niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział XIX Zbyt dużo naraz

Witam! Dość długo mnie tu nie było, ale wróciłam :D
Przepraszam was bardzo, ale potrzebowałam przerwy. 
Dość dużo się ostatnio działo i musiałam to sobie uporządkować. 
Teraz jednak wszystko wraca do normy, włącznie z blogiem!
Posty będą, jak zawsze, co niedzielę. Mam wielką nadzieję, 
że ten rozdział się wam spodoba :) Miłego czytania!

Panna Potter 





Wznieśliśmy ostatni toast za nasze szkoły, po tym, jak dyrektor wygłosił zabawną, choć dającą do myślenia przemowę. Najbardziej podobała mi się ostatnie część, w której mówił, że tylko łącząc siły możemy stawić czoła każdej przeszkodzie. Właśnie w chwili, kiedy dyrektor wypowiadał te słowa, Harry szturchnął mnie lekko z uśmiechem na twarzy. Cieszyłam się, że stan wojenny pomiędzy mną, a moim bratem już minął, ale nadal tkwiło we mnie dziwne uczucie, nie dające mi spokoju. Nie mogłam znieść faktu, że lekcje prowadzone przez Malfoya musiałam utrzymywać w tajemnicy. Nie tak powinno to wyglądać, ale nie miałam innego wyjścia. Harry nie tolerował moich kontaktów ze Ślizgonem.
- Na pewno nie chcesz, żeby pomóc wam w sprzątaniu? - zapytałam Hermionę. 
- Idźcie już, damy sobie radę - zaśmiała się w odpowiedzi. 
- Nie tak szybko - powiedział cichy, niski głos, tuż za moimi plecami. 
Profesor Snape patrzył na nas wszystkich z góry. 
- Każda pomocna dłoń się przyda - rzekł ze złośliwym uśmieszkiem, który nie dochodził do jego oczu - Do roboty. 
Opiekun Ślizgonów odszedł, zostawiając nas samych. 
- No to chyba jednak zostaniemy - powiedziała Ginny po krótkiej chwili ciszy. 
- Zanim zrobię cokolwiek, muszę pozbyć się tych butów - jęknęłam. 
Już chciałam zdjąć to cholerstwo, ale straciłam równowagę, podnosząc lekko nogę (obcasy nie były jednak dobrym pomysłem). Zanim jednak wylądowałam na parkiecie, który przypominał ogromne lodowisko, ktoś złapał mnie od tyłu. Silne ramiona podciągnęły mnie do góry i znowu stałam o własnych siłach. 
- Czekałem na ten moment cały wieczór - parsknął mój wybawca. 
Odwróciłam się. Draco Malfoy i dwójka jego przyjaciół powstrzymywali śmiech. Już wcześniej zauważyłam, że blondyn wyglądał... dobrze, ale z bliska prezentował się jeszcze lepiej. 
- Bardzo śmieszne - mruknęłam. 
- Weźmy się lepiej do roboty, nie chcę spędzić tutaj całej nocy - pogoniła nas Hermiona. 
Podała mi rękę, żebym mogła się przytrzymać. Pozbyłam się obcasów i razem z Ginny i naszą panią prefekt zaczęłyśmy sprzątać. Po dwóch godzinach nie było śladu po przepięknym namiocie, w którym odbywał się bal. Reszta prefektów i nauczycieli zmierzali już do zamku. 
- I jak Ci się podobał twój pierwszy bal? - spytał Blaise, kiedy byliśmy już prawie przy wejściu. 
- Muszę przyznać, że było lepiej, niż się spodziewałam. Z chęcią jednak zamienię tą sukienkę na spodnie.
- Prawdziwa dama z Ciebie - parsknął Draco.
- Cóż, wybacz, że nie urodziłam się arystokratką, tak jak ty - odparłam.
- I bardzo dobrze. Arystokraci są strasznie sztywni - dodała Ginny.
- To tylko Ci się tak wydaje - odezwał się Blaise i zaczął łaskotać Ginny.
Ta wyrwała mu się szybko z piskiem i tak zaczęła się ich kolejna przepychanka tego wieczoru. Podczas sprzątania musieliśmy ich niejednokrotnie przywoływać do porządku.
- Może nie jesteś arystokratką, ale dzisiaj ją przypominasz - szepnął Draco, podczas gdy pozostała czwórka naszych znajomych głośno się śmiała.
- Mam to uznać jako komplement? - spytałam unosząc brew.
Draco przybliżył się do mnie i objął w talii.
- Zdecydowanie - mruknął mi do ucha.
Przeszły mnie lekkie ciarki. Dłonie blondyna były chłodne, a cienki materiał sukienki nie chronił mnie przed niską temperaturą.
- Zmarzłaś? - zapytał nadal się nade mną nachylając.
Sklejenie zdania zajęło mi dobrą minutę. Bliskość Dracona, nie wiedząc czemu, zaczęła mnie bardzo onieśmielać, nie potrafiłam się skupić.
- Nie... To znaczy tak. Chodźmy już - odparłam, dopiero teraz uświadamiając sobie, że przystanęliśmy.
Już chciałam ruszyć w stronę reszty, ale Draco mnie zatrzymał.
- Widzę, że pogodziłaś się z Harrym - rzekł zbijając mnie tym z tropu.
- Ehm... No tak.
- Nie ma nic przeciwko temu, że Cię uczę?
- Nie powiedziałam mu o tym - odpowiedziałam spuszczając wzrok.
Malfoy zaśmiał się krótko.
- Trzymasz mnie w tajemnicy? Czuję się urażony - westchnął teatralnie.
- Cóż, ty z pewnością opowiedziałeś Pansy o naszych spotkaniach - powiedziałam, uśmiechając się złośliwie.  
Zmierzył mnie przenikliwym wzrokiem. Po chwili kącik jego ust uniósł się delikatnie.
- Touche
Ruszyliśmy dalej. Na szczęście Draco zwiększył odległość między nami.
- Jestem ciekawy jakiej wymówki użyjesz, żeby wymknąć się na nasz bankiet - odezwał się po chwili.
- Ja też - odparłam zrezygnowana.
Nie mogłam wpaść na żaden pomysł, a powiedzenie Harry'emu prawdy nie wchodziło w grę.
- Ach, prawie bym zapomniał. Bankiet będzie bardziej ... elegancki. Mimo, że w takim wydaniu wyglądasz uroczo, radziłbym wybrać coś bardziej eleganckiego.
- Nie przesadzasz z tymi komplementami? - parsknęłam.
- Nie wiem, ty mi powiedz.
- Przestań - klepnęłam go lekko w ramię.
- Ale co mam przestać? - spytał z miną niewiniątka.
- Dziwnie się zachowywać.
- Przecież nie zachowuję się dziwnie.
- Owszem, zachowujesz. Chyba zbyt mocno zawiązałeś sobie krawat.
- Cóż, w takim razie idę go rozwiązać, bo zacznę być jeszcze milszy. Dobranoc - zaśmiał się i ruszył w stronę schodów prowadzących do lochów.

- Gdzie ty się się podziewałaś? - zawołała Ginny, kiedy zauważyła, że przechodzę przez portret.
- Gdybyś nie była tak wpatrzona w Blaise'a, to wiedziałabyś, że rozmawiałam z Malfoyem - parsknęłam. Rozsiadłam się wygodnie w fotelu przed kominkiem.
- O czym rozmawialiście? - spytała Hermiona.
Zawahałam się przez chwilę. Nie byłam pewna, czy powiedzieć jej o bankiecie w Malfoy Manor. Ufałam im, ale wiedziałam że Hermiona nadal nie była całkiem przekonana do Dracona. Co gdyby powiedziała Harry'emu, myśląc, że robi to dla mojego dobra? Z drugiej strony... już dawno by mnie wydała, gdyby nie uważała że robię dobrze. Przecież widziała że Ślizgon chce mi pomóc. Wzięłam głęboki wdech i opowiedziałam jej o medalionie, który znalazł Lucjusz Malfoy i o zaproszeniu na ich coroczny bankiet. Tak jak podejrzewałam, Hermiona nie wyglądała na zadowoloną tym pomysłem, ale nic nie powiedziała. Ginny tylko pokiwała głową.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz - odezwała się w końcu Hermiona.
- Wiem - odpowiedziałam bez wahania, ale świadomość kolejnego spotkania z panem Lucjuszem powodowała u mnie dreszcze.
Ufałam Draconowi, owszem, ale jego ojcu... Byłam wdzięczna za jego starania, ale nie potrafiłam się wyzbyć tego dziwnego uczucia, które mnie ogarniało za każdym razem, kiedy go widziałam.
- Uważaj na siebie - powiedziała Ginny.
- I proszę Cię, bądź ostrożna. Nie bez powodu Zakon podejrzewa Lucjusza Malfoya o służenie Voltemortowi - dodała Hermiona.
W jej oczach czaiła się troska i strach.
- Obiecuję wam, że nic mi się nie stanie - odpowiedziałam - A zmieniając temat... Ginny, czy ty aby nie interesujesz się Zabinim?
Ruda wytrzeszczyła na mnie oczy i spłonęła rumieńcem. Hermiona parsknęła cicho śmiechem.
- Nie! To znaczy... Lubię go, jest zabawny, ale nadal... Wiesz... On to nie Harry - odparła usilnie patrząc na swoje dłonie.
- Ale on chodzi z Cho - odezwała się Hermiona, obejmując przyjaciółkę ramieniem.
- Tak, wiem, ale przecież nie mogę od tak sprawić, żeby to, co czuję do Harry'ego znikło - szepnęła.
- Hej, Ginny, głowa do góry. Mój brat na pewno w końcu przejrzy na oczy. Nie sądzę, że on i Cho...- zaczęłam, ale nagle strasznie rozbolała mnie głowa.
Mój umysł opanowała ciemność, czułam, jak coś próbowało się wkraść do mojej świadomość, sprawiając mi przy tym straszny ból. Chciałam to zwalczyć, ale nie wiedziałam jak. Przed oczami zaczęły mi przelatywać różne, niewyraźne obrazy. W końcu się poddałam. Poczułam, dziwne chrupnięcie w nadgarstku. Pewnie upadłam na podłogę, ale ból głowy sprawiał, że nie potrafiłam się skupić na niczym innym. Nagle wszystko ustało. Wiąż jednak nic nie widziałam. Chciałam wstać, ale bez skutku. Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Leżałam (chyba) tak bezradnie, nie wiedząc co się dzieję. Po dłuższej chwili moich uszu doszedł dziwny syk. Był cichy, ale mroził krew w żyłach. Zdawał się być coraz bliżej i bliżej. Podjęłam kolejną próbę poruszenia się. Z wielkim trudem, ale udało mi się otworzyć oczy. Obraz który teraz widziałam zupełnie nie przypominał mi Pokoju Wspólnego w Hogwarcie. Leżałam na zimnej podłodze z czarnego kamienia. Zaczęłam się niekontrolowanie trząść. Co ja tutaj robiłam? Jak ja się tutaj znalazłam? Czułam, jak panika paraliżuje moje i tak nie zdolne do ruchu ciało. Próbowałam wstać, poruszyć dłonią, cokolwiek, ale na marne. Wydawało mi się, że jakiś niewidzialny ciężar przygniatał mnie do posadzki. Nie miałam dość siły, aby go pokonać. " Uspokój się. Panika w niczym Ci nie pomoże. Pamiętasz, jak przez te wszystkie lata musiałaś sobie radzić?" odezwał się cichy głosik w mojej głowie. Miał rację. Musiałam się uspokoić.
Rozluźniłam wszystkie mięśnie i uspokoiłam nierówny oddech. Po chwili, która wydawała się być wiecznością, poczułam, że ciężar znika. Otworzyłam ponownie oczy. Nadal znajdowałam się w tym dziwnym miejscu. Podniosłam się do pozycji siedzącej. Chciałam się rozejrzeć, ale coś przykuło moją uwagę. Mianowicie osoba, która leżała obok mnie. Twarz miała całą we krwi, a rude włosy w nieładzie... Pan Weasley.
Z mojego gardła wyrwał się krzyk.
Nie. Nie, nie, nie, nie. To nie możliwe.
Przybliżyłam się do niego i sprawdziłam puls. Ledwo wyczuwalny. Cholera. Dopiero teraz zobaczyłam, że nie tylko jego twarz była poraniona. Ręce i klatkę piersiową pokrywały liczne rozcięcia, większość była bardzo głęboka. Musiałam coś zrobić.
- Pomocy! - wrzasnęłam, próbując zatamować krew.
- Już za późno - usłyszałam czyiś głos za moimi plecami.
Odwróciłam się gwałtownie. Voldemort patrzył na mnie z góry, a wokół jego stóp poruszał się wąż, sycząc złowrogo. To jego syk musiałam słyszeć. Już otwierałam usta, ale on podniósł różdżkę i rozbłysło się zielone światło.
I właśnie wtedy wyrwałam się z tego dziwnego transu. Znowu znajdowałam się w Hogwarcie. Leżałam na dywanie przed kominkiem, a moja dłoń pulsowała nieprzyjemnym bólem. Dyszałam ciężko. Co to było? Nie zwracałam uwagi na panikujące przyjaciółki, które pochylały się nade mną i co chwilę wołały moje imię. Co oznaczała ta przerażająca wizja? Znałam skądś to miejsce.... Ten korytarz... O nie. Sen Harry'ego.
Zerwałam się na równe nogi, ale prawie od razu upadłam. Nadal byłam słaba.
- Talia! Co się stało? - krzyknęła przerażona Ginny.
- Harry... Twój ojciec...- wymamrotałam.
- Jak to...- wtrąciła się Hermiona, ale uciszyłam ją gestem.
- Pomóżcie mi. Muszę iść do Harry'ego.
Dziewczyny pomogły mi się podnieść i nie puszczając mnie, skierowały się do odpowiedniego dormitorium. Kiedy do niego weszłyśmy, zobaczyłam mojego brata całego zlanego potem. Był blady, ale jego ciało przechodziły silne dreszcze.
- Harry!- jęknęłam, wyrywając się z uścisku przyjaciółek.
Udało mi się nie przewrócić po drodze do jego łóżka. Ron, który przy nim siedział wyglądał na zdezorientowanego.
- Ron, idź po McGonagall - zwróciłam się do niego.
Na szczęście nie zadawał zbędnych pytań.
- Harry - szepnęłam, przejeżdżając zdrową dłonią po jego czole.
Był nieprzytomny.
- Harry, proszę Cię.
Ku mojej uldze otworzył oczy. Był przerażony.
- Pan Weasley - wymamrotał, nadal się trzęsąc.
- Wiem, widziałam. Zaraz przyjdzie profesor McGonagall - odparłam, próbując go uspokoić.
- Moja blizna - syknął.
- Spokojnie, zaraz przyjdzie pomoc. Zaraz przestanie boleć - powiedziałam, przybierając łagodny ton głosu, ale nie do końca mi się to udało.
- Talia, co się tutaj dzieje? - spytała Hermiona.
Razem z Ginny stały w otwartych drzwiach do dormitorium. Były zdezorientowane i przerażone.
- Ten dziwny sen Harry'ego... Ja też go miałam. Tym razem był w nim twój tata - powiedziałam, spoglądając na Ginny.
- Czemu?
W jej oczach zaczęły zbierać się łzy.
- Nie wiem, ale jest ranny, przynajmniej tak mi się wydaje.


                                                                                ***

- No wreszcie! Nasza zguba się pojawiła - zawołał Blaise, kiedy stanąłem w drzwiach.
- Widzę, że nie mogłeś się powstrzymać - powiedział Teodor, znacząco unosząc brwi.
Pokręciłem tylko głową. Czy oni nie mogli mi dać spokoju?
- Muszę Cię rozczarować przyjacielu. Tylko rozmawialiśmy - odparłem.
- Chyba nie bardzo mnie to dziwi. Wydaje mi się, że Talia ma lepszy gust - zaśmiał się Zabini.
- Sugerujesz coś, Blaise? - warknąłem.
-Uraziłeś Dracona Malfoya, najprzystojniejszego i najbardziej pożądanego ucznia tej szkoły! Jak mogłeś! - krzyknął Teodor, ale chwilę później ryknął śmiechem
- Dorośnijcie wreszcie - syknąłem, rzucając marynarkę na oparcie fotela.
- Oj, no już, nie obrażaj się. A właśnie, Pansy pytała gdzie jesteś - powiedział Teo.
- Co jej odpowiedziałeś?
- Powiedziałem, że pomagasz przy sprzątaniu.
- I bardzo dobrze. Mam jej już dosyć. Wystarczy, że musiałem przesiedzieć z nią cały bal.
- Największą atrakcją tego wieczoru było wejście Ginny i Talii - wtrącił Zabini.
- Mów za siebie - odparł Teodor, próbując ukryć uśmiech.
- No tak, Hermiona przyszła wcześniej - powiedziałem.
- Nawet nie zaczynaj - ostrzegł mnie Teodor.
- Co, nie fajnie, jak role się odwracają? - zaśmiałem się złośliwie.
- Owszem, Hermiona jest interesującą osobą, ale ona mnie nienawidzi. Ja zresztą też nie miałem okazji jej specjalnie polubić, więc nie próbuj...
- No to całe szczęście, że wreszcie dostałeś taką szansę. Potraficie rozmawiać godzinami
- Wiem, że to dla Ciebie nowość. Jej iloraz inteligencji jest o wiele wyższy, co oznacza, że możemy rozmawiać na różne tematy.
- Tłumacz to sobie w ten sposób, skoro poprawia Ci to humor - odpowiedziałem, wyciągając się wygodnie na łóżku.
- Stary, nie jesteś odpowiednią osobą do mówienia takich rzeczy. Sam zaprzeczasz, że podoba Ci się Talia - wtrącił się Blaise
- Czy nie możemy chociaż raz nie rozmawiać o Talii? - jęknąłem.
- Damy Ci spokój, kiedy się przyznasz.
- Salazarze... Owszem, dzisiaj pokazała, że potrafi być... atrakcyjna. Jest też mądra i takie tam, ale jest też bardzo, ale to bardzo irytująca. Pozwólcie też, że przypomnę wam po raz setny. Ona należy do Czarnego Pana. Czy wy naprawdę sądzicie, że pozwoliłbym sobie na jakiekolwiek głębsze uczucia do niej, mając świadomość, że za niedługo oddamy ją w ręce Voldemorta?
- Szczerze? Tak. Tak właśnie sądzę. Bądźmy szczerzy, jesteś samolubny. Może i nie jest Ci dane jej zdobyć, ale nie mógłbyś sobie odmówić małej gierki - odrzekł Teo - Sam sposób w jaki się z nią obchodzisz Cię zdradza. Te twoje niby niewinne żarciki, zaczepki. Nikt nie jest na tyle ślepy, żeby tego nie zauważyć.
- Blaise, proszę, walnij go czymś, bo zaczyna bredzić.
- Myślę, że Teo ma rację. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale nie potrafisz się powstrzymać i próbujesz zbliżyć się do niej na tyle, na ile to możliwe.
- Czy wam wszystkim odbiło? Poza tym, czemu ciągniecie ten temat?
Moi współlokatorzy zamilkli na dłuższą chwilę. Wpatrywali się we mnie w milczeniu.
- Wiesz...- odezwał się w końcu Teodor - Chodzi o to, że ostatnie miesiące nie były łatwe. Odkąd Czarny Pan nas zaangażował, nic pozytywnego się nie dzieje, nic. Strach, kłótnie, obawy... Aż tu nagle spotykamy taką Talię. Pamiętasz jak nam o niej opowiadałeś, zanim Voldemort zlecił Ci to zadanie? Mówiłeś, że poznałeś interesującą dziewczynę, potem okazało się, kim była. Przyznaj, że od początku coś Cię w niej zafascynowało. Przyznaj, że jest Ci o wiele łatwiej, odkąd widujesz się z nią regularnie, a jednocześnie trudniej, bo wiesz co ma się stać.

Tym razem to ja musiałem zastanowić się nad odpowiedzią. Bardzo dobrze wiedziałem, o co chodziło mojemu przyjacielowi. Niestety musiałem mu przyznać rację pod tym względem. Ta złośnica z pewnością wprowadziła coś do mojego... może nie życia, ale mojej codzienności. Co najgorsze, wcale nie miałem nic przeciwko temu. Byłem ciekawy tej dziewczyny. Czy było to zauroczenie? Tak bym tego nie ujął, ale to na pewno było coś.
Westchnąłem ciężko i padłem na łóżko.
- Jest interesująca - przyznałem w końcu - Ale to nie ma znaczenia. Nie dowiem się jak to może się skończyć, bo ta historia nie miała prawa się zacząć. Jest interesująca, ale też nietykalna.
- To nam wystarczy - powiedział Blaise z szerokim uśmiechem na twarzy.


                                                                              ***

Zaraz po wizycie w gabinecie dyrektora, która była bardzo niezręczna, przenieśliśmy się na Grimmuald Place, za pomocą świstoklika. Nie dość, że spanikowane dzieci Pana Weasleya nie miały pojęcia co ze sobą zrobić w takiej sytuacji, to Harry miał dziwny napad i nawrzeszczał na dyrektora, wściekły za to, że ten go ignorował. Sama się temu dziwiłam. Z tego co słyszałam od Hermiony i reszty, Harry był jego ulubieńcem. W tym roku jednak kompletnie go ignorował, pomijając dzień w którym został wezwany do jego gabinetu, aby omówić moją sytuację i środki ostrożności. Jednak będąc na miejscu mojego brata, nie zaczęłabym na niego krzyczeć.
Kiedy tylko znaleźliśmy się w kuchni tajnej kryjówki Zakonu, zobaczyłam, że Lupin na nas czekał. Za nim, w kącie, stały nasze walizki.
- Cześć, dzieciaki. Wasza mama jest u waszego taty. Niestety jeszcze nic nie wiem o jego stanie -powiedział, kiedy zajęliśmy miejsca przy stole.
Ginny spuściła wzrok i oparła czoło o ramię Freda, który objął ją ramieniem. Ron i George mieli nieobecny wzrok, ich twarze wyrażały strach. Siedzący obok mnie Harry wpatrywał się w ścianę, nie zdradzając żadnych emocji.
Nikt nie odważył się zadać tego nurtującego nas pytania, więc postanowiłam podjąć ryzyko.
- A czy wiesz może - zaczęłam, ale poczułam rosnącą gulę w gardle, więc musiałam odchrząknąć - Czy żyje?
Lupin skrzywił się lekko.
- Molly powinna wrócić w przeciągu kilku godzin  - odparł, zbywając moje pytanie.
Poddałam się, nie ciągnąc już tematu.
Każda sekunda ciągnęła się niemiłosiernie, czas zdawał się coraz bardziej zwalniać. To było nie to zniesienia. Kiedy po raz kolejny rozejrzałam się po pomieszczeniu, wszyscy już spali. Lupin jako jedyny patrzył się na płomienie w kominku. Nagle coś mi się przypomniało.
- Gdzie jest Syriusz? - spytałam cicho.
- Od jakiegoś czasu prawie w ogóle nie opuszcza strychu. Przesiaduje tam z Hardodziobem - odpowiedział, najwyraźniej zmęczony tym wszystkim.
- Czemu?
- Czuje się niepotrzebny. Może zdążyłaś zauważyć, że najchętniej wyrwałby się z tego domu i pomógł Zakonowi. Niestety, to niemożliwe.
- Próbowaliście z nim porozmawiać?
- Oczywiście, że tak, ale on nikogo nie słucha.
- A myślisz, że mogłabym spróbować?
- Nie, lepiej nie. Bardzo łatwo go zdenerwować.
- Och...
Westchnęłam cicho i wstałam od stołu.
- Gdzie idziesz? - zawołał za mną Lupin, ale nie odpowiedziałam.
Wspięłam się po schodach, uważając, aby nie obudzić Pani Black. Kiedy wreszcie stałam przed odpowiednimi drzwiami, zapukałam cicho.
- Syriuszu, mogę wejść?
Brak odpowiedzi. Nie zapukałam ponownie, bo skoro nie odpowiedział za pierwszym razem, to po co miał by to robić za drugim? Otworzyłam ostrożnie drzwi i weszłam do środka.
Na podłodze było pełno siana. Niedaleko leżał mały stosik fretek, którym ochoczo przyglądał się Hardodziob, stojący na środku strychu. Zamknęłam za sobą  drzwi. Teraz, jedynym źródłem światła, były świece, porozstawiane na małym stoliczku przy przeciwległej ścianie. Tak siedział Syriusz.
Wyglądał okropnie. Jego twarz była wyprana z emocji, jego oczy, w których jeszcze parę miesięcy temu gościły wesołe iskierki, teraz wpatrywały się tępo w sufit. Cienie pod oczami zdradzały nieprzespane noce, a kilkudniowy zarost to, że rzeczywiście długo stąd nie wychodził.
- Cześć nieznajomy - przywitałam się, podchodząc do niego.
Wyminęłam Hardodzioba, który nie zwrócił na mnie większej uwagi i usiadłam obok Syriusza.
Już myślałam, że mi nie odpowie, ale po dłuższej chwili wreszcie na mnie spojrzał.
- Cześć mała - odparł zachrypniętym głosem.
- Słyszałeś, co się stało?
- Taa... To okropne. Chciałem pomóc, chciałem iść z Molly do Św. Munga, ale nie pozwolili mi. W niczym nie mogę pomóc - rzekł, a jego ton wyrażał niechęć, której jeszcze nigdy u nikogo nie słyszałam.
- Syriuszu, już i tak dużo pomagasz. Udostępniłeś Zakonowi swój rodzinny dom, wspierasz...
- I CO TO ZA POMOC ?! - krzyknął, aż Hardodziob zaskrzeczał.
- Syriuszu, proszę Cię...
- Nie Talio. Wiem, że ty widzisz to inaczej, wiem jak to wygląda z waszej perspektywy, ale ja już nie wytrzymuję. Siedzę w tym przeklętym domu kilka miesięcy, bezczynnie się po nim kręcąc, patrząc, jak reszta planuje misje i... Oni coś robią, a ja nie mogę w niczym pomóc. Nawet ten dom to ruina. To nazywasz tą wielką pomocą?
- Jesteś nam potrzebny! Świadomość, że ktoś tu na nas czeka, nie zważając na to, co dzieję się na zewnątrz, jest nam bardzo potrzebna. Jesteś dla Zakonu stałym wsparciem. Myślisz że Dumbledore nie wie w jakiej sytuacji jesteś? Myślisz, że nie jest świadomy tego, że chciałbym zrobić coś więcej? Dałeś Zakonowi wszystko co mogłeś dać i to się liczy. To jest ważne. Zakon Feniksa Ciebie potrzebuje. Jesteś kimś stałym, pewnym, kimś kogo w tych czasach nie da się już znaleźć. Rozumiesz?
Syriusz spuścił na chwilę wzrok, ale zaraz objął mnie ramieniem i poczochrał po głowie.
- Dzięki - powiedział.
- Zawsze do usług - zaśmiałam się.
- Jak sprawuje się miotła? - zmienił temat.
- Idealnie! - zawołałam - Jest naprawdę wspaniała. Wygraliśmy pierwszy mecz. Drugi przełożono na styczeń, bo był bal. Jak udało Ci się ją zdobyć?
- Mam swoje sposoby - odpowiedział, uśmiechając się szeroko - A jak tam twoje samopoczucie?
Przestałam się śmiać. Teraz już wiedziałam, że osoba, która się mnie o to pyta, wie o moich mocach.
- Och, no wiesz... Kilka razy zdarzyło mi się stracić kontrolę nad mocą i miałam te ataki, ale coraz lepiej mi idzie - odparłam w prost, czekając na jego reakcję.
Spodziewała się zdziwionej miny, strachu, paniki przemykającej jego twarz, ale nie śmiechu. Śmiech był ostatnią reakcją, której bym się spodziewała. A jednak. Syriusz odchylił głowę i zaczął się najzwyczajniej w świecie śmiać.
- Cieszę się, że sobie radzisz - powiedział, nadal chichocząc.
Pokręciłam tylko głowa. "Ech, Ci dorośli..."
- Czemu robiliście z tego taką tajemnicę? - spytałam.
- Zakon stwierdził, że lepiej będzie, jeśli jak najdłużej pozostaniesz w niewiedzy. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje w twoim życiu, więc taka nieświadomość byłaby Ci bardzo na rękę, bo nie dość, że przejmujesz się wszystkim dookoła, to jeszcze martwiłabyś się tym, żeby tylko nie stracić kontroli. Ja nie byłem co do tego przekonany.  Byłem za tym, aby Ci powiedzieć, ale decydujący głos miał Dumbledore. Zresztą i tak jako jedyny głosowałem za wyjawieniem prawdy. Snape stwierdził, że brakuje mi sensacji, po tych kilku miesiącach spędzonych w domu.
- Snape?! - zdziwiłam się.
- Taa, on też jest w Zakonie. Nie wiedziałaś? Przecież był tutaj, kiedy do nas dołączyłaś.
- Musiałam nie zauważyć - mruknęłam, przypominając sobie nauczyciela od Eliksirów.
Nie za bardzo za nim przepadałam.
- No tak, byłaś zaaferowana odnalezieniem Harry'ego - zaśmiał się ciepło - A właśnie, co tam u niego?
- Nie za dobrze. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że nie zawsze był taki opryskliwy, prawda? Teraz bardzo łatwo go zdenerwować, jest bardzo zamknięty w sobie... Nie wiem jak mu pomóc.
- Masz rację, dopiero ostatnio zaczął się tak zachowywać, z tego co wiem. Musisz być dla niego wyrozumiała, Talio. Chłopak nie ma łatwo. W gruncie rzeczy, jego sytuacja robi się coraz trudniejsza. Dlatego daj mu trochę czasu. On musi sobie wszystko poukładać, przemyśleć. Będzie dobrze, ale miej na niego oko. Ten dzieciak to magnes na kłopoty, zupełnie jak jego ojciec. Coś czuję, że ty też to po nim odziedziczyłaś - parsknął.
- Tak, chyba masz rację - przyznałam.
- Masz też dużo z Lily... Nawet nie wiesz, jak nam ich brakuje... Kiedy to się stało, to tak jakby cząstka nas umarła razem z nimi. Musicie wiedzieć, że mieliście wspaniałych rodziców, niejedna osoba wam to powie - rzekł dobitnie, patrząc mi się prosto w oczy.
- Dzięki, Syriusz - odparłam łamiącym się głosem.
- Zawsze do usług, mała - zaśmiał się, ale po jego policzkach też popłynęły łzy. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz