mu się.
Ginny miała rację. Garnitury działały cuda, a trójka moich kolegów i tak była już niczego sobie.
- Ze mną się nie przywitasz? - obruszył się Teodor, ale po chwili uśmiechnął się szeroko.
Podeszłam do niego, starając się nie stracić równowagi na tych cholernych obcasach, ale już po kilku krokach byłam bezpieczna, w mocnym uścisku Teodora. Dziwne, ale zdążyłam się już za nimi stęsknić. Ich widok znacznie poprawił moje samopoczucie.
-Zgodzę się z Blaisem. Wyglądasz świetnie - powiedział, puszczając mnie.
- Wzajemnie. Kurcze, może też powinnam załatwić sobie garnitur? - zażartowałam.
- Niestety muszę wam ją porwać - przerwał nam Draco - Goście zaczynają się schodzić.
Po spochmurniałym Draco nie było śladu. W jego szarych tęczówkach widziałam wesołe iskierki, a na jego ustach widniał ten jego szelmowski uśmiech.
- Pogadamy później - powiedział Blaise i razem z Teodorem weszli do Sali Balowej.
- Gotowa prawić ludziom nieszczere komplementy? - spytał Draco, unosząc brew.
- Jeszcze się pytasz? Czekałam na to całe moje życie - prychnęłam.
Pokręcił jedynie głową, próbując powstrzymać śmiech.
"Zabawę czas zacząć"  pomyślałam.

Witanie gości nie było takie straszne, jak mi się zdawało. Jednak ciekawskie spojrzenia nie sprawiały, że czułam się lepiej. Wszyscy byli albo strasznie wyniośli, albo niewyobrażalnie sztywni.
Ta cała szopka trwała co najmniej godzinę, bo gości przyszło bardzo dużo. Na szczęście podeszła do nas ostatnia osoba i zobaczyłam, jak drzwi wejściowe się zamykają. "Nareszcie!" 
- Dobry wieczór - odezwał się Pan Malfoy,
Stał na samym czele "kolejki". Obok niego stała jego żona. Draco i ja staliśmy na końcu.
- Dobry wieczór, Lucjuszu - odezwał się mężczyzna.
Miał na sobie granatowy garnitur. Włosy miał czarne jak smoła, zaczesane do tyłu. Był też bardzo wysoki. Coś w jego twarzy zdawało się dziwnie znajome.
- Witaj Narcyzo. Śliczna jak zawsze - ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek.
Jego głos był głęboki i cichy.
- Dziękuję za przybycie - odparła, uśmiechając się blado.
- To mysi być młody Malfoy - zawołał nieznajomy - Wyrosłeś, chłopcze.
Draco uścisną mu rękę z kamienną twarzą.
Teraz kolej na mnie. Musiałam podnieść głowę, aby patrzeć mu w oczy, Były brązowe, ale dostrzegłam w nich lekko czerwone akcenty. Dziwne...
- Talia Potter - szepnął z niemal zachwytem, co bardzo mnie zawstydziło, ale dałam tego po sobie poznać.
- To dla mnie zaszczyt, wreszcie móc Cię poznać - powiedział, podając mi rękę.
Na mojej dłoni również złożył delikatny pocałunek. Przeszły mnie ciarki. Jego skóra była lodowata w dotyku.
- Chyba nie dosłyszałam Pana imienia - powiedziałam, w przypływie odwagi.
Kącik jego ust uniósł się lekko.
- Arthur Winters - rzekł, kłaniając się przy tym.
- Miło mi pana poznać.
Skinął głową i odszedł.
Kiedy patrzyłam, jak Arthur Winters się oddala, czułam, jakby ogromny ciężar spadał z moich ramion.
- Przeżyłaś - szepnął mi do ucha Draco, kiedy jego rodzice również ruszyli w stronę stolików.
- Ledwo - zaśmiałam się - To zawsze tak długo trwa?
- Bez wyjątków.


- Chciałbym jeszcze raz podziękować, za wasze przybycie. Jak co roku, cieszę się, że ten dzień możemy spędzić w takim gronie. Dziś jednak, dołączył do nas ktoś nowy. To bardzo specjalny gość i chyba wszyscy wiemy, kogo mam na myśli.
O matko... Czy on rzeczywiście to zrobił? Wszyscy zebrani w Sali spojrzeli w moim kierunku.
Siedziałam akurat przy okrągłym stoliku, pomiędzy Malfoyem, a Teodorem. Dołączyli również rodzice Blaise'a i Teodora i Pani Malfoy. Brakowało tylko jej męża, który właśnie stał na środku sali i wygłaszał mowę powitalną.
- Talio, jeszcze raz pragnę podziękować, za twoje przybycie - zwrócił się do mnie, na co ja skinęłam głową, siląc się na uśmiech.
Rozległy się brawa.
- No cóż, nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć wszystkim miłego wieczoru - zakończył przemowę i wrócił do stolika, na którym pojawiło się jedzenie.
Posiłek minął nam w ciszy. Słychać było tylko odgłosy sztućców. Kiedy talerze stawały się już puste, na małej scenie w lewym kącie sali zaczął grać zespół, który nie wiadomo kiedy się pojawił.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Panował tu błękit i biel. Białe obrusy, wykańczane błękitną nicią. Białe ściany, na których były porozwieszanie przepiękne girlandy, dające zimne światło, ale za to efekt był przepiękny. Zupełnie, jakby ta sala została przemieniona w zimową krainę. Podniosłam wzrok na sufit, którego zdawało się nie być. Musiał zostać zaczarowany tak, jak w Hogwarcie. Siedzieliśmy pod bezchmurnym, nocnym niebem, Mimo braku chmur, z czarodziejskiego nieba spadały leniwie pojedyncze płatki śniegu, które jednak znikały w połowie drogi.
Widok zapierający dech w piersiach.
Kiedy tak wpatrywałam się w sufit, nie zauważyłam, że goście zaczęli odchodzić od stolików. Kilka par zaczęło już nawet tańczyć, większość jednak ruszyła w stronę długiego stołu pod wysokimi oknami, na którym stały przeróżne trunki i przekąski. Atmosfera stała się bardziej luźna.
Na ziemie przywołał mnie głos matki Pani Malfo.
- Talio, słyszałam od mojego zięcia, że posiadasz niezwykłe moce - odezwała się dość wyniosłym głosem, a wyraz twarzy miała wyzywający, jakby nie wierzyła w historie męża swojej córki.
- Zgadza się - przytaknęłam, nawiązując kontakt wzrokowy.
Kobieta zmrużyła lekko oczy.
- A na czym one polegają?
- Cóż, wiem tylko, że kryjąca się we mnie energia jest bardzo potężna. Dość niedawno dowiedziałam się, że jestem w jej posiadaniu. Sposób w jaki się o tym przekonałam, nie był zbyt przyjemny. Pani wnuk jednak bardzo mi pomógł - odpowiedziałam grzecznym tonem, patrząc jej prosto w oczy.
Kątem oka, dostrzegłam jednak, że Draco powstrzymuje uśmiech, tak samo jak Blaise i Teodor. Reszta nam się tylko przyglądała.
- Doprawdy? W jaki to sposób się dowiedziałaś o tych mocach? -  spytała, jeszcze bardziej mrużąc oczy.
- Mamo - szepnęła pani Narcyza.
- Pewna dziewczyna ze szkoły wyprowadziła mnie z równowagi - powiedziałam, ignorując zakłopotaną córkę mojej rozmówczyni.
- Jaśniej?
- Zaczęła obrażać moich rodziców. Zapewne wie pani że nie żyją. Jako że jestem dość porywcza, jak to niektórzy mówią, straciłam panowanie nad sobą. Uderzyłam w dziewczynę falą mocy, która... lekko ją poturbowała. Ja zaś odczuwałam ból i później odkryłam blizny na klatce piersiowej. Taka jest cena stracenia równowagi. Dlatego też Draco zaproponował mi pomoc - odparłam nadal grzecznym tonem, zapominając o filtrze, który zawsze jakoś mi szwankuje, kiedy otwieram buzię.
- Ach tak... Jak bardzo Cię bolało? - spytała, pochylając się nad stołem.
- Matko! - fuknęła Pani Malfoy.
Draco, Blaise i Teodor za to parsknęli śmiechem.
- Myślę, że klątwa Cruciatus byłaby trochę mniej bolesna, wnioskując po tym, że ból zostawił ślady na moim ciele, w postaci wcześniej wspomnianych blizn - rzekłam beznamiętnie, w środku wzdrygając się jednak na wspomnienie tego bólu.
Pan Malfoy wytrzeszczył oczy, w których pojawił się niepokojący błysk. Rodzice Blaise'a i Teodora wymieniali zaniepokojone spojrzenia z Panią Narcyzą. Chłopaki za to uśmiechali się wesoło.
- A masz porównanie, młoda damo? - zadała kolejne pytanie ze złośliwym uśmieszkiem.
- Koniec! - syknęła Pani Malfoy.
- Nie przesadzaj Narcyzo! Dziewczyna nie bałaby się powiedzieć, gdybym przekroczyła granicę!
Pani Black machnęła ręką na swoją córkę i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Niestety tak. Zakładam, że chce Pani poznać tą historię? - spytałam, unosząc jedną brew.
Kobieta patrzyła na mnie badawczo. W końcu jednak kącik jej wąskich ust drgnął lekko.
Wygrałam.
- Mów, dziecko - rzekła, i skrzyżowała ręce na piersi, opierając się wygodnie na krześle.
Chyba zaczynałam lubić Panią Black.
- Przez parę lat mieszkałam sama, mając już po dziurki w nosie kolejnych rodzin zastępczych, które przekazywały mnie z rąk do rąk. Chciałam odnaleźć mojego brata, nie wiedziałam jednak jak i gdzie mam zacząć. Jak wszyscy wiemy, na ulicy Pokątnej i na Nokturnie krąży najwięcej plotek i wiadomości, więc bywałam tam regularnie.
- Kręciłaś się po Nokturnie? - przerwał mi zdziwiony Draco.
- Tak, siedź cicho - odparłam - Pewnego dnia... Powiedzmy że wpadłam na niewłaściwą osobę. Miałam wtedy trzynaście lat.
- A czy ta osoba miała powód? - spytała Pani Black, najwyraźniej zaciekawiona.
- Już dość się dowiedziałaś, mamo - przerwała nam po raz kolejny matka Dracona, który również czekał na ciąg dalszy mojej historii.
- Jesteś zbyt sztywna, Narcyzo - rzuciła w jej stronę jej matka.
- Myślę, że to kwestia manier, moja droga - odezwał się po raz pierwszy Pan Black.
Jego żona spojrzała na niego znudzonym wzrokiem, następnie wstała i oddaliła się do stolika z alkoholem.
Tak, zdecydowanie ją polubiłam.
- Przepraszam Cię, Talio - zwróciła się do mnie pani domu.
- Nic nie szkodzi, naprawdę - powiedziałam, uśmiechając się szczerze.
Patrzyła na mnie niepewnie przez chwilę, ale w końcu odwróciła się do męża.
- Powinniśmy iść do gości, Lucjuszu.
Wszyscy dorośli wstali od stołu.
- Niezłe z Ciebie ziółko - powiedział Blaise.
- Wiesz, że twoja przesadna prawdomówność kiedyś cie zgubi? - parsknął Draco.
- Wiem, ale jeszcze nie dzisiaj - odparłam, sięgając po kieliszek z wodą.
Mój sąsiad pokręcił tylko głową.
- Naprawdę zostałaś potraktowana Cruciatusem? - spytał Teodor.
- Tak. Wiesz jakie typy są na Przekątnej...
- Wiem, ale ty byłaś dzieckiem.
- Myślisz, że ich to obchodzi? Byłam trzynastoletnią smarkulą, która zadawała się z różnymi osobami, tylko po to, aby usłyszeć choćby słowo o tym, gdzie może być mój brat. Nie zawsze dobierałam sobie dobrych informatorów. Ktoś dowiedział się kim jestem, nie wiem jak. Chciał mnie uprowadzić, ale ja mu się nie dawałam. Musiał wiedzieć o moich mocach, bo inaczej by mu tak nie zależało, W końcu stracił cierpliwość i wyciągnął różdżkę... Myślałam, że mnie wykończy. Wtedy właśnie poznałam Hagrida, gajowego, którym tak gardzicie. Przepędził go i pomógł mi się pozbierać.

Ślizgoni nic nie odpowiedzieli. Dobrze wiedziałam, że Hagrida mięli za zwykłe zero.
"I dobrze, niech będzie im głupio " pomyślałam.
- Talia, chcesz zatańczyć? - spytał Blaise, przerywając krepującą ciszę.
- Pewnie, tylko wiedz, że nie tańczę zbyt dobrze - ostrzegłam go.
- Damy sobie radę - odparł, kłaniając się przede mną teatralnie.
Poszliśmy na parkiet.



                                                                                ***


- Wiedziałeś o tym? - spytał Teodor.
- Nie - odparłem, patrząc się w kierunku Talii, tańczącej z Blaisem.
- Napastnik mógł być kimś od nas. Inaczej skąd by wiedział o jej istnieniu i w ogóle mocy?
- Też tak sadzę. Wychodzi na to, że poszukiwania trwały też po upadku Czarnego Pana - powiedziałem cicho.
- Nie dziwi mnie to. Ktoś musiał cały czas dowodzić grupą ostałych śmierciożerców i kontynuować działania Voldemorta. Inaczej skąd wiedziałby o zdradzie mojej ciotki i wujka? Tylko kto to mógł być? Bo na pewno nie twój ojciec, przecież to nie on wydał ich Panu.
- Nie wiem... Ale skoro mamy jak na razie zachować ostrożność i dalej trwać w tej cholernej misji, o radzę Ci nie mówić Talii, że jest twoją kuzynką. Jeśli się dowie, to będzie zła, a jej reakcja jest do przewidzenia - ostrzegłem Teodora, który już od jakiegoś czasu zastanawiał się, czy nie wyjawić Talii prawdy, o śmierci jego brata.

Po upadku Czarnego Pana, kiedy nie udało mu się zabić Pottera i zgarnąć Talii, większość śmierciożerców została złapana. Byli jednak też Ci, którym udało się uciec. Przykładem był wuj Teodora, mąż siostry jego matki, i mój ojciec, który twierdził, że był pod wpływem Imperiusa. Kilka lat później, wujostwo Teodora postanowiło zaadoptować dziecko, bo nie mogli mieć swoich. Zaopiekowali się małą dziewczynką, którą niemal od razu pokochali, jak własną córkę. Po pewnym czasie, dowiedzieli się kim była naprawdę. Postanowili nic z tym nie robić, bo nie chcieli jej stracić, była dla nich wszystkim. Wtedy mój ojciec dostał rozkaz, aby odnaleźć zaginioną córkę Potterów. Znał zaklęcie ujawniające prawdziwą tożsamość człowieka. Jako mały chłopiec, nie wiedziałem co robił i dlaczego znowu tak często nie było go w domu. Dopiero w zeszłe wakacje dowiedziałem się, całej prawdy. Dowiedziałem się mój ojciec nawet po zniknięciu Voldemorta kontynuował jego działania. Pewnego dnia, dostał nakaz sprawdzenia dziecka , które zostało zaadoptowane przez wujostwo Teodora.  Mój ojciec odkrył prawdę, zgodził się jednak dochować tajemnicy, jako że przyjaźnił się z nimi. W obawie, że ktoś i tak się dowie o tym, że ukrywają Talię Potter, dla jej bezpieczeństwa, oddali się do innej rodziny i sami przeprowadzili się na Alaskę. Ciotka Teodora, z rozpaczy odebrała sobie życie, a zaraz po niej jej mąż. Tajemniczy "szef" mojego ojca musiał mieć szpiegów. Kiedy Czarny Pan powrócił, doniósł mu, o zdradzie, która miała miejsce pod jego nieobecność. Jako że Amelia i John popełnili samobójstwo, kara musiała paść na ich najbliższą rodzinę. W wakacje, Lord Voldemort zamordował młodego Alexandra, brata Teodora. Wybaczył jednak jego rodzicom, którzy od początku znali tajemnicę Amelii i Johna. Byli zbyt cenni, aby ich zabijać. Moją rodzinę ominęła kara, bo ojciec jak zwykle zdołał się ze wszystkiego wywinąć.
Jednak ja i Teodor dostaliśmy tą misję, aby udowodnić, że jesteśmy mu posłuszni. Kazał Blaise'owi się do nas przyłączyć, aby nam pomógł.
Teraz Teodor, Blaise i ja mięliśmy naprawić błąd Johna i Amelii i oddać Talię, kuzynkę Teodora w ręce Czarnego Pana.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz