wtorek, 19 stycznia 2016

Rozdział XXII Część II : Zmiana Planu

Witam! Po tak długiej przerwie jestem Wam winna
wyjaśnienia. Otóż, od prawie dwóch tygodni szykowałam
się do tygodnia egzaminów, który zaczął mi się w 
poniedziałek. Nauka i reszta obowiązków pochłonęły
cały mój czas i siły na pisanie. Dlatego też bardzo Was
za to przepraszam. Mam nadzieję, że to już więcej 
się nie powtórzy. Zastanawiałam się jednak nad 
częstotliwością dodawania rozdziałów. Doszłam do
wniosku, że powinny one być dodawane co dwa tygodnie. 
Będę wtedy miała więcej czasu, a rozdziały będą dłuższe 
i z pewnością lepsze. Także od tej pory, rozdziały będą się 
pojawiać co dwa tygodnie, co oznacza, że następną notkę 
dodam w przyszłym tygodniu, w niedzielę. Wracając jednak do
tego rozdziału. Mam wielką nadzieję, że się wam spodoba
Nie mam pojęcia, czy romanse w moim wykonaniu są dobre, więc
ocenianie pozostawiam Wam ;p Nie przedłużając już, 
Życzę miłego czytania! 


Panna Potter




Patrzyłem zamyślony na Talię, całą roześmianą. Tańczyła z Blaisem. Byli chyba jedyną parą, która dobrze się bawiła na parkiecie, albo przynajmniej to okazywała. Z bólem mojego skamieniałego serca, musiałem przyznać, że nie mogłem się na nią napatrzeć.
- Podziwiasz widoki? - szepnął Teodor, popijając czerwone wino.
Siedzieliśmy przy stole, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Przyznaj, że jest na co popatrzeć - parsknąłem.
- Pozwól, że nie będę oceniał, czy moja kuzynka jest atrakcyjna - odparł kwaśno.
- Nie wiesz co tracisz.
- To ty nie powinieneś wiedzieć, co tracisz - zauważył Teo.
- Jak to?
- Sam powiedziałeś, że nie możesz sobie na nic pozwolić. Zachowujesz się jak rasowy masochista.
Puściłem uwagę mojego kolegi mimo uszu.
Poprawiłem się na krześle, kiedy zauważyłem, że Talia i Blaise do nas wracają.
"Nareszcie" burknęła moja podświadomość.
- Nie wiedziałam, że tak dobrze tańczysz - zaśmiała się Talia, kiedy siadali.
- Cóż, albo się to ma, albo nie.
- I po co ją okłamujesz? Wypadało się już przyznać, że latami obserwowałeś mnie, zanim nauczyłeś się nie miażdżyć swoim partnerkom stóp - parsknąłem.
Blaise rzucił mi oburzone spojrzenie, ale i tak wiedziałem, że się zgrywa.
- Zabolało, przyjacielu - prychnął.
- To może pokarzesz Talii prawdziwy talent? - wtrącił się Teodor.
Wreszcie ktoś gadał do rzeczy. Spojrzałem na Talię, która patrzyła na mnie z oczekiwaniem.
- Czy mogę panią prosić? - wyciągnąłem w jej stronę dłoń.
- Już myślałam, że się nie doczekam - westchnęła.
Ujęła moją wyciągniętą dłoń i pociągnęła mnie w stronę parkietu.
Proszę, proszę. A myślałem, że nie lubiła tańczyć.
- Nie przejmuj się tymi wszystkimi sztywniakami - szepnąłem, kiedy rozglądała się dookoła.
Zespół grał moją ulubioną piosenkę, "Cry me a river"*.  Coraz więcej gości odchodziło od stolików i zaczęło wirować po parkiecie.
- Nie mam zamiaru - parsknęła i położyła rękę na moim ramieniu.
Objąłem ją w pasie i zaczęliśmy ruszać się w rytmie muzyki. Wróciły do mnie wspomnienia z lekcji, kiedy Talia była pod wpływem eliksiru. Mogłem ją wtedy obejmować, niczym się nie przejmując. Teraz też miałem ku temu okazję. Zabawne, jak drobna i krucha wydawała się w moich ramionach. Dobrze wiedziałem, że taka nie była... No, może była drobna. To jednak dodawało jej uroku.
- Uwielbiam tą piosenkę - odezwała się.
- Widzę, że masz dobry gust.
- Pani Bathilda często jej słuchała - wyjaśniła.
Kiwnąłem głową. Bathilda Bagshot... nic dziwnego, że Talia była zdolną uczennicą, nie patrząc oczywiście na jej "dodatkowe" moce, które mogły mieć wpływ na to, jak silną była czarownicą.
- Moja matka, kiedy ojciec pracował, malowała przeróżne obrazy, słuchając przy tym muzyki. Jako mały chłopiec, nie za bardzo interesowałem się muzyką, ale kiedy skończyłem dziesięć lat, zafascynowało mnie pianino, które stoi w salonie. Zacząłem uważniej przysłuchiwać się utworom, których słuchała mama i uczyłem się ich grać. Już po paru miesiącach, zamiast słuchać muzyki, mama słuchała mnie. A to jest pierwsza piosenka, której się nauczyłem - opowiedziałem, nie wiedząc czemu.
- Naprawdę? Zagrasz mi coś jutro? - spytała, uśmiechając się, a w jej oczach tańczyły wesołe iskierki.
Salazarze, czemu ona? Czemu właśnie ona musiała być tak niesamowicie piękna, zadziorna, silna i delikatna zarazem? Czemu to właśnie ona zwróciła na mnie swoją uwagę? Czemu to właśnie jej chce Voldemort?
Wszystko było przy niej prostsze. Znosiła mój trudny charakter, bo życie zmuszało ją, żeby też być twardą, co czasami sprawiało, że człowiek wydawał się zimny. Jednocześnie była tak ciepła, dobra  i przede wszystkim sprawiedliwa.  Jej obecność była uzależniająca.
Owszem, tok moich myśli przerażał mnie, dziwił, ale po co miałbym się sam oszukiwać? Potterówna zawróciła mi w głowie.
- Jeśli będziesz grzeczna, to mogę Ci coś zagrać - powiedziałem, uśmiechając się złośliwie.
- Grzeczna? Co Ci chodzi po głowie, Malfoy?
- Cóż, musisz być dla mnie miła.
- Obawiam się, że będą z tym problemy - zaśmiała się.
Kilka osób odwróciło się w naszą stronę, ale zignorowaliśmy to.
- No wiesz - prychnąłem z wyrzutem.
- No dobrze, postaram się. A tak swoją drogą, to ile będzie trwał bankiet?
- Pewnie do późna. Ostatni goście będą wracać nad ranem, jak przypuszczam.
Talia popatrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Cierpliwości, jak więcej wypiją, to robi się całkiem znośnie - wyjaśniłem.
- No popatrz, to zupełnie, jak w twoim przypadku - zażartowała.
- Oj, doigrasz się, Potter - ostrzegłem, przyciągając ją bliżej, tak, że nasze twarze dzieliły centymetry.
Ona jednak się nie speszyła. Twardo patrzyła mi w oczy, nie dając za wygraną.
- Kiedyś się poddasz - mruknąłem, nie pozwalając sobie, aby spojrzenie jej intensywnie zielonych oczu mnie rozproszyło.
- Wierzysz w to? - zaśmiała się, odsuwając lekko twarz.
- Oczywiście - odparłem.
Decydując się na bardziej odważny ruch, puściłem jej dłoń, i położyłem drugą rękę na jej talii, odrobinę niżej niż ta, która spoczywała w połowie jej pleców. Zmusiłem ją tym, aby objęła moją szyję.
Nadal wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Miałem ochotę przyciągnąć ją jeszcze bliżej, móc ją swobodnie objąć. Chciałem ją mieć jak najbliżej siebie. Za każdym razem, kiedy widziałem ją z kimś innym, miałem ochotę potraktować go najpaskudniejszą klątwą, jaką znałem, a znałem ich wiele. Świadomość, że tańczy ze mną, że obejmuje mnie... To było o wiele lepsze, niż najlepszy alkohol.
Kiedy myślałem, że lepiej być nie może, Talia zrobiła coś niespodziewanego.
Opuściła ręce, i również objęła mnie w pasie. Oparła głowę o moje ramie i tak kiwaliśmy się do ostatniej zwrotki mojej ulubionej piosenki. Moich uszu doszedł jej melodyjny, cichy głos.
Nuciła kończący się już utwór. Zatraciłem się w niej. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy zespół grał już kolejną piosenkę. Ją też znała. Mógłbym spędzić tak cały wieczór, słuchając jej słodkiego głosu, trzymając ją w ramionach.
Coś jednak przerwało tą idealną chwilę.
W kącie sali stał Voldemort, podający się za Arthura Wintersa. Kiwnięciem głowy dał mi do zrozumienia, że chce ze mną pomówić.
Cholera.
- Chciałabyś się czegoś napić? - spytałem cicho.
- Mhm.
- To idź, ja zaraz do Ciebie dołączę - mruknąłem.
- Coś się stało? - zapytała, podnosząc głowę.
- Nie, muszę tylko zamienić z kimś słówko. Nie zajmie mi to długo.
Niechętnie ją puściłem i podszedłem do Czarnego Pana.
- Witaj, Draconie - przywitał się i po raz drugi uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Panie - odparłem.
- Widzę, że zdobyłeś sympatię dziewczyny - przeszedł od razu do rzeczy.
Niestety ton jego głosu był neutralny, więc nie mogłem nic z niego wywnioskować.
- Zgadza się, zaufała mi, Panie.
- To dobrze, Draco. Obawiam się jednak, czy nie stałeś się dla niej zbyt bliski - powiedział.
- Nie rozumiem - odpowiedziałem, oczekując najgorszego.
- Widzisz, chłopcze, ktoś uzależniony uczuciowo od innej osoby nie będzie w stanie być całkowicie posłuszny, a ona ma się słuchać tylko mnie.
- Panie, gwarantuję, że nie...
- Nie tłumacz mi się, dobrze wiem, że inaczej nie dałbyś rady jej przekonać. Zastanawiam się, czy nie wyszło to na dobre. Nie będę tego ukrywał, masz potencjał i zapowiada się na to, że możesz być moim najwierniejszym sługą. Potrzebuję kogoś takiego.
- To dla mnie zaszczyt - rzekłem tak, jak uczył mnie ojciec.
- Jeśli będzie słuchała się Ciebie, to tak, jakby słuchała się mnie - kontynuował - Tak więc chcę, żeby jadła Ci z ręki.
- Jadła mi z ręki?
- Jesteś młodym mężczyzną, Draco. Taka dziewczyna, to żadne wyzwanie.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś w błędzie" pomyślałem.
- Tak jest.
- Nie mamy jednak wiele czasu - powiedział.
- Oczywiście, to nie powinno potrwać długo.
- Dobrze, dobrze... Cóż, nie będę Cię zatrzymywał, idź, baw się. Zdobądź jej serce - rzekł, z udawaną radością w głosie.
Przypomniały mi się słowa Blaise'a. Myślałem, że jego pomysł był niedorzeczny, a sam Voldemort poprosił mnie, abym rozkochał w sobie Talię... Mimo, iż mogłem sobie teraz pozwolić na to, na co wcześniej nie mogłem, nie cieszyłem się. Świadomość, że mogłem to zrobić tylko dlatego, że Czarny Pan mi pozwolił, była nie do wytrzymania. Już wolałbym łamać zasady, nie zważając na karę. Wtedy chociaż mógłbym zdobyć jej serce z własnej woli. Ale teraz był to rozkaz. Teraz nawet moje szczere uczucia zmieniły się w podstęp, część planu.




                                                                              ***


Podeszłam do stolika z napojami, myślami wracając do mojego tańca z Draconem. Zdziwiło mnie to, że tak swobodnie się przy nim czułam. To była dla mnie nowość.
- I jak oceniasz bankiet? - usłyszałam za plecami głos Blaise'a.
Odwróciłam się. Koło niego stał Teodor.
- Zapytaj mnie o to, jak się skończy, bo na razie nie widzę, żeby ktoś dobrze się bawił - odparłam.
- Niestety, tak właśnie bawią się ludzie z wyższych sfer - zaśmiał się gorzko Teo.
- W takim razie jest mi was bardzo, ale to bardzo żal - powiedziałam, upijając łyk ponczu.
- Sugerujesz, że potrafisz bawić się lepiej od nas? - spytał Blaise, rzucając mi wyzywające spojrzenie.
- Oczywiście że tak, Mieszkając sama w środku lasu bawiłam się lepiej - prychnęłam.
Oczywiście nie było to prawda, ale cóż, lubiłam droczyć się z ludźmi.
- Kochanie, jeszcze nigdy nie byłaś na naszej imprezie. Gdybyś trafiła do Slytherinu, to zmieniłabyś zdanie.
- Cóż, kochanie, nie trafiłam do Slytherinu. Widzę jednak, jak kończą Ci, którzy do niego trafili - zaśmiałam się trochę głośniej, niż zamierzałam i kilka osób popatrzyło na mnie jak na wariatkę.
- Teodor, czemu mi nie pomagasz? - jęknął teatralnie Zabini.
- Niech dziewczyna zaprzecza, ile chce. I tak wiem, że bawi się lepiej, niż twierdzi. Wiem nawet, czyja to zasługa - odparł, uśmiechając się złośliwie.
- W takim razie wiesz więcej, niż ja sama, Nott.
- Och proszę Cię, myślisz że nie widziałem twojego uśmieszku, kiedy tańczyłaś z Draconem? - w ten sposób wygrał naszą małą wojnę słowną.
Cholera.
- To zupełnie co innego..- zaczęłam, ale tak naprawdę zabrakło mi argumentów.
- No już lewku, nie wysilaj się tak.
- Przypomnij sobie własne słowa, kiedy będziesz się wypierać faktu, że jesteś zainteresowany Hermioną - odgryzłam się.
Przez jego twarz przebiegł cień paniki, ale szybko nad sobą zapanował.
- To nie fakt, tylko twoje niemądre podejrzenia - odpowiedział krótko, spoglądając w inną stronę.
Blaise za to powstrzymywał wybuch śmiechu i dyskretnie przybił mi piątkę. On oczywiście nie był lepszy. Dobrze wiedzieliśmy, że Ginny zawróciła mu w głowie.
Kątem oka dostrzegłam Dracona, rozmawiającego z Arthurem Wintersem. Wydawał się miły, ale coś kazało mi być czujną, kiedy znajdował się w pobliżu.
To dziwne. Zanim dowiedziałam się o tym, że moc mnie wybrała, mój instynkt nie był aż taki wyczulony. Odkąd miałam świadomość, że byłam w posiadaniu potężnej energii, byłam bardziej czujna. Podejrzewałam nawet, że moc mogła mieć z tym coś wspólnego.
Kiedy tak nad tym rozmyślałam, dopiero, kiedy poczułam jego dłoń na ramieniu, zorientowałam się, że Draco wrócił. Mimo jego uśmiechu, widziałam że coś się musiało stać.
- Wszystko w porządku? - spytałam, przyglądając mu się uważnie.
- Oczywiście, że tak - odparł, patrząc mi prosto w oczy.
Postanowiłam odpuścić. Nowe otoczenie sprawiało, że stałam się przewrażliwiona.
- Co powiedział Winters? - wtrącił się Nott.
- Droga wolna - odpowiedział krótko blondyn.
Mimo, że nie miałam pojęcia, o czym mówili, nakazałam sobie siedzieć cicho. Musiałam się rozluźnić, a czerwone wino, stojące nieopodal na stoliku mogło mi w tym pomóc.
Draco, jakby czytając mi w myślach, sięgnął po dwa kieliszki i wręczył mi jeden.

Kolejna godzina minęła nam na rozmawianiu o najróżniejszych rzeczach. Przeważnie były to wspomnienia z dzieciństwa, albo coś co lubimy. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy Draco przyznał się, że od czasu do czasu lubił gotować. Oczywiście niewiele osób o tym wiedziało. Teodor fascynował się mugolskimi sportami, czego też nie przewidziałam. Ich podejście do mugolów nie było tajemnicą.
Blaise za to grał na gitarze. Jak zaczarowana słuchałam ich kolejnych historii. Poznanie tych ślizgonów z nowej strony było bardzo fascynującym doświadczeniem. Niestety, w pewnym momencie to ja zostałam obsypana pytaniami.
Musiałam przyznać, że z każdą chwilą, bankiet stawał się bardziej znośny, pomijając fakt, że dużo osób podchodziło do mnie, aby zamienić ze mną kilka słów. Oczywiście tematem głównym były moje moce. Raz za razem zostawałam zmuszana do opowiadania jednej i tej samej historii, o tym jak się dowiedziałam, że w ogóle posiadam takie moce.
W pewnym momencie, kiedy rozmawiałam z dziadkiem Malfoya, który swoja drogą był bardzo miły, zauważyłam małe zamieszanie przy wejściu. W progu stał Severus Snape, nauczyciel eliksirów we własnej osobie, ściskając rękę panu Malfoyowi. W pierwszej chwili poczułam ulgę.
Przecież należał do Zakonu, co skutecznie mnie uspokoiło. Gdyby coś miało się stać, pomógłby mi, a przynajmniej miałam taką nadzieję. Jednak moja ulga szybko ustąpiła miejsca zdziwieniu. Co on tutaj robił? Czyżby ktoś z Grimmuald Place dowiedział się o mojej małej tajemnicy i wysłał go tutaj, aby miał mnie na oku? Sama myśl o tym sprawiała, że się we mnie gotowało. Przecież potrafiłam się bronić. Gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości, nie było by mnie tutaj...
"Ale ty masz wątpliwości" warknęła moja podświadomość, z nutką irytacji w głosie. Niestety miała rację.  Miałam wątpliwości, co do Lucjusza Malfoya.
- Ojciec go zaprosił, bo ważył lecznicze eliksiry dla mojej babci - szepnął Draco.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Malfoy rzeczywiście potrafi czytać w myślach, ale szybko odgoniłam tą myśl. Moje gapienie się w stronę nauczyciela było bardzo wymowne.
- Och - odparłam tylko.
Czyli Zakon nie miał z tym nic wspólnego? Postanowiłam zostawić wszelkie przemyślenia na potem. Przecież byłam na super ważnym bankiecie Malfoy'ów. Grzechem byłoby zmarnować ten, jakże cenny czas na główkowanie o Snapie.
- Nie wiem jak wy, ale ja bym się chętnie ulotnił - odezwał się Blaise.
- Odpada - odparł z niechęcią Draco.
- A co, gdybym powiedziała, że nie za dobrze się czuję? - wtrąciłam się, po czym upiłam spory łyk wina.
- Mogłoby się udać - stwierdził Teodor.
Draco patrzył na mnie przez chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw. W końcu odszedł bez słowa w stronę matki, która stała u boku swojego męża (czyżby to właśnie był los żony arystokraty?).
Kiedy tak rozmawiali, pani Narcyza zerknęła w moją stronę, marszcząc lekko brwi. Przypominała mi matkę. Nie elegancją panią tej olbrzymiej rezydencji, nie żonę wpływowego mężczyzny, tylko matkę. Coś we mnie ścisnęło się nieprzyjemnie i od razu pożałowałam tego, że skłamaliśmy tylko po to, żeby się stąd wyrwać. Jak widać, ślizgoni mieli na mnie zły wpływ.
Draco wrócił po chwili, a na jego twarzy pojawiła się ulga i coś na kształt rozbawienia.
- Idziemy - powiedział cicho.
Ja, udając, ze nie czuję się najlepiej, zwolniłam kroku.
Niemal od razu poczułam dłoń Malfoya na mojej talii. Drugą położył mi na ramieniu, jakby obawiał się, że w każdej chwili mogłabym zasłabnąć.
- Jakiś ty opiekuńczy - mruknęłam, starając się zachować poważną twarz.
- Tak wiele o mnie nie wiesz - westchnął, urywając uśmiech.
- A może tylko tak Ci się zdaje?
Ten zerknął na mnie z politowaniem.
Ktoś nagle stanął nam na drodze.
- Tak wcześnie nasz opuszczasz? A miałem nadzieję, że zdołam jeszcze skraść Ci jeden taniec - powiedział pan Winters.
Nie wiedzieć czemu, poczułam dziwny prąd w klatce piersiowej.
- Naprawdę bardzo mi przykro, ale źle się poczułam - odrzekłam, starając się brzmieć normalnie i ignorować ten nieprzyjemny ból.
- Czy to coś poważnego?
- Raczej nie.
- W takim razie, życzę szybkiego powrotu do zdrowia - powiedział, ujmując moją dłoń.
I w tej chwili stało się coś bardzo dziwnego. Miejsce, którego dotknął, zaczęło mnie nieopisywanie piec, a ból w klatce piersiowej się nasilił. Ledwo udało mi się powstrzymać jęk. Przed oczami pojawiły mi się dziwne  obrazy, których nie potrafiłam rozpoznać. Kiedy jednak puścił moją rękę, wszystko ustało. Czułam już tylko nieprzyjemne mrowienie w piersi.
- Dobranoc - wycedziłam i pociągnęłam Dracona jak najprędzej do wyjścia.
Za nami szli Blaise i Teodor. Kiedy drzwi od sali były już zamknięte, odetchnęłam głęboko.
- Wszystko w porządku? - spytał Draco, najwidoczniej cały spięty.
Jego dłoń była zaciśnięta na moim ramieniu, a w oczach czaił się niepokój. Teodor is Blaise też wyglądali na zaniepokojonych.
- Nie - odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.
Potarłam obolałe jeszcze miejsce, szybko jednak cofnęłam rękę. Zdążyłam już zapomnieć, że za każdym razem jak to robiłam po ataku, ból tylko się wzmacniał. Czyli znowu musiały mi się pojawić te cholerne blizny...
Spojrzałam na swój dekolt. Spod czarnej koronki wystawały cienkie, ciemne blizny, przypominające pęknięcia na szkle. Kiedy podniosłam wzrok, dostrzegłam, cze oczy trójki ślizgonów były zwrócone w kierunku mojego dekoltu.
- Ej! - syknęłam.
Jak oparzeni, szybko odwrócili wzrok.
- Jak to możliwe? - odezwał się Teodor, usilnie próbując patrzeć mi w oczy.
- Nie mam pojęcia, ale tym razem to nie była moja wina - odrzekłam, zdejmując szpilki.
Miałam już ich dość.
- Coś jest nie tak z tym Wintersem - dodałam po chwili zastanowienia.
Draco wymienił spojrzenia z kolegami.
- Chodź, chcę Ci pokazać pewne miejsce - powiedział.
Ruszyłam za chłopakami w stronę schodów. Zaprowadzili mnie na to samo piętro, na którym była moja sypialnia. Nasz cel był jednak w dalszej części korytarza.
Draco otworzył drzwi zaklęciem i puścił mnie przodem.
Stałam w ogromnym pokoju, w którym panowała biel i bardzo ciemny niebieski. Był jeszcze większy od mojego, co wydawało mi się niemożliwe, aż do tej chwili.
- Zaczynam się martwić waszą manią na punkcie dużych rzeczy, serio. Wszystko w waszym domu jest ogromne - powiedziałam, patrząc na kolegów, którzy powstrzymywali śmiechy.
- Cóż... Tak to już jest - odparł Blaise i rzucił się na granatową kanapę.
- I jak? - spytał Draco.
- Spodziewałam się zieleni - parsknęłam.
Blondyn pokręcił głową, rozbawiony.
- Jeśli chcesz obejrzeć blizny, to tam jest łazienka - wskazał na drzwi nieopodal łóżka.
- Dzięki.
Od razu skorzystałam z propozycji Malfoya i zamknęłam się w łazience. Stanęłam przed lustrem i rozpięłam sukienkę. Odkryłam  ramiona i opuściłam materiał, który teraz zwisał mi z bioder.
Poczułam, jak wzrasta we mnie panika.
Blizny były niemal czarne. Przypomniało mi się, kiedy Draco opowiadał mi o tych bliznach. Twierdził, że im będą ciemniejsze, tym gorzej. Kiedy osiągną czarny kolor, mogę umrzeć. Tak moc ostrzegała swojego nosiciela. Dlatego musiałam się jak najszybciej nauczyć samokontroli, panowania nad tą siłą, która mogła mnie wyniszczyć od środka. Szybko poprawiłam sukienkę, uważając, aby materiał nie ocierał się za bardzo o te dziwne pęknięcia.
- I jak ? - spytał Teodor, kiedy wyszłam z łazienki.
- Nie jest tak źle - skłamałam - Co robimy?
- A co chciałabyś robić?
- Hmm... Chciałabym poćwiczyć - odparłam po chwili namysłu.
W sumie, do tej pory uczyłam się tylko, jak zapanować nad mocą, a nie jak z niej korzystać.
- Nie ma mowy, nie dzisiaj - rzekł stanowczo Draco.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Musisz odpocząć, dać bliznom zniknąć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakiego są koloru? Tam, gdzie masz blizny, bariera, która powstrzymuje moc, jest słabsza. Jeśli teraz zaczniesz używać mocy, może Ci się coś stać - wytłumaczył, wyciągając się na łóżku.
- Ale przecież mogę...
- Nie, Talia, nie możesz - przerwał mi.
- No dobrze, w takim razie chyba pójdę się położyć, jestem zmęczona - powiedziałam, nie zbyt skutecznie maskując moją irytację.
-  No co ty, już nas zostawiasz? Noc jest jeszcze młoda! - zawołał Blaise, zrywając się z kanapy.
- Wiem, przepraszam, ale jak sam Draco to ujął, powinnam odpoczywać i dać zagoić się bliznom - odparłam.
- W takim razie widzimy się w Hogwarcie, szkrabie - zaśmiał się Blaise i uścisnął mnie krótko, uważając na to, aby nie sprawić mi bólu.
- Do zobaczenia - pożegnał się Teodor i objął mnie delikatnie ramieniem.
- Cześć chłopaki - odparłam, kierując się w stronę drzwi.
- Do jutra - zawołał za mną Draco, w momencie, kiedy zatrzasnęłam drzwi.
Byłam padnięta.


                                                                            ***


Moi przyjaciele patrzyli na mnie rozbawieni tym, co przed chwilą zaszło.
- Przecież miałem rację - warknąłem.
- Oczywiście, że miałeś rację. Po prostu pierwszy raz widzę Cię w takiej sytuacji i muszę przyznać, że bardzo dobrze się bawię - odpowiedział Teodor, wyciągając z barku kremowe piwo.
- Ona jest nie do zniesienia. Jeszcze nigdy nie spotkałem tak trudnej i upartej dziewczyny - mruknąłem pod nosem.
- Nie przesadzaj - powiedział Blaise - przecież ty też nie lubisz, kiedy mówią Ci co masz robić.
- Nienawidzę - przyznałem - Ale to nie było nic wielkiego. Poza tym, zabroniłem jej ćwiczyć dla jej własnego dobra.
- To idź jej to powiedz - rzekł Blaise, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Żeby mnie tam zabiła? Nie dziękuję - prychnąłem.
- Nie zrobi tego. Miała dobrego nauczyciela, umie nad sobą panować. Z resztą sam mówiłeś, że jest teraz słaba. Nie brak jej rozumu, nie będzie się narażała tylko po to, żeby się Ciebie pozbyć - zaśmiał się Blaise
- Przysięgam, kiedyś poprzestawiam Ci twarz - syknąłem.
- I tak mnie kochasz.
- Jak dzieci - westchnął Teodor.
Siedzieliśmy na kanapie, popijając piwo kremowe. Nie wiedziałem co robić. Niby nie doszło do kłótni, ale wiedziałem, że Talia była poirytowana. Gdybym teraz do niej poszedł, mogło by się to różnie skończyć, a nie chciałem ryzykować. Z drugiej strony... Nie będę oszukiwał samego siebie, każda okazja do rozmowy z nią była kusząca.
Moja samolubność wygrała.
- Idę - rzekłem, podnosząc się z kanapy .
- Zuch dziewczynka! - zawołał Blaise.
Posłałem mu tylko mordercze spojrzenie i zostawiłem ich w pokoju.
Zawahałem się, stojąc pod jej drzwiami. A co, jeśli już spała? Nie, to niemożliwe. Przecież dopiero niedawno poszła do siebie.
Zapukałem cicho. Po chwili otworzyła mi Talia. Była już przebrana w piżamę, a na jej twarzy nie było już makijażu. Włosy opadające lekkimi falami na plecy też gdzieś zniknęły. Zamiast nich widziałem teraz burzę długich loków. Spod jej szarego podkoszulka wystawały jej nowe blizny, które teraz były lepiej widoczne. Przeszły mnie ciarki. Gdyby nie one, wyglądałaby tak niewinnie i niegroźnie... Ale pozory mylą.
- Hej - rzekłem, uśmiechając się łobuzersko.
- Nie wiesz co to znaczy "do jutra"? - spytała, nadal lekko zdziwiona moim zjawieniem.
- Wiem, ale chciałem pogadać. Mogę?
Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła mnie do środka.
- Ładnie tu - stwierdziłem z uznaniem.
- Tak, twoja mama ma talent - przytaknęła.
Usiadła na skraju łóżka, czekając aż coś powiem.
- Mam nadzieję, że nie jesteś zła - odezwałem się po chwili ciszy.
- Nie - parsknęła - Ale nie lubię, jak ktoś mi czegoś zabrania.
Odetchnąłem z ulgą.
- Tak, zauważyłem.
Zachichotała pod nosem.
Usiadłem obok niej, luzując muchę.
- Boli Cię jeszcze? - spytałem.
- Trochę - odparła, nie patrząc mi w oczy.
Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Wiedziałem że skłamie. Owszem, jej wytrzymałość mi imponowała, ale nie mogła zawsze maskować bólu, zwłaszcza w takich sytuacjach.
- Talia, widziałem jak płaczesz, widziałem Cię skręcającą się z bólu, widziałem Cię wściekłą, przerażoną i krwawiącą . Widziałem też jak się śmiejesz i rumienisz, co swoją drogą jest urocze. Nie uważasz, że możesz mi powiedzieć, jak naprawdę się czujesz?

Popatrzyła na mnie zawstydzona i wcale jej się nie dziwiłem. Zdążyłem przez te parę miesięcy naszej znajomości zauważyć, jak mało chce pokazać ludziom. Nie chciała, żeby widzieli ją słabą i zranioną. Bardzo starała się ukryć wszystkie jej słabości. Niestety, ja sam tak dobrze to znałem, więc doskonale wiedziałem, jak bardzo starała się być silna. Fakt, że widziałem ją w tych wszystkich okolicznościach, musiał być dla niej nie do zniesienia.
- Boli - powiedziała w końcu.
- Wiesz, że możesz się ich pozbyć?
Myślami wróciłem do naszej lekcji, kiedy Talia zmagała się ze swoim największym strachem. Pod koniec, ledwo przytomna, leżała na podłodze z ciemnymi bliznami. Mimo to, udało jej się je wyleczyć.
- Wiem, próbowałam, ale nie udało mi się. Nie mam pojęcia dlaczego - odparła, widocznie zła na siebie.
- Hej, po co te nerwy - zaśmiałem się.
Usiadłem przodem do niej. Gestem ręki dałem jej do zrozumienia, że ma zrobić to samo.
Kiedy siedziała już przodem do mnie, położyłem jej ostrożnie dłonie na ramionach. Syknęła z bólu, ale nie cofnąłem rąk.
- Weź głęboki oddech i spróbuj się uspokoić, pozbyć się wszystkich negatywnych myśli - poleciłem.
Talia, niezbyt przekonana, zamknęła oczy zrobiła to co jej kazałem.
- Zrelaksuj się, skoncentruj na czymś, co daje ci spokój i ukojenie - szepnąłem.
Po chwili, mięśnie jej twarzy się rozluźniły i wiedziałem, że jej się udało.
- A teraz, nie tracąc tego spokoju, bez żadnych nerwów, spróbuj wyleczyć blizny.
Czekałem cierpliwie, ale nic się nie działo.
W końcu jednak blizny zaczęły powoli blednąć. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, a Talia wyrwała się z transu. Blizny na nowo pociemniały.
- Proszę - zawołała słabym głosem.
Coś ścisnęło mnie w środku. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, ile to wszystko ją kosztowało.
W drzwiach stanął mój ojciec.
- Wybacz, Talio, że wam przeszkadzam, ale muszę pomówić z moim synem - powiedział, idealnie imitując uprzejmość.
- Oczywiście, nic się nie stało - odrzekła.
Spojrzałem na nią przepraszająco i wyszedłem razem z ojcem, zamykając za sobą drzwi. Odeszliśmy kawałek, żeby nas nie słyszała.
- Co ty wyprawiasz? - syknął ojciec, na powrót będąc sobą.
- Pomagam jej. Przecież muszę, żeby...
- Czarny Pan ją osłabił, żeby medalion mógł mieć łatwiejszy dostęp do jej mocy - przerwał mi.
- A nie uważasz, że było to dość ryzykowny ruch? Już zaczynała mieć jakieś podejrzenia, co do "Artura Wintersta".
- Jak śmiesz podważać decyzje Pana? - warknął - Owszem, musimy być dla niej mili, ale nie zapomnaj dlaczego. Czy ty naprawdę myślisz, że jak już będzie po wszystkim, to nadal będziesz mógł się z nią przyjaźnić? Nie wiemy, czy uda nam się ją przeciągnąć na naszą stronę, ale jedno jest pewne. Nie ważne czy dołączy do nas z własnej woli, czy też ją do tego zmusimy. Ona będzie należała do Czarnego Pana. Coś mi mówi, że jej sympatia do Ciebie zniknie, jak tylko się dowie kim tak naprawdę jesteś.

Musiałem się naprawdę starać, aby nie stracić kontroli nad sobą. Właśnie w takich chwilach nienawidziłem go najbardziej
- Idź już - rzekł i odszedł bez żadnego pożegnania.
Stałem tak, patrząc jak mój ojciec znika z mojego pola widzenia. Byłem wściekły. Głównie dlatego, że to co powiedział, było prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że sposób w jaki mi to mówił, był nie do zniesienia. Zupełnie, jakby napawał się moim nieszczęściem.
Poprawiłem marynarkę i wróciłem do pokoju Talii. Leżała na łóżku, patrząc przez okno. Lampy po obu stronach jej łóżka były jedynym źródłem światła. Do mojej głowy wtargnęła nieproszona myśl.
Mógłbym się przyzwyczaić do takiego widoku.
- Wszystko w porządku? - spytała, chcąc się podnieść, ale skrzywiła się lekko.
- Leż - powiedziałem, siadając obok niej - Tak, wszystko dobrze.
Patrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Draco, widziałam Cię smutnego, złego i lekko pijanego. Widziałam też...
- Wymyśl sobie własne gadki - zaśmiałem się, chowając twarz w dłonie.
Przecież ona mnie znienawidzi. Im bliżej siebie będziemy teraz, tym bardziej będzie nas to później bolało. Ale co miałem na to poradzić? Nie byłem w stanie stać się obojętny, nie teraz, nie po tym, jak sam przed sobą przyznałem się, że Talia jest dla mnie ważna.
W końcu odważyłem się na nią spojrzeć. Uśmiechała się.
" I pomyśleć, że za niedługo ten uśmiech zniknie, a zastąpi go smutek i łzy" pomyślałem. Chociaż... Nie. Owszem, zdarzało jej się płakać, widziałem też łzy, którym nie dała popłynąć, ale miałem przeczucie, że tym razem się nie popłacze. Owszem, będzie zawiedziona, może też smutna, ale to gniew będzie górował.
Talia poklepała poduszkę obok swojej.
Leżeliśmy tak obok siebie, patrząc na sufit. Za oknem padał śnieg.  Naprzeciwko nas, w kominku tańczył wesoło ogień.
- Przepraszam, ale nie lubię twojego ojca - odezwała się cicho Talia.
Odwróciłem głowę w jej stronę. Miała tak poważny wzrok, że nie wytrzymałem. Parsknąłem szczerym śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili byłem w stanie się uspokoić.
- Taa, podejrzewam, że nie tylko ty - odparłem.
- Ale nie wiem dlaczego. Jest dla mnie miły, zbyt miły.
- Talia, myślę, że po twoich przejściach wiesz, że ludzie zmieniają swoje zachowanie, w zależności od sytuacji - palnąłem.
Powinienem wstawić się za ojcem, powiedzieć, żeby się nie przejmowała, że on już taki jest. Ale nie mogłem.
- Wiem - odpowiedziała.
- No to w czym rzecz?
- Bo widzisz... Ty nienawidzisz mojego brata, z wzajemnością oczywiście. Od paru lat poniżasz moich przyjaciół, co oczywiście uległo zmianie, Nawet my potrafimy się nie zgadzać w wielu sprawach, kłócić się. A mimo to Ci ufam i wiem, że wcale taki nie jesteś, a przynajmniej nie dla mnie. A twój ojciec... Nie mam pojęcia czemu jest dla mnie taki miły. Nie ważne ile medalionów by dla mnie znalazł... Nie jestem w stanie się do niego przekonać - powiedziała, nadal wpatrując się w sufit.
Nie miałem pojęcia co jej odpowiedzieć.
- Wiem, że mój ojciec może wydawać Ci się dziwny. Jego styl bycia, ta nadmierna uprzejmość... Wielu osobom może się to wydawać fałszywe i w większości przypadków bym się z nimi zgodził. Sam nie mam z nim najlepszych relacji, ale... On naprawdę chce Ci pomóc - ostatnie zdanie ledwo przeszło mi przez usta.
Miałem ochotę powiedzieć jej prawdę i prosić o wybaczenie. Okłamywanie jej było porównywalne do klątwy Cruciatus.
- Skoro tak twierdzisz... Ale nadal go nie lubię.
- Może to nawet lepiej - odparłem, uśmiechając się pod nosem.
- Za to twoja mama jest wspaniała - dodała, obracając się w moją stronę.
- Wiem. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem wdzięczny za to, że ją mam.
Cieszyłem się, że nie było tu Blaise'a i Teodora. Oni oczywiście znali mnie na wylot, ale nigdy nie musiałem im pokazywać tego, jaki byłem "w środku". Wiedzieli jaki jestem, ale nie zmieniało to faktu, że przy nich prawie zawsze blokowałem wszystkie emocje. Jednak przy Talii było to tak proste i naturalne, że często się zapominałem. Chłopaki mięli by ze mnie teraz niezły ubaw.
- Ciekawa jestem, jaka była moja mama - powiedziała bardziej do samej siebie.
Fakt, że Talia prawie zawsze tryskała energią i była silna, sprawiał, że bardzo łatwo było zapomnieć o tym, że jej rodzice nie żyją. Że tak naprawdę nigdy nie żyła wśród swojej rodziny, bo straciła wszystkich, będąc zaledwie małym dzieckiem. Oczywiście właśnie z tego była znana, a przynajmniej od momentu, w którym świat czarodziejów dowiedział się o jej istnieniu.
- Z tego, co widzę przed sobą, wnioskuję, że musiała mieć niezły charakterek - mruknąłem, chcąc poprawić jej humor.
Podziałało.
- Czujesz się trochę lepiej? - spytałem.
- Tak, dziękuję.
- Za co? - zdziwiłem się.
- Za to że przyszedłeś - odparła.
Po chwili wahania, podniosła się lekko i pocałowała mnie w policzek. Zamarłem. Dotyk jej ust na mojej skórze sprawił, że mógłbym zapomnieć o wszystkim co się wokół działo. Ten jeden, niby niewinny gest sprawił mi nieopisywalną przyjemność. Jej usta były ciepłe, delikatne. Jej czarne loki łaskotały mnie w szyję, kiedy się nade mną nachyliła. Nie wiedziałem, czy to perfumy, czy też może coś innego, ale pachniała przepięknie. Nie potrafiłem określić jaki był to zapach, choć na tyle mącił w głowie, że straciłem panowanie nad tym co robiłem. Zanim zdążyła się całkiem odsunąć, położyłem dłoń na jej talii. Nie spodziewała się tego, ale też nie protestowała. Opierała się o mój tors i cierpliwie czekała, na mój następny ruch. Drugą ręką sięgnąłem po jej dłoń. Ująłem ją ostrożnie.
- Wystarczy jedno słowo a przestanę - szepnąłem, zanim na dobre zatraciłem się w jej bliskości.
Wiedziałem, że to była dla niej nowość, że mogła czuć się nieswojo, może też głupio, dlatego byłem gotowy na jej odmowę, mimo, że naprawdę nie chciałem jej usłyszeć.
- Nie musisz - odszepnęła.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Przybliżyłem jej dłoń do swoich ust i złożyłem na niej pocałunek.
- A jednak złośnice potrafią czasami być znośne - mruknąłem.
Zaśmiała się wesoło.
- Nie przyzwyczajaj się - odparła, drugą dłoń kładąc mi na policzku.
Teraz niemalże na mnie leżała, a nasze ciała nie mogły być już bliżej siebie.
Coś mi się przypomniało.
- Nie boli Cię?
Pokręciła głową.
- To nie jest ważne - odpowiedziała, cały czas patrząc mi w oczy.
Ona naprawdę nie miała nic przeciwko. A jednak cały czas bałem się, że zaraz się ode mnie odsunie. Musiała dostrzec, że coś mnie trapi.
Palcem wskazującym narysowała linię od mojej skroni, aż do kącika moich ust. Następnie przybliżyła twarz do mojej i w następnej chwili, jej słodkie usta zetknęły się z moimi.


* W moim opowiadaniu, Ella Fitzgerals była czarownicą, a jej piosenki były powszechnie znane w świecie czarodziejów.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz