czwartek, 3 września 2015

Rozdział VII Prawda

 Witam! Aż się wstydzę cokolwiek powiedzieć. Chcę baaaardzo
przeprosić za takie opóźnienie. Najpierw większa jego część 
zniknęła z magicznym puf, a potem stwierdziłam, że jego druga 
wersja nie jest wystarczająco dobra. Do tego przyleciała do mnie 
siostra, co oczywiście jest ważniejsze (nie zmienia to faktu, że korzystałam 
z każdej okazji, żeby pisać). Teraz jednak mam trochę więcej czasu. 
Od tej pory, rozdziały będą się pojawiać co tydzień lub dwa, w niedziele. 
O wszystkich zmianach lub nowinkach będę informować na fan page'u,
na którego bardzo serdecznie zapraszam :)
(link -> https://www.facebook.com/onatezprzezylafanpage?ref=hl )
Nie przeciągając już, oto rozdział VII :) 
Miłego czytania, 

Panna Potter



Stałam w łazience Dracona Malfoya. Wnioskując po tym, co widziałam w lustrze, minę miałam komiczną, ale wcale nie było mi do śmiechu. Bardziej interesowały mnie blizny na mojej klatce piersiowej. Wyglądały jak pęknięcia na szkle, sine, jakbym siedziała co najmniej dwie godziny w lodowatej wodzie. Skąd, do cholery się wzięły? Oczywiście moja podświadomość podsuwała mi odpowiedź. Musiały się pojawić po moim wybuchu. Ale dlaczego? Co się ze mną działo? Zaczęłam wpadać w panikę, nie mogąc się powstrzymać. Światło zaczęło niepokojąco mrugać.
"Uspokój się dziewczyno! Chyba nie chcesz powtórki z przed pary godzin!" zrugał mnie cichy głosik w mojej głowie. Wzięłam głęboki oddech, krążąc po dużej łazience.
Nie mogłam znowu... wybuchnąć. Musiałam się uspokoić, wrócić do swojego dormitorium i tam wszystko przemyśleć. Tak, to był dobry pomysł. Szybko zapięłam koszulę pod samą szyję i wyszłam z łazienki, kierując się bezpośrednio do drzwi.
- Hej, gdzie ty się wybierasz?- zawołał za mną blondyn.
- Eee... Idę do siebie.- odparłam.
- Jeszcze nie doszłaś do siebie.- wtrącił Blaise.
- Dojść do siebie mogę też w swoim dormitorium. Dziękuję wam bardzo za pomoc. Pa!
To powiedziawszy, opuściłam pokój dwójki Ślizgonów. W Pokoju Wspólnym siedziało sporo uczniów. Oczywiście mnie zauważyli. Próbując nie zwracać na nich uwagi, szybkim krokiem opuściłam lochy.

                                                                             ***

Nie mogłem w to uwierzyć. Czemu nikt wcześniej mi tego nie powiedział? Zgniotłem trzymany list i cisnąłem go w ogień. Talia, moja siostra miała moc. Niezwykłą i rzadko spotykaną moc, która dla niej samej była zagrożeniem i nikt mu nie powiedział? Musiałem teraz na nią uważać.

                                                                             ***

Weszłam do do Wierzy Gryfonów, nie wiedząc że ktoś na mnie czekał.
- Talia! Gdzie się podziewałaś tak długo? - Harry poderwał się z kanapy i stanął przede mną.
- Ciebie też miło widzieć - odpowiedziałam - Byłam na Błoniach.
- Czy ty masz pojęcie która jest godzina?
- Późna.- odparłam.
- Nawet nie próbuj teraz żartować. Wszyscy bardzo się martwiliśmy. Ginny i Hermiona poszły Cię szukać, ale nie było po tobie śladu. Nawet na Błoniach.
- No bo... Najpierw poszłam na spacer. A z resztą, jesteśmy w szkole. Co twoim zdaniem mogłoby mi się stać?
- Zdziwiłabyś się.- warknął.
- Och, przestań! Naprawdę przesadzasz, Harry.- fuknęłam, wymijając go i zostawiając samego.
Weszłam do dormitorium, gdzie wszystkie moje współlokatorki już spały. Najciszej jak potrafiłam, przebrałam się w piżamę, umyłam zęby i wskoczyłam do łóżka. Zasunęłam bordowe kotary i ułożyłam się wygodnie.
"Co za dzień" pomyślałam. Jeszcze nigdy nie miałam takiego mętliku w głowie. Pytania, których miałam wiele, nie dawały mi spokoju. Świadomość, że ktoś widział mnie w tak żałosnym stanie sprawiała, że miałam ochotę skoczyć z Wierzy Astronomicznej. Co miałam teraz robić? Jak miałam się zachowywać? Jak miałam dalej żyć z tym, co się stało? Na żadne z tych pytań nie znałam odpowiedzi. Czułam, jak bezradność zżerała mnie od środka.
Pozostawała jeszcze kwestia mojego brata i reszty. Nie chciałam im nic nie mówić, a przynajmniej nie teraz. Nawet jeśli bym chciała, to nie wiedziałabym co. Przecież nie miałam pojęcia co się ze mną stało. Wtajemniczenie ich nie wchodziło w grę. Wiedziałam, że okłamywanie najbliższych mi osób, było najgorszym wyjściem, ale jednocześnie jedynym, które miałam.
A do tego wszystkiego dochodził Draco Malfoy i Blaise Zabini. Czarnoskóry był świadkiem całego zajścia, widział jak się rozklejam. Blondyn widział mnie w jeszcze gorszym stanie. Widział słabą, zdezorientowaną, zapłakaną i zwijającą się z bólu Talię. Nigdy wcześniej nie pozwoliłam sobie na taką nieostrożność. W tej kwestii nie miałam jednak wyboru. Musiałam skorzystać z pomocy tej dwójki i w taki właśnie sposób wracamy do bezsilności. Nie mogłam już tego wszystkiego wytrzymać. Zaraz po rozmowie z Malfoyem postanowiłam ograniczyć kontakty z nimi do minimum (na tyle, na ile było to możliwe). Musiałam się opanować, zachować spokój. Stało się, nie mogłam cofnąć się w czasie. Trudno. Nakazałam sobie nie przejmować się tym wszystkim. Oczywiście, w praktyce nie wyglądało to tak kolorowo. Sama wiedziałam, że nic z tego. Zmartwienia, pytania, złość... To wszystko było nieuniknione.

Obudziłam się wcześniej niż zwykle, więc ubrałam się pośpiesznie w białą bluzkę i dżinsy, zarzuciłam przez ramię skórzaną kurtkę i poszłam nad jezioro. Tam chyba najlepiej mi się myślało. Mimo, że Hogwart bardzo szybko skradł moje serce, byłam przyzwyczajona do przebywania na świeżym powietrzu. Już po piętnastu minutach trzęsłam się z zimna, więc włożyłam kurtkę. Siedząc tak na pomoście, obserwowałam jak słońce wznosi się coraz wyżej. Jego piękne, ciepłe promienie powodowały zapierające dech w piersiach refleksy na pojedynczych chmurach. Tego mi było trzeba. Mogłabym tam siedzieć cały dzień, ale coś mi podpowiadało, a raczej mój burczący brzuch, że czas na śniadanie.
Wielka Sala była niemal pusta. Parę uczniów i nauczycieli zajęli już miejsca przy odpowiednich stołach. Odetchnęłam z ulgą, bo nie miałam ochoty na razie z nikim rozmawiać. Napawając się samotnością, nałożyłam sobie na talerz jajecznicę i dwa tosty. Rozkoszując się smakiem najpyszniejszych w świecie jajek, nie zauważyłam, że ktoś zajął miejsce obok mnie.
- Dzień dobry - usłyszałam męski głos, niedaleko mojego ucha.
Podskoczyłam, krztusząc się jajecznicą. Dopiero po chwili przez łzy zobaczyłam, że Draco siedzi obok, śmiejąc się ze mnie.
- Pomyliły Ci się stoły, Malfoy.- powiedziałam zachrypniętym głosem, klepiąc się w pierś.
Okazało się to błędem. Blizny zaczęły na nowo piec. Zanotowałam w pamięci, żeby ich nie dotykać.
- Cóż, skoro nie chcesz porozmawiać o tym, co się wczoraj stało...- westchnął, podnosząc się z miejsca.
Przewróciłam oczami i pociągnęłam go za szatę, sprowadzając go tym na miejsce.
- Powiedziałem wczoraj, że wszystko Ci wyjaśnię. Jednak nie wydaje mi się to odpowiednie miejsce na takiego typu pogawędki.- powiedział.
- Nie mów, Sherlocku.
- Grzeczniej, Potter. To ja posiadam informacje, których chcesz.
- Do rzeczy. Jakie miejsce proponujesz?
- Moje dormitorium.- rzekł od razu.
- Nie.
- Niby czemu?
- Wolałabym jakieś neutralne miejsce.- odparłam, patrząc mu prosto w oczy. Nie mogłam dać za wygraną.
- Nie będę z tobą negocjował.
- A ja nie chcę wysadzić twojego dormitorium w powietrze. Poza tym, co powiedzą twoi znajomi, widząc Cię ze mną?- spytałam z udawaną troską.
Ślizgon zamilkł na chwilę, najwyraźniej nad czymś rozmyślając. Nagle się ożywił.
- Wiem. Po śniadaniu przyjdź do lochów.
- Po co?- zdziwiłam się.
Nie byłam pewna, czy dobrze mnie zrozumiał.
- Bo nie znasz drogi do miejsca, w które chcę Cię zabrać.- uśmiechnął się, widząc moją niepewną minę.
Nie podobało mi się to.
- Niech Ci będzie.- westchnęłam w końcu, rozgrzebując już chłodną jajecznicę na bekonie.
- Skoro to już mamy z głowy, powiedz mi jak się czujesz.
- W porządku.- mruknęłam.
- A tak na prawdę? - zniecierpliwił się.
Patrzył na mnie natarczywym wzrokiem. A niech go piorun strzeli!
- A jak się mam czuć? - parsknęłam. "Czułam, się jakby coś we mnie wybuchło, ale wszystko w porządku" pomyślałam.
Malfoy wzniósł oczy ku niebu mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem.
- Nie masz w naturze współpracować - to nie było pytanie.
- Nie - wyszczerzyłam zęby.
Mój rozmówca tylko pokręcił głową.
- Do zobaczenia później - zawołał za sobą, kierując się w stronę wyjścia.


                                                                                ***

- Wiecie gdzie znowu podziewa się Talia? - spytałem sięgając po kanapkę.
- Widziałam ją w dormitorium. Wcześniej zjadła śniadanie, a teraz jest w bibliotece.- odezwała się Hermiona.
- Nie wydaje Ci się to dziwne? Albo jest na Błoniach, albo w bibliotece - mruknąłem.
- Harry, nie zapominaj, że dla niej, to wszystko tez jest trudne. Musi się trochę oswoić z zaistniałą sytuacją. Całe życie była sama, miała jeden cel. Teraz znalazła Ciebie, chodzi do szkoły, ma do czynienia z ludźmi, którzy niekoniecznie darzą ją sympatią - wyjaśniła.
- Rozumiem, ale ile można?
- Bierz, ary, kaffy pffeffywa na sffój sosóf - wtrącił Ron, z pełną buzią jajek.
- Co?
- Każdy przeżywa na swój sposób - powiedział po dłuższej chwili.
- Nie wiem jak wam, ale coś mi się tutaj nie podoba
Od wczoraj nie mogłem przestać myśleć o liście od Syriusza. Czemu nikt mi nic nie powiedział? Przecież powinienem wiedzieć, zwłaszcza, że ona nie miała o niczym pojęcia. Ktoś musiał mieć ją na oku, żeby nic jej się nie stało.
- Harry, daj jej czas. Miej trochę zaufania do swojej siostry. Gdyby coś było nie tak, powiedziała by Ci - oznajmiła Hermiona.
Chciałem jej wierzyć, ale nie mogłem.

                                                                               ***

Nie śpiesząc się, zrzuciłem z siebie ubranie i wszedłem pod prysznic. Chłodna woda skutecznie mnie orzeźwiła. Po godzinie intensywnych ćwiczeń, taki prysznic był niczym zbawienie. Czekała mnie rozmowa z Talią, więc chwila relaksu była co najmniej wskazana. Miałem mieszane uczucia. Co jeśli ta mała awanturnica wpadnie w szał? Mogłem się po niej spodziewać wszystkiego. Oczywiście miałem już obmyślony plan, ale czy wszystko potoczy się tak, jak planowałem? Tego nie mogłem być pewien.
Zakręciłem wodę. Sięgnąłem po granatową koszulę i czarne spodnie. Gdy byłem już gotowy, bez pośpiechu opuściłem dormitorium, potem Pokój Wspólny. Czekała na mnie oparta o kamienną ścianę.
- Dłużej się nie dało? - jęknęła patrząc na mnie z wyrzutem.
Mimowolnie parsknąłem.
- Następnym razem bardziej się postaram - odparłem, nie przestając iść w jej kierunku.
- Nie mógł byś dzisiaj sobie darować? A tak w ogóle, dokąd idziemy?
- Zobaczysz - odpowiedziałem uśmiechając się złośliwie.
Wiedziałem, ze denerwowanie jej nie było najlepszym pomysłem, ale nie mogłem się powstrzymać. Brunetka patrzyła na mnie nieufnie.
- Nie bój się, nic Ci nie zrobię - zaśmiałem się - Zaufaj mi.
- Ja mam Ci zaufać? Proszę Cię.
- To ty do mnie przyszłaś, kiedy...
- Na prawdę będziesz mi to wypominał na każdym kroku? Następnym razem, kiedy ty kogoś wybuchniesz, nie krępuj się, zapraszam do mnie - powiedziała z irytacją w głosie.
Z trudem powstrzymałem atak śmiechu
- Chodźmy już - pchnąłem ją lekko w stronę schodów.
Szliśmy w ciszy. Kątem oka widziałem, że coraz bardziej się denerwowała. Zaciskała nerwowo dłonie, a jej twarz przypominała wystraszone zwierzę. Zacząłem się zastanawiać, co teraz działo się w jej głowie. Zdawałem sobie sprawę, że z całych sił próbuje być silna. Coś podpowiadało mi, że w środku trzęsła się ze strachu. Kto inny nie przestraszył by się, będąc w jej sytuacji? Ja może nie tyle bym się bał, co czuł się bardzo skołowany. Ale z drugiej strony, posiadanie takiej mocy...
- To tutaj - odezwałem się w końcu, stając przed pustą ścianą.


                                                                                   ***

- Na pewno? - spytałam, zerkając z powątpiewaniem na ścianę.
- Tak.
Malfoy zaczął chodzić w tę i we w tę wzdłuż ściany, najwyraźniej mocno się nad czymś skupiając. Czekałam cierpliwie, aż skończy to, co robił. W końcu jednak chciałam zapytać, czy dobrze się czuję, ale coś mnie powstrzymało. Mianowicie ogromne drzwi, materializujące się na wcześniej pustej ścianie. Stałam jak zaczarowana.
- Voila - rzekł Malfoy z szerokim uśmiechem.
- To tutaj cały czas było?
- I tak i nie.
- Jak to?
- To zależy, jakich drzwi potrzebujesz
Draco otworzył drzwi, kłaniając się teatralnie.
- Czy ktoś mnie tam usłyszy, jeśli zacznę krzyczeć? - zażartowałam.
- Nie - odparł, puszczając do mnie oko - Właź, nie mamy całego dnia.
Nie kłócąc się dłużej, przeszłam przez drzwi. To co czekało na mnie po drugiej stronie, było niezwykłe. Spodziewałam się tajnej biblioteki, lub pustej, nieużywanej klasy. Moje oczekiwania nie mogły być bardziej mylne.
Stałam na środku polany. Nie było na niej kwiatów, jedynie trawa. Polanę otaczały wysokie drzewa z więdnącymi już liśćmi. Jedynym źródłem światła był ogromny księżyc i miliony gwiazd na nocnym niebie. Zaparło mi dech w piersiach.
- A nie mówiłem? - zaśmiał się Ślizgon.
Kiedy jednak odwróciłam się w jego stronę, wcale się nie uśmiechał. Przyglądał mi się uważnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Tu jest tak pięknie - to jedyne co byłam w stanie powiedzieć.
- Czujesz spokój, prawda? - spytał.
Miał rację. Moje wcześniejsze zmartwienia i strach zniknęły. Zastąpił je spokój, tak jak powiedział Draco. Kiwnęłam głową.
- Gotowa?
- Nie, ale mów.
Zaśmiał się krótko.
- Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że jest coś w tobie, czego nie posiada nikt inny. Dowodem tego był twój atak.- przerwał na chwilę.
Znowu skinęłam głową, na znak że słucham.
- Cóż, nie jest to byle coś. Posiadasz potężną moc, Talio. Potężniejszą, niż możesz sobie wyobrazić. Twój umysł potrafi niemalże wszystko. Jest tylko jeden problem. Jesteś nie wyćwiczona. Nie panujesz nad tą energią, nie potrafisz nią władać. Co za tym idzie? Niekontrolowane ataki, spowodowane silnymi emocjami. Wczoraj, Pansy bardzo Cię rozzłościła. Byłaś wściekła. Moc która jest w tobie znalazła w ten sposób "wyjście". Buzowała w twoich żyłach, karmiła się negatywnymi uczuciami, które wzięły nad tobą górę. Dlatego nastąpił wybuch. Jesteś bardziej niezwykła, niż wszystkim się wydaje - przy ostatnim zdaniu, jego kąciki ust lekko się uniosły.

Zapewne pomyślał o Harrym, o fakcie, że jestem jego siostrą. Też, mimo, że to wszystko mnie przerażało, uśmiechnęłam się. Dziwne, jak człowiek potrafi odczuwać tak skrajne emocje naraz. Strach i spokój.
Zawiał lekki wiatr, unosząc pojedyncze kosmyki moich włosów.
- Ale czemu? Przecież każdy czarodziej posiada moc.
- Tak jak mówiłem, jesteś wyjątkowa.
- Czemu ja?
- Tego nie wiem.
Nie wiedząc, co powiedzieć, usiadłam na trawie. Draco spojrzał na mnie z politowaniem. Ignorując to, poklepałam miejsce obok siebie. Przewrócił oczami, ale usiadł.
- Co mam teraz robić? - spytałam, obserwując gwiazdy.
- Musisz nauczyć się panować nad samą sobą. Przejmij kontrolę nad mocą, zanim ona to zrobi, w przeciwnym razie, możesz źle skończyć.
- Jak to?
- Przed tobą żyło sześciu mężczyzn z taką mocą. Pierwszy umarł w wieku dwudziestu lat. Nie wiedział co się z nim działo, bał się, co tylko pogorszyło jego sytuację. Wykończyła go moc. Drugi próbował zapanować nad tą energią, ale bez skutku. Trzeci został zamordowany przez jego wrogów, czwarty przez własną matkę. Piąty korzystał z mocy w niewłaściwy sposób. Zabijał, torturował, manipulował... Moc się na nim odegrała. Szósty za to umarł we własnym łóżku. Miał sto dwanaście lat.
- Czyli albo nauczę się panować nad sobą, albo sama się wykończę. Mogę jeszcze zostać zamordowana.
- Dokładnie - parsknął.
Przez długą chwilę siedzieliśmy w ciszy. Nie wiedziałam co dalej. Mimo że dostałam wiele odpowiedzi, nadal miałam dużo pytań. Jak ja miałam dać sobie z tym wszystkim radę? Nie byłam osobą opanowaną i cichą. Mogłam zostać bardzo szybko sprowokowana. Jeszcze to panowanie nad mocą... Czemu ja? Wcale tego nie chciałam.
- Skąd to wszystko wiesz? - odezwałam się.
To najbardziej mnie zastanawiało. Skąd wiedział o tych mocach? Znał sporo szczegółów, co wydawało mi się co najmniej podejrzane.
- Wiem i już.
- No gadaj.
- Nie.
- Bo?
- Bo nie.
- No powiedz - jęknęłam
- Nie mogę.
- Jak to? - zdziwiłam się.
- Ojciec wolał...
- Nie daj się prosić - szturchnęłam go w ramię.
- Jesteś nie do wytrzymania... No dobrze. Nie tylko Dumbledore miał Cię na oku. Mój ojciec, odkąd się o tobie dowiedział, zaczął gromadzić informacje na twój temat. Udało mu się znaleźć wiele ksiąg, zwojów  i zapisek. Okazało się, że ta moc istniała jeszcze kiedy nie było ludzi. Sama wybiera sobie "nosiciela". Ojciec chce Ci pomóc, ale woli też być ostrożny. Nie chce żeby wszystko się  na ciebie nagle zwaliło - powiedział, uważnie mi się przyglądając.

Co?! Lucjusz Malfoy, arystokrata od siedmiu boleści, człowiek podejrzewany o służbę Voldemortowi, nagle bawi się w dobrą wróżkę i chce mi pomóc? Ja niby miałam w to uwierzyć?
- Czemu chce mi pomóc?
- Bo nikt inny tego nie robi - odparł.
Zatkało mnie. Nie chciałam się do tego przyznać, ale Draco miał rację. Pani Bagshot mnie ostrzegała, żebym panowała nad sobą, Dumbledore też, ale czy ktokolwiek mi pomógł?  Czy ktoś mi powiedział prawdę? Czy ktoś mnie przestrzegł, co mogło się stać?
Nie. Nikt nie pisnął słowem. Zatajali przede mną prawdę.
- On wie jak to jest, kiedy ktoś chce Cię wykorzystać i wiedz, że znajdą się Ci, którzy będą to chcieli zrobić. Wie jak to jest być tym, o którym krążą różne plotki. Wiem, że w to nie wierzysz, w końcu to dzięki Wieprzejowi znalazłaś brata, który jest twoją jedyną rodziną. Wiem, że nie chcesz przyjąć tego do wiadomości, ale nie chcę mi się wierzyć, że Dumbledore nic im nie powiedział. Oni to przed tobą ukrywali. Mój  ojciec che Ci pomóc, dać to czego nie dali inni. Chce Ci przekazać potrzebne informacje.

Nic nie powiedziałam. Owszem, nie chciałam w to wierzyć. Chciałam teraz czuć złość i spalić ten jego tleniony łeb, ale nie mogłam. Czułam żal i niepewność. Co jeśli on mówił prawdę? Czemu niby miał mnie okłamywać? A co jeśli to jego ojciec chciał mnie wykorzystać?
- Skąd mogę mieć pewność, że nie kłamiesz?
- Możesz to uznać za zwykłą historyjkę, nie musisz mi wierzyć. Ja mogę dać Ci słowo, że mówię prawdę - powiedział.
Zaczęłam bawić się włosami. W głowie miałam totalny mętlik.
- Muszę Ci coś powiedzieć - rzekłam, nagle przypominając sobie coś ważnego.
- Słucham.
- Wczoraj w łazience zauważyłam dziwne blizny na klatce piersiowej.
- Blizny?
- Tak. Wyglądają jak pęknięcia. Są sine - opisałam dziwne, wypukłe ślady na moim torsie.
- Dziwne... Ojciec coś wspominał, ale dla pewności napiszę do niego i spróbuję się czegoś dowiedzieć - odparł.
- Dzięki - mruknęłam.
- Idziemy?
- Tak


                                                                                ***

Podniosłem się, wyciągając w jej stronę rękę. Nie przyjęła jej. Sama wstała i otrzepała dżinsy. Podeszliśmy do miejsca, w którym wcześniej były drzwi. Pojawiły się niemal od razu. Znajdując się już na korytarzu, nastąpiła krępująca cisza.
- Dziękuję za wszystko - szepnęła ze spuszczoną głową.
Musiała naprawdę czuć się nieswojo z tym wszystkim, skoro nie przeszywała mnie wzrokiem.
- Ależ nie ma za co - zawołałem, kłaniając się teatralnie, czym wywołałem na jej twarzy uśmiech.
- No to... Cześć - powiedziała, chcąc już odejść.
Szybko jednak położyłem dłoń na jej ramieniu. Odwróciła się zaskoczona.
- Wszystko będzie dobrze.
Patrzyła na mnie przez krótki moment. W końcu kiwnęła tylko głową i odeszła, zostawiając mnie na korytarzu.

Miałem ochotę krzyczeć. Wszystko poszło po mojej myśli, plan się powiódł. Wiedziałem, że dzisiejsza rozmowa z Panna Potter była sukcesem, krokiem dalej w mojej misji. Byłem pewny, że miałem ją w garści, nawet jeśli sama nie była tego świadoma. Postanowiłem napisać list do ojca i zdać mu relacje z minionych dwóch dni. Ha! Nie mogłem w to uwierzyć. Może i ta mała zołza nie była do końca przekonana, ale to tylko kwestia czasu.

- I jak Ci poszło? - zawołał Blaise z łazienki, kiedy tylko zamknąłem za sobą drzwi od naszego dormitorium.
Brał prysznic, zapewne ćwiczył pod moją nieobecność.
- Nie będę nadwyrężał gardła. Pośpiesz się! - krzyknąłem.
Korzystając z okazji, że na stoliku stała już butelka Ognistej, nalałem sobie bursztynowego płynu do szklanki. Należało mi się.
- Opowiadaj - rzekł mój przyjaciel z mokrą głową i w samych dresach.
- Przede mną nie musisz chwalić się swoim negliżem - parsknąłem.
- Merlinie... Gadaj - zniecierpliwił się, siadając na swoim łóżku.
- Poszło zaskakująco dobrze. Jeszcze trochę i ta złośnica zacznie mi jeść z ręki. Powiedziałem jej to, co chciała wiedzieć i przy okazji wcisnąłem historyjkę o tym, jak to mój tatuś chce jej pomóc. Może nie uwierzyła mi do końca, ale z pewnością zwątpiła w swoich zakichanych przyjaciół i braciszka. No bo przecież oni  muszą o niej wiedzieć, skoro Dumbledore też wie, prawda? - uśmiechnąłem się z satysfakcją.
- Stary, jesteś genialny! - zawołał Zabini.
- Wiem.
- Ale, co teraz?
- Teraz muszę pielęgnować to, co udało mi się zyskać, sprawić, że mnie... polubi. Musi wiedzieć, że to ja jestem jedyną osobą, na której może polegać, która może jej pomóc.
- Jeśli znowu zacznie mieć problemy, zaproponuj jej lekcje panowania nad sobą. W ukrywaniu jakichkolwiek emocji, jesteś niemalże mistrzem - parsknął.
- Nie jest to zły pomysł - odparłem, zastanawiając się nad tym.
Myśl mojego współlokatora nie była głupia. Nie mogłem jednak tak nagle jej tego zaproponować. Ktoś, lub coś musiałoby ją najpierw wyprowadzić z równowagi. Oczywiście nie tak, jak Pansy wczoraj. Wystarczyłoby kilka powybijanych okien i trzęsąca się podłoga.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz