niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział XXI Malfoy Manor

Witam! Rany, zbliżamy się do bardzo interesującej 
części mojego opowiadania. Nie mogę w to uwierzyć. 
Mam wrażenie, jakbym wczoraj zakładała tego 
bloga. Nie będę się jednak już rozczulać, bo mam
dla was (taką przynajmniej mam nadzieję ;p)
fajny rozdział :) Miłego czytania!


Panna Potter




Neville podszedł do nas z bardzo zmieszaną miną. Widać było, że próbuje się uśmiechnąć, ale z jakiegoś powodu nie potrafił.
- Cześć Neville - przywitałyśmy się z kolegą ze szkoły. 
- Cześć wam. Co wy tutaj robicie?
- Odwiedzamy mojego tatę - wytłumaczyła Ginny - A ty? Nie powinieneś być w szkole? Ferie dopiero za tydzień. 
- Puścili mnie wcześniej bo...- przerwał, kiedy za jego plecami stanęła kobieta ubrana w długą koszulę nocną w kropki. 
Położyła swoją dość koścista dłoń na ramieniu Neville'a, a ten się odwrócił. Kobieta uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła mu coś do ręki. Był to papierek po cukierku. 
- Dziękuję, mamo - powiedział Neville, patrząc na nią z lekkim zakłopotaniem. 
- Och - wyrwało mi się. 
Dopiero teraz dostrzegłam podobieństwo między nimi.
- Wypuścili mnie wcześniej, bo dawno nie byłem u rodziców - mruknął pod nosem, spuszczając wzrok na kolorowy papierek, który trzymał w ręce. 
- Cześć Neville - usłyszałam głos, tuż za nami. 
Harry wreszcie postanowił wejść do sali. O co chodziło? Czemu jego rodzice tutaj byli? 
"A gdybym tak... Nie, nie mogę wykorzystywać mocy do własnych zachcianek...Ale chyba nic by się nie stało, gdybym tylko..." 
Skupiłam się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z matką Neville'a. Ta zaś od razu na mnie spojrzała. Nagle w mojej głowie pojawiły się przeróżne obrazy. Na początku nie potrafiłam nic rozpoznać, ale z każdą sekundą wszystko zaczęło układać się w jedną całość. "O cholera" pomyślałam, próbując nadal się uśmiechać. 
Spojrzałam ukradkiem na mojego brata, który właśnie rozmawiał z Nevillem. On wiedział. Wiedział, że państwo Longbottom byli torturowani przez Bellatrix Lestrange, aż postradali zmysły, nie dając się jej złamać. Fakt, że zrobiła to tylko po to, żeby wydobyć z nich informacje... Nie. To nie mieściło mi się w głowie.
Poczułam łzy, które na szczęście udało mi się powstrzymać. Kątem oka zobaczyłam, że mama Neville'a nadal się we mnie wpatruje. 
"Neville" usłyszałam w myślach. To był jej głos. Kiwnęłam powoli głową. 
"Kocham" wysłała mi swoją myśl. Przybrała smutny wyraz twarzy. Chyba wiedziałam o co jej chodziło. Ona chciała być matką dla swojego syna. Chciała normalnie funkcjonować, aby móc być przy nim i pokazać mu, że jest dla niej największym skarbem. Ale nie mogła.
" Ma Pani wspaniałego syna, który kocha swoich rodziców nad życie" odpowiedziałam jej, uśmiechając się ciepło. 
Pani Longpottom zaśmiała się, zaczęła klepać swojego syna po ramieniu, a potem podskakując, wróciła do swojego łóżka, przy którym stała babcia Neville'a, obserwująca całe zajście. 
- Hej - zwróciłam się do Neville'a - Jesteś do niej całkiem podobny. 
- Babcia mówi, że jestem cały tata. 
- Ale oczy masz po mamie. 
- No... Chyba tak - powiedział. 

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Kiedy się żegnaliśmy, mama Neville'a pomachała nam, patrząc mi prosto w oczy, ale nie przesłała mi żadnej myśli. Odmachałam jej.
Nikt z nas nie wrócił do tego spotkania, nie wiedząc co powiedzieć. Może tak było lepiej. 


                                                                              
                                                                                ***


- Obiecałeś załatwić nam zaproszenia - jęknęła Pansy, podając mi swój kufer, który bez problemu umieściłem na półce nad naszymi siedzeniami. 
- Powiedziałem, że spróbuję. Wiesz jaki jest mój ojciec - odparłem, starając się zachować spokój. 
To pewne było nasze ostatnie spotkanie przed powrotem do Hogwartu. Musiałem być dla niej miły. 
- Ale ja nie wytrzymam bez ciebie tak długo - powiedziała, zajmując miejsce obok okna.
- No właśnie, Dracuś. Pansy nie wytrzyma bez Ciebie tak długo - odezwał się Blaise, powstrzymując śmiech. 
- Dorośnij - odparłem, piorunując go wzrokiem. 
Usiadłem obok Pansy, która niemal od razu się we mnie wtuliła. Teodor, siedzący z Dafne naprzeciwko nas, spojrzał na mnie znacząco. Odpowiedziałem mu cichym westchnięciem. Na szczęście Pansy nic nie zauważyła. 
- A już myślałam, że upijemy się na koszt twoich starych - parsknęła Tracey, prostując nogi tak, aby leżały na kolanach Blaise'a. 
- Cóż, opowiem Ci, czy w tym roku też zadbali o dobre wyposażenie barku - odpowiedział jej Blaise, uśmiechając się przy tym złośliwie. 
- Nie przechwalaj się tak - syknęła, ale po chwili już uśmiechała się do niego zalotnie. Na jej nieszczęście, Blaise zdawał się tego nie zauważać. 
Dobrze wiedziałem, że myślał tylko o jednej dziewczynie. I nie było jej akurat w tym pociągu. 
- A co powiecie na wspólnego Sylwestra? - wtrąciła się Pansy. 
- Ja odpadam - rzekłem od razu. 
- Ja też - powiedzieli jednocześnie Blaise i Teodor.
- Ej, panowie! A co z naszą tradycją? - oburzyła się Dafne. 
- W tym roku będziemy musieli sobie odpuścić - odparłem, wzruszając ramionami. 
- A to niby czemu? - obruszyła się Parkinson. 
- Moi starzy coś planują. Mają kilka spraw do załatwienia Antwerpii - wytłumaczyłem jej. 
Tym razem nie kłamałem. Zaraz po świętach ma się odbyć zebranie, na którym Czarny Pan i jego śmierciożercy będą planowali co dalej. Sytuacja z Talią nie zmierzała w przewidzianym kierunku, czasu było coraz mniej, a Zakon wiedział coraz więcej. No i trzeba było też zdobyć przepowiednię, a do tego była potrzebna Talia. Oczywiście ja, Blaise i Teodor też mięli się tam stawić. Coraz mniej nam się to wszystko podobało.
- W Antwerpii? Rodzice nigdy mnie tam nie zabrali! Słyszałam że jest tam pięknie - westchnęła z tęsknotą,
Dobrze wiedziałem co kombinowała. "Niestety", z dzieci śmierciożerców, tylko my mogliśmy tam być. Pansy musiała zapomnieć o romantycznym wypadzie w góry.
- Tak, rzeczywiście jest tam całkiem ładnie. Zwłaszcza nad ranem - odrzekłem, udając, że nie załapałem aluzji.  
- A wy? Czemu wy nie możecie? - odezwała się Tracey, przerywając chwilę ciszy.
- Cóż, pozwól, że użyjemy tej samej wymówki - odrzekł Teodor.
Parsknąłem cicho.
- Jesteście beznadziejni - odparła Dafne.
- Nikt was tu nie trzyma - zauważyłem.
- Czyżby? - szepnęła mi do ucha Pansy.
Przemogłem swoją niechęć i objąłem ją ramieniem, całując ją delikatnie.
- Tak też myślałam - powiedziała zadowolona.
Kątem oka zauważyłem, jak jej przyjaciółki wpatrują się w nas z czystą zazdrością.
Nasza szóstka znała się od dzieciństwa. Zawsze trzymaliśmy się razem. Jednak dziewczyny doszły do wniosku, że już nadszedł czas, aby nasza znajomość ruszyła o krok dalej. Mogliśmy się tego spodziewać. Oczywiście mogły mieć każdego, ale my wychowaliśmy się razem. Nas znały najlepiej. To było do przewidzenia. Już na trzecim roku Pansy zaczęła okazywać zainteresowanie moją osobą. Uwagę Tracey przykuł Blaise, Dafne za to uganiała się za Teodorem. Nie przeszkadzało nam to zbytnio. Uważaliśmy to za normalne, aż do pewnej chwili. Kiedy poznałem Talię, Pansy zaczęła mnie bardzo irytować. Potem, ta mała awanturnica dała moim przyjaciołom okazję, aby lepiej poznali Hermionę i Wiewiórę. Kolejny dowód na to, że Talia była idealna w mąceniu ludziom w głowach. Nadal jednak nie wiedziałem, czy ja, ofiara jej uroku, wyjdzie na tym źle, czy też okaże się to moją zgubą.


                                                                              ***


Wyciągnęłam się wygodnie na kanapie po długim dniu. Cały tydzień robiliśmy świąteczne porządki. O dziwo, Syriusz postanowił opuścić strych i się do nas dołączyć. Nie był już przybity. Podejrzewałam, że powodem jego dobrego nastroju było to, że dom znowu zaczynał tętnić życiem. Kręciło się po nim coraz więcej ludzi. Nie dziwiłam się Syriuszowi. Wiedziałam jak to jest, kiedy żyje się w samotności.
Owszem, pracowałam w piekarni z Bobem, ale za każdym razem, kiedy wracałam do domu w lesie, czułam się jak duch, błądzący po ziemi, na której już nie stąpała żywa istota.
Na szczęście, cichy i pochmurny Syriusz ustąpił miejsca duszy towarzystwa. Uśmiechał się, żartował i rozmawiał. Jego obecność bardzo pomagała nam w sprzątaniu, bo nie wydawało się to już takie nudne i nieprzyjemne. Cieszyłam się, że chociaż on miał dobry humor.
Nie mogłam tego powiedzieć o Harrym. Kiedy tylko mógł, zamykał się w pokoju, nie chcąc z nikim rozmawiać. Bywały momenty, kiedy zachowywał się "normalnie", ale nie trwały one długo. Kiedy już udawało mi się go zobaczyć, widziałam te wszystkie negatywne emocje, którym zdawał się poddawać. Czułam jednak, że to nie był on. Ta ponura osoba, to nie był mój brat i tylko ta myśl pozwalała mi w niego nie zwątpić. Wiedziałam, że czegoś mi nie mówił, że ma jakiś problem. Blizna bolała go coraz częściej, ale nie dawał sobie pomóc.
Przez jego stan miałam wyrzuty sumienia, zastanawiając się jak wytłumaczyć moją nieobecność. Jutro, po kolacji Wigilijnej, miałam udać się do Malfoy Manor i spędzić tam dwa dni. Tego nie mogłam mu powiedzieć, więc kłamstwo było jedynym wyjściem. 

- Nareszcie koniec - zawołał George, padając na jeden z foteli.
- Hmm? - mruknęłam, wyrwana z własnych myśli.
- Skończyliśmy sprzątać  - rzekł Fred, który bawił się poduszką.
- Och... Tak. Ale jutro Wigilia, a to oznacza...
-... A to oznacza, że mama będzie nam wszystkim wypominała, że wszystko jest na jej głowie i że nikt nie pomaga jej w kuchni - dokończył za mnie George.
- Ujęłabym to inaczej, ale zgadłeś - zaśmiałam się, biorąc kubek ciepłej herbaty od Ginny, która właśnie weszła do salonu.
- Ginny, Talia, mogę was na chwilę prosić? - zawołała Hermiona, wychylając się zza framugi drzwi.
- Pewnie.
Poszłyśmy za nią do naszego pokoju. Hermiona usiadła na łóżku i poklepała miejsca przed sobą.
- Talia, wymyśliłaś już co powiesz Harry'emu i reszcie? - spytała szatynka.
- Jeszcze nie...
- Jeszcze nie ? - zdziwiła się Ginny.
- Jeśli nie podasz im wystarczająco dobrego powodu, to zapomnij o tym, że Cię puszczą. Przecież wiesz że jesteś pod ochroną Zakonu. Tak naprawdę nie powinnaś się nigdzie ruszać.
- Wiem... Ale co mam im powiedzieć? Przecież nie mam żadnej rodziny, którą mogłabym "odwiedzić".
- A Bob? - spytała Ginny.  
Spojrzałam na nią zdziwiona.
Czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? To był bardzo dobry pomysł.
- Kiedyś Cię ozłocę - powiedziałam, uśmiechając się do niej.
- Trzymam Cię za słowo - parsknęła.
- Powinno się udać - stwierdziła Hermiona, ale nadal nie wyglądała na zadowoloną.
- Hermiono, nic mi się nie stanie - zwróciłam się do niej, a ta westchnęła bezsilnie.
- Naprawdę jesteś pewna, że to nie jest jakiś chory plan Malfoyów?
- Ufam Draconowi - odpowiedziałam.
- A jego rodzinie?
- Nie znam ich.
- No właśnie. Talia, jego ojciec podejrzewany o bycie śmierciożercą. Harry widział go w zeszłym roku na cmentarzu...
- Harry go widział? - przerwałam jej, powtarzając w głowie to co przed chwilą powiedziała.
Jeśli to prawda, to mogli mi to powiedzieć wcześniej.
- No tak... Przecieć mówiłam Ci, że jest podejrzewany o sługę Voldemortowi.
- Tak, podejrzewany, ale nie wspominałaś tego, że mój brat widział go na własne oczy - odparłam lekko poirytowana.
Serce zaczęło mi bić szybciej . Ufałam Draconowi, ale fakt, że jego ojciec prawie na pewno jest śmierciożercą, lekko komplikował sytuację. Co jeśli on coś knuje? Czy Draco wiedziałby o planach swojego ojca? A może Harry'emu wydawało się, że go widział? Merlinie, oby tak było.
- Czy istnieje szansa, że Harry się pomylił? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Nie wiem, może tak, ale wątpię, żeby tak było - powiedziała.
- Będę się trzymała myśli, że mógł się pomylić. Nie mogę już tego odwołać - szepnęłam, usilnie wpatrując się w moje dłonie.
- Wiesz, że nie jestem co do tego przekonana, ale ufam Ci. Ufam, że jeśli coś się stanie, ty dasz sobie radę i nie dasz zrobić sobie krzywdy. Poza tym... Nie sądzę, żeby Draco miał złe zamiary, więc jeśli już coś by się miało stać, pewnie będzie Ci chciał pomóc - powiedziała Hermiona, próbując podnieść mnie na duchu.
Byłam jej za to wdzięczna.
- Nie wierzę, że to powiedziałaś - parsknęła Ginny - Co zrobiłaś z Hermioną?
- Obserwowałam go. Jest zbyt w Ciebie zapatrzony, żeby Ci coś zrobić - odrzekła ze złośliwym uśmieszkiem.
- Nie, nawet nie zaczynaj - ostrzegłam ją.
Hermiona i Ginny wybuchnęły śmiechem.

Wigilia. Dzień przeze mnie wyczekiwany, aż do wczoraj. Dzisiaj się bałam. Powtarzałam sobie, że nic nie ma prawa się stać. Niestety, nie bardzo mi to pomagało. Słowa Hermiony sprawiły, że miałam wątpliwości. Dlatego też musiałam się bardzo starać, aby się trząść, kiedy stałam przed lustrem, przymierzając stroje, które proponowały mi moje przyjaciółki. Zawsze kiedy zżerały mnie nerwy, zaczynałam się trząść. Na szczęście kontrolowałam swoją moc już na tyle dobrze, aby nie stracić nad nią panowania.
- Przecież przebiorę się na bankiet. Nie widzę potrzeby, aby już przed nim się stroić - mruknęłam, zakładając śliwkową bluzkę, którą podała mi Hermiona.
- Talia, czy ty w ogóle wiesz o czym ty mówisz? Idziesz do domu arystokratów, musisz im pokazać, że wcale nie są lepsi. Pierwsze wrażenie zawsze jest najważniejsze - odparła Ginny.
- Dobrze, ale będą mnie widzieli tylko przez chwilę!
- Właśnie dlatego musisz wyglądać olśniewająco. Chwila musi wystarczyć, aby im szczęki opadły.
- Hermiono, czemu się za mną nie wstawisz? - jęknęłam.
- Rozumiem Cię Talio, ale Ginny ma rację. Musisz zrobić dobre wrażenie.
Machnęłam na nie dłonią, wiedząc, że i tak nie wygram.
Godzinę późnej byłam już ubrana i uczesana. Moje mocno poskręcane loki zmieniły się w lekkie fale, związane w luźny, choć elegancki kucyk. Udało mi się ubłagać Ginny, aby mnie nie malowała, bo to byłoby już przesadą. Ku mojej uldze, dziewczyny nie kazały mi ubrać żadnej sukienki, ani spódniczki. Byłam więc zadowolona z efektu końcowego.
- Jesteś pewna, że chcesz iść sama? Z chęcią poznałbym Boba - powiedział Harry po kolacji Wigilijnej.
Wszyscy zgromadzili się na korytarzu, aby mnie pożegnać.
- Jestem pewna. Wiesz, tak naprawdę zniknęłam bez słowa, muszę z nim porozmawiać. Lepiej będzie, jak tym razem odwiedzę go tylko ja - powiedziałam, starając się zachować spokój.
- Uważaj na siebie - mruknął i objął mnie, jednak szybko się odsunął.
- Ty też.

Wreszcie udało mi się wyjść z domu. Świeże powietrze trochę mnie uspokoiło. Droga na stację King's Cross, z której miał mnie odebrać Draco nie była daleko, a miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam się nie śpieszyć. Obserwowanie spadających płatków śniegu zawsze mnie koiło, a dzisiaj potrzebowałam właśnie tego.
Bałam się. Mimo, że to co mówiła Hermiona mogło być prawdą, nie chciałam wierzyć w to, że Draco byłby w stanie mnie okłamać. Jakby na to nie patrząc, Ślizgon był jedną z najbliższych mi osób. Ufałam mu.


                                                                            ***


Stałem przed wejściem do King's Cross, czekając na Talię. Umówiliśmy się, że odbiorę ją o dziewiętnastej. Na ulicach panowały pustki, wszyscy siedzieli teraz w domach z rodzinami. Nie przeszkadzało mi to. Zimowe wieczory były o wiele bardziej urokliwe, kiedy irytujące dzieciaki nie biegały wszędzie, gdzie popadnie, rzucając w siebie śnieżkami.
- Cześć nieznajomy - usłyszałem za sobą śpiewny głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Wyglądała ślicznie.
- Co ja widzę. Chyba nie wystroiłaś się tak dla mnie?.
- Nie rób sobie zbędnych nadziei, Malfoy - zaśmiała się.
Podszedłem bliżej i uścisnąłem ją krótko na przywitanie.
- Mam nadzieję, że wszystko już jest w porządku - powiedziałem.
- Jak to?
- Wyjechałaś tydzień wcześniej. Słyszałem o ojcu Wiewióry.
- Słyszałeś? Od kogo - zdziwiła się.
- Mój ojciec pracuje w Ministerstwie - przypomniałem jej.
- Ach, no tak. Pan Weasley jest już w domu i dochodzi do siebie - rzekła, uśmiechając się delikatnie.
- To dobrze.
- A zmieniając temat, to jak się tu dostałeś? - spytała.
- Deportowałem się - odparłem, wzruszając ramionami.
- Co?! Przecież nie możesz...
- Ja mogę troszeczkę więcej, Talio, Jestem Malfoyem.
Dziewczyna popatrzyła na mnie pobłażliwie.
- No tak, dwa tygodnie, a ja już zdążyłam zapomnieć, że rasowy z Ciebie arystokrata.
- Dobrze, lepiej już chodźmy, zanim zmienisz zdanie - parsknąłem.
- Chcesz iść pieszo? - spytała, patrząc mnie z przerażeniem.
- Oczywiście, że nie. Deportujemy się - odpowiedziałem.
- Ale ja nie mogę.
- Nie marudź już tak, nie mamy całego wieczoru. Ja też muszę się wyszykować.
Talia wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.
- Co Cię tak bawi? - mruknąłem zdezorientowany.
Z czego ona się tak śmiała?
- Czy ty masz pojęcie, jak to zabrzmiało? - wydusiła z siebie, nie mogąc powstrzymać chichotu, który swoją drogą był uroczy
"Ogarnij się, idioto!" skarciłem się w duchu.
- Nie, nie wiem. Możesz przestać?
- Przepraszam - powiedziała, zakrywając usta dłonią.
Wzniosłem oczy ku niebu. Talia może i była wyjątkowa, ale pozostawała dziewczyną, a momentami bywały nie do zniesienia.
- Skończyłaś?
- Tak, wybacz - odparła, nadal się uśmiechając.
Ujęła moje ramię.
- Gotowa? - spytałem.
-  Pewnie.


                                                                              ***


Kiedy lekkie zawroty głowy minęły, puściłam ramię blondyna, który czekał cierpliwie, aż złapię pełną równowagę.
- Witaj w Malfoy Manor - powiedział cicho, gestem wskazując na swoje drzwi wejściowe, przed którymi staliśmy.
Były ogromne. Tak samo jak jego dom, który bardziej przypominał pałac.
- Ty tu mieszkasz? - spytałam , będąc w lekkim szoku.
- Zgadłaś - zaśmiał się.
- Rany.
- Nic nadzwyczajnego - wzruszył ramionami.
Podszedł do drzwi i otworzył je.
- Panie przodem.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz