niedziela, 27 września 2015

Rozdział X Bestia poskramia Piękną

Dobry wieczór! Oto dziesiąty rozdział :D Jak już może 
zauważyliście, blog zyskał nowe zakładki. Serdecznie
zapraszam do strony "Bohaterowie", gdzie będziecie
mogli zobaczyć nie tylko Talię, dla której zdjęcia 
szukałam ponad trzy godziny, ale i resztę, zyskując
wyraźniejszy obraz postaci z mojego opowiadania. 
W zakładce "Kontakt" znajdziecie link do mojego
fanpage'a, na którego również zapraszam. Jestem 
bardzo, ale to bardzo ciekawa waszych opinii, które
są mile widziane w komentarzach. Nie przedłużam już!
Miłego czytania :) 

Panna Potter

P.S. Chcę jeszcze dodać, że musiałam skrócić rozdział z braku czasu, 
ale obiecuję, że następny będzie kusząco długi i jeszcze ciekawszy ^^





- Harry, błagam Cię! Chociaż raz użyj argumentów, a nie spławiaj nas! - żachnęła się Hermiona.
- Chcesz wiedzieć dlaczego? Może dlatego, że wszyscy mnie nienawidzą i mają mnie za kłamcę - zniecierpliwił się mój brat.
- To jest świetna okazja, żeby im pokazać że są w błędzie, Harry - wstawiłam się za Hermioną.
Jej pomysł był genialny.
- Nie oszukuj się. Wiesz aż za dobrze, że nawet nie będą chcieli mnie wysłuchać - jęknął bezradnie.
- Moim zdaniem, najzwyczajniej w świecie się boisz - zawołała oburzona Gryfonka.
- A ty byś się nie bała? Nie dość, że wszyscy się na mnie uwzięli, to jeszcze Umbridge czeka, aż coś przeskrobię.
- Ale ona nic nie musi wiedzieć! Jeśli teraz nikt nie powie im prawdy, to już zawsze będą wierzyć w te brednie. Poza tym, potrzebujemy twojej pomocy - powiedziałam głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Równie dobrze ty możesz ich uczyć. Musiałaś sobie sama dawać radę przez tyle lat, uczyła Cię Bathilda Bagshot... Oni nie będą mnie chcieli jako ich nauczyciela.
- Obiecaj mi chociaż, że to przemyślisz, Harry - odezwała się po dłuższej chwili Hermiona.
- Nie... Au! Musiałaś?- syknął Harry, po tym, jak uderzyłam go w ramię.
- Tak, bo zachowujesz się jak kretyn. Przemyśl wszystkie za i przeciw,  głównie za, a z Hermioną  zajmiemy się resztą.
Mój brat, choć niechętnie, skiną głową. Wymieniłyśmy spojrzenia z szatynką. Udało się. Objęłam Harry'ego i zaczęłam czochrać mu włosy.
- Talia, przestań... Zejdź ze mnie! - krzyknął, ale po chwili nie mógł powstrzymać uśmiechu.
Mój złowieszczy śmiech zwrócił uwagę trzech pierwszoroczniaków, wymieniających się kartami z czekoladowych żab. Hermiona przyglądała się nam jedynie z politowaniem.
- No już, złośnico. Ginny na nas czeka w bibliotece - powiedziała.
- Prawie zapomniałam! Idź, dogonię Cię. Muszę jeszcze coś zabrać z dormitorium - odparłam uwalniając głowę Harry'ego z uścisku.
Pobiegłam szybko na górę po odpowiednią książkę. Wstąpiłam jeszcze do łazienki. W lustrze dostrzegłam, że blizny prawie zniknęły, choć nadal było widać ich lekki zarys. Westchnęłam cicho, opuszczając koszulkę. Od drugiego incydentu minął tydzień. Tamtego wieczoru siedziałam w dormitorium Ślizgonów do późna. Dostało mi się nie tylko od Malfoya, Harry też postanowił zrobić mi awanturę. Ciągle narzekał na to że gdzieś znikam. Nienawidziłam go okłamywać, ale nie miałam wyboru. Niestety, za każdym razem, kiedy go widziałam, przypominała mi się rozmowa z Draconem. Nie chciałam wierzyć w to, że mnie oszukiwał, ale słowa mojego nowego "nauczyciela" nie dawały mi spokoju. Oczywiście byłam zdolna do wymyślenia kilku powodów, dlaczego blondyn miałby mnie okłamać, ale jakiś cichuteńki głosik mówił mi, że Ślizgon nie kłamał. Czy była to głupia nadzieja? Możliwe. Niemniej, postanowiłam nie ignorować tego przeczucia stuprocentowo. Ktoś jednak zaczął ignorować mnie. Odkąd Malfoy postanowił mi pomóc, nie odezwał się ani razu. Nigdzie nie mogłam go spotkać, pomijając lekcje, na których nie mogłam z nim rozmawiać z wiadomych powodów. "Właśnie wtedy, kiedy potrzebuję jego pomocy, on postanawia nie zwracać na mnie uwagi... żałosne".

- Cześć! Co słychać? - szepnęłam do rudej koleżanki.
Pani Pince łypała na nas groźnie.
- Nic nowego. Opowiadaj, jak poszło z Harrym!
- A właśnie... Co się stało między tobą a moim bratem? Pokłóciliście się? - spytałam, zapominając włączyć filtr.
Nic nie mogłam na to poradzić. Sprawa Ginny i Harry'ego męczyła mnie już wystarczająco długo.
- Nic...
- Oj, mów.
- Ale naprawdę...
Umilkła, widząc moje spojrzenie. W końcu westchnęła i zaczęła mówić.
- Nic się nie stało. Nie pokłóciliśmy się. Chodzi o to, że... Przysięgnij mi, że nikomu nic nie powiesz.
- Przysięgam - odpowiedziałam z ręką na sercu.
- No więc, nie spodobał mi się fakt, że chciał zaprosić Cho do Hogsmeade - powiedziała, przyglądając się niepewnie mojej reakcji.
Otworzyłam szerzej oczy.
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że podoba Ci się mój brat? - odparłam ze zdziwieniem.
- No... tak.
Otrząsnąwszy się z lekkiego szoku, uśmiechnęłam się ciepło do mojej rudej koleżanki.
- Wiesz, jako jego siostra, pomijając fakt, że znam go kilka tygodni, mogę Ci powiedzieć, że dobrze wybrałaś - powiedziałam, szczerząc zęby.
Ta parsknęła cicho.
- Problem w tym, że on... On o niczym nie ma pojęcia i widzi we mnie tylko siostrę swojego kumpla. Hermiona doradziła mi, żebym po prostu była sobą i nie przejmowała się tym tak bardzo.
- Ginny, nie wiem jak Ci pomóc. Ostatnio trochę różnie bywa między mną, a Harrym, więc wolę nie ryzykować. Jeśli jednak wpadniesz na jakiś pomysł, albo będziesz potrzebowała, nie wiem, informacji, to postaram się zrobić co w mojej mocy - rzekłam, klepiąc Ginny po ramieniu.
" Co w mojej mocy... A to dobre! Hahaha!" zakpiła moja podświadomość.  Poradziłam jej się zamknąć. Już i tak zbyt często myślałam o tej dziwnej energii, która się we mnie gnieździ.
- Dzięki, Talia - odparła, rumieniąc się do czerwoności.
Potrafiłam sobie wyobrazić, jak niezręcznie się czuła. Powiedzieć komuś, że podoba się mu jego brat... Nie wiem czy bym się na to zdobyła. Nigdy nawet nie myślałam o chłopakach w taki sposób.
- Dziewczyny, nie wolno mi tego mówić, ale chyba nie wytrzymam - odezwała się Hermiona.
Wyraźnie była czymś podekscytowana.
- O co chodzi? - spytałam.
- Dumbledore wezwał w zeszłym tygodniu wszystkich prefektów do swojego gabinetu. Przed feriami ma się odbyć Bal Bożonarodzeniowy! Zaproszeni są również uczniowie z innych szkół - powiedziała na jednym wydechu.
Gryfonki popatrzyły po sobie z entuzjazmem. Ja nie byłam zbyt szczęśliwa. Bal oznaczał tańce i suknie, a ja nie lubiłam sukienek, a jeszcze bardziej nie lubiłam tańczyć. Nigdy nie miałam nawet ku temu okazji, więc na pewno byłam okropną tancerką.
- Nie cieszysz się? - zapytały jednocześnie.
- Niee no... Super. Bal, to jest... Wow! - wyjąkałam.
- Nigdy nie byłaś na bal...
- Ginny - Hermiona uciszyła Pannę Weasley - to oczywiste, że nie była.
- To nic nie szkodzi. Będzie super, zobaczysz! Pomożemy Ci się przygotować - zaproponował rudzielec, który mnie w tej chwili przerażał.
Co innego, kiedy plotła mi warkocz, czy pomogła wybrać bluzkę na wypad do Hogsmeade. Ta mała wiewiórka chciała wcisnąć mnie w sukienkę balową, zrobić makijaż i takiego typu tortury. Koszmar.
- Ale pamiętajcie, nic nie wiecie o balu. Prefekci go organizują i mają to zachować w tajemnicy, aż sam dyrektor nie ogłosi tego oficjalnie - wtrąciła się szatynka.
- Oczywiście - obiecałyśmy z młodszą Gryfonką.
Kiedy skończyły mnie przekonywać, że bale nie są takie straszne, jak się wydają, wzięłyśmy się za prace domowe. Skończyłyśmy dopiero pół godziny przed kolacją.


                                                                               ***

- Czy to prawda, że w tym roku organizują bal? - zapiszczała Pansy.
Wzniosłem oczy ku niebu. Mój przyjaciel jednak nie potrafił trzymać języka za zębami.
- Tak, ale proszę Cię, nie rozpowiadaj tego swoim koleżankom - westchnąłem.
Siedziałem na kanapie w dormitorium, patrząc na Parkinson, leżącą na moim łóżku. Przed nią znajdowała się książka od Transmutacji.
- Ale Tracey i Dafne to moje przyjaciółki, muszę im powiedzieć! Wiesz jak trudno kupić sukienki w Hogsmeade? Musimy zdążyć, zanim wszystkie dziewczyny w Hogwarcie się dowiedzą - jęknęła.
- Straszne - westchnąłem sarkastycznie.
Pansy spiorunowała mnie wzorkiem.
- Tak? To wy oczekujecie od nas, żebyśmy wyglądały nienagannie. Jeśli chcesz, żebym nie przyniosła Ci wstydu, to nie marudź.
- Nie wiem, czy pójdę - odparłem obojętnie.
- Jak to? - przeraziła się.
- Takie coś mnie nie bawi.
Ślizgonka wstała z łóżka i usiadła mi na kolanach. Ujęła moją twarz w swoje małe dłonie.
- Mam iść sama? - spytała z miną smutnego szczeniaczka.
- Wiem, że beze mnie to żadna frajda, ale nie wiem czy mam ochotę iść - mruknąłem, gładząc ją po plecach.
- Będę bardzo nieszczęśliwa, wchodząc do Wielkiej Sali w pięknej sukni, sama, bez partnera.
- Bal nie odbędzie się w Wielkiej Sali.
Pansy popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Będzie nad jeziorem - odpowiedziałem.
- W grudniu? Chcą, żebyśmy zamarzli? - prychnęła.
- Istnieje takie coś, jak magia, kochanie. Niczym się nie przejmuj.
"Czemu nie wybrałem Dafne..." jęknąłem w duchu. Pansy Parkinson była najbardziej irytującą, rozpuszczoną i zapatrzoną w siebie dziewczyna w Hogwarcie. Z niewiadomych powodów, miała jednak duże powodzenie. Owszem, była ładna, ale i pusta.
- To jak, mam iść sama, czy będziesz mi towarzyszyć?
- Przemyślę to.
Dziewczyna westchnęła z irytacją, chcąc przejść z powrotem na łóżko, ale objąłem ją w talii, uniemożliwiając jej to. Pansy zrobiła obrażoną minę, ale nie mogła ukryć uśmiechu, cisnącego się na jej usta.
- Słyszałam, że Teodor się do was wprowadza - powiedziała, kładąc głowę na moim ramieniu.
- Zgadza się. Jutro Dostaniemy większe dormitorium.
- Czemu się do was przenosi? - spytała.
Nie wiedziałem co jej powiedzieć. Nott miał dzielić z nami dormitorium, bo Czarny Pan chciał dać mu się wykazać. Od tej pory miał mi pomagać w misji, tak jak Blaise. Teodor był dość spokojny, ale jego przyjaciele wiedzieli, że lepiej z nim nie zadzierać. Nieliczni dorównywali mu inteligencją. Z pozorów opanowany, ale po kilku szklankach Ognistej potrafił się bawić.
- Bo ktoś musi mieć dobry wpływ na Blaise'a, a ja się nie nadaje - mruknąłem.
Pansy zachichotała cicho.
- Ja też chcę oddzielne dormitorium z Tracey i Dafne - poskarżyła się.
- Z tym to już nie do mnie. Chodź, spóźnimy się na kolację - rzekłem.

Idąc z Pansy do Wielkiej Sali, zobaczyłem przed sobą burzę czarnych loków. Talia szła ze swoimi przyjaciółkami, śmiejąc się z czegoś, co powiedziała Wiewiórka. Na moje nieszczęście, Pansy również zaczęła się śmiać z żartu o Zabinim, który zacząłem opowiadać zanim zobaczyłem Gryfonkę. Pisk mojej towarzyszki zwrócił uwagę brunetki. Odwróciła się, a jej wzrok padł od razu na mnie. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale dostrzegłem w jej oczach błysk złości. Musiałem z nią porozmawiać, ale nie było jak. Nie mogłem zaczepiać Potterównej przy świadkach.
Talia na powrót odwróciła się do Granger i Weasley. Nagle, do głowy wpadł mi pewien pomysł.



                                                                                ***


- Malfoy się na Ciebie gapi - szepnęła Ginny.
Skinęła głową za siebie. W tym samym momencie usłyszałam charakterystyczny pisk Pansy Parkinson. Zerknęła za ramię i zobaczyłam go. Szedł kilka metrów za nami, patrząc mi prosto w oczy. "Dureń", syknęłam w myślach.
- Wydaje Ci się - odparłam obojętnie.
- Nie zauważyłaś, że ostatnio dziwnie się zachowuje? Przestał się nas czepiać, a za każdym razem, kiedy jest w pobliżu, to nie może oderwać od Ciebie wzroku - wtrąciła Hermiona.
- Nie wiem jak wy, ale ja aż tak bardzo nie zwracam na niego uwagi, w przeciwieństwie do was. Macie jakąś obsesję na jego punkcie? - uśmiechnęłam się zgryźliwe.
Obydwie posłały mi mordercze spojrzenie.
- Ja, na twoim miejscu, martwiłabym się, czy to on nie ma obsesji na TWOIM punkcie - odgryzła się Ginny.
- Szczerze wątpię. Gdyby tak było, to Pansy już dawno by mnie zrzuciła z Wierzy Astronomicznej - powiedziałam, ściszając głos jeszcze bardziej, żeby Parkinson przypadkiem nie dosłyszała mojej wypowiedzi.

Poczułam, że ktoś klepie mnie w ramię, kiedy kończyłam posiłek. Za mną stała opiekunka Gryffindoru, profesor McGonagall.
- Potter, dyrektor prosi, żebyś stawiła się w jego gabinecie po kolacji - powiedziała.
- Dziękuję, Pani profesor - odpowiedziałam.
Uśmiechnęła się i odeszła.
- Ciekawe, co znowu nabroiłaś - zaśmiał się George.
Spiorunowałam go wzrokiem, na co ten podniósł ręce w geście kapitulacji.
- Mnie bardziej zastanawia, ile trupów pierwszoklasistów chowa w szafie - dodał Fred.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pokręciłam tylko głową, mimowolnie się uśmiechając.
Nie dość, że musiałam znosić ich żarty na treningach, to jeszcze przy każdym posiłku rozbawiali Gryfonów moim kosztem. Nie przeszkadzało mi to, czasami nawet śmieszyło, ale ileż można?

Chciałam zapukać do dużych drzwi u szczytu schodów, ale otworzyły się same. Niepewnie przekroczyłam próg.
- Witaj, Talio. Usiądź proszę - profesor Dumbledore wskazał krzesło stojące przed jego biurkiem.
- Czy coś się stało, Panie dyrektorze? - spytałam.
Od razu przypomniała mi się ostatnia rozmowa, która miała miejsce w tym gabinecie. Dziś jednak, rozumiałam jej treść. Dumbledore wiedział o moich mocach.
- Nic, moja droga, nic. Jak się ostatnio czujesz?
- Dobrze. Czy będzie mnie Pan wzywał co parę tygodni, aby dowiedzieć się, jak się czuję? - spytałam, nie starając się ukryć złości.
Zdążyłam już zapomnieć o naszej poprzedniej rozmowie, do momentu, w którym nie zostałam ponownie wezwana. Wszystko zyskało sens. Skoro wiedział dyrektor, to musiał wiedzieć ktoś jeszcze.
- Nie rozumiem, czemu się denerwujesz. Chcesz może landrynkę?
- Czy jest coś, co muszę wiedzieć, profesorze? - zignorowałam jego pytanie.
- Nie, na razie nie - odparł po chwili zastanowienia.
- Czy nie uważa Pan, że nadszedł ten odpowiedni moment, o którym pan mówił? - zniecierpliwiłam się.
Chciałam to usłyszeć. Chciałam to usłyszeć od niego, przekonać się, że wcale tego przede mną nie ukrywają. Chciałam, żeby Draco Malfoy się mylił.
- Uważam, że to jeszcze nie ten moment, Talio. Musisz nam zaufać. Do tego czasu, musisz oczyścić swój umysł, być spokojna...
- Nie! Czemu nie chce mi Pan nic powiedzieć? "Kontroluj się" "Panuj nad emocjami", słyszałam to już tak wiele razy, profesorze. Czemu wszyscy coś przede mną ukrywają? - krzyknęłam, zrywając się z krzesła.
Instrumenty w jego gabinecie zaczęły się niebezpiecznie trząść.
- Talia, usiądź, proszę. Musisz się uspoko...
- Uspokoić? Po co? Przecież nawet nie wiem, dlaczego! - moje słowa ociekały złością i sarkazmem.
Miałam tego wszystkiego dosyć.
- Przykro mi - powiedział spokojnie - Ale nie jesteś jeszcze gotowa.
- Mi też jest przykro, Panie profesorze - syknęłam, po czym wyszłam z gabinetu.
Wiedziałam, że nie powinnam się tak unosić, że przesadziłam, ale to już mnie męczyło. Ludzie, którzy mi pomogli, ukrywali przede mną tak istotną informację na mój temat, kłamiąc mi w żywe oczy...Tego nie mogłam znieść.


Nareszcie chwila spokoju. Dochodziła jedenasta. Wstałam z fotela stojącego przy kominku z zamiarem położenia się spać, ale coś mnie powstrzymało. Na stoliku pojawił się wróbel z papieru. Zaćwierkał radośnie i po chwili sam się rozłożył. Dostrzegłam moje imię, więc wzięłam karteczkę do ręki.


                                      11:15 . Korytarz na siódmym piętrze. Nie spóźnij się.

                                                                                                                    D.M.


Przewróciłam oczami. Zastanawiałam się, czy nie zignorować prośby Ślizgona i nie pójść się położyć, ale ostatecznie pobiegłam na górę, żeby przebrać się z szat w coś bardziej wygodnego. Po dwudziestu minutach dotarłam na miejsce, po drodze o mało nie dając się przyłapać Filchowi. Rozejrzałam się po korytarzu, ale nikogo nie było. Wetknęłam nieznośny kosmyk, któremu udało się uwolnić z koka, za ucho. Gdzie się podziewał Malfoy?
- Spóźniłaś się - usłyszałam męski głos.
Draco wyłonił się z cienia, rzucanego przez gargulca.
- A nie pomyślałeś o tym, żeby poinformować mnie ciut wcześniej? Na przykład tydzień temu, kiedy to obiecałeś mi pomóc? - warknęłam, zadzierając głowę.
Sięgałam chłopakowi zaledwie do brody, co wcale mi nie pomagało wyglądać tak groźnie, jak chciałam.
- Nasza mała Potter się stęskniła? - uśmiechnął się złośliwie blondyn.
Uniosłam jedną brew, patrząc na niego z politowaniem.
- Oczywiście - odparłam sarkastycznie.
- Nie mogłem dać Ci znać wcześniej. Byłem zajęty.
- Ciekawe czym.
- Nie interesuj się, maluchu - zaśmiał się.
Schowałam twarz w dłonie, modląc się o cierpliwość.
- Do rzeczy - powiedziałam.
- Nie potrafisz przejąć kontroli nad swoją wybuchową osobowością. Powiedziałem, że Ci w tym pomogę. W każdą niedzielę po obiedzie, będziesz przychodziła tu, i przejdziesz przez drzwi, które pojawią się na tej ścianie - rzekł, opierając się o kamienną ścianę.
- I nie mogłeś tego napisać na swojej karteczce? - jęknęłam.
- Nie, chciałem znowu zobaczyć, jak się złościsz. To urocze - mrugnął do mnie.
- Wpędzisz mnie do piachu, Malfoy - szepnęłam, czując lekkie mrowienie w palcach.
- Widzisz? Wystarczy mała błahostka, żebyś się zdenerwowała.
- Nie, to ty tak na mnie działasz.
- Uznam to jako komplement.
Nie wiedząc co zrobić, uderzyłam go w brzuch, który okazał się twardszy niż myślałam. Lekki ból przeszył moją dłoń. Ślizgon tylko się zaśmiał. W końcu oparłam się o ścianę obok niego i wlepiłam wzrok w pochodnię na przeciwległej ścianie.
- Jak chcesz mnie uczyć?- spytałam.
- Cóż, najpierw będę musiał zobaczyć, jak reagujesz w poszczególnych sytuacjach, jak odbierasz pewne bodźce. Za pomocą prowokacji oczywiście - odpowiedział.
- Super.
Nastała kolejna chwila ciszy. Malfoy jednak postanowił ją przerwać.
- Myślałem, że Blaise przesadzał, opowiadając co się stało podczas twojego pierwszego ataku, ale muszę przyznać, wyglądałaś strasznie. Już myślałem, że ukatrupisz Pansy samym spojrzeniem.
- Uwierz, gdyby mnie nie powstrzymał, zrobiłabym to - odparłam, próbując się uspokoić.
Parkinson działała na mnie, jak płachta na byka.
- Przepraszam Cię za nią - powiedział cicho Ślizgon.
- Nie musisz.
- Muszę, to moja dziewczyna. Owszem, sam lubię dopiec twojemu bratu, ale jakimś cudem Ciebie toleruję, a Pansy przekroczyła granicę. Wiem, że sama Cię nie przeprosi, więc...
Dziewczyna? Owszem, wiedziałam, że piszczałka podkochiwała się w Malfoyu, ale nie wiedziałam to uczucie odwzajemnione.
- No, cóż... Dzięki - wymamrotałam - Ja chyba już pójdę.
Chciałam iść, ale blondyn złapał mnie za przedramię, jak to miał w zwyczaju za każdym razem, kiedy mówiłam, że pora już na mnie.
- Spróbuj nie zabić każdego, kto Cię zdenerwuje. Przynajmniej do naszych lekcji.
- Postaram się - parsknęłam - Do niedzieli.
- Do zobaczenia - powiedział, kiedy skręcałam już na końcu korytarza. Zatrzymałam się jednak, przypominając coś sobie.
- Malfoy - zawołałam.
Draco od razu się odwrócił.
- Miałeś rację - szepnęłam idąc w jego kierunku.
Usłyszał mnie.
- Co masz na myśli?
- Oni wiedzą - mruknęłam, spuszczając wzrok na moje dłonie.
Na samą myśl, łzy cisnęły mi się do oczu. " Czemu zrobiłam się taka płaczliwa?", skarciłam się w duchu.
- Och... Wiesz, ostrzegałem Cię, ale... Przykro mi - powiedział - Nie jestem dobry w pocieszaniu.
Zaśmiałam się cicho, ocierając łzy rękawem bluzy.
- Jeśli powiesz komuś, że mnie taką widziałeś, to poprzestawiam Ci twarz.
- No! I to jest Talia, którą znam - zawołał, czochrając mi włosy.
Rozpuściłam włosy.
- Widzimy się w niedzielę - odezwałam się w końcu, bo kontakt wzrokowy z miłym Draconem zaczął mnie peszyć.
- Śpij dobrze - odparł.
Odprowadziłam go wzrokiem, aż do drugiego końca korytarza, potem sama wróciłam do Wierzy Gryffindoru, wystrzegając się woźnego i jego kotki.


                                                                            ***
- Bardzo dobrze, Talia! Wymiń go, wymiń! Fred, skoncentruj się! Harry, świetnie! Oby tak dalej!
Takie krzyki towarzyszyły nam, podczas treningów. Za niecałe dwa tygodnie mieliśmy grać przeciwko Ślizgonom i musieliśmy być gotowi.
Złapałam podanego mi kafla i skupiając się na trzech pętlach, wymijałam graczy o centymetry, czasami nawet milimetry. Byłam coraz bliżej celu. W ostatniej chwili schyliłam głowę przed tłuczkiem, którego odbił George. Angelina zaczęła na niego wrzeszczeć. Ignorując to, leciałam coraz szybciej i w końcu przerzuciłam kafla przez lewą pętlę. Wtedy rozległ się gwizdek.
- Na ziemię!- krzyknęła Angelina.
- I jak nam dzisiaj poszło?- spytałam, zeskakując z miotły.
- Jesteście coraz lepsi, o ile to możliwe. Komplement dla bliźniaków, ale musicie przestać się wygłupiać, kabarety nie u mnie, zrozumiano? - zwróciła się do braci Weasleyów.
- Tak jest! - zawołali.
- Talia, jesteś niezastąpiona, ale pamiętaj, nie możesz ignorować przeciwnika, zwłaszcza, jeśli jest nim ktoś ze Slytherinu. Owszem, są zbyt pewni siebie, co działa na ich niekorzyść, ale nie są źli - ostatnie zdanie powiedziała z nieukrywaną niechęcią.
- Zapamiętam.
- Dobra, jesteście wolni! Następny trening w poniedziałek!
Z ulgą skierowaliśmy się do szatni. Zanim jednak zeszłam z boiska, dostrzegłam  grupkę Ślizgonów na trybunach. Wcześniej byłam tak pochłonięta grą, że nie zwróciłam na nich uwagi. Wśród nich, siedział Malfoy. Odwróciłam się szybko i pobiegłam się przebrać. Jedyne, o czym byłam wstanie myśleć, to kolacja, która zaczynała się za piętnaście minut. W szatni zostałam sama z Angeliną.
- Co to za blizny? - usłyszałam ją za moimi plecami?
O cholera!
- Blizny?- spytałam, trochę się jąkając.
- Masz na plecach blizny.
- Ehm... To chyba rodzinne. Wiesz, Harry ma bliznę na czole, ja na plecach - zaśmiałam się nerwowo.
Kapitanka drużyny mierzyła mnie niepewnym wzrokiem, ale w końcu odpuściła.
Szybko przecisnęłam głowę przez bluzkę, wzięłam swoje rzeczy i wyszłam.
Kolacja, nie wpaść na Ślizgonów, kolacja, nie wpaść na Ślizgonow, kolacja...

Niedziela. Najbardziej oczekiwany, a zarazem przerażający dzień. Dziś miałam mieć "lekcję" z Malfoyem. Wygramoliłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Czego mogłam się spodziewać?
Nie miałam pojęcia.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz