Witam! To już dwudziesty rozdział! Nie mogę uwierzyć
jak ten czas szybko płynie. Mam wrażenie, jakbym to
wczoraj pisała pierwszy rozdział. Wracając jednak do
konkretów, chcę Was przeprosić. Wiem, że rozdział miał
być wczoraj, ale Blogger postanowił zrobić mi "mały" żart.
Kiedy chciałam dokończyć rozdział, okazało się, że połowa
magicznie zniknęła -.- Pozostaje też kwestia przygotowań
do świąt, więc i tam sądzę, że szybko się uwinęłam.
Mam szczerą nadzieję, że rozdział się wam spodoba :D
Miłego czytania!
Panna Potter
- Nie widziałem dzisiaj naszej awanturnicy - rzekł Blaise, opadając na kanapę w opustoszałym salonie.
Trwała kolacja, na którą postanowiliśmy nie iść.
- Ja też nie... Myślisz, że coś się stało? - odparłem, następnie karcąc samego siebie w myślach
"Nie przesadzaj, Draco"
- Mam nadzieję, że nie. Może Teodor coś wie. Jest u Snape'a.
- Czemu?
- Wiesz... Akcja z wysłannikiem, któremu mieliśmy zdawać raporty się nie powiodła. Mamy wszystko przekazywać Snape'owi.
- No tak, ten przeklęty wysłannik. Nie mogę uwierzyć, że wpadli na coś tak głupiego. To byłaby tylko kwestia czasu, zanim Dumbledore by się zorientował - odparłem, przeczesując leniwie włosy.
Byłem zmęczony. Całą noc nie mogłem przestać myśleć o tym przeklętym balu, a co za tym szło? Brak snu. Fakt, że przyznałem się nie tylko przed przyjaciółmi, ale też przed samym sobą, że Talia nie była mi obojętna, bardzo mnie przytłaczał. Owszem, wcześniej podobały mi się różne dziewczyny, ale nigdy nie musiałem się ubiegać o ich względy, co wydawało mi się normalne. Teraz jednak wiedziałem, że są też takie, które będą kazały Ci trochę powalczyć. Były też oczywiście plusy. Talia okazała się wyzwaniem, a ja zawsze je lubiłem. Nie mogłem jej też porównać do reszty dziewcząt. Przedtem żadna ze mną tak naprawdę nie rozmawiała, nie zadawała mi pytań... To tak jakby chciały mnie tylko po to, żeby mnie mieć. Z Talią było inaczej. Rozmowy z nią mogłyby trwać godzinami, nigdy nie brakowało jej pytań. Trochę mnie to bawiło. Zawsze z chęcią słuchała tego, co ktoś ma do powiedzenia, ale nigdy nie lubiła mówić o sobie. To chyba lubiłem w niej najbardziej. Za każdym razem sprawiała, że czułem się naprawdę ważny. Każdego starała się traktować jak najlepiej, chyba, że ktoś naprawdę zalazł jej za skórę. Nie miałem pojęcia, czy odwzajemniała moje "uczucia". Szczerze mówiąc, nie chciałem tego wiedzieć. I tak pozwoliłem sobie na zbyt wiele.
- Też tak myślę - odezwał się Blaise, przywołując mnie do rzeczywistości - Wiesz, jak się tak zastanowię, to nie widziałem Ginny i Hermiony. Weasleye też wyparowali, podobnie jak Potter. Dziwne, prawda?
Mój przyjaciel dał mi do myślenia. Wracając myślami do początków tego dnia, również nigdzie nie widziałem przyjaciół Talii. Brakowało ich też na śniadaniu.
- Chyba jednak coś się stało - odpowiedziałem, spinając się lekko.
- Dobrze główkujesz, stary - usłyszałem głos Teodora za swoimi plecami.
W tej właśnie chwili Teo zmierzał w naszym kierunku żwawym krokiem, ale jego mina zdradzała, że nie miał najlepszych wiadomości.
- I co? Jak tam spotkanie? - zapytał Blaise.
Teodor usiadł na kanapie i skrzyżował ręce na piersi.
- Raport przekazany. Nic mu nie wspomniałem o tym, co wczoraj nam powiedziałeś - odrzekł spokojnie.
- Dobra... A mówił coś może o...- zacząłem, poirytowany tym, że Teodor nie przeszedł od razu do rzeczy.
- Tak. Ojciec Ginny węszył obok drzwi w Ministerstwie... Został zaatakowany. Jakimś cudem Zakon się o tym dowiedział. Weasleyów, Harry'ego i Talię wysłano do domu.
Siedzieliśmy chwilę w kompletnej ciszy.
Nie miałem pojęcia, czy powinienem okazać skruchę, czy cieszyć się z tego, że Artur Weasley nie zdołał zepsuć tego, nad czym Czarny Pan pracował tak długo. Doszedłem do jednego wniosku.
Talia miała na mnie dziwny wpływ, nie potrafiłem jednak ocenić, czy to źle, czy dobrze.
Dawniej cieszyłbym się z porażki Zakonu. A teraz? Miałem mętlik w głowie.
Nie powinienem pozwolić sobie, aby moja relacja z Talią, a raczej moje zaangażowanie osiągnęło tak wysoki poziom. Przez tę dziewczynę zacząłem gubić się w tym wszystkim, nie byłem już pewny tego, co robię. Został mi wyznaczony cel i tego powinienem się trzymać.
Niestety to nie było już takie proste.
Siostra mojego wroga otworzyła mi oczy na pewne kwestie, przedstawiła mi nowy punkt widzenia na świat. Była zdecydowanie zbyt dobra, jak na mój gust, ale właśnie tego byłem w niej tak ciekawy. Los stawiał na jej drodze tyle przeszkód, widziała okropne rzeczy, straciła rodzinę... A jednak pozostawała pełna nadziei, ciągle wierzyła w dobroć, mimo że nie dane jej było tej dobroci w pełni zaznać. Jak to możliwe?
- Myślisz, że Zakon zdołał się czegoś dowiedzieć? - spytał Blaise.
- Oczywiście. Artur Weasley musiał pilnować tych drzwi. Na pewno wiedzą, dlatego Talia jest teraz bardzo potrzebna Czarnemu Panu. Dobrze wiemy, że to, czego chce Voldemort nie może trafić w byle ręce, a Talia i Harry to bliźnięta, w ich żyłach płynie ta sama krew. Nie dość, że dziewczyna ma moc, której on chce, to możliwe jest, że może mu dać to, czego nie mógł mu dać nikt inny - wyjaśnił Teodor.
- Masz rację - wtrąciłem się - Tyle że ona nie ufa nam na tyle, żeby przejść na nasza stronę. Zanim medalion przejmie jej moc, minie trochę czasu, a Czarny Pan go nie ma. Jestem pewny, że nie pójdzie po dobroci, a jeśli będą chcieli ją zmusić, to wysadzi wszystkich w powietrze.
- Myślałem, że medalion od razu przejmie jej moc - zdziwił się Blaise.
- Też tak zakładaliśmy, ale ojciec znalazł zwój, kiedy szukali tego medalionu. Okazało się, że tylko zwykłe moce czarodziei poddają się tak łatwo. Wszystkie inne już nie. Talia gromadzi w sobie źródło mocy tak potężne, że minie sporo czasu, zanim medalion przejmie ją w całości - odpowiedziałem.
- Co to za moc, którą ma Talia? Słyszałem coś na jej temat, ale rodzice postarali się o to, byśmy nie wiedzieli za dużo - powiedział Blaise.
- Udało mi się co nie co dowiedzieć - odparłem - Talia tak naprawdę nie "posiada" tej energii. Ona nią jest. Stała się nią w momencie, którym moc ją wybrała. Od tamtej chwili Talia jest źródłem całej energii czarodziejów. Jest kotwicą.
Teodor i Blaise wytrzeszczyli na mnie oczy.
- Żartujesz?! - wydusił z siebie Teo - Wiedziałem, że jest potężna, ale nie, że aż tak! Czemu nie powiedziałeś nam tego wcześniej?
- Powiedz mi, gdybyś wiedział, zachowywał byś się w stosunku do niej tak samo, jak teraz? Ona musi nam zaufać, uwierzyć, że jesteśmy jej przyjaciółmi. Wasza niewiedza wam ułatwiła to osiągnąć, bo trudno zachować spokój, kiedy ma się świadomość, że przebywasz w jednym pomieszczeniu z źródłem mocy całego świata, które jest aktualnie porywczą nastolatką i nie za bardzo nad sobą panuje.
- No tak - przytaknął Nott - Ale ona teraz jest z Zakonem, a to nie jest dla nas korzystne.
- Dlatego muszę coś wymyślić. Spędzi w Malfoy Manor trzy dni. Musimy jej pokazać, że właśnie to otoczenie ma jej najwięcej do zaoferowania, że tam będzie w pełni akceptowana.
- Spróbuj porozmawiać z matką. Powiedz jej co czujesz do Talii. Wiesz, może jak będzie wiązało Cię z nią coś więcej, to przejście na naszą stronę okaże się dla niej łatwiejsze - wtrącił Blaise
- Ile razy mam Ci tłumaczyć...
- Zgodzę się z Diabłem. Czarny Pan nie ma już czasu. Będzie chciał osiągnąć swój cel mimo wszystko. Jeśli przedstawisz mu ten pomysł w odpowiedni sposób, to na pewno się zgodzi - rzekł Teodor.
Schowałem twarz w dłonie, wzdychając głośno. Oni nic nie rozumieli. Owszem, byłem samolubny. Tak, Talia mi się podobała. Ale nie byłem na tyle głupi, żeby wciągać ją w to bagno dla własnych zachcianek. Jej zaangażowanie uczuciowe oznaczałoby większe rozczarowanie i ból, kiedy już by się dowiedziała, w co ją wplątałem. Fakt, że okłamywałem ją przez ten cały czas złamał by ją. A wtedy Voldemort nie będzie miał z niej żadnego pożytku. Wtedy ja nie mógłbym już nigdy spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. "Co się z tobą dzieje..." jęknąłem w duchu, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co przed chwilą pomyślałem.
***
Siedziałam na drewnianej podłodze, opierając prawą skroń o ramię Syriusza. Rozmawialiśmy o jego szalonych przygodach, które miały miejsce w Hogwarcie. Opowiedział mi dużo o tacie i o Remusie. Słuchając jego zabawnych historii, zdołałam na chwilę zapomnieć o tym, co stało się zaledwie parę godzin temu. Jednak, kiedy drzwi od strychu się otworzyły, a w nich staną Remus Lupin, wszystko do mnie wróciło. Jego twarz nie wyrażała już jednak strachu. Kiedy przechodził przez próg, uśmiechał się delikatnie, ale kiedy zobaczył swojego, już wesołego, przyjaciela, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Przepraszam, że przerywam waszą pogawędkę, ale Molly wróciła - rzekł pocierając sobie kark.
Widać było, jak stres z niego spływa. To oznaczało, że wszystko było w porządku.
Zapewne dostrzegł moje nieme pytanie, bo kiedy na mnie spojrzał, kiwnął głową. Od razu zerwałam się na równe nogi i pobiegłam na dół, zostawiając dwójkę starych przyjaciół na strychu. Wpadając do kuchni, pierwsze co przykuło mój wzrok, to moi przyjaciele ściskający Panią Weasley. Miała podkrążone oczy i wyglądała na bardzo zmęczoną, ale ulga, którą zobaczyłam na jej twarzy sprawiła, że kamień spadł mi z serca. Dołączyłam do grupowego uścisku.
- No dobrze już, dobrze! - zawołała Pani Weasley - Puśćcie mnie już, bo mnie udusicie!
Jak na komendę, cofnęliśmy się o kilka kroków, dając jej trochę przestrzeni.
Popatrzyła na nas i uśmiechnęła się ciepło.
- Stan waszego ojca jest stabilny. Oczywiście nie wyszedł z tego bez obrażeń, ale mogło być o wiele gorzej. Na Święta powinien być już w domu - powiedziała, na co Ginny odetchnęła z ulgą, a jej bracia wymienili znaczące spojrzenia.
Wszyscy dziękowali Merlinowi za to, że ich ojciec żył.
- Będziemy mogli go odwiedzić? - spytał z nadzieją w głosie Ron.
- No nie wiem... Jest bardzo zmęczony...
- Proszę mamo! - zawołała Ginny.
- Dobrze - odparła po chwili namysłu - Przebieżcie się. Za godzinę widzę wszystkich w salonie.
Od razu spojrzałam w dół. Nadal miałam na sobie sukienkę.
Każdy posłusznie wziął swoje rzeczy i razem poszliśmy na górę.
- Jak pomyślę, jak mało brakowało...- zaczął Ron, ale mu przerwałam.
- Nie myśl tak. Najważniejsze jest to, że twój tata żyje i za niedługo wróci do domu.
- I to dzięki wam - wtrącił się Fred, a reszta mu przytaknęła.
- Jak to, dzięki nam? - zdziwił się Harry.
- Gdyby nie wasz dziwny sen, nie dowiedzielibyśmy się o tym, że tatę ktoś zaatakował - powiedziała Ginny.
- Trudno nazwać to snem - mruknęłam, przypominając sobie tą okropną wizję i ból który był nie do wytrzymania.
Kiedy trafiliśmy do gabinetu dyrektora, profesor Snape wyleczył mój złamany nadgarstek.
- Jakim cudem widziałaś to, co ja?- spytał Harry, kiedy dochodziliśmy do odpowiednich pokoi.
- Pogadacie później, musimy się sprężać - popędziła mnie Ginny i zaciągnęła do naszej sypialni, zamykając za sobą drzwi.
Kiedy się odwróciłam się w jej stronę, zauważyłam, że miała oczy pełne łez.
- Czemu...
- A co gdybyście nie mięli tej wizji? - wydusiła z siebie.
Podeszłam do niej i mocno przytuliłam. Nawet nie chciałam wiedzieć, co musiała czuć. Świadomość, że najbliższa mi osoba była tak blisko śmierci...
- Ale mieliśmy ją. Twój tata żyje - powiedziałam uspokajającym głosem, klepiąc ja po plecach.
- Wiem - chlipnęła i otarła mokre od łez policzki.
- No już, nie mamy za dużo czasu - tym razem to ja ją pogoniłam.
Dwie godziny później staliśmy już przy łóżku pana Weasleya. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Na pewno się pan dobrze czuje? - spytałam.
- Lepiej niż powinienem! - odpowiedział wesoło, ale skrzywił się lekko, kiedy poruszył ręką.
- No już, Arturze. Kazali Ci leżeć spokojnie, inaczej rany Ci się nie zagoją - rzekła Pani Weasley, patrząc karcąco na męża.
- Nie przesadzaj Molly, przecież nie mogę się nie ruszać!
- Tato, opowiedz nam, co się dokładnie stało - wtrącił się George.
- O nie, nie, nie. Tata ma wypoczywać - fuknęła jego matka.
- Ale...
- To nie jest odpowiedni czas i miejsce na takie rozmowy - tymi słowami zakończyła temat.
- Mamo, idę napić się czegoś ciepłego - powiedziała Ginny.
- Dobrze, kochanie.
- Pójdę z tobą - zwróciłam się do przyjaciółki - Harry, chcesz iść z nami?
Harry kiwnął głową. We trójkę opuściliśmy salę, w której leżał pan Weasley.
- Myślicie, że to był sam Voldemort? - spytała Ginny, kiedy tylko się upewniła, że nikt nie nas nie słyszy.
- Chyba tak... Widziałam go - odparłam.
- To dziwne... Ja nie...Zaraz, czy widziałaś też węża? - zdziwił się Harry.
- Widziałam. Był tuż obok Voldemorta. A ty co widziałeś?
- Pana Weasleya i Ciebie, tyle że... Ty byłaś martwa - wymamrotał, nie patrząc na nas.
- To dziwne... Ja to możliwe, że będąc w twojej wizji, widzę więcej od Ciebie?
- Nie wiem - odparł krótko.
- A co, jeśli to nie była wizja Harry'ego? - wtrąciła się Ginny.
- To mogłoby się zgadzać - powiedziałam.
Co jeśli te dziwne sny były moje? Może Ginny miała rację.
- Wątpię - rzekł mój brat.
- Czemu?
- Bo... To nie są zwyczajne sny... Zawsze mam takie uczucie, jakbym tam był i... Dziś w nocy widziałem wszystko z perspektywy tego węża.
Wymieniłyśmy z Ginny zmartwione spojrzenia. To nie mogło oznaczać nic dobrego i na pewno nie było normalne.
Już chciałam coś powiedzieć, ale kontem oka zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagą. W sali, obok której właśnie przechodziliśmy, dostrzegłam znajomą twarz. Przystanęłam, by móc się lepiej przyjrzeć. Neville Longbottom stał przy jednym z łóżek, a obok niego, na metalowym taborecie siedziała zapewne jego babcia.
- Talia, coś się stało? - spytała Ginny, kiedy zauważyła, że zostałam w tyle.
- Tam stoi Neville - odpowiedziałam - Ciekawe, kogo odwiedza.
Harry nagle się spiął .
- Wiecie co, powinniśmy iść dalej. Nie przeszkadzajmy mu.
- Chyba możemy się przywitać, prawda?
- Ale...- chciał mnie zatrzymać, ale na próżno.
Razem z Ginny weszłyśmy do sali.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz