piątek, 2 października 2015

Rozdział XI "Tak, profesorze"

Witam! To już XI rozdział! A pamiętam jak zakładałam 
tego bloga... Eh, czas szybko leci. Włożyłam w tą notkę
dużo energii, pracy i miłości, więc mam szczerą nadzieję,
że rozdział przypadnie wam do gustu:) Byłabym wdzięczna
gdybyście podzielili się opiniami w komentarzach, nawet nie
wiecie, jaka to dla mnie motywacja! Już nie przedłużam ;p
Miłego czytania!


Panna Potter





Wyszłam z łazienki gotowa na śniadanie. Schodząc do Pokoju Wspólnego, zobaczyłam Ginny.
- Cześć - przywitałam się.
- No cześć. Harry, Ron i Hermiona są już na śniadaniu.
- Czemu? - zdziwiłam się.
Zawsze chodziliśmy razem na śniadanie.
- Ron obiecał pomóc Harry'emu w ćwiczeniu, dziś nikt nie trenuje na boisku, więc chcą to wykorzystać i jak najwcześniej zacząć. Hermiona ma dodatkowe zadanie na numerologię i spędzi w bibliotece cały dzień, więc tez poszła wcześniej - opowiedziała młodsza Gryfonka.
- No cóż, jesteśmy na siebie skazane - zaśmiałam się.
Ruda popchnęła mnie w stronę portretu, kręcąc głową.
Po drodze do Wielkiej sali, Ginny wydała mi się bardzo cicha. Zazwyczaj buzia jej się nie zamykała.
- Coś się stało? - zagadnęłam przyjaciółkę.
- Cho będzie trenować z chłopakami - powiedziała po chwili.
- Co?! Przecież ona jest ścigającą Ravenclawu! To wróg! - oburzyłam się.
- Powiedziałam mu to samo, ale Harry stwierdził, że przesadzam i że ten trening ma bardziej cel rekreacyjny, więc nie widzi przeszkód, żeby zaprosić Cho - jęknęła.
- Kurczę, Ginny, przykro mi - wymamrotałam, nie wiedząc, co powiedzieć.
- To przecież nie twoja wina - odparła, usilnie wpatrując się w swoje dłonie.
Resztę drogi żadna z nas się nie odezwała. Kiedy usiadłyśmy przy stole, postanowiłam jednak zagadnąć Ginny, żeby nie myślała ciągle o Harrym.
Świadomość, że podobał jej się mój brat była dziwna, ale cieszyłam się. Harry zasługiwał na kogoś takiego, jak Ginny, której szczęście było dla mnie ważne. Mimo, że znałyśmy się stosunkowo krótko, to była mi bliska. Nasze charaktery nie różniły się od siebie tak bardzo, więc spędzanie z nią czasu zawsze było przyjemne. Nie zmieniało to faktu, że Hermiona też bardzo szybko stała się dla mnie ważną osobą. Jej spokój i rozsądek często sprowadzały mnie na miejsce, kiedy było mi tego trzeba. Miała wielkie serce i była godna zaufania...
Zawsze kiedy myślałam o moich przyjaciołach, przypominało mi się, że mogli wiedzieć o mojej mocy. Po ostatniej rozmowie z dyrektorem byłam tego prawie pewna, a przynajmniej, jeśli chodziło o Harry'ego. Tak wiele razy słyszałam, że Dumbledore darzył mojego brata sympatią, że powierzał mu tajemnice, o których nie wiedzieli nawet co poniektórzy z Zakonu. Harry musiał wiedzieć. Jeśli chodziło o resztę, ciągle się wahałam.

- Hej, Ginny. W moim kufrze czeka zapas słodyczy z Miodowego Królestwa, a pogoda jest ładna. Może po śniadaniu wybrałybyśmy się na mały piknik? To świetna okazja na obgadywania mojego brata, jakim okazał się kretynem, zapraszając Cho na trening - odezwałam się, wywołując uśmiech na twarzy rudej.
- Znakomity pomysł - przytaknęła, ewidentnie się rozchmurzając.
Mi też by się poprawił humor, słysząc, że moja przyjaciółka posiada masę słodkości i chce się nimi ze mną podzielić.
Niestety  miły wypad z koleżanką nie miał trwać długo. Po obiedzie byłam umówiona z Malfoyem na "lekcję" panowania nad sobą. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Niepokoiła mnie kwestia prowokacji, o której wspomniał Blondyn. Jaką prowokację miał na myśli? Tego mogłam się dowiedzieć tylko w jeden sposób i nie podobało mi się to.
Kiedy razem z Ginny dokończyłyśmy musli, pobiegłyśmy szybko do Wierzy Gryffindoru po koc i przysmaki zakupione w Hogsmeade. Hermiona rzeczywiście miała zamiar spędzić cały dzień w bibliotece, a po chłopakach nie było śladu. Nie zwlekając, udałyśmy się na Błonia, gdzie pod wielkim drzewem rozłożyłyśmy koc. Trafiłyśmy idealnie, bo był to ostatni słoneczny dzień.
Na pierwszy ogień poszły fasolki wszystkich smaków. Ginny pokładała się ze śmiechu, kiedy trafiłam na smak wątróbki. Byłam bliska lizania trawy, aby tylko pozbyć się tego obrzydliwego smaku.
Zabierając się za muffinki z jagodami, rozmawiałyśmy o damskich drużynach Quidditcha. Dziwiłam się, czemu młodsza Gryfonka nie przyszła na pobory. Z tego co zauważyłam uwielbiała ten sport. Kiedy przyszła kolej na pałki lukrecjowe, dyskutowałyśmy o Fatalnych Jędzach. Obie uwielbiałyśmy ich muzykę.
- Wiesz co? Bardzo łatwo mi się z tobą rozmawia, chyba łatwiej niż z Hermioną. Ona lubi urządzać mi wykłady i tym podobne. Często mi tym pomaga, nie zrozum mnie źle, ale czasami potrzebuję się po prostu wygadać - powiedziała, otwierając butelkę soku dyniowego.
Kiedy jej słuchałam, poczułam lekkie ukłucie, gdzieś głęboko we mnie. Ja też chciałam się móc komuś wygadać. Też chciałam, żeby ktoś mnie po prostu wysłuchał. Tak bardzo potrzebowałam się zwierzyć osobie, która nie mówiłaby mi w kółko, żeby nad sobą panować. W tej chwili przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Ginny jako jedyna osoba nie wzbudzała u mnie podejrzeń. Wydawała się naprawdę nic nie wiedzieć. Czemu miałabym z nią nie porozmawiać o moim problemie? Mogłam jej zaufać. Jeśli jednak coś by się stało, Malfoy mógł usunąć jej wspomnienie z naszej rozmowy. Prosiłam kiedyś Panią Bathildę, żeby nauczyła mnie zaklęcia wymazującego pamięć, ale nie zgodziła się. Powiedziała, że jak już je poznam, to będę go nadużywać. Według niej, powinnam się starać żyć tak, aby to zaklęcie nie było mi potrzebne. Podzielałam jej zdanie, ale istniały jednak sytuacje, kiedy nie było wyboru.
- Ginny, mogę się Ciebie o coś spytać?- zaczęłam niepewnie.
- Oczywiście - odparła z uśmiechem,
Wzięłam głęboki wdech. "Raz się żyje.".
- Czy ktoś, na przykład członek Zakonu, albo Harry, powiedział Ci coś na mój temat?
- Nie... Zawsze, jak są poruszane ważne kwestie, to muszę iść do siebie. Uważają że jestem za młoda i nie powinnam zawracać sobie głowy poważnymi sprawami. Czemu pytasz?

Nie wiedziała. Ona naprawdę nie wiedziała. Poczułam jak niewidzialny ciężar spada mi z serca. Nagle zawiał ciepły wiatr. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Bo widzisz... Jest coś, co bardzo chciałabym Ci powiedzieć. Musisz mi jednak przysiąc, że zostanie to między nami. Jeśli ktoś się o tym dowie, będzie to miało bardzo nieprzyjemne skutki - powiedziałam.
- Przysięgam, że nie pisnę słowem - odpowiedziała niemal od razu.
To ten moment. Czy było warto? Miałam szczerą nadzieję, że tak.
Powiedziałam jej wszystko. Absolutnie wszystko. Słowa wydostawały się z moich ust. Opowiedziałam jej o pierwszym incydencie, o drugim incydencie, nawet o Malfoyu i Zabinim. Powiedziałam, jak mi pomogli i nadal zamierzają pomagać. Na początku miała bardzo zdziwioną minę, ale z sekundy na sekundę, jej twarz wyrażała tylko ciekawość. Kiedy skończyłam, nastała chwila ciszy. Wreszcie podniosła na mnie wzrok.
- Mam nadzieję że Parkinson się nieźle oberwało - powiedziała ze złośliwym uśmieszkiem.
Poczułam łzy cisnące mi się do oczu i wielką ulgę. Nie mogłam jednak powstrzymać śmiechu. Ruda przytuliła się do mnie i poklepała po plecach.
- Jak się z tym czujesz? - spytała, podając mi ciastko dyniowe.
- Czuję się bardzo dziwnie. Jak się złoszczę, czuję to, jak się przemieszcza, chce się wydostać - odparłam.
- Rany... Muszę przyznać, że nie spodziewałam się czegoś takiego po Fretce - wymamrotała, usilnie nad czymś się zastanawiając.
- Ja też nie. Nadal się dziwię, mówiąc szczerze.
- Jesteś pewna, że nie kłamał o Harrym?
- Wiesz... bardzo długo nie chciałam mu wierzyć, ale coś mnie jednak w tym utwierdziło.
Opowiedziałam młodej Gryfonce o rozmowie z Dumbledorem i o teorii Malfoya.
- Nadal nie jestem do tego całkiem przekonana, ale nigdy nie wiadomo. To co mówisz brzmi całkiem logicznie... Ale chyba nie odwrócisz się od niego, prawda? - spytała.
- Oczywiście, że nie. To mój brat, jedyna rodzina, jaką mam. Niestety mam żal do niego i Dumbledore'a.
- Zrozumiałe - przyznała.
- Mam pomysł!- zawołałam nagle - Mówiłam Ci, że Malfoy ma mnie dzisiaj uczyć, prawda? Może chciałabyś pójść ze mną? Na pewno czułabym się lepiej.
- Bardzo bym chciała, ale Malfoy... Może wy się dogadujecie, ale ja nie znoszę tego tlenionego łba.
- Przecież nie musisz z nim rozmawiać, ani nic z tych rzeczy. Będziesz tam ze mną, a jeśli będzie sprawiał problemy, to wybuchnę go tak samo, jak Pansy - zażartowałam.
Podziałało. Ginny zgodziła się iść ze mną.
Siedziałyśmy tak jeszcze przez jakiś czas. Doszłyśmy do wniosku, że po naszym "małym" pikniku nie byłyśmy głodne, ale i tak poszłyśmy na obiad.
- Szkoda, że z nami nie poszłaś, Hermiono - zwróciłam się do siedzącej obok mnie koleżanki.
- Też żałuję, ale ten esej jest bardzo ważny - pożaliła się.
- Gdzie byłyście?- wtrącił się Ron.
- Na pikniku. Skorzystałyśmy z zapasów Talii. Jeszcze nigdy nie zjadłam tylu słodyczy naraz - odparła Ginny.
Obie miałyśmy puste talerze.
- Czemu nic nie powiedziałyście? - jęknął Rudzielec.
- A właśnie. Harry, jak było na treningu? - spytałam brata, który siedział naprzeciwko mnie, obok Ginny.
- Dobrze. Ron jest bardzo dobry, nie rozumiem czemu nie był na naborach.
- Już Ci mówiłem, stary. W tym roku są SUM'y. Jeśli ich nie zdam, to mama mnie zabije.
- A jak poszło Cho? - do rozmowy dołączyła Hermiona.
Ginny i ja od razu zwróciłyśmy wzrok na Harry'ego.
- No cóż... Nie była taka zła, ale...
- Była beznadziejna - wtrącił się Ron.
- Wcale nie! Może nie gra po mistrzowsku, ale ma zadatki...
- To była tragedia - rzekł rudzielec - Cały czas wlepiała swoje oczka w Harry'ego i nie mogła się skupić. Nie dość, że przepuściła wszystkie gole, to jeszcze nie trafiła ani razu.
- Może denerwuje się przy Harrym? - powiedziała Hermiona.
- Nie chcę nic mówić, ale to bardzo nieprofesjonalne - odezwałam się.
Kąciki Ginny uniosły się delikatnie.
- Powiedzmy, że przyjdzie nam grać z jej drużyną - mówiłam dalej - Ja na jej miejscu skupiłabym się na grze.
- To był tylko trening - rzekł Harry.
- Wiesz co? Chyba zaproszę Zabiniego na trening. Tak dla zabawy - powiedziałam ze zgryźliwym uśmieszkiem.
- Zwariowałaś?
- Nie.
- On jest ze Slytherinu, a poza tym...
- Hipokryta.
- Dobra, przestańcie już - przerwał nam Ron.
- A tak dla twojej wiadomości, to był żart - dodałam szybko.
Nie odpowiedział.
- Co robicie po obiedzie?- spytała Hermiona.
- Jak to co? Nie słyszałaś? Hagrid wrócił - odpowiedział Ron, uśmiechając się szeroko.
- Naprawdę? Musimy do niego iść! - zawołała podekscytowana szatynka.
- Pójdziecie z nami? - odezwał się w końcu Harry.
Popatrzyłam niepewnie na Ginny. Odpowiedziała mi tym samym.
- Bardzo byśmy chciały, ale musimy coś załatwić - palnęłam bez dłuższego zastanowienia.
- Co może być na tyle ważne, żeby...
- Dziewczyńskie sprawy - wtrąciła Ginny.
Na szczęście Harry postanowił odpuścić.


                                                                                ***

Dziewczyńskie sprawy? Czy one nie zdawały sobie sprawy, że to najgorsza wymówka? Zerknąłem na moją siostrę. Miała spuszczony wzrok. Dobrze wiedziałem, że coś ukrywała. Miałem świadomość, że może nie układało się nam najlepiej, a przynajmniej ostatnio, ale nie oznaczało to, że nie martwiłem się o nią. Wręcz przeciwnie.
Odkąd dowiedziałem się o jej mocach, starałem się unikać drażliwych tematów, stale miałem ją na oku... Niestety nie mogłem jej powiedzieć. Jej reakcja mogłaby być jej zgubą. Nie była jeszcze gotowa. Oczywiście bałem się momentu, w którym miała się dowiedzieć prawdy, że my wiedzieliśmy, ale to było dla jej dobra. Próbowałem być dla niej wsparciem, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Te dziwne sny, blizna, problemy... Miałem już dosyć. Tak wiele pytań kłębiło się w mojej głowie. Byłem tym wszystkim zmęczony. Na szczęście miałem przy sobie przyjaciół. Ron i Hermiona bardzo mi pomagali.
Kiedy Dumbledore opowiedział nam o mojej siostrze, oboje uważali na Talię. Byłem im bardzo wdzięczny, ale wiedziałem też, że nie mogli mi pomóc we wszystkim. Oni nie rozumieli jak to jest. Nie wiedzieli jakie to uczucie, kiedy powinieneś się cieszyć z odnalezienia siostry, ale nie mogłeś, bo powrócił ten, który chciał mnie zabić.
Co najgorsze, aby osiągnąć swój cel, stał się zagrożeniem dla całego świata czarodziejów, dla moich najbliższych. Był wstanie zrobić wszystko i tego bałem się najbardziej. Voldemort wiedział o Talii. Nie mogłem dopuścić do tego, żeby wpadła w jego ręce, nie mogłem. Nikt nie miał prawa skrzywdzić mojej siostry.


                                                                              ***

Kiedy dochodziłyśmy na miejsce, zżerały mnie nerwy. Kompletnie nie wiedziałam jak to miało wyglądać. Na szczęście Ginny zgodziła się iść ze mną. Wychodząc zza rogu, zobaczyłam, jak mina Draco zmienia się ze spokojnej, na zdziwioną i zdezorientowaną.
- Co ona tutaj robi? - zapytał, zapominając o dobrych manierach.
- Poprosiłam ją, żeby ze mną przyszła - odparłam - Co co Blaise tutaj robi?
Ciemnoskóry Ślizgon stał oparty o ścianę, uśmiechając się do mnie serdecznie.
- Przecież on o wszystkim wie, a...
- Mogę Cię poprosić na stronę? - przerwałam mu.
Zgodził się, ale widziałam, że cała sytuacja się mu nie podobała. Razem z Malfoyem odeszliśmy kawałek dalej, zostawiając Ginny z Zabinim.
- Czy to ma być jakiś żart? - szepnął blondyn.
- Nie. Powiedziałam jej prawdę.
- Zwariowałaś?!
- Ona nie miała pojęcia o moich mocach. Przecież ty też mówisz Blaise'owi wszystko.
- Tyle że ja nie mam mocy, na którą wszyscy polują! Nie bez powodu masz to zachować w tajemnicy- skarcił mnie.
- Ufam jej. Ona nikomu nic nie powie - odparłam, próbując uspokoić Malfoya.
- Czemu to zrobiłaś? - spytał, przebierając spokojniejszy ton.
- Bo chciałam. Nie mogłam już wytrzymać. Potrzebowałam z kimś porozmawiać, a ona jest moją przyjaciółką. Doceniam waszą pomoc, ale przyznaj, ty na moim miejscu byś się nie spowiadał ze wszystkiego. Wiesz o mnie dużo i pomagasz mi, ale potrzebuję przyjaciółki, z którą mogę o tym swobodnie porozmawiać - rzekłam.
Nie mógł mi mieć tego za złe.
- Nie popieram tego, ale rozumiem - odpowiedział w końcu.
Wróciliśmy do pogrążonej w rozmowie dwójki.
- No dobrze. Potter, dzisiaj sprawdzimy jak reagujesz czując strach i czy potrafisz sobie z nim poradzić - zaczął Ślizgon.
- A co jeśli Talia straci nad sobą panowanie? Sam mówiłeś, że to niebezpieczne - odezwała się Ginny.
- Wszystko mamy pod kontrolą. Jeśli moc Talii weźmie górę, my będziemy interweniować - odpowiedział zniecierpliwiony Draco.
- No nie wiem...
- Jeśli chcesz zostać, to lepiej siedź cicho, wiewiórko - przerwał jej.
Widząc, że Ginny zaciska dłonie w pięści, położyłam jej dłoń na ramieniu.
- Spokojnie. Nie zwracaj na niego uwagi - powiedziałam.
Malfoy przewrócił oczami.
- Potter, musisz mi powiedzieć, czego boisz się najbardziej - kontynuował.
- Chyba żartujesz - prychnęłam.
Jeśli myślał, że zdradzę mu swój największy lęk, to był w błędzie. Nikt o nim nie wiedział. Każdy mógł wykorzystać to w zły sposób.
- Nie, nie jestem w nastroju na żarty. Musisz mi powiedzieć, inaczej nie będę Ci mógł pomóc. Mogę też zgadywać i wypróbować różne opcję, a tego byś nie chciała - odparł.
"Cholera" jęknęłam w duchu.
- Ale obiecaj mi, że nie wykorzystasz tego w żaden sposób.
- Obiecuję.
- Nie wierzę, że to robię... Ciemność, przeraża mnie ciemność - wymamrotałam.
Wszyscy zrobili zdziwione miny. Wiedziałam, że brzmiało to śmiesznie, ale tego bałam się najbardziej na świecie.
- Co wtedy czujesz? - spytał.
- Tracę poczucie przestrzeni, wpadam w panikę, wyobrażam sobie najgorsze rzeczy... Zwłaszcza, kiedy nie ma nikogo obok mnie.
To było strasznie upokarzające. Malfoy i Zabini wiedzieli już zdecydowanie zbyt dużo.
- Hmmm... No dobrze. Przygotuj się, spróbuj wyciszyć - polecił młody arystokrata.
Zaczęły mi się trząść dłonie. Nie chciałam tego robić. Miałam ochotę uciec, ale wiedziałam, że musiałam zostać i spróbować nad sobą zapanować.
- Spokojnie - szepnęła Ginny - Będzie dobrze.
Kiwnęłam głową, próbując uspokoić serce dudniące mi ciężko w piersi. Bałam się niewielu rzeczy, ale ciemność mnie przerażała. W ciemnościach stawałam się bezradna.
- Wchodźcie - odezwał się Blasie.
Na ścianie pojawiły się niewielkich rozmiarów drzwi. Chłopcy przepuścili nas przodem. Stałyśmy w wielkim pomieszczeniu. Stały w nim trzy fotele ; jeden przy przeciwległej ścianie, jeden przy lewej i trzeci przy prawej. Pokój był dwukrotnie większy od Wielkiej Sali. Jedynym źródłem światła, były pochodnie.
- Stań na samym środku pokoju - rozkazał Draco.
Spełniłam polecenia. Za to on, Ginny i Zabini usiedli w fotelach. Rozejrzałam się dookoła. Ściany były z czarnego marmuru, tak samo jak podłoga. Ogień świecił białym blaskiem. " Zaraz dostanę zawału".
 - Za minutę zgaszę wszystkie pochodnie. Przygotuj się - powiedział Zabini.
Zamknęłam oczy. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam powietrze nosem. Musiałam dać radę. Niestety poczułam znajome mrowienie, choć tym razem było trochę inaczej. Mrowienie zapierało mi dech w piersiach i mąciło mi w głowie, nie mogłam się skupić.
To nie był ból, ani ogień, który mi towarzyszył, będąc wściekłą. To był strach, mrożący krew w żyłach strach. Zaczęły mnie przechodzić dreszcze po całym ciele. Moje dłonie były coraz chłodniejsze. Otworzyłam oczy, chcąc poprosić o jeszcze trochę czasu, ale właśnie w tym momencie wszystkie pochodnie zgasły. Panowała kompletna ciemność. Podniosłam dłoń, ale jej nie zobaczyłam, mimo że machałam ją sobie tuż przed oczami. Mój przyśpieszony oddech stawał się płytszy z każdą sekundą.
Nagle usłyszałam czyiś głos, wołający moje imię. Należał do kobiety. Był łagodny i zarazem chłodny, jak wiatr. Głos przerodził się w chichot, chichot przerodził się w szloch. Nie potrafiłam ustalić skąd dochodził. Płacz dochodził ze wszystkich stron, wydawał się być w mojej głowie. Zaczęłam panikować. Chciałam coś zrobić, ale nie mogłam. Miałam sparaliżowany każdy jeden nerw w moim ciele. Mięśnie miałam napięte do granic możliwości. Chciałam krzyczeć, błagać, aby zapalili pochodnie, ale nie potrafiłam. Szloch stawał się coraz głośniejszy i rozpaczliwszy. "Uspokój się!" krzyknęła moja podświadomość, ale wycie kobiety ją zagłuszyło. Próbowałam zapanować nad sobą, ale nie byłam w stanie. Byłam przerażona, wolałam umrzeć, niż przechodzić przez to piekło. Kobieta zaczęła wrzeszczeć jak opętana, piszczała, błagała, nadal wołając przy tym moje imię. Ten dźwięk był coraz głośniejszy, aż w końcu kompletnie straciłam jakąkolwiek kontrolę nad sobą. Moc, która się we mnie kłębiła znalazła ujście. Mimo iż straciłam świadomość tego, co się działo, poczułam ogromną falę energii, która już miała zamienić w proch wszystko, co stanęło jej na drodze. W ostatniej chwili czyjeś ramiona zamknęły mnie w silnym uścisku. Wiedziałam, że moje oczy były otwarte, ale nic nie widziałam, nic nie słyszałam. Jedynie głos kobiety nadal brzmiał gdzieś w głębi moich myśli.


                                                                                ***

Kiedy tylko usłyszałem jej zduszony jęk, zapaliłem pochodnie, ale było już za późno. Dziewczyna nie kontaktowała. Stała w miejscu, cała spięta, z szeroko otwartymi oczami. Mamrotała coś pod nosem, wbijając sobie paznokcie w uda. Jej źrenice powiększyły się tak bardzo, że intensywna zieleń jej tęczówek zniknęła. Jeszcze nigdy nie widziałem takiego przerażenia. Nigdy. Zerwałem się z miejsca, a w moje ślady poszli Blaise i Wiewióra. W samą porę udało mi się ją powstrzymać, choć poczułem jej ból. Zamykając ją w uścisku, jej cierpienie stało się moim. Ruda zaczęła gładzić ją po plecach, szepcząc, ze wszystko już w porządku. Talia zareagowała. Jej mięśnie momentalnie się rozluźniły. Przycisnąłem ją mocniej do siebie, żeby nie upadła. Nadal mamrotała cicho coś niezrozumiałego.  Położyłem ją ostrożnie na marmurowej podłodze. Dopiero wtedy dostrzegłem kilka szczegółów, których nie widziałem z daleka. Jej usta był strasznie sine a skóra biała jak papier, przez co jej nowe blizny, wystające spod dekoltu, bardzo się odznaczały. Rzeczywiście wyglądały jak pęknięcia na szkle.
- Talia - powiedziałem cicho.
Nic. Przyłożyłem dłoń do jej tętnicy szyjnej. Miała przerażająco wysokie tętno. Była też bardzo chłodna w dotyku.
- Talia - powtórzyłem, ujmując jej dłoń.
Kamień spadł mi z serca. Wzrok dziewczyny znowu był obecny, a źrenice powoli wracały do normalnych rozmiarów.
- Och, Talia ...- westchnęła Weasley trzęsącym się głosem. Oczy miała czerwone od powstrzymywanych łez.
- To nie było fajne - wychrypiała brunetka.
Schowała twarz w dłonie i wzięła kilka głębokich oddechów.
- TY IDIOTO! - wrzasnęła Wiewióra, zrywając się z podłogi.
Ja i Zabini zrobiliśmy to samo, widząc furię wymalowaną na jej twarzy
- CHCIAŁEŚ JĄ ZABIĆ?!
- Uspokój się, młoda - warknąłem.
- MAM SIĘ USPOKOIĆ?! JA SIĘ MAM USPOKOIĆ?! ZAMORDUJĘ CIĘ, TY OBRZYDLIWA GNIDO!
- Hej, spokojnie, nie krzycz już tak. Talii nic się nie stało - wtrącił się Blaise, podchodząc do Ginny, ale ta momentalnie zrobiła krok w tył, piorunując go wzrokiem.
- Nic się nie stało?! Proszę Cię... Prawie ją wykończyliście!
- To jedyny sposób, żeby nauczyła się kontrolować moce - powiedziałem chłodno.
- Nie. Nie pozwolę, żebyś wpędził ją do grobu - syknęła.
- Ehm... - usłyszałem cichy głos.
Talia, która nadal leżała na posadce przyglądała się nam, podpierając się na łokciu.
- Jak się czujesz? - spytała ruda, w momencie zmieniając postawę.
Spoczęła obok Talii. Zrobiliśmy to samo.
- Bywało lepiej - odparła nadal słabym głosem.
- Twoją mocą możesz również leczyć. Skup się. Postaraj polepszyć swój stan.
Posłusznie zamknęła oczy, marszcząc brwi. Trwało to dłuższą chwilę i kosztowało kilka prób, ale w końcu dostrzegłem ulgę na jej twarzy, która nabrała zdrowszego koloru. Jej blizny też pojaśniały.
- Udało się - powiedział Zabini, klepiąc Talię po ramieniu.
Ta uśmiechnęła się do niego, po czym podniosła się o własnych siłach.
- Chodźmy stąd - rzekła Ginny, kierując się w stronę drzwi.
- Nie - powiedziałem.
- Słucham? - prychnęła, próbując zaciągnąć Talię do wyjścia, ale ta nie wykazywała do tego chęci.
- Ginny... Ja wiem, że to nie jest coś, co widuje się na co dzień. Zdaję sobie sprawę z tego, jak to może wyglądać, ale ja muszę się nauczyć nad tym panować - wytłumaczyła starsza Gryfonka.
- Talia - jęknęła Wiewióra - Przed chwilą o mało się nie wykończyłaś.
- To teraz wyobraź sobie, że dzieje się to za każdym razem, kiedy ktoś mnie wnerwi. Musiałabym siedzieć cały czas w domu. W tedy też bym pewnie zwariowała. Niestety taka jest cena normalnego życia.
Ginny przestała szarpać koleżankę za rękaw. Westchnęła ciężko i usiadła w fotelu.  Talia uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością, ale w jej oczach było widać smutek. Jednak, gdy zwróciła wzrok na mnie, widziałem już tylko determinację.
- Jeszcze raz.
- Jesteś pewna?
- Tak.
Kiwnąłem powoli głową.
- No to, do dzieła - odparłem i zająłem swoje miejsce.


                                                                              ***

Znowu stanęłam na samym środku ogromnego pokoju. Wiedziałam już czego się spodziewać. Miałam nadzieję, że wiedziałam też, jak z tym walczyć. Spuściłam wzrok. Tym razem, Draco bez ostrzeżenia gasił pochodnie, jedną po drugiej. Zdążyłam uchwycić spojrzenie każdego z trójki siedzących w fotelach towarzyszy.
Pierwsza pochodnia zgasła.
Uśmiechnęłam się do Ginny, czując ukłucie w sercu na widok jej miny.
Druga pochodnia zgasła.
Blaise skrzyżował palce i puścił mi oczko. Zaśmiałam się cicho.
Trzecia pochodnia zgasła.
Malfoy kiwnął tylko głową, dając mi tym do zrozumienia, że dam radę. Odpowiedziałam tym samym gestem.
Ciemność.
Serce ponownie przyśpieszyło. Niepokój wzrastał. Próbowałam się skupić. "Dasz radę" usłyszałam cichy głosik w mojej głowie. Po chwili poczułam ruch koło mojego lewego ramienia. Instynktownie odwróciłam się w tamtą stronę. Niezidentyfikowana dłoń pogładziła mnie po włosach. Mimowolnie wydałam z siebie zduszony krzyk.
- Nic się nie stało - powiedziałam szybko, łamiącym się głosem.
Musiałam wytrzymać.
Wzięłam głęboki wdech i wyprostowałam się, przyjmując pewniejszą postawę. Mimo to, strach zaczynał na nowo władać moim umysłem. "Wszystko jest w twoich rękach, to dzieje się w twojej głowie". Poczułam palce, przejeżdżające po moich plecach. Nagle basowy śmiech zabrzmiał mi w uszach. Nie, nie, nie.... Panika przejmowała kontrolę, kiedy, tym razem męski, głos zaczął mi szeptać do ucha. Czułam jego oddech na szyi. Czułam jego obecność. Dziwne mrowienie wróciło. Zacisnęłam powieki, nakazując sobie spokój. Dłonie niewidzialnego mężczyzny znalazły się na moich ramionach, potem zjechały aż do moich dłoni. Odsunęłam się, wzdrygając się.
- Zostaw mnie - szepnęłam.
- Nie - odpowiedział.
Nagle, jego ramion otoczyły mnie od tyłu. Zaczęłam się szarpać, ale był zbyt silny. Sprawiał mi ból. Przerażenie znów zaczęło pogrywać z moim umysłem. Nie mogłam powstrzymać szlochu. Próbowałam kopać, wierzgać nogami, ale wszystko na próżno. Mimo wszystko próbowałam dalej, aż zabrakło mi tchu. Poczułam, że zaraz znowu stracę panowanie nad sobą, ale nie byłam wstanie walczyć.
- Należysz do mnie, słyszysz? Skończysz w ciemnościach - szeptał głos.
"Zrób coś! Proszę, nie poddawaj się!". Mężczyzna zdawał się słyszeć moje myśli, bo zaczął się śmiać. Podjęłam kolejną próbę wyrwania się, ale i tym razem się nie udało. Zaczęłam się dusić, jego uścisk był coraz ciaśniejszy. Wtedy, w tej ostatniej chwili, przypomniały mi się twarze Ginny, Blaise'a i Dracona. Przecież oni we mnie wierzyli. Oni wierzyli, że potrafię to przezwyciężyć.
"Skup się" rozkazała moja podświadomość. Ciemność. To ona mnie przerażała. Co mogłam zrobić?
"Ty już dobrze wiesz, co".

                                                                                    ***


Słuchanie jej szlochu nie było najprzyjemniejsze, ale musiała sobie dać radę. Wiedziała czego się spodziewać. Musiało jej się udać.
- Puść mnie! - krzyknęła rozpaczliwie.
Coś ścisnęło mnie w środku. Ta mała, krucha dziewczyna właśnie walczyła ze swoim lękiem, z demonami, które tylko czyhają na to, kiedy będzie słaba, aby zaatakować. Walczyła z samą sobą. Była przerażona, jednak musiała dawać sobie radę. A my tu siedzieliśmy i słuchaliśmy. Niestety, nie było innego wyboru.  Szybko odgoniłem od siebie te ponure myśli. Takie było życie. Albo dasz sobie radę, albo nie.
Krzyki nie ustawały, do momentu, w którym usłyszałem dziwne odgłosy... Tak jakby się dusiła. Czekałem kolejne sekundy. W końcu już chciałem zapalić pochodnie, ale coś mnie powstrzymało. Małe światełko pojawiło się znikąd. Potem kolejne. Jeszcze jedno. Drobnych promyczków światła przybywało coraz więcej.  Kiedy było ich już niemalże setki, zobaczyłam ją. Stała tam, z twarzą schowaną w dłoniach.
- Talia - zawołałem.
Odważyła się spojrzeć. Na początku wyglądała na bardzo zdziwioną, ale już po chwili jej usta wykrzywiły się w promienny uśmiech. Sufit  był cały pokryty ciepłymi światełkami.
- Udało mi się - szepnęła z niedowierzaniem.
- Na to wygląda - zaśmiałem się.
- UDAŁO MI SIĘ! - ryknęła.
Zaczęła skakać i wymachiwać rękami. Ruda podbiegła do niej i po chwili skakały już razem.
Zabini zaczął się śmiać i również postanowił podejść do triumfujących przyjaciółek.
- Dobra robota - pochwalił Gryfonkę.
Podszedł do niej i przytulił ją, czochrając przy tym burzę czarnych loków. Przewróciłem oczami. "Dzieci..."
- Ciesz się, póki możesz, bo to nie jest ostatnia lekcja - powiedziałem, zbliżając się do roześmianych znajomych.
- Wiem - odparła, ale nie przestała szczerzyć białych zębów.
- Dobrze się spisałaś.
W odpowiedzi kiwnęła głową. Mimowolnie parsknąłem.
- Chodźmy już, pewnie jesteś głodna, a za niedługo kolacja - odezwała się Ginny.
Pożegnały się i już ich nie było.
- No, no. Było ostro - skwitował Blasie.
- Było - przyznałem.
Mój przyjaciel chciał coś powiedzieć, ale drzwi otworzyły się na nowo. Do pokoju weszła Talia.
- Co ty tu robisz? Musisz iść coś zjeść, potrzebujesz nabrać sił - zwróciłem się do Gryfonki.
- Tak wiem. Nie widzieliście tu może wisiorka? Chyba musiałam go zerwać z szyi, kiedy... No wiesz. - Chodzi Ci o ten? - wyjąłem z kieszeni naszyjnik, który znalazłem po pierwszej próbie.
- Tak! Dziękuję...- już chciała go wziąć, ale podniosłem rękę tak, żeby nie mogła do niego dosięgnąć.
- Malfoy, nie wygłupiaj się - jęknęła.
- Coś za coś, mała - zaśmiałem się złośliwie, obserwując tego malucha, próbującego odebrać mi naszyjnik. Oczywiście bezskutecznie.
- A co niby mogę Ci dać w zamian? - spytała się ze zdziwieniem, nie przestając skakać.
- Wiesz, mnie nie przytuliłaś... - zacząłem udając urażonego.
Talia wywróciła oczami, ale kiedy otworzyłem ramiona, dając jej do zrozumienia, że mówię poważnie, westchnęła i przytuliła się. Oddałem jej wisiorek.
- Odpocznij - powiedziałem, kiedy się ode mnie odsunęła.
- Tak jest - powiedziała.
Pomachała nam na pożegnanie i opuściła pomieszczenie.
- Wiesz, też chyba jestem głodny - pożalił się Zabini.
- Taak... A po kolacji czeka na nas butelka Ognistej. Zasłużyliśmy sobie.
- Raczej ona sobie zasłużyła - zaśmiał się.
- Nie marudź - odparłem, kierując się do drzwi.
Może to nie my zwijaliśmy się z bólu, ale i tak byłem zmęczony.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz