niedziela, 20 września 2015

Rozdział IX Pomocna dłoń


Dzień dobry! I w tym tygodniu mogę się pochwalić, ze rozdział
jest na czas :D Mam nadzieję, że numerek IX wam się spodoba, 
bo naprawdę się napracowałam. Przechodzimy już do części, 
w której będzie się ciągle coś działo! Poprosiłabym o podzielenie 
się opiniami i uwagami w komentarzach, bo mogą mi naprawdę 
pomóc. Jak zawsze zapraszam na fanpage'a, gdzie informuję was
o pojawieniu się rozdziałów! 
Miłego czytania, 

Panna Potter







Wreszcie usłyszałam ostatni dzwonek tygodnia. Z ulgą spakowałam książki i opuściłam klasę razem z Hermioną. Lekcje Obrony Przed Czarną Magią były koszmarne, a nauczycielka doprowadzała mnie do szału. Zajęcia z Panią Bagshot były o wiele lepsze. Próbowałam jednak ignorować zachowanie różowej ropuchy i bzdury które wygadywała. Nie mogłam dać się ponieść. Szło mi to z wielkim trudem, ale udało mi się nie stłuc żadnej szyby. 
- Talia? - odezwała się Hermiona. 
- Tak?
- Nie wiesz, czy Harry pokłócił się z Ginny?
- Nie... Skąd takie przypuszczenia?- zdziwiłam się. 
- Nie rozmawiają ze sobą, a kiedy Harry się pojawia, Ginny znika. Próbowałam coś z niej wyciągnąć, ale za każdym razem zmienia temat - wyjaśniła. 
- Nie mam pojęcia. Harry nie jest zbyt chętny do zwierzeń. Tylko raz poprosił mnie o radę, to by było na tyle. Nie mogę uwierzyć, że chce zaprosić Cho...
- Cho? Chyba już wiem, co się stało - przerwała mi. 
Popatrzyłam na nią wyczekująco. 
- Chyba nie powinnam Ci tego mówić - zmieszała się. 
- Och, no dalej! Jak już powiedziałaś "a", to musisz powiedzieć "b" - jęknęłam, wieszając się na ramieniu koleżanki. Oczy szczeniaczka prawie zawsze działały. 
- To nie tyczy się mnie, tylko Ginny. Prosiła mnie o dyskrecję. 
- Myślisz, że by mi powiedziała?
- Nie wiem, możliwe, ale ode mnie nic nie usłyszysz. Obiecałam jej - powiedziała stanowczo. 
- No dobrze. Spróbuję z nią sama porozmawiać - westchnęłam - A zmieniając temat, muszę jutro odwiedzić Miodowe Królestwo. Zapasy mi się kończą. 
- Nie ma nic przeciwko temu - zaśmiała się.
Rozmawiając o sobocie, dotarłyśmy do Wierzy Gryffindoru i od razu zabrałyśmy się za prace domowe. W rezultacie miałyśmy cały weekend wolny, a Harry i Ron jeszcze po kolacji męczyli się z wypracowaniem na Eliksiry. 
  

                                                                                 ***

- Nie mówiłeś mi, że byłeś na treningu Gryfonów - powiedziałem, niby od niechcenia. 
- Chyba nie muszę Ci się spowiadać - odparł Blaise. 
Spiorunowałem go wzrokiem. 
- Wiesz dobrze, że jeśli o nią chodzi, to tak, musisz.
- Stary, to był tylko trening. Chcieliśmy zobaczyć jak sprawuje się Wieprzlej. Nic się nie działo, więc wyluzuj. Mam Ci dawać znać za każdym razem, kiedy przejdzie obok mnie na korytarzu? - zadrwił. 
- Wiesz dobrze o co mi chodzi. 
- Owszem, wiem lepiej niż ty. Ostatnio rozmawiamy tylko o niej. Chcesz wiedzieć o niej wszystko i coś mi się wydaje, że to nie ma zbyt wiele wspólnego z misją. 
- Gorzej Ci?
- Malfoy, jej możesz wciskać wszystko, ale znam Cię nie od dziś i mnie nie oszukasz. Coś w niej widzisz. 
- Widzę w niej siostrę Złotego Chłoptasia. Owszem, jest w niej coś... Innego, ale zdziwiłbym się, gdyby tak nie było. Nie bez powodu moc wybrała właśnie ją. To ja Ci musiałem tłumaczyć, że jest nietykalna. Myślisz, że jestem na tyle głupi, żeby się za nią oglądać?
- Nie mów, że...
- Koniec tematu, Zabini. Ta dziewczyna jest irytująca i nie do wytrzymania. Kiedy oddamy ją Czarnemu Panu, będę miał święty spokój i nie będę musiał się z nią użerać. 
- Żal mi Cię, Draco - westchnął. 
- Skończ już, dobrze Ci radzę - syknąłem. 
- Dobra, już nic nie mówię, zakichana księżniczko - powiedział, kładąc się na kanapie - Kiedy mamy następny trening?
- W niedzielę. Nie mogę się doczekać chwili, w której zobaczę załamane buźki Gryfonów. Wygraną mamy w kieszeni. 
- Jasna sprawa - zawołał z entuzjazmem Blaise. 
Przebrałem się w piżamę i opadłem ciężko na łóżko. Jutro czekała mnie wczesna pobudka. Musiałem się dobrze przygotować i powtórzyć plan, który miałem wcielić w życie podczas wypadu do miasteczka. 
Leżałem, wpatrując się w sufit i wyobrażając sobie, jak to wszystko miało wyglądać po zakończeniu misji. Czy Voldemort będzie ją trzymał w zamknięciu i traktował jak więźnia, czy cały czas będzie udawał przyjaciela? 
- Blaise.
- Mm?
- Dobrze lata? - spytałem. 
- Ja pier... Draco, zaczynasz mnie na prawdę denerwować - warknął. 
Skomentowałem to cichym parsknięciem. 
- Idę się przejść - dodał po chwili, zrywając się z kanapy. 
Był poirytowany. 
- Tylko nie zabij kogoś po drodze - zawołałem za nim, nie mogąc powstrzymać śmiechu. 
Zabini miał jednak trochę racji. Talia zdecydowanie za często gościła w moich myślach. 

                 
                                                                                 ***

- Hermiono? - szepnęłam. 
Wszystkie Gryfonki już spały, nie chciałam ich obudzić. 
- Tak? 
- Nie mogę zasnąć - poskarżyłam się. 
- Ja też. 
- Wiesz co mi zawsze pomaga? - spytałam. 
- Co?
- Spacer.
- Ty i te twoje spacery...
- Chcesz iść ze mną?
- Wiesz która jest godzina? Nie możemy wychodzić z Wierzy tak późno - zaprotestowała. 
- Och, nie daj się prosić. 
Potrzebowałam się przejść. Zawsze chodziłam na spacery kiedy nie mogłam zasnąć. Miałam tak odkąd pamiętałam. Prawdę mówiąc, po prostu lubiłam spacery. 
- Talia! Jeśli ktoś nas przyłapie, to będziemy miały kłopoty. Nigdzie nie idę. 
- Skoro tak... Wrócę za niedługo - odparłam i zerwałam się z łóżka. 
Mimo ciemności, zdołałam zauważyć, że moja koleżanka ma zmieszaną minę. 
- Nie idź, będziesz miała kłopoty.
- Pa! - szepnęłam i nie zwracając uwagi na jej protesty wyszłam. 
Narzuciłam na siebie czarną bluzę, kierując się do portretu. Gruba Dama pochrapywała głośno, najwidoczniej i zauważając, że ktoś przeszedł przez strzeżone wejście. 
"Dokąd by tu iść?", pomyślałam. Biblioteka była zamknięta, a wolałam nie opuszczać zamku. Z drugiej strony, świeże powietrze zawsze działało na mnie kojąco. Nagle przypomniało mi się idealne miejsce. Wieża Astronomiczna. 
Idąc korytarzami, rozmyślałam o minionym tygodniu. Nic nadzwyczajnego się nie działo... No, jak na Hogwart. Jedyna zmiana, którą zauważyłam, to zachowanie mojego brata. Owszem, już odkąd go poznałam potrafił mieć swoje humory, ale pogarszało mu się z dnia na dzień. Ostatnio też dziwnie się zachowywał w mojej obecności. Zawsze kiedy wchodziłam do Pokoju Wspólnego, Harry milkł, albo mieniał temat. Może Malfoy miał rację? Co jeśli Harry rzeczywiście wiedział? Przypomniał mi się nasz wspólny sen, kiedy dotarłam do krętych schodów, prowadzących do mojego celu. Im wyżej się wspinałam, tym bardziej się przekonywałam, że nie byłam sama. Osoba, która wpadła na ten sam pomysł co ja, była odwrócona do mnie plecami. Odchrząknęłam cicho. 
- Talia? - odezwał się znajomy mi głos. 
Podeszłam bliżej. Blaise Zabini patrzył na mnie zaskoczony. 
- Co ty tu robisz? - spytałam. 
- Co TY tutaj robisz?
- Nie mogłam spać - odrzekłam, podchodząc do balustrady.
- Nie powinnaś wałęsać się po zamku o tej porze - powiedział karcąco. 
- Brzmisz jak Hermiona - zaśmiałam się. 
W środku jednak byłam zła. Nie możesz tego, nie możesz tamtego... Za niedługo zabronią mi oddychać. 
- To chyba nie był komplement - odparł. 
Spiorunowałam go wzrokiem. Poczułam, jak wiatr przybierał na sile. "Uspokój się.", szepnęła moja podświadomość.
- Na prawdę można Cię łatwo wnerwić. A już myślałem, że Draco przesadzał - mruknął bardziej do siebie. 
- Słucham?
- Nic, nic - zaśmiał się, stając obok mnie. 
Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Słychać było tylko szum drzew i buszujące w lesie zwierzęta.
- Jak się czujesz? - zapytał. 
Pytanie różniło się jednak od innych. W jego głosie słychać było przyjazną nutkę, troskę...  Jakby go naprawdę interesowało, jak się czułam. 
- W porządku. Oczywiście bywało lepiej, ale teraz już wiem, że gorzej też. 
- To dobrze - odparł z uśmiechem - Ale wiesz... Draco naprawdę che Ci pomóc. Może wydaje się szorstki i arogancki, ale to dobry chłopak. 
Blaise spoglądał na mnie niepewnie. 
- Czemu mi to mówisz?
- Bo Draco może być jedyną osobą, która może Ci pomóc. 
- Tak, już mi to mówił.
- To czemu nie dasz mu sobie pomoc? 
- Bo nie wiem, czy mogę mu ufać. Jest w nim coś, co sprawia, że zapala mi się czerwona lampka. Doceniam jego starania, naprawdę, ale... Nie wiem, czy mogę wierzyć we wszystko, co mi powiedział.
- Powiedzmy, że incydent z Pansy się nie zdarzył. Uwierzyłabyś, gdyby Ci powiedział, że posiadasz taką moc?
- Nie...
- Czasami coś może brzmieć niedorzecznie, ale czy tego chcemy, czy nie...Jest to prawda.

Nie wiedziałam co myśleć. Czyli Harry i reszta Zakonu mnie oszukiwała? To nie mogła być prawda. Czemu mieli by to przede mną ukrywać? "Merlinie, czemu ja?"

- Wiem, że wszystko wydaje Ci się teraz walić, ale będzie lepiej - dodał. 
- Dzięki - powiedziałam.
Zabini podszedł bliżej i poklepał mnie po ramieniu. 
- Słyszałem, że wybierasz się do Hogsmeade - zmienił temat. 
- Tak, jestem bardzo ciekawa kremowego piwa.
- Co?! Nie piłaś nigdy kremowego piwa? - zawołał ze zdziwieniem, jakbym właśnie przyznała się do morderstwa. 
- Nie miałam okazji. 
- Dziewczyno, ty nie wiesz co to życie - zaśmiał się.
- Postaram się to nadrobić - odparłam, mimowolnie się uśmiechając - Chyba już będę wracać. 
- Nie daj się złapać po drodze. Aha... Przemyśl to, co mówiłem u Malfoyu. 
- Przemyślę - obiecałam. 
"I tak pewnie nie będę w stanie myśleć o niczym innym..."
- No, to na razie. 
- Pa. 
Pomachałam mu na pożegnanie i zeszłam po schodach. Droga powrotna nie sprawiła mi żadnych kłopotów, nie spotkałam Filcha, ani jego kotki. Kiedy weszłam do Dormitorium, Hermiona już spała. Zdjęłam pośpiesznie bluzę i położyłam się, szczelnie opatulając się kołdrą. Mimo tych wszystkich natrętnych myśli, udało mi się zasnąć. 


                                                                                  ***

Czytałem książkę, kiedy mój przyjaciel wrócił do dormitorium. 
- Jesteś mi winien niezłą przysługę - powiedział, nie racząc się nawet przywitać. 
- Zakładam, że zaraz mi wyjaśnisz dlaczego - odrzekłem. 
- Spotkałem Talię. Pogadaliśmy sobie - mruknął, chowając twarz w dłonie.
Nie wyglądał na zadowolonego. 
- A o czym dokładnie?
- O tobie. Wstawiłem się za tobą, powiedziałem, że masz czyste intencje i takie tam.
- Jej reakcja musiała być nie zbyt pozytywna, wnioskując po twoim entuzjazmie - zażartowałem. 
- Przyznała się, że ma wątpliwości, ale powiedziałem jej, że może Ci ufać.
- W takim razie nie rozumiem, skąd ten żal w twoim głosie. 
O co mu chodziło?
- Nie tak to sobie wyobrażałem... Ona jest w porządku, stary. Myślałem że to będzie zołza, ale ona jest nawet skora do tego, żeby nie uważać się za skończonego dupka. 
Słowa Zabiniego zupełnie mnie skołowały. O czym on pieprzył?  
- Blaise, nie mów mi proszę, że wymiękasz. Od samego początku wiedzieliśmy, na co się piszemy. Od powodzenia tej misji zależy nasza pozycja w szeregach Czarnego Pana - przypomniałem mu, nie trudząc się, aby zachować przyjazny ton 
- Pozycja w szeregach, której nie chcesz - odparł. 
- To nie jest ważne, rozumiesz? Nie mam wyboru, podobnie jak ty. Zgodziliśmy się, żeby chronić nasze rodziny. Szykuje się wojna. Chyba nie chcesz, żeby Voldermort skończył z twoimi rodzicami, tylko dlatego, że dopadły Cię wyrzuty sumienia. Nie mamy wyboru.

Taka była prawda. Ani ja, ani Zabini nie chcieliśmy zostać Śmierciorzercami. Niestety taki los był nam pisany. Broniłem się przed tym, dopóki mogłem, jednak ojciec naciskał coraz bardziej.
Voldemort potrzebował zwolenników. Służąc mu, gwarantowałem mojej rodzinie bezpieczeństwo i dostatek. Od najmłodszych lat, ojciec trenował mnie na Śmiercożercę. Zdolności, talent, lojalność, to Voldemort cenił sobie najbardziej. Te wartości wciskano mi bezustannie. Czułem się jak kukła, ale nie miało to większego znaczenia. 

- Przecież wiem. Nie da się tego załatwić inaczej? Niszczymy tej dziewczynie życie - jęknął. 
- Jak? Mam jej powiedzieć prawdę? Mam jej powiedzieć, że Voldemort chce ją wykorzystać, jako swoją broń? Że ma zabić swojego barta i przyjaciół? Och tak, na pewno się zgodzi - syknąłem.
Mój przyjaciel nic nie mówił. Patrzył się na mnie bezradnie. Dobrze wiedziałem jak się czuł, ale nie mogłem pozwolić sobie na słabość.
- Słuchaj, wiem, że to wszystko jest popaprane, ale musisz być twardy. Nie ma odwrotu, musimy dokończyć tą misję. Jak na razie, stąpamy po kruchym lodzie. Jak już zostaniemy nagrodzeni przez Czarnego Pana, coś się wymyśli, ale teraz nie możemy nic zrobić. Im mniej będziesz tym rozmyślał, tym lepiej - powiedziałem
Blaise tylko kiwnął głową. Sięgnął po butelkę Ognistej. 
- Tak czy siak, wisisz mi przysługę - parsknął. 


                                                                               ***

Ginny wbiegła do naszego dormitorium dwie godziny przed śniadaniem. We trójkę zaczęłyśmy się szykować. Ruda ściągnęła włosy w koński ogon, Hermionie, po godzinie męczarni, udało się spleść jej loki w warkocz francuski, a ja upięłam swoją szopę w koka. Przyjaciółki pomogły mi wybrać ubranie.  Kiedy szatynka również była gotowa, poszłyśmy do dormitorium, żeby Ginny również mogła się ubrać.  O dziewiątej zeszłyśmy do Wielkiej Sali, gdzie spotkałyśmy Freda i George'a gawędzących z Lee Jordanem. Naprzeciwko nich siedzieli Ron i Harry. 
- Cześć - przywitałyśmy się. 
Nie chciałam się objadać przed wyjściem do Hogsmeade, wiedząc, że wstąpimy do Trzech Mioteł i Miodowego Królestwa, zjadłam dwa tosty z dżemem. 
- Dostałaś zgodę? - spytała Hermiona, kiedy szłyśmy na dziedziniec, gdzie czekał Filch. 
- Dumbledore poprosił Panią Bathildę o podpis - odpowiedziałam z uśmiechem. 
- Pamiętam, jak na trzecim roku Harry nie dostał zgody od Wuja. Na szczęście Fred i George pokazali mu kilka tajnych wyjść z zamku - powiedziała Ginny. 
Ciekawe jak by to było mieszkać z Harrym u Wujostwa. Opowiadał mi o nich. Z tego co słyszałam, nie należeli do miłych ludzi, wręcz przeciwnie. Przynajmniej teraz mogłam mu dotrzymać towarzystwa, w tym "piekle", jak to określił mój brat. 
Odmeldowawszy się u Pana Filcha, ruszyłyśmy w stronę miasteczka. Ron zabrał się z braćmi i Jordanem, a Harry najprawdopodobniej poszedł z Cho. Nigdy nie byłam na zakupach z koleżankami, więc nawet się cieszyłam, że chłopcy nie przyłączyli się do nas. Wątpiłam jednak, żeby Hermiona  miała ochotę iść do sklepu z miotłami. Musiałam kupić kilka przyborów do dopieszczania moje Błyskawicy. 
Naszym pierwszym przystankiem było Miodowe Królestwo, gdzie obładowałyśmy się przeróżnymi słodkościami. Spędziłyśmy tam prawię godzinę, przeciskając się przez tłumy dzieciaków. Następnie Hermiona chciała zahaczyć o sklep papierniczy, żeby dokupić rolek pergaminu, pióra i tusz. Uwielbiałam zapach pergaminu, podobnie jak Hermiona, która wpadła w szał zakupów i zaciągnęła nas do księgarni, gdzie razem z Ginny czekałyśmy na nią kolejną godzinę. Potem udało nam się z rudą ubłagać przyjaciółkę o odwiedzenie sklepu z miotłami. Tam zabawiłyśmy chyba najdłużej. Wędrując od sklepu do sklepu, spotykałyśmy znajome twarze, w tym Angelinę, z którą ucięłyśmy sobie pogawędkę na temat zakupionych przedmiotów w zakładzie miotlarskim. 
Zmęczone i obładowane dużą ilością toreb, postanowiłyśmy iść na kremowe piwo do Trzech Mioteł. W chwili w której posmakowałam to cudo, musiałam przyznać Zabiniemu rację. Nie znałam życia. Zjadłyśmy po ciastku dyniowym, paplając na różne tematy, śmiejąc się i przede wszystkim odpoczywając po długim spacerze. 
- Powinnyśmy już wracać - westchnęła Hermiona, klepiąc się po brzuchu. 
- Nie ma co, wypady z tobą są o wiele weselsze - zwróciła się do mnie Ginny. 
- Dzięki - mruknęła szatynka, patrząc gniewnie na pannę Weasley 
Wybuchnęłyśmy śmiechem. 
- No dobrze już, chodźmy. Robi się coraz chłodniej - powiedziałam, nadaj chichocząc. 
Zebrałyśmy wszystkie zakupy i opuściłyśmy lokal. Nie minęło pięć minut, kiedy usłyszałam znajomy, piskliwy głos. 
- Hej, Potter!
Odwróciłam się i zobaczyłam Pansy Parkinson w towarzystwie jej koleżanek, Malfoya i Zabiniego. 
- Niezmiernie mi przykro, ale śpieszę się, Pansy. Musimy przyłożyć tą, na pewno ciekawą, rozmowę na kiedy indziej - zawołałam, chcąc już stąd iść. 
Złość do Ślizgonki nie zniknęła od dnia, w którym mnie sprowokowała. Oczywiście żałowałam, że zrobiłam jej krzywdę, ale jej słowa nadal pobrzmiewały w mojej głowie. 
- Nie tak szybko. Co, boisz się? Siostrzyczka Bliznowatego nie wie co powiedzieć? - zadrwiła, na co Tracey i Dafne parsknęły śmiechem. 
- Tak dla twojej informacji, mam imię. Poza tym, to ty mnie zaczepiłaś, więc nie widzę powodu, żeby wdawać się z tobą w dyskusje.
- Skoro tak, to dalej, uciekaj. 
- Pansy, skończ - ostrzegł ją Draco. 
- O co Ci chodzi, Parkinson? - syknęłam, idąc w jej kierunku - Potrzebujesz się dowartościować? Wiesz, żal mi Cię, skoro to jedyny sposób, w jaki potrafisz się popisać przed znajomymi. 
Czułam, ze coś we mnie buzuje. "Poluzuj gatki, Talia!" zrugała mnie podświadomość. Wiedziałam, że miała rację. Ale cóż....
- Nie pozwalaj sobie! Zwracasz się do lepszych. Ach, no tak, zapomniałam, że nikt nie miał Cię nauczyć dobrych manier - odparła, patrząc na mnie z wyższością. 
Klatka piersiowa zaczynała mnie piec. Powinnam posłuchać mądrzejszej części mnie. 
- Talia, nie daj się sprowokować - wtrąciła się Hermiona. 
Ginny była innego zdania. Stanęła obok mnie, kierując swoje mordercze spojrzenie na Ślizgonkę. 
- Jeszcze jedno słowo i przysięgam, ze twoja mamusia Cię nie pozna, jak z tobą skończę - warknęła, podkreślając każde słowo. 
Przez twarz Pansy przemknął cień strachu, ale szybko odchrząknęła. 
- Nie wtrącaj się wiewiórko! - pisnęła. 
- Pansy! - tym razem Blaise postanowił interweniować. 
- Siedź cicho, Zabini! Ktoś musi pokazać tym zdrajczyniom krwi, jak się mają zachować. 
- Tak? Radziłabym Ci najpierw samej dowiedzieć się coś na ten temat - powiedziałam, tracąc panowanie nad sobą. " Opanuj się idiotko!" krzyknął głosik w mojej głowie. 
Draco chwycił Pansy za ramię, ale ta się mu wyrwała. 
- Potter, przyjmij to w końcu do wiadomości. Jesteś nikim - szepnęła ze złośliwym uśmieszkiem. 

Koniec. Wspomnienia wróciły. Poczułam znajome mrowienie na całym ciele. Wrzałam od środka.
Nie mogłam już nic zrobić. 


                                                                                 ***

Odczekałem do ostatniej chwili. Widząc tą samą furię w oczach Talii, co ostatnim razem, szybko do niej podbiegłem, złapałem za ramiona i potrząsnąłem nią lekko. Nie pomogło. Przez mój tors przebiegł nieprzyjemny prąd, ale nie puściłem jej. 
- Talia, uspokój się! - szepnąłem, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. 
Nie reagowała. Nagle poczułem silny ból w skroniach. Z trudem powstrzymałem krzyk. 
Wszyscy gapili się na nas ze zdziwieniem. 
- Talia! - krzyknąłem. 
Zareagowała. " Dzięki Ci, Salazarze..."
- Blaise? - wymamrotała. 
W jej zielonych oczach nie było już widać furii. Skrzywiła się lekko. Poczułem jak opada z sił. 
- Nie, nie, nie. Stój, wiem, że boli, ale nie możesz...- szepnąłem. 
Na szczęście reszta grupy się odsunęła, więc nie słyszeli naszej wymiany zdań. 
- Przepraszam - jęknęła. 
Widziałem łzy cisnące się je do oczu. 
- Nie przepraszaj. Po powrocie do zamku odpocznij trochę, a potem zejdź do lochów. Będę tam czekał z Malfoyem - rozkazałam. 
Gryfonka wyprostowała się, przetarła oczy i poprawiła płaszcz. 
- Dobrze - odpowiedziała już nie tak słabym głosem. 
Podeszła do swoich przyjaciółek, które nie zadając żadnych pytań objęły ją, przyglądając jej się z troską. " A my mamy udowodnić, że to one chcą dla niej źle." pomyślałem. 
- Co to miało być?! - pisnęła skołowana Pansy. 
Draco nic jej nie odpowiadając, wyciągnął różdżkę i celując nią w głowę Parkinson wyszeptał odpowiednie zaklęcie. Oczy dziewczyny zaświeciły pustką, a następnie pokręciła lekko głową. 
- Draco, wracajmy już! Jest strasznie zimno... O kogo ja widzę, siostrzyczka Pottera! 
Nie zwlekając, blondyn rzucił zaklęcie na Tracey i Dafne. Zdziwione Gryfonki chciały już iść, ale dogoniliśmy je. 
- Zaczekajcie! - zawołał Malfoy. 
Kiedy tylko się odwróciły, potraktował Hermionę i Ginny tym samym zaklęciem, co resztę. 
- Zapomną o tej sytuacji - wyjaśniłem Talii, która z całych sił próbowała zachować kamienny wyraz twarzy. 
- Do zobaczenia - mruknęła. 
Razem z przyjacielem wróciliśmy do poirytowanych koleżanek. 


                                                                                 ***


Idiotka. Pusty łeb. Kretynka. Świruska. Wariatka. Debilka.
Tylko te słowa mogły opisać moją osobę. Byłam na siebie wściekła. Jak mogłam się dać znowu sprowokować?! 
Potarłam się po dekolcie, zapominając, że to tylko pogarszało sprawę. Blizny miały jeszcze bardziej intensywny kolor, niż poprzednio. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. " Jeszcze kilka takich wybryków a twoje marzenie się spełni, bo doprowadzisz do tego, że trafisz do piachu, ty bezmyślna nerwusko!" skarciła mnie moja podświadomość. Nie chcąc się z nią kłócić, opuściłam bluzkę i wyszłam z łazienki. 
- Gdzie idziesz? - zawołała za mną Ginny, kiedy zamierzałam przejść przez portret. 
- Ehm... Nie mówiłam wam? McGonagall chciała, żebym stawiła się u niej po powrocie z Hogsmeade.
- Powodzenia - powiedział Harry. 
 Nie zwlekając, wyszłam z Pokoju Wspólnego i poszłam do ustalonego miejsca. Tam czekali już na mnie Draco i Blaise. 
- Wszyscy siedzą w dormitoriach - rzekł Malfoy - Wchodź szybko. 
Posłusznie wykonałam polecenie blondyna. Kiedy byliśmy już w ich dormitorium, wskazał mi kanapę. 
- Boli Cię? - spytał, siadając obok mnie. 
Blaise usiadł w fotelu naprzeciwko. 
- Tak, ale nie tak bardzo jak w zeszłym tygodniu.
- A blizny? - wtrącił Zabini. 
Skąd on o nich wiedział? 
- Ciemniejsze - odparłam, ignorując fakt, że Malfoy zapewne powiedział przyjacielowi wszystko, co ode mnie usłyszał. 
- Nie dobrze...- mruknął pod nosem Draco - To oznacza, że twoja moc jest jeszcze silniejsza, niż myśleliśmy. Nie możesz sobie pozwolić na takie wypadki - powiedział ostrym tonem. 
- Jak to?
- Im ciemniejsze blizny, tym większą szkodę sobie wyrządzasz. Pamiętasz, jak opowiadałem Ci o twoich poprzednikach?
- Tak...
- Co ty sobie wyobrażałaś? - warknął. 
- Ja nie chciałam...
- Musisz nad tym panować
- Staram się, ale....
- Tu nie ma miejsca na żadne "ale", Talia. Nie rozumiesz, że jeśli tak dalej pójdzie, to umrzesz?
Nie odpowiedziała, bo dobrze wiedziałam, że miał rację. Było mi tak wstyd... 
- Mówiłeś, że możesz mi pomóc - wymamrotałam po dłuższej chwili.
- Do czego zmierzasz?
- Chyba skorzystam z twojej pomocy - powiedziałam. 
To było trudniejsze, niż myślałam. 
- Wreszcie jakaś dobra decyzja - zawołał unosząc oczy ku niebu. 
- Od jutra zaczynamy lekcje - dodał, patrząc mi prosto w oczy. 
- Lekcje? - zdziwiłam się. 
Blaise tylko wzruszył ramionami, widząc moją bezradną minę. 

"Merlinie, w co ja się wpakowałam..."


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz