wtorek, 19 stycznia 2016

Rozdział XXII Część II : Zmiana Planu

Witam! Po tak długiej przerwie jestem Wam winna
wyjaśnienia. Otóż, od prawie dwóch tygodni szykowałam
się do tygodnia egzaminów, który zaczął mi się w 
poniedziałek. Nauka i reszta obowiązków pochłonęły
cały mój czas i siły na pisanie. Dlatego też bardzo Was
za to przepraszam. Mam nadzieję, że to już więcej 
się nie powtórzy. Zastanawiałam się jednak nad 
częstotliwością dodawania rozdziałów. Doszłam do
wniosku, że powinny one być dodawane co dwa tygodnie. 
Będę wtedy miała więcej czasu, a rozdziały będą dłuższe 
i z pewnością lepsze. Także od tej pory, rozdziały będą się 
pojawiać co dwa tygodnie, co oznacza, że następną notkę 
dodam w przyszłym tygodniu, w niedzielę. Wracając jednak do
tego rozdziału. Mam wielką nadzieję, że się wam spodoba
Nie mam pojęcia, czy romanse w moim wykonaniu są dobre, więc
ocenianie pozostawiam Wam ;p Nie przedłużając już, 
Życzę miłego czytania! 


Panna Potter




Patrzyłem zamyślony na Talię, całą roześmianą. Tańczyła z Blaisem. Byli chyba jedyną parą, która dobrze się bawiła na parkiecie, albo przynajmniej to okazywała. Z bólem mojego skamieniałego serca, musiałem przyznać, że nie mogłem się na nią napatrzeć.
- Podziwiasz widoki? - szepnął Teodor, popijając czerwone wino.
Siedzieliśmy przy stole, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
- Przyznaj, że jest na co popatrzeć - parsknąłem.
- Pozwól, że nie będę oceniał, czy moja kuzynka jest atrakcyjna - odparł kwaśno.
- Nie wiesz co tracisz.
- To ty nie powinieneś wiedzieć, co tracisz - zauważył Teo.
- Jak to?
- Sam powiedziałeś, że nie możesz sobie na nic pozwolić. Zachowujesz się jak rasowy masochista.
Puściłem uwagę mojego kolegi mimo uszu.
Poprawiłem się na krześle, kiedy zauważyłem, że Talia i Blaise do nas wracają.
"Nareszcie" burknęła moja podświadomość.
- Nie wiedziałam, że tak dobrze tańczysz - zaśmiała się Talia, kiedy siadali.
- Cóż, albo się to ma, albo nie.
- I po co ją okłamujesz? Wypadało się już przyznać, że latami obserwowałeś mnie, zanim nauczyłeś się nie miażdżyć swoim partnerkom stóp - parsknąłem.
Blaise rzucił mi oburzone spojrzenie, ale i tak wiedziałem, że się zgrywa.
- Zabolało, przyjacielu - prychnął.
- To może pokarzesz Talii prawdziwy talent? - wtrącił się Teodor.
Wreszcie ktoś gadał do rzeczy. Spojrzałem na Talię, która patrzyła na mnie z oczekiwaniem.
- Czy mogę panią prosić? - wyciągnąłem w jej stronę dłoń.
- Już myślałam, że się nie doczekam - westchnęła.
Ujęła moją wyciągniętą dłoń i pociągnęła mnie w stronę parkietu.
Proszę, proszę. A myślałem, że nie lubiła tańczyć.
- Nie przejmuj się tymi wszystkimi sztywniakami - szepnąłem, kiedy rozglądała się dookoła.
Zespół grał moją ulubioną piosenkę, "Cry me a river"*.  Coraz więcej gości odchodziło od stolików i zaczęło wirować po parkiecie.
- Nie mam zamiaru - parsknęła i położyła rękę na moim ramieniu.
Objąłem ją w pasie i zaczęliśmy ruszać się w rytmie muzyki. Wróciły do mnie wspomnienia z lekcji, kiedy Talia była pod wpływem eliksiru. Mogłem ją wtedy obejmować, niczym się nie przejmując. Teraz też miałem ku temu okazję. Zabawne, jak drobna i krucha wydawała się w moich ramionach. Dobrze wiedziałem, że taka nie była... No, może była drobna. To jednak dodawało jej uroku.
- Uwielbiam tą piosenkę - odezwała się.
- Widzę, że masz dobry gust.
- Pani Bathilda często jej słuchała - wyjaśniła.
Kiwnąłem głową. Bathilda Bagshot... nic dziwnego, że Talia była zdolną uczennicą, nie patrząc oczywiście na jej "dodatkowe" moce, które mogły mieć wpływ na to, jak silną była czarownicą.
- Moja matka, kiedy ojciec pracował, malowała przeróżne obrazy, słuchając przy tym muzyki. Jako mały chłopiec, nie za bardzo interesowałem się muzyką, ale kiedy skończyłem dziesięć lat, zafascynowało mnie pianino, które stoi w salonie. Zacząłem uważniej przysłuchiwać się utworom, których słuchała mama i uczyłem się ich grać. Już po paru miesiącach, zamiast słuchać muzyki, mama słuchała mnie. A to jest pierwsza piosenka, której się nauczyłem - opowiedziałem, nie wiedząc czemu.
- Naprawdę? Zagrasz mi coś jutro? - spytała, uśmiechając się, a w jej oczach tańczyły wesołe iskierki.
Salazarze, czemu ona? Czemu właśnie ona musiała być tak niesamowicie piękna, zadziorna, silna i delikatna zarazem? Czemu to właśnie ona zwróciła na mnie swoją uwagę? Czemu to właśnie jej chce Voldemort?
Wszystko było przy niej prostsze. Znosiła mój trudny charakter, bo życie zmuszało ją, żeby też być twardą, co czasami sprawiało, że człowiek wydawał się zimny. Jednocześnie była tak ciepła, dobra  i przede wszystkim sprawiedliwa.  Jej obecność była uzależniająca.
Owszem, tok moich myśli przerażał mnie, dziwił, ale po co miałbym się sam oszukiwać? Potterówna zawróciła mi w głowie.
- Jeśli będziesz grzeczna, to mogę Ci coś zagrać - powiedziałem, uśmiechając się złośliwie.
- Grzeczna? Co Ci chodzi po głowie, Malfoy?
- Cóż, musisz być dla mnie miła.
- Obawiam się, że będą z tym problemy - zaśmiała się.
Kilka osób odwróciło się w naszą stronę, ale zignorowaliśmy to.
- No wiesz - prychnąłem z wyrzutem.
- No dobrze, postaram się. A tak swoją drogą, to ile będzie trwał bankiet?
- Pewnie do późna. Ostatni goście będą wracać nad ranem, jak przypuszczam.
Talia popatrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Cierpliwości, jak więcej wypiją, to robi się całkiem znośnie - wyjaśniłem.
- No popatrz, to zupełnie, jak w twoim przypadku - zażartowała.
- Oj, doigrasz się, Potter - ostrzegłem, przyciągając ją bliżej, tak, że nasze twarze dzieliły centymetry.
Ona jednak się nie speszyła. Twardo patrzyła mi w oczy, nie dając za wygraną.
- Kiedyś się poddasz - mruknąłem, nie pozwalając sobie, aby spojrzenie jej intensywnie zielonych oczu mnie rozproszyło.
- Wierzysz w to? - zaśmiała się, odsuwając lekko twarz.
- Oczywiście - odparłem.
Decydując się na bardziej odważny ruch, puściłem jej dłoń, i położyłem drugą rękę na jej talii, odrobinę niżej niż ta, która spoczywała w połowie jej pleców. Zmusiłem ją tym, aby objęła moją szyję.
Nadal wpatrywaliśmy się sobie w oczy. Miałem ochotę przyciągnąć ją jeszcze bliżej, móc ją swobodnie objąć. Chciałem ją mieć jak najbliżej siebie. Za każdym razem, kiedy widziałem ją z kimś innym, miałem ochotę potraktować go najpaskudniejszą klątwą, jaką znałem, a znałem ich wiele. Świadomość, że tańczy ze mną, że obejmuje mnie... To było o wiele lepsze, niż najlepszy alkohol.
Kiedy myślałem, że lepiej być nie może, Talia zrobiła coś niespodziewanego.
Opuściła ręce, i również objęła mnie w pasie. Oparła głowę o moje ramie i tak kiwaliśmy się do ostatniej zwrotki mojej ulubionej piosenki. Moich uszu doszedł jej melodyjny, cichy głos.
Nuciła kończący się już utwór. Zatraciłem się w niej. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy zespół grał już kolejną piosenkę. Ją też znała. Mógłbym spędzić tak cały wieczór, słuchając jej słodkiego głosu, trzymając ją w ramionach.
Coś jednak przerwało tą idealną chwilę.
W kącie sali stał Voldemort, podający się za Arthura Wintersa. Kiwnięciem głowy dał mi do zrozumienia, że chce ze mną pomówić.
Cholera.
- Chciałabyś się czegoś napić? - spytałem cicho.
- Mhm.
- To idź, ja zaraz do Ciebie dołączę - mruknąłem.
- Coś się stało? - zapytała, podnosząc głowę.
- Nie, muszę tylko zamienić z kimś słówko. Nie zajmie mi to długo.
Niechętnie ją puściłem i podszedłem do Czarnego Pana.
- Witaj, Draconie - przywitał się i po raz drugi uścisnęliśmy sobie dłonie.
- Panie - odparłem.
- Widzę, że zdobyłeś sympatię dziewczyny - przeszedł od razu do rzeczy.
Niestety ton jego głosu był neutralny, więc nie mogłem nic z niego wywnioskować.
- Zgadza się, zaufała mi, Panie.
- To dobrze, Draco. Obawiam się jednak, czy nie stałeś się dla niej zbyt bliski - powiedział.
- Nie rozumiem - odpowiedziałem, oczekując najgorszego.
- Widzisz, chłopcze, ktoś uzależniony uczuciowo od innej osoby nie będzie w stanie być całkowicie posłuszny, a ona ma się słuchać tylko mnie.
- Panie, gwarantuję, że nie...
- Nie tłumacz mi się, dobrze wiem, że inaczej nie dałbyś rady jej przekonać. Zastanawiam się, czy nie wyszło to na dobre. Nie będę tego ukrywał, masz potencjał i zapowiada się na to, że możesz być moim najwierniejszym sługą. Potrzebuję kogoś takiego.
- To dla mnie zaszczyt - rzekłem tak, jak uczył mnie ojciec.
- Jeśli będzie słuchała się Ciebie, to tak, jakby słuchała się mnie - kontynuował - Tak więc chcę, żeby jadła Ci z ręki.
- Jadła mi z ręki?
- Jesteś młodym mężczyzną, Draco. Taka dziewczyna, to żadne wyzwanie.
"Nawet nie wiesz, jak bardzo jesteś w błędzie" pomyślałem.
- Tak jest.
- Nie mamy jednak wiele czasu - powiedział.
- Oczywiście, to nie powinno potrwać długo.
- Dobrze, dobrze... Cóż, nie będę Cię zatrzymywał, idź, baw się. Zdobądź jej serce - rzekł, z udawaną radością w głosie.
Przypomniały mi się słowa Blaise'a. Myślałem, że jego pomysł był niedorzeczny, a sam Voldemort poprosił mnie, abym rozkochał w sobie Talię... Mimo, iż mogłem sobie teraz pozwolić na to, na co wcześniej nie mogłem, nie cieszyłem się. Świadomość, że mogłem to zrobić tylko dlatego, że Czarny Pan mi pozwolił, była nie do wytrzymania. Już wolałbym łamać zasady, nie zważając na karę. Wtedy chociaż mógłbym zdobyć jej serce z własnej woli. Ale teraz był to rozkaz. Teraz nawet moje szczere uczucia zmieniły się w podstęp, część planu.




                                                                              ***


Podeszłam do stolika z napojami, myślami wracając do mojego tańca z Draconem. Zdziwiło mnie to, że tak swobodnie się przy nim czułam. To była dla mnie nowość.
- I jak oceniasz bankiet? - usłyszałam za plecami głos Blaise'a.
Odwróciłam się. Koło niego stał Teodor.
- Zapytaj mnie o to, jak się skończy, bo na razie nie widzę, żeby ktoś dobrze się bawił - odparłam.
- Niestety, tak właśnie bawią się ludzie z wyższych sfer - zaśmiał się gorzko Teo.
- W takim razie jest mi was bardzo, ale to bardzo żal - powiedziałam, upijając łyk ponczu.
- Sugerujesz, że potrafisz bawić się lepiej od nas? - spytał Blaise, rzucając mi wyzywające spojrzenie.
- Oczywiście że tak, Mieszkając sama w środku lasu bawiłam się lepiej - prychnęłam.
Oczywiście nie było to prawda, ale cóż, lubiłam droczyć się z ludźmi.
- Kochanie, jeszcze nigdy nie byłaś na naszej imprezie. Gdybyś trafiła do Slytherinu, to zmieniłabyś zdanie.
- Cóż, kochanie, nie trafiłam do Slytherinu. Widzę jednak, jak kończą Ci, którzy do niego trafili - zaśmiałam się trochę głośniej, niż zamierzałam i kilka osób popatrzyło na mnie jak na wariatkę.
- Teodor, czemu mi nie pomagasz? - jęknął teatralnie Zabini.
- Niech dziewczyna zaprzecza, ile chce. I tak wiem, że bawi się lepiej, niż twierdzi. Wiem nawet, czyja to zasługa - odparł, uśmiechając się złośliwie.
- W takim razie wiesz więcej, niż ja sama, Nott.
- Och proszę Cię, myślisz że nie widziałem twojego uśmieszku, kiedy tańczyłaś z Draconem? - w ten sposób wygrał naszą małą wojnę słowną.
Cholera.
- To zupełnie co innego..- zaczęłam, ale tak naprawdę zabrakło mi argumentów.
- No już lewku, nie wysilaj się tak.
- Przypomnij sobie własne słowa, kiedy będziesz się wypierać faktu, że jesteś zainteresowany Hermioną - odgryzłam się.
Przez jego twarz przebiegł cień paniki, ale szybko nad sobą zapanował.
- To nie fakt, tylko twoje niemądre podejrzenia - odpowiedział krótko, spoglądając w inną stronę.
Blaise za to powstrzymywał wybuch śmiechu i dyskretnie przybił mi piątkę. On oczywiście nie był lepszy. Dobrze wiedzieliśmy, że Ginny zawróciła mu w głowie.
Kątem oka dostrzegłam Dracona, rozmawiającego z Arthurem Wintersem. Wydawał się miły, ale coś kazało mi być czujną, kiedy znajdował się w pobliżu.
To dziwne. Zanim dowiedziałam się o tym, że moc mnie wybrała, mój instynkt nie był aż taki wyczulony. Odkąd miałam świadomość, że byłam w posiadaniu potężnej energii, byłam bardziej czujna. Podejrzewałam nawet, że moc mogła mieć z tym coś wspólnego.
Kiedy tak nad tym rozmyślałam, dopiero, kiedy poczułam jego dłoń na ramieniu, zorientowałam się, że Draco wrócił. Mimo jego uśmiechu, widziałam że coś się musiało stać.
- Wszystko w porządku? - spytałam, przyglądając mu się uważnie.
- Oczywiście, że tak - odparł, patrząc mi prosto w oczy.
Postanowiłam odpuścić. Nowe otoczenie sprawiało, że stałam się przewrażliwiona.
- Co powiedział Winters? - wtrącił się Nott.
- Droga wolna - odpowiedział krótko blondyn.
Mimo, że nie miałam pojęcia, o czym mówili, nakazałam sobie siedzieć cicho. Musiałam się rozluźnić, a czerwone wino, stojące nieopodal na stoliku mogło mi w tym pomóc.
Draco, jakby czytając mi w myślach, sięgnął po dwa kieliszki i wręczył mi jeden.

Kolejna godzina minęła nam na rozmawianiu o najróżniejszych rzeczach. Przeważnie były to wspomnienia z dzieciństwa, albo coś co lubimy. Byłam bardzo zdziwiona, kiedy Draco przyznał się, że od czasu do czasu lubił gotować. Oczywiście niewiele osób o tym wiedziało. Teodor fascynował się mugolskimi sportami, czego też nie przewidziałam. Ich podejście do mugolów nie było tajemnicą.
Blaise za to grał na gitarze. Jak zaczarowana słuchałam ich kolejnych historii. Poznanie tych ślizgonów z nowej strony było bardzo fascynującym doświadczeniem. Niestety, w pewnym momencie to ja zostałam obsypana pytaniami.
Musiałam przyznać, że z każdą chwilą, bankiet stawał się bardziej znośny, pomijając fakt, że dużo osób podchodziło do mnie, aby zamienić ze mną kilka słów. Oczywiście tematem głównym były moje moce. Raz za razem zostawałam zmuszana do opowiadania jednej i tej samej historii, o tym jak się dowiedziałam, że w ogóle posiadam takie moce.
W pewnym momencie, kiedy rozmawiałam z dziadkiem Malfoya, który swoja drogą był bardzo miły, zauważyłam małe zamieszanie przy wejściu. W progu stał Severus Snape, nauczyciel eliksirów we własnej osobie, ściskając rękę panu Malfoyowi. W pierwszej chwili poczułam ulgę.
Przecież należał do Zakonu, co skutecznie mnie uspokoiło. Gdyby coś miało się stać, pomógłby mi, a przynajmniej miałam taką nadzieję. Jednak moja ulga szybko ustąpiła miejsca zdziwieniu. Co on tutaj robił? Czyżby ktoś z Grimmuald Place dowiedział się o mojej małej tajemnicy i wysłał go tutaj, aby miał mnie na oku? Sama myśl o tym sprawiała, że się we mnie gotowało. Przecież potrafiłam się bronić. Gdybym miała jakiekolwiek wątpliwości, nie było by mnie tutaj...
"Ale ty masz wątpliwości" warknęła moja podświadomość, z nutką irytacji w głosie. Niestety miała rację.  Miałam wątpliwości, co do Lucjusza Malfoya.
- Ojciec go zaprosił, bo ważył lecznicze eliksiry dla mojej babci - szepnął Draco.
Zaczęłam się zastanawiać, czy Malfoy rzeczywiście potrafi czytać w myślach, ale szybko odgoniłam tą myśl. Moje gapienie się w stronę nauczyciela było bardzo wymowne.
- Och - odparłam tylko.
Czyli Zakon nie miał z tym nic wspólnego? Postanowiłam zostawić wszelkie przemyślenia na potem. Przecież byłam na super ważnym bankiecie Malfoy'ów. Grzechem byłoby zmarnować ten, jakże cenny czas na główkowanie o Snapie.
- Nie wiem jak wy, ale ja bym się chętnie ulotnił - odezwał się Blaise.
- Odpada - odparł z niechęcią Draco.
- A co, gdybym powiedziała, że nie za dobrze się czuję? - wtrąciłam się, po czym upiłam spory łyk wina.
- Mogłoby się udać - stwierdził Teodor.
Draco patrzył na mnie przez chwilę, rozważając wszystkie za i przeciw. W końcu odszedł bez słowa w stronę matki, która stała u boku swojego męża (czyżby to właśnie był los żony arystokraty?).
Kiedy tak rozmawiali, pani Narcyza zerknęła w moją stronę, marszcząc lekko brwi. Przypominała mi matkę. Nie elegancją panią tej olbrzymiej rezydencji, nie żonę wpływowego mężczyzny, tylko matkę. Coś we mnie ścisnęło się nieprzyjemnie i od razu pożałowałam tego, że skłamaliśmy tylko po to, żeby się stąd wyrwać. Jak widać, ślizgoni mieli na mnie zły wpływ.
Draco wrócił po chwili, a na jego twarzy pojawiła się ulga i coś na kształt rozbawienia.
- Idziemy - powiedział cicho.
Ja, udając, ze nie czuję się najlepiej, zwolniłam kroku.
Niemal od razu poczułam dłoń Malfoya na mojej talii. Drugą położył mi na ramieniu, jakby obawiał się, że w każdej chwili mogłabym zasłabnąć.
- Jakiś ty opiekuńczy - mruknęłam, starając się zachować poważną twarz.
- Tak wiele o mnie nie wiesz - westchnął, urywając uśmiech.
- A może tylko tak Ci się zdaje?
Ten zerknął na mnie z politowaniem.
Ktoś nagle stanął nam na drodze.
- Tak wcześnie nasz opuszczasz? A miałem nadzieję, że zdołam jeszcze skraść Ci jeden taniec - powiedział pan Winters.
Nie wiedzieć czemu, poczułam dziwny prąd w klatce piersiowej.
- Naprawdę bardzo mi przykro, ale źle się poczułam - odrzekłam, starając się brzmieć normalnie i ignorować ten nieprzyjemny ból.
- Czy to coś poważnego?
- Raczej nie.
- W takim razie, życzę szybkiego powrotu do zdrowia - powiedział, ujmując moją dłoń.
I w tej chwili stało się coś bardzo dziwnego. Miejsce, którego dotknął, zaczęło mnie nieopisywanie piec, a ból w klatce piersiowej się nasilił. Ledwo udało mi się powstrzymać jęk. Przed oczami pojawiły mi się dziwne  obrazy, których nie potrafiłam rozpoznać. Kiedy jednak puścił moją rękę, wszystko ustało. Czułam już tylko nieprzyjemne mrowienie w piersi.
- Dobranoc - wycedziłam i pociągnęłam Dracona jak najprędzej do wyjścia.
Za nami szli Blaise i Teodor. Kiedy drzwi od sali były już zamknięte, odetchnęłam głęboko.
- Wszystko w porządku? - spytał Draco, najwidoczniej cały spięty.
Jego dłoń była zaciśnięta na moim ramieniu, a w oczach czaił się niepokój. Teodor is Blaise też wyglądali na zaniepokojonych.
- Nie - odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.
Potarłam obolałe jeszcze miejsce, szybko jednak cofnęłam rękę. Zdążyłam już zapomnieć, że za każdym razem jak to robiłam po ataku, ból tylko się wzmacniał. Czyli znowu musiały mi się pojawić te cholerne blizny...
Spojrzałam na swój dekolt. Spod czarnej koronki wystawały cienkie, ciemne blizny, przypominające pęknięcia na szkle. Kiedy podniosłam wzrok, dostrzegłam, cze oczy trójki ślizgonów były zwrócone w kierunku mojego dekoltu.
- Ej! - syknęłam.
Jak oparzeni, szybko odwrócili wzrok.
- Jak to możliwe? - odezwał się Teodor, usilnie próbując patrzeć mi w oczy.
- Nie mam pojęcia, ale tym razem to nie była moja wina - odrzekłam, zdejmując szpilki.
Miałam już ich dość.
- Coś jest nie tak z tym Wintersem - dodałam po chwili zastanowienia.
Draco wymienił spojrzenia z kolegami.
- Chodź, chcę Ci pokazać pewne miejsce - powiedział.
Ruszyłam za chłopakami w stronę schodów. Zaprowadzili mnie na to samo piętro, na którym była moja sypialnia. Nasz cel był jednak w dalszej części korytarza.
Draco otworzył drzwi zaklęciem i puścił mnie przodem.
Stałam w ogromnym pokoju, w którym panowała biel i bardzo ciemny niebieski. Był jeszcze większy od mojego, co wydawało mi się niemożliwe, aż do tej chwili.
- Zaczynam się martwić waszą manią na punkcie dużych rzeczy, serio. Wszystko w waszym domu jest ogromne - powiedziałam, patrząc na kolegów, którzy powstrzymywali śmiechy.
- Cóż... Tak to już jest - odparł Blaise i rzucił się na granatową kanapę.
- I jak? - spytał Draco.
- Spodziewałam się zieleni - parsknęłam.
Blondyn pokręcił głową, rozbawiony.
- Jeśli chcesz obejrzeć blizny, to tam jest łazienka - wskazał na drzwi nieopodal łóżka.
- Dzięki.
Od razu skorzystałam z propozycji Malfoya i zamknęłam się w łazience. Stanęłam przed lustrem i rozpięłam sukienkę. Odkryłam  ramiona i opuściłam materiał, który teraz zwisał mi z bioder.
Poczułam, jak wzrasta we mnie panika.
Blizny były niemal czarne. Przypomniało mi się, kiedy Draco opowiadał mi o tych bliznach. Twierdził, że im będą ciemniejsze, tym gorzej. Kiedy osiągną czarny kolor, mogę umrzeć. Tak moc ostrzegała swojego nosiciela. Dlatego musiałam się jak najszybciej nauczyć samokontroli, panowania nad tą siłą, która mogła mnie wyniszczyć od środka. Szybko poprawiłam sukienkę, uważając, aby materiał nie ocierał się za bardzo o te dziwne pęknięcia.
- I jak ? - spytał Teodor, kiedy wyszłam z łazienki.
- Nie jest tak źle - skłamałam - Co robimy?
- A co chciałabyś robić?
- Hmm... Chciałabym poćwiczyć - odparłam po chwili namysłu.
W sumie, do tej pory uczyłam się tylko, jak zapanować nad mocą, a nie jak z niej korzystać.
- Nie ma mowy, nie dzisiaj - rzekł stanowczo Draco.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Musisz odpocząć, dać bliznom zniknąć. Myślisz, że nie zauważyłem, jakiego są koloru? Tam, gdzie masz blizny, bariera, która powstrzymuje moc, jest słabsza. Jeśli teraz zaczniesz używać mocy, może Ci się coś stać - wytłumaczył, wyciągając się na łóżku.
- Ale przecież mogę...
- Nie, Talia, nie możesz - przerwał mi.
- No dobrze, w takim razie chyba pójdę się położyć, jestem zmęczona - powiedziałam, nie zbyt skutecznie maskując moją irytację.
-  No co ty, już nas zostawiasz? Noc jest jeszcze młoda! - zawołał Blaise, zrywając się z kanapy.
- Wiem, przepraszam, ale jak sam Draco to ujął, powinnam odpoczywać i dać zagoić się bliznom - odparłam.
- W takim razie widzimy się w Hogwarcie, szkrabie - zaśmiał się Blaise i uścisnął mnie krótko, uważając na to, aby nie sprawić mi bólu.
- Do zobaczenia - pożegnał się Teodor i objął mnie delikatnie ramieniem.
- Cześć chłopaki - odparłam, kierując się w stronę drzwi.
- Do jutra - zawołał za mną Draco, w momencie, kiedy zatrzasnęłam drzwi.
Byłam padnięta.


                                                                            ***


Moi przyjaciele patrzyli na mnie rozbawieni tym, co przed chwilą zaszło.
- Przecież miałem rację - warknąłem.
- Oczywiście, że miałeś rację. Po prostu pierwszy raz widzę Cię w takiej sytuacji i muszę przyznać, że bardzo dobrze się bawię - odpowiedział Teodor, wyciągając z barku kremowe piwo.
- Ona jest nie do zniesienia. Jeszcze nigdy nie spotkałem tak trudnej i upartej dziewczyny - mruknąłem pod nosem.
- Nie przesadzaj - powiedział Blaise - przecież ty też nie lubisz, kiedy mówią Ci co masz robić.
- Nienawidzę - przyznałem - Ale to nie było nic wielkiego. Poza tym, zabroniłem jej ćwiczyć dla jej własnego dobra.
- To idź jej to powiedz - rzekł Blaise, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Żeby mnie tam zabiła? Nie dziękuję - prychnąłem.
- Nie zrobi tego. Miała dobrego nauczyciela, umie nad sobą panować. Z resztą sam mówiłeś, że jest teraz słaba. Nie brak jej rozumu, nie będzie się narażała tylko po to, żeby się Ciebie pozbyć - zaśmiał się Blaise
- Przysięgam, kiedyś poprzestawiam Ci twarz - syknąłem.
- I tak mnie kochasz.
- Jak dzieci - westchnął Teodor.
Siedzieliśmy na kanapie, popijając piwo kremowe. Nie wiedziałem co robić. Niby nie doszło do kłótni, ale wiedziałem, że Talia była poirytowana. Gdybym teraz do niej poszedł, mogło by się to różnie skończyć, a nie chciałem ryzykować. Z drugiej strony... Nie będę oszukiwał samego siebie, każda okazja do rozmowy z nią była kusząca.
Moja samolubność wygrała.
- Idę - rzekłem, podnosząc się z kanapy .
- Zuch dziewczynka! - zawołał Blaise.
Posłałem mu tylko mordercze spojrzenie i zostawiłem ich w pokoju.
Zawahałem się, stojąc pod jej drzwiami. A co, jeśli już spała? Nie, to niemożliwe. Przecież dopiero niedawno poszła do siebie.
Zapukałem cicho. Po chwili otworzyła mi Talia. Była już przebrana w piżamę, a na jej twarzy nie było już makijażu. Włosy opadające lekkimi falami na plecy też gdzieś zniknęły. Zamiast nich widziałem teraz burzę długich loków. Spod jej szarego podkoszulka wystawały jej nowe blizny, które teraz były lepiej widoczne. Przeszły mnie ciarki. Gdyby nie one, wyglądałaby tak niewinnie i niegroźnie... Ale pozory mylą.
- Hej - rzekłem, uśmiechając się łobuzersko.
- Nie wiesz co to znaczy "do jutra"? - spytała, nadal lekko zdziwiona moim zjawieniem.
- Wiem, ale chciałem pogadać. Mogę?
Otworzyła szerzej drzwi i wpuściła mnie do środka.
- Ładnie tu - stwierdziłem z uznaniem.
- Tak, twoja mama ma talent - przytaknęła.
Usiadła na skraju łóżka, czekając aż coś powiem.
- Mam nadzieję, że nie jesteś zła - odezwałem się po chwili ciszy.
- Nie - parsknęła - Ale nie lubię, jak ktoś mi czegoś zabrania.
Odetchnąłem z ulgą.
- Tak, zauważyłem.
Zachichotała pod nosem.
Usiadłem obok niej, luzując muchę.
- Boli Cię jeszcze? - spytałem.
- Trochę - odparła, nie patrząc mi w oczy.
Spodziewałem się takiej odpowiedzi. Wiedziałem że skłamie. Owszem, jej wytrzymałość mi imponowała, ale nie mogła zawsze maskować bólu, zwłaszcza w takich sytuacjach.
- Talia, widziałem jak płaczesz, widziałem Cię skręcającą się z bólu, widziałem Cię wściekłą, przerażoną i krwawiącą . Widziałem też jak się śmiejesz i rumienisz, co swoją drogą jest urocze. Nie uważasz, że możesz mi powiedzieć, jak naprawdę się czujesz?

Popatrzyła na mnie zawstydzona i wcale jej się nie dziwiłem. Zdążyłem przez te parę miesięcy naszej znajomości zauważyć, jak mało chce pokazać ludziom. Nie chciała, żeby widzieli ją słabą i zranioną. Bardzo starała się ukryć wszystkie jej słabości. Niestety, ja sam tak dobrze to znałem, więc doskonale wiedziałem, jak bardzo starała się być silna. Fakt, że widziałem ją w tych wszystkich okolicznościach, musiał być dla niej nie do zniesienia.
- Boli - powiedziała w końcu.
- Wiesz, że możesz się ich pozbyć?
Myślami wróciłem do naszej lekcji, kiedy Talia zmagała się ze swoim największym strachem. Pod koniec, ledwo przytomna, leżała na podłodze z ciemnymi bliznami. Mimo to, udało jej się je wyleczyć.
- Wiem, próbowałam, ale nie udało mi się. Nie mam pojęcia dlaczego - odparła, widocznie zła na siebie.
- Hej, po co te nerwy - zaśmiałem się.
Usiadłem przodem do niej. Gestem ręki dałem jej do zrozumienia, że ma zrobić to samo.
Kiedy siedziała już przodem do mnie, położyłem jej ostrożnie dłonie na ramionach. Syknęła z bólu, ale nie cofnąłem rąk.
- Weź głęboki oddech i spróbuj się uspokoić, pozbyć się wszystkich negatywnych myśli - poleciłem.
Talia, niezbyt przekonana, zamknęła oczy zrobiła to co jej kazałem.
- Zrelaksuj się, skoncentruj na czymś, co daje ci spokój i ukojenie - szepnąłem.
Po chwili, mięśnie jej twarzy się rozluźniły i wiedziałem, że jej się udało.
- A teraz, nie tracąc tego spokoju, bez żadnych nerwów, spróbuj wyleczyć blizny.
Czekałem cierpliwie, ale nic się nie działo.
W końcu jednak blizny zaczęły powoli blednąć. Uśmiechnąłem się sam do siebie.
Nagle ktoś zapukał do drzwi, a Talia wyrwała się z transu. Blizny na nowo pociemniały.
- Proszę - zawołała słabym głosem.
Coś ścisnęło mnie w środku. Nie mogłem sobie nawet wyobrazić, ile to wszystko ją kosztowało.
W drzwiach stanął mój ojciec.
- Wybacz, Talio, że wam przeszkadzam, ale muszę pomówić z moim synem - powiedział, idealnie imitując uprzejmość.
- Oczywiście, nic się nie stało - odrzekła.
Spojrzałem na nią przepraszająco i wyszedłem razem z ojcem, zamykając za sobą drzwi. Odeszliśmy kawałek, żeby nas nie słyszała.
- Co ty wyprawiasz? - syknął ojciec, na powrót będąc sobą.
- Pomagam jej. Przecież muszę, żeby...
- Czarny Pan ją osłabił, żeby medalion mógł mieć łatwiejszy dostęp do jej mocy - przerwał mi.
- A nie uważasz, że było to dość ryzykowny ruch? Już zaczynała mieć jakieś podejrzenia, co do "Artura Wintersta".
- Jak śmiesz podważać decyzje Pana? - warknął - Owszem, musimy być dla niej mili, ale nie zapomnaj dlaczego. Czy ty naprawdę myślisz, że jak już będzie po wszystkim, to nadal będziesz mógł się z nią przyjaźnić? Nie wiemy, czy uda nam się ją przeciągnąć na naszą stronę, ale jedno jest pewne. Nie ważne czy dołączy do nas z własnej woli, czy też ją do tego zmusimy. Ona będzie należała do Czarnego Pana. Coś mi mówi, że jej sympatia do Ciebie zniknie, jak tylko się dowie kim tak naprawdę jesteś.

Musiałem się naprawdę starać, aby nie stracić kontroli nad sobą. Właśnie w takich chwilach nienawidziłem go najbardziej
- Idź już - rzekł i odszedł bez żadnego pożegnania.
Stałem tak, patrząc jak mój ojciec znika z mojego pola widzenia. Byłem wściekły. Głównie dlatego, że to co powiedział, było prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że sposób w jaki mi to mówił, był nie do zniesienia. Zupełnie, jakby napawał się moim nieszczęściem.
Poprawiłem marynarkę i wróciłem do pokoju Talii. Leżała na łóżku, patrząc przez okno. Lampy po obu stronach jej łóżka były jedynym źródłem światła. Do mojej głowy wtargnęła nieproszona myśl.
Mógłbym się przyzwyczaić do takiego widoku.
- Wszystko w porządku? - spytała, chcąc się podnieść, ale skrzywiła się lekko.
- Leż - powiedziałem, siadając obok niej - Tak, wszystko dobrze.
Patrzyła na mnie z powątpiewaniem.
- Draco, widziałam Cię smutnego, złego i lekko pijanego. Widziałam też...
- Wymyśl sobie własne gadki - zaśmiałem się, chowając twarz w dłonie.
Przecież ona mnie znienawidzi. Im bliżej siebie będziemy teraz, tym bardziej będzie nas to później bolało. Ale co miałem na to poradzić? Nie byłem w stanie stać się obojętny, nie teraz, nie po tym, jak sam przed sobą przyznałem się, że Talia jest dla mnie ważna.
W końcu odważyłem się na nią spojrzeć. Uśmiechała się.
" I pomyśleć, że za niedługo ten uśmiech zniknie, a zastąpi go smutek i łzy" pomyślałem. Chociaż... Nie. Owszem, zdarzało jej się płakać, widziałem też łzy, którym nie dała popłynąć, ale miałem przeczucie, że tym razem się nie popłacze. Owszem, będzie zawiedziona, może też smutna, ale to gniew będzie górował.
Talia poklepała poduszkę obok swojej.
Leżeliśmy tak obok siebie, patrząc na sufit. Za oknem padał śnieg.  Naprzeciwko nas, w kominku tańczył wesoło ogień.
- Przepraszam, ale nie lubię twojego ojca - odezwała się cicho Talia.
Odwróciłem głowę w jej stronę. Miała tak poważny wzrok, że nie wytrzymałem. Parsknąłem szczerym śmiechem. Dopiero po dłuższej chwili byłem w stanie się uspokoić.
- Taa, podejrzewam, że nie tylko ty - odparłem.
- Ale nie wiem dlaczego. Jest dla mnie miły, zbyt miły.
- Talia, myślę, że po twoich przejściach wiesz, że ludzie zmieniają swoje zachowanie, w zależności od sytuacji - palnąłem.
Powinienem wstawić się za ojcem, powiedzieć, żeby się nie przejmowała, że on już taki jest. Ale nie mogłem.
- Wiem - odpowiedziała.
- No to w czym rzecz?
- Bo widzisz... Ty nienawidzisz mojego brata, z wzajemnością oczywiście. Od paru lat poniżasz moich przyjaciół, co oczywiście uległo zmianie, Nawet my potrafimy się nie zgadzać w wielu sprawach, kłócić się. A mimo to Ci ufam i wiem, że wcale taki nie jesteś, a przynajmniej nie dla mnie. A twój ojciec... Nie mam pojęcia czemu jest dla mnie taki miły. Nie ważne ile medalionów by dla mnie znalazł... Nie jestem w stanie się do niego przekonać - powiedziała, nadal wpatrując się w sufit.
Nie miałem pojęcia co jej odpowiedzieć.
- Wiem, że mój ojciec może wydawać Ci się dziwny. Jego styl bycia, ta nadmierna uprzejmość... Wielu osobom może się to wydawać fałszywe i w większości przypadków bym się z nimi zgodził. Sam nie mam z nim najlepszych relacji, ale... On naprawdę chce Ci pomóc - ostatnie zdanie ledwo przeszło mi przez usta.
Miałem ochotę powiedzieć jej prawdę i prosić o wybaczenie. Okłamywanie jej było porównywalne do klątwy Cruciatus.
- Skoro tak twierdzisz... Ale nadal go nie lubię.
- Może to nawet lepiej - odparłem, uśmiechając się pod nosem.
- Za to twoja mama jest wspaniała - dodała, obracając się w moją stronę.
- Wiem. Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem wdzięczny za to, że ją mam.
Cieszyłem się, że nie było tu Blaise'a i Teodora. Oni oczywiście znali mnie na wylot, ale nigdy nie musiałem im pokazywać tego, jaki byłem "w środku". Wiedzieli jaki jestem, ale nie zmieniało to faktu, że przy nich prawie zawsze blokowałem wszystkie emocje. Jednak przy Talii było to tak proste i naturalne, że często się zapominałem. Chłopaki mięli by ze mnie teraz niezły ubaw.
- Ciekawa jestem, jaka była moja mama - powiedziała bardziej do samej siebie.
Fakt, że Talia prawie zawsze tryskała energią i była silna, sprawiał, że bardzo łatwo było zapomnieć o tym, że jej rodzice nie żyją. Że tak naprawdę nigdy nie żyła wśród swojej rodziny, bo straciła wszystkich, będąc zaledwie małym dzieckiem. Oczywiście właśnie z tego była znana, a przynajmniej od momentu, w którym świat czarodziejów dowiedział się o jej istnieniu.
- Z tego, co widzę przed sobą, wnioskuję, że musiała mieć niezły charakterek - mruknąłem, chcąc poprawić jej humor.
Podziałało.
- Czujesz się trochę lepiej? - spytałem.
- Tak, dziękuję.
- Za co? - zdziwiłem się.
- Za to że przyszedłeś - odparła.
Po chwili wahania, podniosła się lekko i pocałowała mnie w policzek. Zamarłem. Dotyk jej ust na mojej skórze sprawił, że mógłbym zapomnieć o wszystkim co się wokół działo. Ten jeden, niby niewinny gest sprawił mi nieopisywalną przyjemność. Jej usta były ciepłe, delikatne. Jej czarne loki łaskotały mnie w szyję, kiedy się nade mną nachyliła. Nie wiedziałem, czy to perfumy, czy też może coś innego, ale pachniała przepięknie. Nie potrafiłem określić jaki był to zapach, choć na tyle mącił w głowie, że straciłem panowanie nad tym co robiłem. Zanim zdążyła się całkiem odsunąć, położyłem dłoń na jej talii. Nie spodziewała się tego, ale też nie protestowała. Opierała się o mój tors i cierpliwie czekała, na mój następny ruch. Drugą ręką sięgnąłem po jej dłoń. Ująłem ją ostrożnie.
- Wystarczy jedno słowo a przestanę - szepnąłem, zanim na dobre zatraciłem się w jej bliskości.
Wiedziałem, że to była dla niej nowość, że mogła czuć się nieswojo, może też głupio, dlatego byłem gotowy na jej odmowę, mimo, że naprawdę nie chciałem jej usłyszeć.
- Nie musisz - odszepnęła.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Przybliżyłem jej dłoń do swoich ust i złożyłem na niej pocałunek.
- A jednak złośnice potrafią czasami być znośne - mruknąłem.
Zaśmiała się wesoło.
- Nie przyzwyczajaj się - odparła, drugą dłoń kładąc mi na policzku.
Teraz niemalże na mnie leżała, a nasze ciała nie mogły być już bliżej siebie.
Coś mi się przypomniało.
- Nie boli Cię?
Pokręciła głową.
- To nie jest ważne - odpowiedziała, cały czas patrząc mi w oczy.
Ona naprawdę nie miała nic przeciwko. A jednak cały czas bałem się, że zaraz się ode mnie odsunie. Musiała dostrzec, że coś mnie trapi.
Palcem wskazującym narysowała linię od mojej skroni, aż do kącika moich ust. Następnie przybliżyła twarz do mojej i w następnej chwili, jej słodkie usta zetknęły się z moimi.


* W moim opowiadaniu, Ella Fitzgerals była czarownicą, a jej piosenki były powszechnie znane w świecie czarodziejów.


niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział XXII Część I : Zabawę czas zacząć

Witam! Tym razem na czas :D Muszę przyznać, 
że jestem bardzo dumna z tego rozdziału. Jest
przede wszystkim długi, ale zawiera też kilka nowych,
może też szokujących informacji. Mam wielką 
nadzieję, że się wam spodoba, na prawdę się 
napracowałam! Byłabym też wdzięczna, jeśli 
zostawilibyście po sobie komentarz, napisali, co
sądzicie o rozdziale :) Miłego czytania!


Panna Potter.





Pierwsze co zobaczyłam, wchodząc do domu Dracona, to olbrzymi żyrandol. Światło odbijające się od tysięcy kryształków było wręcz magiczne.
Czy wszystko w jego domu musiało być ogromne? Dałabym sobie głowę uciąć, że hol, w którym właśnie się znajdowaliśmy, był większy od całego mieszkania na Grimmuald Place.
- Jesteście już - usłyszałam kobiecy głos, odbijający się echem od wysokich na przynajmniej sześć metrów ścian, wykonanych z ciemnego kamienia.
- Zaczynałam się martwić - dodała, kiedy już na nią patrzyliśmy.
W naszym kierunku zmierzała dość wysoka kobieta. Ubrana była w prostą, ale bardzo elegancką sukienkę, sięgającej do ziemi. Była w kolorze butelkowej zieleni, wykonana z jedwabiu. Całość prezentowała się przepięknie. Jej oczy rozjaśniły się na widok syna, którego twarz ujęła w swoje dość chude (i perfekcyjnie zadbane) dłonie i pocałowała w policzek.
- Przepraszam, mamo - odrzekł Draco - Talia, poznaj moją mamę. Mamo, to jest właśnie Talia - przedstawił nas sobie.
Matka Dracona wyciągnęła do mnie dłoń. Spodziewałam się delikatnego uściśnięcia ręki, ale nie. Jej uścisk był zadziwiająco mocy, jak na tak elegancką kobietę.
- Witaj Talio. Mam nadzieję, ze poczujesz się tutaj, jak w domu - posłała mi promienny uśmiech, odsłaniając swoje idealnie białe zęby.
Czy ona nie posiadała żadnych wad? Przy niej czułam się jak najgorsza pokraka. Nawet sposób, w jaki się poruszała, był nienaganny.
- Dobry wieczór, Pani Malfoy. Dziękuję bardzo za zaproszenie - odparłam, rumieniąc się lekko.
Miałam ochotę schować się pod dywan, który swoją drogą był przepiękny, tak jak wszystko co było, czy też żyło w tym domu (na przykład Pani Malfoy....).
- Ależ nie ma za co. Muszę przyznać, że niecierpliwie czekałam na dzień w którym Cię poznam - powiedziała, a jej słowa i serdeczność w jej głosie sprawiły, że mogłabym się rozpłynąć na jej oczach.
- Och, naprawdę? - odparłam mało inteligentnie.
- Oczywiście. Tyle o tobie słyszałam.
Słyszała o mnie? Czyżby Draco rozmawiał o mnie ze swoją matką? "Idiotko, pewnie chodziło jej o twoje moce. W końcu jej mąż szukał dla Ciebie medalionu" szepnęła moja podświadomość.
- Cóż, mam nadzieję, że nie słyszała Pani nic złego - powiedziałam, zerkając na Dracona, który przyglądał mi się cały czas. Było to bardzo krępujące.
- Skądże znowu, mój syn lubi twoje towarzystwo, z tego co wywnioskowałam z jego opowiadań - odpowiedziała.
- No dobrze, tobie już podziękujemy mamo. Talia musi się przyszykować, ja z resztą też. Zobaczymy się na bankiecie - wtrącił się Draco.
Podszedł do matki, cmoknął ją szybko w policzek, tak jak ona wcześniej i pociągnął mnie za sobą w stronę schodów.
Odwróciłam się, chcąc pożegnać się z Panią Malfoy i zobaczyłam, jak kręciła głową, rozbawiona zachowaniem syna. Puściła do mnie oczko opuściła hol.
- Proszę, proszę - odezwałam się, kiedy byliśmy już na półpiętrze - Zawsze uciekasz, kiedy tematy robią się niezręczne?
Malofoy spojrzał na mnie, piorunując mnie wzrokiem, ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Ta cała sytuacja była przezabawna.
- Ja nie uciekam, Potter. Do bankietu zostały dwie godziny. Będą tam naprawdę ważni ludzie, więc muszę się dobrze prezentować. Ty zresztą też - odparł, nie zwalniając tępa.
Przystanął, kiedy byliśmy na trzecim piętrze.
- No już, Malfoy, nie burmusz się tak - parsknęłam, rozkoszując się tą chwilą.
Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego. Po raz pierwszy to on był zakłopotany.
Wziął głęboki oddech, a jego mina zelżała.
- Ufam, że twoje koleżanki nauczyły cię "robić się na bóstwo" - zmienił temat, idąc wolnym krokiem przez korytarz.
- Po tylu torturach? Nie miałam innego wyjścia.
Wzdrygnęłam się na samą myśl o makijażu i obcasach. Na początku fascynowało mnie to, co makijaż może zrobić z twarzą, ale szybko zmieniłam zdanie. Owszem, efekt końcowy zawsze mnie zachwycał, ale w praktyce... Wolałam już nigdy nie mieć z tym do czynienia. Niestety, dzisiaj musiałam wydobyć z siebie najelegantszą i nieolśniewającą wersję mnie, jako że bankiet, na który zostałam zaproszona okazał się bardzo ważny, jak mi to ciągle przypominał Malfoy.
- A tak z innej beczki, to gdzie ty mnie prowadzisz? - spytałam, przerywając ciszę.
- Prowadzę Cię do twojej tymczasowej sypialni. Moja Matka sama ją udekorowała, specjalnie dla Ciebie - odrzekł, patrząc przed siebie.
Nie wyglądał na zadowolonego, nie wiedziałam jednak co było tego powodem.
- Rety, przecież nie musiała. Jestem tutaj tylko na dwa dni - odparłam, po raz setny czując się głupio. Nie dość, że ojciec Dracona uganiał się za jakąś głupią przywieszką, tylko dlatego, żeby mi pomóc, to jeszcze Pani Malfoy narobiła sobie trudu, aby urządzić dla mnie pokój, który i tak opuszczę za dwa dni.
- Nie przejmuj się. Moja matka i tak nie miała nic lepszego do roboty. Cały czas siedzi w tym domu, trzymając się boku mojego ojca. Myślę, że taka okazja była dla niej zbawieniem - rzekł cierpko.
Skąd ta nagła zmiana nastroju? Postanowiłam jednak o to nie pytać. Wiedziałam jak to mogłoby się skończyć.
- A oto twój pokój - powiedział, zatrzymując się przed podwójnymi drzwiami z ciemnego drewna - Przyjdę po Ciebie o ósmej - dodał, otwierając dla mnie drzwi.
- Czemu brzmi to jak groźba? - odparłam, udając przerażenie.
- Nie wiem, ty mi powiedz - szepnął, uśmiechając się tajemniczo.
Wywróciłam oczami i zamknęłam drzwi. Dobrze, że tam, były, bo kiedy zobaczyłam jak wygląda mój tymczasowy pokój, moje nogi ugięły się pode mną.
Czy ja byłam w pałacu?
Wysokie ściany zostały pomalowane na bordowy kolor, meble, które wyglądały na zbytki, były wykonane z ciemnego drewna, orzecha, o ile się nie myliłam. Mimo, ze wyglądały na stare, czas nie pozostawił na nich żadnych śladów, były w idealnym stanie.
Pod prawą ścianą, tuż przy oknie, stało wielkie łoże, które pomieściłoby cztery osoby, a po jego bokach dwie lampy, kształtem przypominające winorośl, pnącą się ku sufitowi.
Z lewej znajdował się kominek, również spektakularnych rozmiarów. Malfoyowie musieli mieć jakąś manię na tym punkcie, Czułam się jak mały skrzat.
W koncie, po lewej stronie kominka, stała szafa dwudrzwiowa. Podeszłam do niej i włożyłam torbę, którą niósł za mnie Malfoy.
Obok łóżka dostrzegłam piękną toaletkę, wykonaną w podobnym stylu jak lampy. Najbardziej jednak zachwycił mnie taras z widokiem na ogród (tak, też był wielki).
Wieczorne niebo było przysłonięte chmurami, jednak biały puch, który wszystko pokrywał, zdawał się niemal lśnić. Szybko wróciłam do środka, strzepując z siebie pojedyncze płatki śniegu.
To miejsce było niesamowite. Pasowałam tu? Oczywiście, że nie.



                                                                              ***


- No, jesteś wreszcie. Twoja mama prosiła nas, abyśmy jej pomogli na dole - powiedział na przywitanie Blaise, kiedy wszedłem do swojej sypialni.
Moi przyjaciele i ich rodziny zjawiły się u nas już wczoraj. Mimo, że każdy dostał osobny pokój, Teodor i Blaise ciągle nawiedzali mnie w mojej sypialni, nie dając mi chwili spokoju. Robili mi na złość.
- To, dziwne, bo przed chwilą widziałem się z nią w holu i nic mi o tym nie wspomniała - odrzekłem, zrzucając z siebie koszulę. Podszedłem do szafy i wyciągnąłem z niej smoking, który moja matka zamówiła u najlepszej krawcowej w Wielkiej Brytanii.
- Ale my Ci wspominamy. Radziłbym Ci się pospieszyć - powiedział Teodor, siedzący na kanapie, która stała u nóg mojego łóżka. Oczywiście zdążyli już przywitać się z moim prywatnym barkiem. Na stoliku przed Nottem stała butelka Szkockiej.
- Widzę, że zapewniasz sobie dobrą zabawę - parsknąłem.
- Bez urazy, ale te bankiety przestały mnie bawić już dawno temu - odparł Teo.
- Nie tylko Ciebie - wtrącił się Blaise, a ja mu przytaknąłem .
Bankiety moich rodziców zawsze były bardzo sztywne. Nie chciałem w nich uczestniczyć, ale jako ich jedyny syn nie miałem innego wyjścia, zwłaszcza w tym roku, jako że Czarny Pan powrócił.
Miał się zjawić dziś wieczorem, oczywiście pod przykrywką. Snape uwarzył dla niego wyjątkowo mocny eliksir wielosokowy. Niestety nie wiedziałem, jak miał wyglądać.
- Macie się dzisiaj zachowywać. Jeśli znowu uchlacie się tak, jak w zeszłym roku to przysięgam, nie wyjdziecie z tego żywi. Dziwię się, że w ogóle was uwzględnili, wysyłając zaproszenia.
- No już, księżniczko, nie płacz już tak. W tym roku nie możemy sobie na to pozwolić, w końcu Czarny Pan ma nas zaszczycić  - mruknął z rezygnacją Teodor.
Zapadła cisza. Nikt z nas nie cieszył się z tego powodu, zwłaszcza Teodor. Nie widział go od wakacji, kiedy Voldemort zabił jego młodszego brata. Od tamtej pory nie popierał swoich rodziców, nie chciał wstąpić w szeregi Pana. Podobnie jak ja i Blaise. Nikt jednak nie dawał nam wyboru. Gdybyśmy się zbuntowali, nasze rodziny przypłaciły by to życiem.
- Jak tam spotkanie z Talią? - odezwał się Blaise.
- A jakie miało być?
- Sądząc po twoim humorze, to nie zbyt dobrze - mruknął pod nosem Teodor.
- Dziwisz mi się? - warknąłem, poprawiając muszkę.
- Jaśniej?
- Nie chcę jej w to wciągać - powiedziałem niemalże szeptem.
I tak już wiedzieli, jaki mam stosunek do siostry Pottera. Ukrywanie tego, że nie chciałem oddawać jej w ręce Voldemorta nie miało już sensu.
- Wiem - Teodor wstał i poklepał mnie po ramieniu - Ale sam nam mówiłeś, że nie mamy innego wyjścia. Nie pękaj, stary. Na razie musimy trzymać się poleceń z góry, ale może uda nam się coś wymyślić.
Westchnąłem ciężko. Nott miał rację. Nie mogliśmy na to nic poradzić. Dopóki nie będziemy mięli solidnego planu i pewności, że wypali, nie było mowy o podjęciu jakichkolwiek działań.
Podszedłem po lustra, przeczesałem dłonią włosy i odwróciłem się do moich kolegów.
- No, panowie. Zabawę czas zacząć.
- I takie podejście mi się podoba - zaśmiał się Blaise - Zupełnie jak dawny ty.
- Dawny ja? - zdziwiłem się.
- Wiesz... Odkąd Panna Potter podbiła twoje serce... Zmiękłeś, stary - powiedział Teodor, stając w bezpiecznej odległości.
Ja tylko zaśmiałem się krótko.
- Ach tak. Zmiękłem, powiadasz - spojrzałem na Zabiniego i Notta, uśmiechając się z wyższością.
- Jeszcze zobaczymy.


- No, chłopcy. Już chciałam po was iść - zawołała moja matka z drugiego końca sali balowej.
- Wybacz, ale moi koledzy nie dawali mi się przyszykować - odparłem, a chłopaki zaczęli protestować.
Mama podeszła do mnie, mierząc mnie swoim spojrzeniem. Po chwili kąciki jej ust drgnęły lekko.
- Wyglądasz wspaniale - powiedział, poprawiając mi muchę.
- Ty również - odrzekłem.
- Muszę przyznać, że bardzo wyrośliście. Rok temu byliście jeszcze dziećmi, a teraz... Stoją przede mną mężczyźni - westchnęła, gładząc włosy Teodora, następnie podeszła do Blaise'a i poprawiła jego krawat.
Dobrze wiedziałem co robiła.
Zazwyczaj mężczyźni, którzy służyli Czarnemu Panu byli bardzo surowi dla swoich dzieci. Zero empatii, współczucia... Zupełnie, jakbyśmy byli tylko psami, które mięli za zadanie wytresować. Nasze matki nie miały prawa się temu sprzeciwiać, więc jedyne, co mogły zrobić, to przekonać nas, że damy sobie radę, że jesteśmy na tyle silni. Nigdy tego nie mówiłem mojej matce, ale pewnie wiedziała, jakie mam podejście do tej misji. Dzisiejszy dzień był tym decydującym, mięliśmy się przekonać, czy się nam udało. Mój ojciec zadbał o to, żeby mama również nie okazywała za bardzo uczuć. Nie robiła tego wprost, ale ja wiedziałem, kiedy próbowała mnie wesprzeć.
- Pani Malfoy, bo jeszcze pani mąż usłyszy - szepnął, puszczając do niej oczko.
Moja matka zaśmiała się cicho, patrząc na niego z politowaniem. Ja tylko wzniosłem oczy ku niebu.
" Czy on się nigdy nie nauczy? "
- No dalej, nadal jest dużo do zrobienia, a nie mamy dużo czasu. Porozstawiajcie te wazony na wszystkich, bukiety są na górze. Potem porozwieszacie te girlandy świetlne. Ach, no i zostały jeszcze świece, które również muszą być ułożone na stolikach. Do roboty!


Nareszcie. Skończyliśmy pomagać mamie. Za piętnaście minut mięli zjawić się pierwszy goście, których ja, matka i ojciec zazwyczaj witaliśmy przy wejściu do sali balowej. W tym roku miała dołączyć do nas Talia, po którą właśnie szedłem. Idąc odpowiednim korytarzem na trzecim piętrze zastanawiałem się, jak dzisiaj będzie wyglądała.
Zapukałem do drzwi.  Szybko poprawiłem marynarkę i rozluźniłem się trochę " Wyluzuj, wszystko będzie dobrze" powtarzałem sobie w kółko. Jak na razie działało.
Wreszcie otworzyły się drzwi, a dziewczyna, która w nich stanęła wyglądała oszałamiająco. W pierwszej sekundzie jej nie poznałem, ale kiedy już się opanowałem, dostrzegłem te jej zadziorne, zielone oczy, które podkreślał, swoją drogą udany, makijaż. Talia postanowiła dziś podkreślić coś więcej, niż tylko piękne rysy twarzy. Sukienka, którą włożyła, była nieco odważniejsza od tej, którą wybrała na bal w Hogwarcie. Przede wszystkim odsłaniała jej smukłe nogi i idealnie podkreślała figurę. "Bardzo piękną figurę" mruknęła moja podświadomość, z którą musiałem się zgłosić.
Postanowiła zrezygnować ze swoich loków. Dziś jej włosy opadały lekkimi falami na jej plecy.
- Dobra robota, Potter - pochwaliłem ją, uśmiechając się nonszalancko.
Skoro już miał wrócić Stary Draco, to pełną parą.
- I vice versa - zaśmiała się,
Wyciągnąłem do niej rękę i kiedy niepewnie ją ujęła, okręciłem ją wokół własnej osi. Okazało się, że sukienka odkrywała również kawałek pleców.
I jak tu zachować zdrowy rozsądek?
- Mam nadzieję, że masz dobre gadane i że potrafisz prawić komplementy, bo będziesz witała z nami gości - powiedziałem, ruszając w stronę schodów.
Musiałem jednak zwolnić, bo wysokie obcasy nie pozwalały Talii na szybsze tempo.
- Jestem przecież tylko gościem - zdziwiła się.
- Jesteś gościem honorowym. Prawdę mówiąc, trudno było zachować Cię w tajemnicy i większość gości już o tobie słyszało. Są ciebie bardzo ciekawi.
Spojrzała na mnie, nie zbyt przekonana, ale w końcu kiwnęła głową.
- Okay, będę chwaliła suknie tych wszystkich arystokratek i mówiła, jak miło jest mi poznać ich mężów. Ewentualnie wspomnę coś o ich wspaniałych dzieciach.
Parsknąłem śmiechem. Dziękowałem Slazarowi, że nie wywodziła się z arystokratycznej rodziny. Jej bezpośredniość i cięty język wprowadzały trochę rozrywki do mojego życia.
- Widzę, że ktoś odrobił lekcje. Kto wie, może Ci się to spodoba - rzekłem, oferując jej ramię, kiedy stanęliśmy u szczytu schodów.
- Szczerze w to wątpię, ale może będzie zabawnie - odparła.
- Na to bym nie liczył - powiedziałem, rozczarowując moją towarzyszkę.
- Te bankiety nie mogą chyba być aż tak nudne.
- A jednak.
-  W takim razie, współczuję Ci, Malfoy - zaśmiała się.
- Nie wiem, czy wiesz, ale ty też będziesz brała udział w tych męczarniach.
- Tak, ale tylko dzisiaj. Ty musisz to znosić co roku - odparła, najwyraźniej się tym rozkoszując.
- Pewnie, dobij leżącego - prychnąłem, udając urażonego.
- Hej, to nie moja wina, że tak wygląda twoje życie.
- Taa... Najgorsze jest to, że ja też nie mogę nic na to poradzić - mruknąłem, zapominając się trochę.
Cholera, mogłem sobie darować ten komentarz.
Talia spojrzała na mnie badawczym wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Była mądrzejsza, niż myślałem.
Resztę drogi pokonaliśmy w ciszy. Przy drzwiach do Sali czekała na nas moja matka. Nie mogłem uwierzyć, w to co widziałem.
Kiedy odwróciła się w naszą stroną, na jej twarzy pojawił się szczery, promienny uśmiech. Jeszcze nigdy takiego u niej nie widziałem.
- Talio, wyglądasz naprawdę ślicznie! - zawołała, obejmując delikatnie dziewczynę.
Wow.
- Dziękuję, starałam się - wymamrotała Talia, lekko się rumieniąc - Niestety nie dorównuję pani - dodała.
- Och, nie przesadzaj. Coś czuję, że dziś nie tylko oczy Dracona będą zwrócone w twoją stronę - szepnęła moja matka, ale na jej nieszczęście, usłyszałem tą niekorzystną dla mnie uwagę.
Talia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieśmiało.
Czyżbym miał omamy? Taki uroczy uśmiech na twarzy największej awanturnicy na świecie?
To musiał być mój szczęśliwy dzień.
Tą chwilę przerwał jednak nie kto inny, tylko mój ojciec. Stanął obok mamy.
- Dobry wieczór, Panno Potter. Wszyscy bardzo się cieszymy, że przyjęłaś nasze zaproszenie - przywitał się, wyciągając do niej rękę.
- Dobry wieczór, Panie Malfoy. Bardzo dziękuję za to zaproszenie - odparła, podając mu dłoń.
Kątem oka dostrzegłam, że wyraz jej twarzy się zmienia. Jako że nadal stała blisko mnie, czułem, jak lekko się spięła. Jej postawa stała się bardziej ostrożna.
"Mądra dziewczyna" pomyślałem.
Dyskretnie objąłem dziewczynę, kładąc dłoń na jej plecach, chcąc dać jej choć minimalne poczucie bezpieczeństwa. Wiem, że powinienem przekonać ją do mojego ojca, próbowałem, ale on miał coś w sobie, co sprawiało, że ludzie nie za szybko mu ufali. Oczywiście w mgnieniu oka potrafił owinąć sobie kobietę wokół palca, czemu moja matka często musiała się przyglądać, ale Talia była po pierwsze zbyt młoda, aby mógł zgrywać czarującego mężczyznę, a po drugie, była zbyt spostrzegawcza, co dość często i skutecznie utrudniało mi ukryć przed nią co nie co.
Poczułem, że Talia trochę się rozluźniła. Uśmiechnąłem się w duchu.


                                     
                                                                               ***


Nie wierzyłam, że kiedykolwiek się do tego przyznam, ale świadomość, ze Draco jest blisko mnie dodawała mi otuchy, zwłaszcza, że znajdowałam się na obcym terenie. Dobrze było mieć kogoś znajomego w tak wielkim domu, który za parę chwil miał się wypełnić obcymi ludźmi.
Kiedy puściłam dłoń Lucjusza Malfoya, zauważyłam za jego plecami dwójkę młodych "dżentelmenów", śpieszących w naszym kierunku.
- Talia! - zawołał wesoło Blaise i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku, odciągając mnie kawałek od Państwa Malfoyów. Byłam mu za to wdzięczna.
- Cześć Blaise - powiedziałam radośnie, odwzajemniając uścisk.
- No, no. Nasza mała dziewczynka dorasta - puścił mi oczko - Wyglądasz kwitnąco - zaśmiał się.
- Dzięki. Ty też wyglądasz nieźle - odparłam, przyglądając mu się.
Ginny miała rację. Garnitury działały cuda, a trójka moich kolegów i tak była już niczego sobie.
- Ze mną się nie przywitasz? - obruszył się Teodor, ale po chwili uśmiechnął się szeroko.
Podeszłam do niego, starając się nie stracić równowagi na tych cholernych obcasach, ale już po kilku krokach byłam bezpieczna, w mocnym uścisku Teodora. Dziwne, ale zdążyłam się już za nimi stęsknić. Ich widok znacznie poprawił moje samopoczucie.
-Zgodzę się z Blaisem. Wyglądasz świetnie - powiedział, puszczając mnie.
- Wzajemnie. Kurcze, może też powinnam załatwić sobie garnitur? - zażartowałam.
- Niestety muszę wam ją porwać - przerwał nam Draco - Goście zaczynają się schodzić.
Po spochmurniałym Draco nie było śladu. W jego szarych tęczówkach widziałam wesołe iskierki, a na jego ustach widniał ten jego szelmowski uśmiech.
- Pogadamy później - powiedział Blaise i razem z Teodorem weszli do Sali Balowej.
- Gotowa prawić ludziom nieszczere komplementy? - spytał Draco, unosząc brew.
- Jeszcze się pytasz? Czekałam na to całe moje życie - prychnęłam.
Pokręcił jedynie głową, próbując powstrzymać śmiech.
"Zabawę czas zacząć"  pomyślałam.

Witanie gości nie było takie straszne, jak mi się zdawało. Jednak ciekawskie spojrzenia nie sprawiały, że czułam się lepiej. Wszyscy byli albo strasznie wyniośli, albo niewyobrażalnie sztywni.
Ta cała szopka trwała co najmniej godzinę, bo gości przyszło bardzo dużo. Na szczęście podeszła do nas ostatnia osoba i zobaczyłam, jak drzwi wejściowe się zamykają. "Nareszcie!" 
- Dobry wieczór - odezwał się Pan Malfoy,
Stał na samym czele "kolejki". Obok niego stała jego żona. Draco i ja staliśmy na końcu.
- Dobry wieczór, Lucjuszu - odezwał się mężczyzna.
Miał na sobie granatowy garnitur. Włosy miał czarne jak smoła, zaczesane do tyłu. Był też bardzo wysoki. Coś w jego twarzy zdawało się dziwnie znajome.
- Witaj Narcyzo. Śliczna jak zawsze - ujął jej dłoń i złożył na niej delikatny pocałunek.
Jego głos był głęboki i cichy.
- Dziękuję za przybycie - odparła, uśmiechając się blado.
- To mysi być młody Malfoy - zawołał nieznajomy - Wyrosłeś, chłopcze.
Draco uścisną mu rękę z kamienną twarzą.
Teraz kolej na mnie. Musiałam podnieść głowę, aby patrzeć mu w oczy, Były brązowe, ale dostrzegłam w nich lekko czerwone akcenty. Dziwne...
- Talia Potter - szepnął z niemal zachwytem, co bardzo mnie zawstydziło, ale dałam tego po sobie poznać.
- To dla mnie zaszczyt, wreszcie móc Cię poznać - powiedział, podając mi rękę.
Na mojej dłoni również złożył delikatny pocałunek. Przeszły mnie ciarki. Jego skóra była lodowata w dotyku.
- Chyba nie dosłyszałam Pana imienia - powiedziałam, w przypływie odwagi.
Kącik jego ust uniósł się lekko.
- Arthur Winters - rzekł, kłaniając się przy tym.
- Miło mi pana poznać.
Skinął głową i odszedł.
Kiedy patrzyłam, jak Arthur Winters się oddala, czułam, jakby ogromny ciężar spadał z moich ramion.
- Przeżyłaś - szepnął mi do ucha Draco, kiedy jego rodzice również ruszyli w stronę stolików.
- Ledwo - zaśmiałam się - To zawsze tak długo trwa?
- Bez wyjątków.


- Chciałbym jeszcze raz podziękować, za wasze przybycie. Jak co roku, cieszę się, że ten dzień możemy spędzić w takim gronie. Dziś jednak, dołączył do nas ktoś nowy. To bardzo specjalny gość i chyba wszyscy wiemy, kogo mam na myśli.
O matko... Czy on rzeczywiście to zrobił? Wszyscy zebrani w Sali spojrzeli w moim kierunku.
Siedziałam akurat przy okrągłym stoliku, pomiędzy Malfoyem, a Teodorem. Dołączyli również rodzice Blaise'a i Teodora i Pani Malfoy. Brakowało tylko jej męża, który właśnie stał na środku sali i wygłaszał mowę powitalną.
- Talio, jeszcze raz pragnę podziękować, za twoje przybycie - zwrócił się do mnie, na co ja skinęłam głową, siląc się na uśmiech.
Rozległy się brawa.
- No cóż, nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć wszystkim miłego wieczoru - zakończył przemowę i wrócił do stolika, na którym pojawiło się jedzenie.
Posiłek minął nam w ciszy. Słychać było tylko odgłosy sztućców. Kiedy talerze stawały się już puste, na małej scenie w lewym kącie sali zaczął grać zespół, który nie wiadomo kiedy się pojawił.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Panował tu błękit i biel. Białe obrusy, wykańczane błękitną nicią. Białe ściany, na których były porozwieszanie przepiękne girlandy, dające zimne światło, ale za to efekt był przepiękny. Zupełnie, jakby ta sala została przemieniona w zimową krainę. Podniosłam wzrok na sufit, którego zdawało się nie być. Musiał zostać zaczarowany tak, jak w Hogwarcie. Siedzieliśmy pod bezchmurnym, nocnym niebem, Mimo braku chmur, z czarodziejskiego nieba spadały leniwie pojedyncze płatki śniegu, które jednak znikały w połowie drogi.
Widok zapierający dech w piersiach.
Kiedy tak wpatrywałam się w sufit, nie zauważyłam, że goście zaczęli odchodzić od stolików. Kilka par zaczęło już nawet tańczyć, większość jednak ruszyła w stronę długiego stołu pod wysokimi oknami, na którym stały przeróżne trunki i przekąski. Atmosfera stała się bardziej luźna.
Na ziemie przywołał mnie głos matki Pani Malfo.
- Talio, słyszałam od mojego zięcia, że posiadasz niezwykłe moce - odezwała się dość wyniosłym głosem, a wyraz twarzy miała wyzywający, jakby nie wierzyła w historie męża swojej córki.
- Zgadza się - przytaknęłam, nawiązując kontakt wzrokowy.
Kobieta zmrużyła lekko oczy.
- A na czym one polegają?
- Cóż, wiem tylko, że kryjąca się we mnie energia jest bardzo potężna. Dość niedawno dowiedziałam się, że jestem w jej posiadaniu. Sposób w jaki się o tym przekonałam, nie był zbyt przyjemny. Pani wnuk jednak bardzo mi pomógł - odpowiedziałam grzecznym tonem, patrząc jej prosto w oczy.
Kątem oka, dostrzegłam jednak, że Draco powstrzymuje uśmiech, tak samo jak Blaise i Teodor. Reszta nam się tylko przyglądała.
- Doprawdy? W jaki to sposób się dowiedziałaś o tych mocach? -  spytała, jeszcze bardziej mrużąc oczy.
- Mamo - szepnęła pani Narcyza.
- Pewna dziewczyna ze szkoły wyprowadziła mnie z równowagi - powiedziałam, ignorując zakłopotaną córkę mojej rozmówczyni.
- Jaśniej?
- Zaczęła obrażać moich rodziców. Zapewne wie pani że nie żyją. Jako że jestem dość porywcza, jak to niektórzy mówią, straciłam panowanie nad sobą. Uderzyłam w dziewczynę falą mocy, która... lekko ją poturbowała. Ja zaś odczuwałam ból i później odkryłam blizny na klatce piersiowej. Taka jest cena stracenia równowagi. Dlatego też Draco zaproponował mi pomoc - odparłam nadal grzecznym tonem, zapominając o filtrze, który zawsze jakoś mi szwankuje, kiedy otwieram buzię.
- Ach tak... Jak bardzo Cię bolało? - spytała, pochylając się nad stołem.
- Matko! - fuknęła Pani Malfoy.
Draco, Blaise i Teodor za to parsknęli śmiechem.
- Myślę, że klątwa Cruciatus byłaby trochę mniej bolesna, wnioskując po tym, że ból zostawił ślady na moim ciele, w postaci wcześniej wspomnianych blizn - rzekłam beznamiętnie, w środku wzdrygając się jednak na wspomnienie tego bólu.
Pan Malfoy wytrzeszczył oczy, w których pojawił się niepokojący błysk. Rodzice Blaise'a i Teodora wymieniali zaniepokojone spojrzenia z Panią Narcyzą. Chłopaki za to uśmiechali się wesoło.
- A masz porównanie, młoda damo? - zadała kolejne pytanie ze złośliwym uśmieszkiem.
- Koniec! - syknęła Pani Malfoy.
- Nie przesadzaj Narcyzo! Dziewczyna nie bałaby się powiedzieć, gdybym przekroczyła granicę!
Pani Black machnęła ręką na swoją córkę i spojrzała na mnie wyczekująco.
- Niestety tak. Zakładam, że chce Pani poznać tą historię? - spytałam, unosząc jedną brew.
Kobieta patrzyła na mnie badawczo. W końcu jednak kącik jej wąskich ust drgnął lekko.
Wygrałam.
- Mów, dziecko - rzekła, i skrzyżowała ręce na piersi, opierając się wygodnie na krześle.
Chyba zaczynałam lubić Panią Black.
- Przez parę lat mieszkałam sama, mając już po dziurki w nosie kolejnych rodzin zastępczych, które przekazywały mnie z rąk do rąk. Chciałam odnaleźć mojego brata, nie wiedziałam jednak jak i gdzie mam zacząć. Jak wszyscy wiemy, na ulicy Pokątnej i na Nokturnie krąży najwięcej plotek i wiadomości, więc bywałam tam regularnie.
- Kręciłaś się po Nokturnie? - przerwał mi zdziwiony Draco.
- Tak, siedź cicho - odparłam - Pewnego dnia... Powiedzmy że wpadłam na niewłaściwą osobę. Miałam wtedy trzynaście lat.
- A czy ta osoba miała powód? - spytała Pani Black, najwyraźniej zaciekawiona.
- Już dość się dowiedziałaś, mamo - przerwała nam po raz kolejny matka Dracona, który również czekał na ciąg dalszy mojej historii.
- Jesteś zbyt sztywna, Narcyzo - rzuciła w jej stronę jej matka.
- Myślę, że to kwestia manier, moja droga - odezwał się po raz pierwszy Pan Black.
Jego żona spojrzała na niego znudzonym wzrokiem, następnie wstała i oddaliła się do stolika z alkoholem.
Tak, zdecydowanie ją polubiłam.
- Przepraszam Cię, Talio - zwróciła się do mnie pani domu.
- Nic nie szkodzi, naprawdę - powiedziałam, uśmiechając się szczerze.
Patrzyła na mnie niepewnie przez chwilę, ale w końcu odwróciła się do męża.
- Powinniśmy iść do gości, Lucjuszu.
Wszyscy dorośli wstali od stołu.
- Niezłe z Ciebie ziółko - powiedział Blaise.
- Wiesz, że twoja przesadna prawdomówność kiedyś cie zgubi? - parsknął Draco.
- Wiem, ale jeszcze nie dzisiaj - odparłam, sięgając po kieliszek z wodą.
Mój sąsiad pokręcił tylko głową.
- Naprawdę zostałaś potraktowana Cruciatusem? - spytał Teodor.
- Tak. Wiesz jakie typy są na Przekątnej...
- Wiem, ale ty byłaś dzieckiem.
- Myślisz, że ich to obchodzi? Byłam trzynastoletnią smarkulą, która zadawała się z różnymi osobami, tylko po to, aby usłyszeć choćby słowo o tym, gdzie może być mój brat. Nie zawsze dobierałam sobie dobrych informatorów. Ktoś dowiedział się kim jestem, nie wiem jak. Chciał mnie uprowadzić, ale ja mu się nie dawałam. Musiał wiedzieć o moich mocach, bo inaczej by mu tak nie zależało, W końcu stracił cierpliwość i wyciągnął różdżkę... Myślałam, że mnie wykończy. Wtedy właśnie poznałam Hagrida, gajowego, którym tak gardzicie. Przepędził go i pomógł mi się pozbierać.

Ślizgoni nic nie odpowiedzieli. Dobrze wiedziałam, że Hagrida mięli za zwykłe zero.
"I dobrze, niech będzie im głupio " pomyślałam.
- Talia, chcesz zatańczyć? - spytał Blaise, przerywając krepującą ciszę.
- Pewnie, tylko wiedz, że nie tańczę zbyt dobrze - ostrzegłam go.
- Damy sobie radę - odparł, kłaniając się przede mną teatralnie.
Poszliśmy na parkiet.



                                                                                ***


- Wiedziałeś o tym? - spytał Teodor.
- Nie - odparłem, patrząc się w kierunku Talii, tańczącej z Blaisem.
- Napastnik mógł być kimś od nas. Inaczej skąd by wiedział o jej istnieniu i w ogóle mocy?
- Też tak sadzę. Wychodzi na to, że poszukiwania trwały też po upadku Czarnego Pana - powiedziałem cicho.
- Nie dziwi mnie to. Ktoś musiał cały czas dowodzić grupą ostałych śmierciożerców i kontynuować działania Voldemorta. Inaczej skąd wiedziałby o zdradzie mojej ciotki i wujka? Tylko kto to mógł być? Bo na pewno nie twój ojciec, przecież to nie on wydał ich Panu.
- Nie wiem... Ale skoro mamy jak na razie zachować ostrożność i dalej trwać w tej cholernej misji, o radzę Ci nie mówić Talii, że jest twoją kuzynką. Jeśli się dowie, to będzie zła, a jej reakcja jest do przewidzenia - ostrzegłem Teodora, który już od jakiegoś czasu zastanawiał się, czy nie wyjawić Talii prawdy, o śmierci jego brata.

Po upadku Czarnego Pana, kiedy nie udało mu się zabić Pottera i zgarnąć Talii, większość śmierciożerców została złapana. Byli jednak też Ci, którym udało się uciec. Przykładem był wuj Teodora, mąż siostry jego matki, i mój ojciec, który twierdził, że był pod wpływem Imperiusa. Kilka lat później, wujostwo Teodora postanowiło zaadoptować dziecko, bo nie mogli mieć swoich. Zaopiekowali się małą dziewczynką, którą niemal od razu pokochali, jak własną córkę. Po pewnym czasie, dowiedzieli się kim była naprawdę. Postanowili nic z tym nie robić, bo nie chcieli jej stracić, była dla nich wszystkim. Wtedy mój ojciec dostał rozkaz, aby odnaleźć zaginioną córkę Potterów. Znał zaklęcie ujawniające prawdziwą tożsamość człowieka. Jako mały chłopiec, nie wiedziałem co robił i dlaczego znowu tak często nie było go w domu. Dopiero w zeszłe wakacje dowiedziałem się, całej prawdy. Dowiedziałem się mój ojciec nawet po zniknięciu Voldemorta kontynuował jego działania. Pewnego dnia, dostał nakaz sprawdzenia dziecka , które zostało zaadoptowane przez wujostwo Teodora.  Mój ojciec odkrył prawdę, zgodził się jednak dochować tajemnicy, jako że przyjaźnił się z nimi. W obawie, że ktoś i tak się dowie o tym, że ukrywają Talię Potter, dla jej bezpieczeństwa, oddali się do innej rodziny i sami przeprowadzili się na Alaskę. Ciotka Teodora, z rozpaczy odebrała sobie życie, a zaraz po niej jej mąż. Tajemniczy "szef" mojego ojca musiał mieć szpiegów. Kiedy Czarny Pan powrócił, doniósł mu, o zdradzie, która miała miejsce pod jego nieobecność. Jako że Amelia i John popełnili samobójstwo, kara musiała paść na ich najbliższą rodzinę. W wakacje, Lord Voldemort zamordował młodego Alexandra, brata Teodora. Wybaczył jednak jego rodzicom, którzy od początku znali tajemnicę Amelii i Johna. Byli zbyt cenni, aby ich zabijać. Moją rodzinę ominęła kara, bo ojciec jak zwykle zdołał się ze wszystkiego wywinąć.
Jednak ja i Teodor dostaliśmy tą misję, aby udowodnić, że jesteśmy mu posłuszni. Kazał Blaise'owi się do nas przyłączyć, aby nam pomógł.
Teraz Teodor, Blaise i ja mięliśmy naprawić błąd Johna i Amelii i oddać Talię, kuzynkę Teodora w ręce Czarnego Pana.





niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział XXI Malfoy Manor

Witam! Rany, zbliżamy się do bardzo interesującej 
części mojego opowiadania. Nie mogę w to uwierzyć. 
Mam wrażenie, jakbym wczoraj zakładała tego 
bloga. Nie będę się jednak już rozczulać, bo mam
dla was (taką przynajmniej mam nadzieję ;p)
fajny rozdział :) Miłego czytania!


Panna Potter




Neville podszedł do nas z bardzo zmieszaną miną. Widać było, że próbuje się uśmiechnąć, ale z jakiegoś powodu nie potrafił.
- Cześć Neville - przywitałyśmy się z kolegą ze szkoły. 
- Cześć wam. Co wy tutaj robicie?
- Odwiedzamy mojego tatę - wytłumaczyła Ginny - A ty? Nie powinieneś być w szkole? Ferie dopiero za tydzień. 
- Puścili mnie wcześniej bo...- przerwał, kiedy za jego plecami stanęła kobieta ubrana w długą koszulę nocną w kropki. 
Położyła swoją dość koścista dłoń na ramieniu Neville'a, a ten się odwrócił. Kobieta uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła mu coś do ręki. Był to papierek po cukierku. 
- Dziękuję, mamo - powiedział Neville, patrząc na nią z lekkim zakłopotaniem. 
- Och - wyrwało mi się. 
Dopiero teraz dostrzegłam podobieństwo między nimi.
- Wypuścili mnie wcześniej, bo dawno nie byłem u rodziców - mruknął pod nosem, spuszczając wzrok na kolorowy papierek, który trzymał w ręce. 
- Cześć Neville - usłyszałam głos, tuż za nami. 
Harry wreszcie postanowił wejść do sali. O co chodziło? Czemu jego rodzice tutaj byli? 
"A gdybym tak... Nie, nie mogę wykorzystywać mocy do własnych zachcianek...Ale chyba nic by się nie stało, gdybym tylko..." 
Skupiłam się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z matką Neville'a. Ta zaś od razu na mnie spojrzała. Nagle w mojej głowie pojawiły się przeróżne obrazy. Na początku nie potrafiłam nic rozpoznać, ale z każdą sekundą wszystko zaczęło układać się w jedną całość. "O cholera" pomyślałam, próbując nadal się uśmiechać. 
Spojrzałam ukradkiem na mojego brata, który właśnie rozmawiał z Nevillem. On wiedział. Wiedział, że państwo Longbottom byli torturowani przez Bellatrix Lestrange, aż postradali zmysły, nie dając się jej złamać. Fakt, że zrobiła to tylko po to, żeby wydobyć z nich informacje... Nie. To nie mieściło mi się w głowie.
Poczułam łzy, które na szczęście udało mi się powstrzymać. Kątem oka zobaczyłam, że mama Neville'a nadal się we mnie wpatruje. 
"Neville" usłyszałam w myślach. To był jej głos. Kiwnęłam powoli głową. 
"Kocham" wysłała mi swoją myśl. Przybrała smutny wyraz twarzy. Chyba wiedziałam o co jej chodziło. Ona chciała być matką dla swojego syna. Chciała normalnie funkcjonować, aby móc być przy nim i pokazać mu, że jest dla niej największym skarbem. Ale nie mogła.
" Ma Pani wspaniałego syna, który kocha swoich rodziców nad życie" odpowiedziałam jej, uśmiechając się ciepło. 
Pani Longpottom zaśmiała się, zaczęła klepać swojego syna po ramieniu, a potem podskakując, wróciła do swojego łóżka, przy którym stała babcia Neville'a, obserwująca całe zajście. 
- Hej - zwróciłam się do Neville'a - Jesteś do niej całkiem podobny. 
- Babcia mówi, że jestem cały tata. 
- Ale oczy masz po mamie. 
- No... Chyba tak - powiedział. 

Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. Kiedy się żegnaliśmy, mama Neville'a pomachała nam, patrząc mi prosto w oczy, ale nie przesłała mi żadnej myśli. Odmachałam jej.
Nikt z nas nie wrócił do tego spotkania, nie wiedząc co powiedzieć. Może tak było lepiej. 


                                                                              
                                                                                ***


- Obiecałeś załatwić nam zaproszenia - jęknęła Pansy, podając mi swój kufer, który bez problemu umieściłem na półce nad naszymi siedzeniami. 
- Powiedziałem, że spróbuję. Wiesz jaki jest mój ojciec - odparłem, starając się zachować spokój. 
To pewne było nasze ostatnie spotkanie przed powrotem do Hogwartu. Musiałem być dla niej miły. 
- Ale ja nie wytrzymam bez ciebie tak długo - powiedziała, zajmując miejsce obok okna.
- No właśnie, Dracuś. Pansy nie wytrzyma bez Ciebie tak długo - odezwał się Blaise, powstrzymując śmiech. 
- Dorośnij - odparłem, piorunując go wzrokiem. 
Usiadłem obok Pansy, która niemal od razu się we mnie wtuliła. Teodor, siedzący z Dafne naprzeciwko nas, spojrzał na mnie znacząco. Odpowiedziałem mu cichym westchnięciem. Na szczęście Pansy nic nie zauważyła. 
- A już myślałam, że upijemy się na koszt twoich starych - parsknęła Tracey, prostując nogi tak, aby leżały na kolanach Blaise'a. 
- Cóż, opowiem Ci, czy w tym roku też zadbali o dobre wyposażenie barku - odpowiedział jej Blaise, uśmiechając się przy tym złośliwie. 
- Nie przechwalaj się tak - syknęła, ale po chwili już uśmiechała się do niego zalotnie. Na jej nieszczęście, Blaise zdawał się tego nie zauważać. 
Dobrze wiedziałem, że myślał tylko o jednej dziewczynie. I nie było jej akurat w tym pociągu. 
- A co powiecie na wspólnego Sylwestra? - wtrąciła się Pansy. 
- Ja odpadam - rzekłem od razu. 
- Ja też - powiedzieli jednocześnie Blaise i Teodor.
- Ej, panowie! A co z naszą tradycją? - oburzyła się Dafne. 
- W tym roku będziemy musieli sobie odpuścić - odparłem, wzruszając ramionami. 
- A to niby czemu? - obruszyła się Parkinson. 
- Moi starzy coś planują. Mają kilka spraw do załatwienia Antwerpii - wytłumaczyłem jej. 
Tym razem nie kłamałem. Zaraz po świętach ma się odbyć zebranie, na którym Czarny Pan i jego śmierciożercy będą planowali co dalej. Sytuacja z Talią nie zmierzała w przewidzianym kierunku, czasu było coraz mniej, a Zakon wiedział coraz więcej. No i trzeba było też zdobyć przepowiednię, a do tego była potrzebna Talia. Oczywiście ja, Blaise i Teodor też mięli się tam stawić. Coraz mniej nam się to wszystko podobało.
- W Antwerpii? Rodzice nigdy mnie tam nie zabrali! Słyszałam że jest tam pięknie - westchnęła z tęsknotą,
Dobrze wiedziałem co kombinowała. "Niestety", z dzieci śmierciożerców, tylko my mogliśmy tam być. Pansy musiała zapomnieć o romantycznym wypadzie w góry.
- Tak, rzeczywiście jest tam całkiem ładnie. Zwłaszcza nad ranem - odrzekłem, udając, że nie załapałem aluzji.  
- A wy? Czemu wy nie możecie? - odezwała się Tracey, przerywając chwilę ciszy.
- Cóż, pozwól, że użyjemy tej samej wymówki - odrzekł Teodor.
Parsknąłem cicho.
- Jesteście beznadziejni - odparła Dafne.
- Nikt was tu nie trzyma - zauważyłem.
- Czyżby? - szepnęła mi do ucha Pansy.
Przemogłem swoją niechęć i objąłem ją ramieniem, całując ją delikatnie.
- Tak też myślałam - powiedziała zadowolona.
Kątem oka zauważyłem, jak jej przyjaciółki wpatrują się w nas z czystą zazdrością.
Nasza szóstka znała się od dzieciństwa. Zawsze trzymaliśmy się razem. Jednak dziewczyny doszły do wniosku, że już nadszedł czas, aby nasza znajomość ruszyła o krok dalej. Mogliśmy się tego spodziewać. Oczywiście mogły mieć każdego, ale my wychowaliśmy się razem. Nas znały najlepiej. To było do przewidzenia. Już na trzecim roku Pansy zaczęła okazywać zainteresowanie moją osobą. Uwagę Tracey przykuł Blaise, Dafne za to uganiała się za Teodorem. Nie przeszkadzało nam to zbytnio. Uważaliśmy to za normalne, aż do pewnej chwili. Kiedy poznałem Talię, Pansy zaczęła mnie bardzo irytować. Potem, ta mała awanturnica dała moim przyjaciołom okazję, aby lepiej poznali Hermionę i Wiewiórę. Kolejny dowód na to, że Talia była idealna w mąceniu ludziom w głowach. Nadal jednak nie wiedziałem, czy ja, ofiara jej uroku, wyjdzie na tym źle, czy też okaże się to moją zgubą.


                                                                              ***


Wyciągnęłam się wygodnie na kanapie po długim dniu. Cały tydzień robiliśmy świąteczne porządki. O dziwo, Syriusz postanowił opuścić strych i się do nas dołączyć. Nie był już przybity. Podejrzewałam, że powodem jego dobrego nastroju było to, że dom znowu zaczynał tętnić życiem. Kręciło się po nim coraz więcej ludzi. Nie dziwiłam się Syriuszowi. Wiedziałam jak to jest, kiedy żyje się w samotności.
Owszem, pracowałam w piekarni z Bobem, ale za każdym razem, kiedy wracałam do domu w lesie, czułam się jak duch, błądzący po ziemi, na której już nie stąpała żywa istota.
Na szczęście, cichy i pochmurny Syriusz ustąpił miejsca duszy towarzystwa. Uśmiechał się, żartował i rozmawiał. Jego obecność bardzo pomagała nam w sprzątaniu, bo nie wydawało się to już takie nudne i nieprzyjemne. Cieszyłam się, że chociaż on miał dobry humor.
Nie mogłam tego powiedzieć o Harrym. Kiedy tylko mógł, zamykał się w pokoju, nie chcąc z nikim rozmawiać. Bywały momenty, kiedy zachowywał się "normalnie", ale nie trwały one długo. Kiedy już udawało mi się go zobaczyć, widziałam te wszystkie negatywne emocje, którym zdawał się poddawać. Czułam jednak, że to nie był on. Ta ponura osoba, to nie był mój brat i tylko ta myśl pozwalała mi w niego nie zwątpić. Wiedziałam, że czegoś mi nie mówił, że ma jakiś problem. Blizna bolała go coraz częściej, ale nie dawał sobie pomóc.
Przez jego stan miałam wyrzuty sumienia, zastanawiając się jak wytłumaczyć moją nieobecność. Jutro, po kolacji Wigilijnej, miałam udać się do Malfoy Manor i spędzić tam dwa dni. Tego nie mogłam mu powiedzieć, więc kłamstwo było jedynym wyjściem. 

- Nareszcie koniec - zawołał George, padając na jeden z foteli.
- Hmm? - mruknęłam, wyrwana z własnych myśli.
- Skończyliśmy sprzątać  - rzekł Fred, który bawił się poduszką.
- Och... Tak. Ale jutro Wigilia, a to oznacza...
-... A to oznacza, że mama będzie nam wszystkim wypominała, że wszystko jest na jej głowie i że nikt nie pomaga jej w kuchni - dokończył za mnie George.
- Ujęłabym to inaczej, ale zgadłeś - zaśmiałam się, biorąc kubek ciepłej herbaty od Ginny, która właśnie weszła do salonu.
- Ginny, Talia, mogę was na chwilę prosić? - zawołała Hermiona, wychylając się zza framugi drzwi.
- Pewnie.
Poszłyśmy za nią do naszego pokoju. Hermiona usiadła na łóżku i poklepała miejsca przed sobą.
- Talia, wymyśliłaś już co powiesz Harry'emu i reszcie? - spytała szatynka.
- Jeszcze nie...
- Jeszcze nie ? - zdziwiła się Ginny.
- Jeśli nie podasz im wystarczająco dobrego powodu, to zapomnij o tym, że Cię puszczą. Przecież wiesz że jesteś pod ochroną Zakonu. Tak naprawdę nie powinnaś się nigdzie ruszać.
- Wiem... Ale co mam im powiedzieć? Przecież nie mam żadnej rodziny, którą mogłabym "odwiedzić".
- A Bob? - spytała Ginny.  
Spojrzałam na nią zdziwiona.
Czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? To był bardzo dobry pomysł.
- Kiedyś Cię ozłocę - powiedziałam, uśmiechając się do niej.
- Trzymam Cię za słowo - parsknęła.
- Powinno się udać - stwierdziła Hermiona, ale nadal nie wyglądała na zadowoloną.
- Hermiono, nic mi się nie stanie - zwróciłam się do niej, a ta westchnęła bezsilnie.
- Naprawdę jesteś pewna, że to nie jest jakiś chory plan Malfoyów?
- Ufam Draconowi - odpowiedziałam.
- A jego rodzinie?
- Nie znam ich.
- No właśnie. Talia, jego ojciec podejrzewany o bycie śmierciożercą. Harry widział go w zeszłym roku na cmentarzu...
- Harry go widział? - przerwałam jej, powtarzając w głowie to co przed chwilą powiedziała.
Jeśli to prawda, to mogli mi to powiedzieć wcześniej.
- No tak... Przecieć mówiłam Ci, że jest podejrzewany o sługę Voldemortowi.
- Tak, podejrzewany, ale nie wspominałaś tego, że mój brat widział go na własne oczy - odparłam lekko poirytowana.
Serce zaczęło mi bić szybciej . Ufałam Draconowi, ale fakt, że jego ojciec prawie na pewno jest śmierciożercą, lekko komplikował sytuację. Co jeśli on coś knuje? Czy Draco wiedziałby o planach swojego ojca? A może Harry'emu wydawało się, że go widział? Merlinie, oby tak było.
- Czy istnieje szansa, że Harry się pomylił? - spytałam z nadzieją w głosie.
- Nie wiem, może tak, ale wątpię, żeby tak było - powiedziała.
- Będę się trzymała myśli, że mógł się pomylić. Nie mogę już tego odwołać - szepnęłam, usilnie wpatrując się w moje dłonie.
- Wiesz, że nie jestem co do tego przekonana, ale ufam Ci. Ufam, że jeśli coś się stanie, ty dasz sobie radę i nie dasz zrobić sobie krzywdy. Poza tym... Nie sądzę, żeby Draco miał złe zamiary, więc jeśli już coś by się miało stać, pewnie będzie Ci chciał pomóc - powiedziała Hermiona, próbując podnieść mnie na duchu.
Byłam jej za to wdzięczna.
- Nie wierzę, że to powiedziałaś - parsknęła Ginny - Co zrobiłaś z Hermioną?
- Obserwowałam go. Jest zbyt w Ciebie zapatrzony, żeby Ci coś zrobić - odrzekła ze złośliwym uśmieszkiem.
- Nie, nawet nie zaczynaj - ostrzegłam ją.
Hermiona i Ginny wybuchnęły śmiechem.

Wigilia. Dzień przeze mnie wyczekiwany, aż do wczoraj. Dzisiaj się bałam. Powtarzałam sobie, że nic nie ma prawa się stać. Niestety, nie bardzo mi to pomagało. Słowa Hermiony sprawiły, że miałam wątpliwości. Dlatego też musiałam się bardzo starać, aby się trząść, kiedy stałam przed lustrem, przymierzając stroje, które proponowały mi moje przyjaciółki. Zawsze kiedy zżerały mnie nerwy, zaczynałam się trząść. Na szczęście kontrolowałam swoją moc już na tyle dobrze, aby nie stracić nad nią panowania.
- Przecież przebiorę się na bankiet. Nie widzę potrzeby, aby już przed nim się stroić - mruknęłam, zakładając śliwkową bluzkę, którą podała mi Hermiona.
- Talia, czy ty w ogóle wiesz o czym ty mówisz? Idziesz do domu arystokratów, musisz im pokazać, że wcale nie są lepsi. Pierwsze wrażenie zawsze jest najważniejsze - odparła Ginny.
- Dobrze, ale będą mnie widzieli tylko przez chwilę!
- Właśnie dlatego musisz wyglądać olśniewająco. Chwila musi wystarczyć, aby im szczęki opadły.
- Hermiono, czemu się za mną nie wstawisz? - jęknęłam.
- Rozumiem Cię Talio, ale Ginny ma rację. Musisz zrobić dobre wrażenie.
Machnęłam na nie dłonią, wiedząc, że i tak nie wygram.
Godzinę późnej byłam już ubrana i uczesana. Moje mocno poskręcane loki zmieniły się w lekkie fale, związane w luźny, choć elegancki kucyk. Udało mi się ubłagać Ginny, aby mnie nie malowała, bo to byłoby już przesadą. Ku mojej uldze, dziewczyny nie kazały mi ubrać żadnej sukienki, ani spódniczki. Byłam więc zadowolona z efektu końcowego.
- Jesteś pewna, że chcesz iść sama? Z chęcią poznałbym Boba - powiedział Harry po kolacji Wigilijnej.
Wszyscy zgromadzili się na korytarzu, aby mnie pożegnać.
- Jestem pewna. Wiesz, tak naprawdę zniknęłam bez słowa, muszę z nim porozmawiać. Lepiej będzie, jak tym razem odwiedzę go tylko ja - powiedziałam, starając się zachować spokój.
- Uważaj na siebie - mruknął i objął mnie, jednak szybko się odsunął.
- Ty też.

Wreszcie udało mi się wyjść z domu. Świeże powietrze trochę mnie uspokoiło. Droga na stację King's Cross, z której miał mnie odebrać Draco nie była daleko, a miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam się nie śpieszyć. Obserwowanie spadających płatków śniegu zawsze mnie koiło, a dzisiaj potrzebowałam właśnie tego.
Bałam się. Mimo, że to co mówiła Hermiona mogło być prawdą, nie chciałam wierzyć w to, że Draco byłby w stanie mnie okłamać. Jakby na to nie patrząc, Ślizgon był jedną z najbliższych mi osób. Ufałam mu.


                                                                            ***


Stałem przed wejściem do King's Cross, czekając na Talię. Umówiliśmy się, że odbiorę ją o dziewiętnastej. Na ulicach panowały pustki, wszyscy siedzieli teraz w domach z rodzinami. Nie przeszkadzało mi to. Zimowe wieczory były o wiele bardziej urokliwe, kiedy irytujące dzieciaki nie biegały wszędzie, gdzie popadnie, rzucając w siebie śnieżkami.
- Cześć nieznajomy - usłyszałem za sobą śpiewny głos.
Odwróciłem się i zobaczyłem ją. Wyglądała ślicznie.
- Co ja widzę. Chyba nie wystroiłaś się tak dla mnie?.
- Nie rób sobie zbędnych nadziei, Malfoy - zaśmiała się.
Podszedłem bliżej i uścisnąłem ją krótko na przywitanie.
- Mam nadzieję, że wszystko już jest w porządku - powiedziałem.
- Jak to?
- Wyjechałaś tydzień wcześniej. Słyszałem o ojcu Wiewióry.
- Słyszałeś? Od kogo - zdziwiła się.
- Mój ojciec pracuje w Ministerstwie - przypomniałem jej.
- Ach, no tak. Pan Weasley jest już w domu i dochodzi do siebie - rzekła, uśmiechając się delikatnie.
- To dobrze.
- A zmieniając temat, to jak się tu dostałeś? - spytała.
- Deportowałem się - odparłem, wzruszając ramionami.
- Co?! Przecież nie możesz...
- Ja mogę troszeczkę więcej, Talio, Jestem Malfoyem.
Dziewczyna popatrzyła na mnie pobłażliwie.
- No tak, dwa tygodnie, a ja już zdążyłam zapomnieć, że rasowy z Ciebie arystokrata.
- Dobrze, lepiej już chodźmy, zanim zmienisz zdanie - parsknąłem.
- Chcesz iść pieszo? - spytała, patrząc mnie z przerażeniem.
- Oczywiście, że nie. Deportujemy się - odpowiedziałem.
- Ale ja nie mogę.
- Nie marudź już tak, nie mamy całego wieczoru. Ja też muszę się wyszykować.
Talia wybuchnęła niekontrolowanym śmiechem.
- Co Cię tak bawi? - mruknąłem zdezorientowany.
Z czego ona się tak śmiała?
- Czy ty masz pojęcie, jak to zabrzmiało? - wydusiła z siebie, nie mogąc powstrzymać chichotu, który swoją drogą był uroczy
"Ogarnij się, idioto!" skarciłem się w duchu.
- Nie, nie wiem. Możesz przestać?
- Przepraszam - powiedziała, zakrywając usta dłonią.
Wzniosłem oczy ku niebu. Talia może i była wyjątkowa, ale pozostawała dziewczyną, a momentami bywały nie do zniesienia.
- Skończyłaś?
- Tak, wybacz - odparła, nadal się uśmiechając.
Ujęła moje ramię.
- Gotowa? - spytałem.
-  Pewnie.


                                                                              ***


Kiedy lekkie zawroty głowy minęły, puściłam ramię blondyna, który czekał cierpliwie, aż złapię pełną równowagę.
- Witaj w Malfoy Manor - powiedział cicho, gestem wskazując na swoje drzwi wejściowe, przed którymi staliśmy.
Były ogromne. Tak samo jak jego dom, który bardziej przypominał pałac.
- Ty tu mieszkasz? - spytałam , będąc w lekkim szoku.
- Zgadłaś - zaśmiał się.
- Rany.
- Nic nadzwyczajnego - wzruszył ramionami.
Podszedł do drzwi i otworzył je.
- Panie przodem.









poniedziałek, 21 grudnia 2015

Rozdział XX Szczęśliwe zakończenie

Witam! To już dwudziesty rozdział! Nie mogę uwierzyć
jak ten czas szybko płynie. Mam wrażenie, jakbym to 
wczoraj pisała pierwszy rozdział. Wracając jednak do
konkretów, chcę Was przeprosić. Wiem, że rozdział miał
być wczoraj, ale Blogger postanowił zrobić mi "mały" żart.
Kiedy chciałam dokończyć rozdział, okazało się, że połowa
magicznie zniknęła -.- Pozostaje też kwestia przygotowań 
do świąt, więc i tam sądzę, że szybko się uwinęłam. 
Mam szczerą nadzieję, że rozdział się wam spodoba :D 
Miłego czytania!

Panna Potter




- Nie widziałem dzisiaj naszej awanturnicy - rzekł Blaise, opadając na kanapę w opustoszałym salonie.
Trwała kolacja, na którą postanowiliśmy nie iść.
- Ja też nie... Myślisz, że coś się stało? - odparłem, następnie karcąc samego siebie w myślach
"Nie przesadzaj, Draco"
- Mam nadzieję, że nie. Może Teodor coś wie. Jest u Snape'a.
- Czemu?
- Wiesz... Akcja z wysłannikiem, któremu mieliśmy zdawać raporty się nie powiodła. Mamy wszystko przekazywać Snape'owi.
- No tak, ten przeklęty wysłannik. Nie mogę uwierzyć, że wpadli na coś tak głupiego. To byłaby tylko kwestia czasu, zanim Dumbledore by się zorientował - odparłem, przeczesując leniwie włosy.

Byłem zmęczony. Całą noc nie mogłem przestać myśleć o tym przeklętym balu, a co za tym szło? Brak snu. Fakt, że przyznałem się nie tylko przed przyjaciółmi, ale też przed samym sobą, że Talia nie była mi obojętna, bardzo mnie przytłaczał. Owszem, wcześniej podobały mi się różne dziewczyny, ale nigdy nie musiałem się ubiegać o ich względy, co wydawało mi się normalne. Teraz jednak wiedziałem, że są też takie, które będą kazały Ci trochę powalczyć. Były też oczywiście plusy. Talia okazała się wyzwaniem, a ja zawsze je lubiłem. Nie mogłem jej też porównać do reszty dziewcząt. Przedtem żadna ze mną tak naprawdę nie rozmawiała, nie zadawała mi pytań... To tak jakby chciały mnie tylko po to, żeby mnie mieć. Z Talią było inaczej. Rozmowy z nią mogłyby trwać godzinami, nigdy nie brakowało jej pytań. Trochę mnie to bawiło. Zawsze z chęcią słuchała tego, co ktoś ma do powiedzenia, ale nigdy nie lubiła mówić o sobie. To chyba lubiłem w niej najbardziej. Za każdym razem sprawiała, że czułem się naprawdę ważny. Każdego starała się traktować jak najlepiej, chyba, że ktoś naprawdę zalazł jej za skórę. Nie miałem pojęcia, czy odwzajemniała moje "uczucia". Szczerze mówiąc, nie chciałem tego wiedzieć. I tak pozwoliłem sobie na zbyt wiele.

- Też tak myślę - odezwał się Blaise, przywołując mnie do rzeczywistości - Wiesz, jak się tak zastanowię, to nie widziałem Ginny i Hermiony. Weasleye też wyparowali, podobnie jak Potter. Dziwne, prawda?
Mój przyjaciel dał mi do myślenia. Wracając myślami do początków tego dnia, również nigdzie nie widziałem przyjaciół Talii. Brakowało ich też na śniadaniu.
- Chyba jednak coś się stało - odpowiedziałem, spinając się lekko.
- Dobrze główkujesz, stary - usłyszałem głos Teodora za swoimi plecami.
W tej właśnie chwili Teo zmierzał w naszym kierunku żwawym krokiem, ale jego mina zdradzała, że nie miał najlepszych wiadomości.
- I co? Jak tam spotkanie? - zapytał Blaise.
Teodor usiadł na kanapie i skrzyżował ręce na piersi.
- Raport przekazany. Nic mu nie wspomniałem o tym, co wczoraj nam powiedziałeś - odrzekł spokojnie.
- Dobra... A mówił coś może o...- zacząłem, poirytowany tym, że Teodor nie przeszedł od razu do rzeczy.
- Tak. Ojciec Ginny węszył obok drzwi w Ministerstwie... Został zaatakowany. Jakimś cudem Zakon się o tym dowiedział. Weasleyów, Harry'ego i Talię wysłano do domu.
Siedzieliśmy chwilę w kompletnej ciszy.
Nie miałem pojęcia, czy powinienem okazać skruchę, czy cieszyć się z tego, że Artur Weasley nie zdołał zepsuć tego, nad czym Czarny Pan pracował tak długo. Doszedłem do jednego wniosku.
Talia miała na mnie dziwny wpływ, nie potrafiłem jednak ocenić, czy to źle, czy dobrze.
Dawniej cieszyłbym się z porażki Zakonu. A teraz? Miałem mętlik w głowie.
Nie powinienem pozwolić sobie, aby moja relacja z Talią, a raczej moje zaangażowanie osiągnęło tak wysoki poziom. Przez tę dziewczynę zacząłem gubić się w tym wszystkim, nie byłem już pewny tego, co robię. Został mi wyznaczony cel i tego powinienem się trzymać.
Niestety to nie było już takie proste.
Siostra mojego wroga otworzyła mi oczy na pewne kwestie, przedstawiła mi nowy punkt widzenia na świat. Była zdecydowanie zbyt dobra, jak na mój gust, ale właśnie tego byłem w niej tak ciekawy. Los stawiał na jej drodze tyle przeszkód, widziała okropne rzeczy, straciła rodzinę... A jednak pozostawała pełna nadziei, ciągle wierzyła w dobroć, mimo że nie dane jej było tej dobroci w pełni zaznać. Jak to możliwe?
- Myślisz, że Zakon zdołał się czegoś dowiedzieć? - spytał Blaise.
- Oczywiście. Artur Weasley musiał pilnować tych drzwi. Na pewno wiedzą, dlatego Talia jest teraz bardzo potrzebna Czarnemu Panu. Dobrze wiemy, że to, czego chce Voldemort nie może trafić w byle ręce, a Talia i Harry to bliźnięta, w ich żyłach płynie ta sama krew. Nie dość, że dziewczyna ma moc, której on chce, to możliwe jest, że może mu dać to, czego nie mógł mu dać nikt inny - wyjaśnił Teodor.
- Masz rację - wtrąciłem się - Tyle że ona nie ufa nam na tyle, żeby przejść na nasza stronę. Zanim medalion przejmie jej moc, minie trochę czasu, a Czarny Pan go nie ma. Jestem pewny, że nie pójdzie po dobroci, a jeśli będą chcieli ją zmusić, to wysadzi wszystkich w powietrze.
- Myślałem, że medalion od razu przejmie jej moc - zdziwił się Blaise.
- Też tak zakładaliśmy, ale ojciec znalazł zwój, kiedy szukali tego medalionu. Okazało się, że tylko zwykłe moce czarodziei poddają się tak łatwo. Wszystkie inne już nie. Talia gromadzi w sobie źródło mocy tak potężne, że minie sporo czasu, zanim medalion przejmie ją w całości - odpowiedziałem.
- Co to za moc, którą ma Talia? Słyszałem coś na jej temat, ale rodzice postarali się o to, byśmy nie wiedzieli za dużo - powiedział Blaise.
- Udało mi się co nie co dowiedzieć - odparłem - Talia tak naprawdę nie "posiada" tej energii. Ona nią jest. Stała się nią w momencie, którym moc ją wybrała. Od tamtej chwili Talia jest źródłem całej energii czarodziejów. Jest kotwicą.
Teodor i Blaise wytrzeszczyli na mnie oczy.
- Żartujesz?! - wydusił z siebie Teo - Wiedziałem, że jest potężna, ale nie, że aż tak! Czemu nie powiedziałeś nam tego wcześniej?
- Powiedz mi, gdybyś wiedział, zachowywał byś się w stosunku do niej tak samo, jak teraz? Ona musi nam zaufać, uwierzyć, że jesteśmy jej przyjaciółmi. Wasza niewiedza wam ułatwiła to osiągnąć, bo trudno zachować spokój, kiedy ma się świadomość, że przebywasz w jednym pomieszczeniu z źródłem mocy całego świata, które jest aktualnie porywczą nastolatką i nie za bardzo nad sobą panuje.
- No tak - przytaknął Nott - Ale ona teraz jest z Zakonem, a to nie jest dla nas korzystne.
- Dlatego muszę coś wymyślić. Spędzi w Malfoy Manor trzy dni. Musimy jej pokazać, że właśnie to otoczenie ma jej najwięcej do zaoferowania, że tam będzie w pełni akceptowana.
- Spróbuj porozmawiać z matką. Powiedz jej co czujesz do Talii. Wiesz, może jak będzie wiązało Cię z nią coś więcej, to przejście na naszą stronę okaże się dla niej łatwiejsze - wtrącił Blaise
- Ile razy mam Ci tłumaczyć...
- Zgodzę się z Diabłem. Czarny Pan nie ma już czasu. Będzie chciał osiągnąć swój cel mimo wszystko. Jeśli przedstawisz mu ten pomysł w odpowiedni sposób, to na pewno się zgodzi - rzekł Teodor.
Schowałem twarz w dłonie, wzdychając głośno. Oni nic nie rozumieli. Owszem, byłem samolubny. Tak, Talia mi się podobała. Ale nie byłem na tyle głupi, żeby wciągać ją w to bagno dla własnych zachcianek. Jej zaangażowanie uczuciowe oznaczałoby większe rozczarowanie i ból, kiedy już by się dowiedziała, w co ją wplątałem. Fakt, że okłamywałem ją przez ten cały czas złamał by ją. A wtedy Voldemort nie będzie miał z niej żadnego pożytku. Wtedy ja nie mógłbym już nigdy spojrzeć na swoje odbicie w lustrze. "Co się z tobą dzieje..." jęknąłem w duchu, nie mogąc do końca uwierzyć w to, co przed chwilą pomyślałem.


                                                                               ***


Siedziałam na drewnianej podłodze, opierając prawą skroń o ramię Syriusza. Rozmawialiśmy o jego szalonych przygodach, które miały miejsce w Hogwarcie. Opowiedział mi dużo o tacie i o Remusie. Słuchając jego zabawnych historii, zdołałam na chwilę zapomnieć o tym, co stało się zaledwie parę godzin temu. Jednak, kiedy drzwi od strychu się otworzyły, a w nich staną Remus Lupin, wszystko do mnie wróciło. Jego twarz nie wyrażała już jednak strachu. Kiedy przechodził przez próg, uśmiechał się delikatnie, ale kiedy zobaczył swojego, już wesołego, przyjaciela, uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Przepraszam, że przerywam waszą pogawędkę, ale Molly wróciła - rzekł pocierając sobie kark.
Widać było, jak stres z niego spływa. To oznaczało, że wszystko było w porządku.
Zapewne dostrzegł moje nieme pytanie, bo kiedy na mnie spojrzał, kiwnął głową. Od razu zerwałam się na równe nogi i pobiegłam na dół, zostawiając dwójkę starych przyjaciół na strychu. Wpadając do kuchni, pierwsze co przykuło mój wzrok, to moi przyjaciele ściskający Panią Weasley. Miała podkrążone oczy i wyglądała na bardzo zmęczoną, ale ulga, którą zobaczyłam na jej twarzy sprawiła, że kamień spadł mi z serca. Dołączyłam do grupowego uścisku.
- No dobrze już, dobrze! - zawołała Pani Weasley - Puśćcie mnie już, bo mnie udusicie!
Jak na komendę, cofnęliśmy się o kilka kroków, dając jej trochę przestrzeni.
Popatrzyła na nas i uśmiechnęła się ciepło.
- Stan waszego ojca jest stabilny. Oczywiście nie wyszedł z tego bez obrażeń, ale mogło być o wiele gorzej. Na Święta powinien być już w domu - powiedziała, na co Ginny odetchnęła z ulgą, a jej bracia wymienili znaczące spojrzenia.
Wszyscy dziękowali Merlinowi za to, że ich ojciec żył.
- Będziemy mogli go odwiedzić? - spytał z nadzieją w głosie Ron.
- No nie wiem... Jest bardzo zmęczony...
- Proszę mamo! - zawołała Ginny.
- Dobrze - odparła po chwili namysłu - Przebieżcie się. Za godzinę widzę wszystkich w salonie.
Od razu spojrzałam w dół. Nadal miałam na sobie sukienkę.
Każdy posłusznie wziął swoje rzeczy i razem poszliśmy na górę.
- Jak pomyślę, jak mało brakowało...- zaczął Ron, ale mu przerwałam.
- Nie myśl tak. Najważniejsze jest to, że twój tata żyje i za niedługo wróci do domu.
- I to dzięki wam - wtrącił się Fred, a reszta mu przytaknęła.
- Jak to, dzięki nam? - zdziwił się Harry.
- Gdyby nie wasz dziwny sen, nie dowiedzielibyśmy się o tym, że tatę ktoś zaatakował - powiedziała Ginny.
- Trudno nazwać to snem - mruknęłam, przypominając sobie tą okropną wizję i ból który był nie do wytrzymania.
Kiedy trafiliśmy do gabinetu dyrektora, profesor Snape wyleczył mój złamany nadgarstek.
- Jakim cudem widziałaś to, co ja?- spytał Harry, kiedy dochodziliśmy do odpowiednich pokoi.
- Pogadacie później, musimy się sprężać - popędziła mnie Ginny i zaciągnęła do naszej sypialni, zamykając za sobą drzwi.
Kiedy się odwróciłam się w jej stronę, zauważyłam, że miała oczy pełne łez.
- Czemu...
- A co gdybyście nie mięli tej wizji? - wydusiła z siebie.
Podeszłam do niej i mocno przytuliłam. Nawet nie chciałam wiedzieć, co musiała czuć. Świadomość, że najbliższa mi osoba była tak blisko śmierci...
- Ale mieliśmy ją. Twój tata żyje - powiedziałam uspokajającym głosem, klepiąc ja po plecach.
- Wiem - chlipnęła i otarła mokre od łez policzki.
- No już, nie mamy za dużo czasu - tym razem to ja ją pogoniłam.

Dwie godziny później staliśmy już przy łóżku pana Weasleya. Wyglądał na zmęczonego, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Na pewno się pan dobrze czuje? - spytałam.
- Lepiej niż powinienem! - odpowiedział wesoło, ale skrzywił się lekko, kiedy poruszył ręką.
- No już, Arturze. Kazali Ci leżeć spokojnie, inaczej rany Ci się nie zagoją - rzekła Pani Weasley, patrząc karcąco na męża.
- Nie przesadzaj Molly, przecież nie mogę się nie ruszać!
- Tato, opowiedz nam, co się dokładnie stało - wtrącił się George.
- O nie, nie, nie. Tata ma wypoczywać - fuknęła jego matka.
- Ale...
- To nie jest odpowiedni czas i miejsce na takie rozmowy - tymi słowami zakończyła temat.
- Mamo, idę napić się czegoś ciepłego - powiedziała Ginny.
- Dobrze, kochanie.
- Pójdę z tobą - zwróciłam się do przyjaciółki - Harry, chcesz iść z nami?
Harry kiwnął głową. We trójkę opuściliśmy salę, w której leżał pan Weasley.
- Myślicie, że to był sam Voldemort? - spytała Ginny, kiedy tylko się upewniła, że nikt nie nas nie słyszy.
- Chyba tak... Widziałam go - odparłam.
- To dziwne... Ja nie...Zaraz, czy widziałaś też węża? - zdziwił się Harry.
- Widziałam. Był tuż obok Voldemorta. A ty co widziałeś?
- Pana Weasleya i Ciebie, tyle że... Ty byłaś martwa - wymamrotał, nie patrząc na nas.
- To dziwne... Ja to możliwe, że będąc w twojej wizji, widzę więcej od Ciebie?
- Nie wiem - odparł krótko.
- A co, jeśli to nie była wizja Harry'ego? - wtrąciła się Ginny.
- To mogłoby się zgadzać - powiedziałam.
Co jeśli te dziwne sny były moje? Może Ginny miała rację.
- Wątpię - rzekł mój brat.
- Czemu?
- Bo... To nie są zwyczajne sny... Zawsze mam takie uczucie, jakbym tam był i... Dziś w nocy widziałem wszystko z perspektywy tego węża.
Wymieniłyśmy z Ginny zmartwione spojrzenia. To nie mogło oznaczać nic dobrego i na pewno nie było normalne.
Już chciałam coś powiedzieć, ale kontem oka zobaczyłam coś, co przykuło moją uwagą. W sali, obok której właśnie przechodziliśmy, dostrzegłam znajomą twarz. Przystanęłam, by móc się lepiej przyjrzeć. Neville Longbottom stał przy jednym z łóżek, a obok niego, na metalowym taborecie siedziała zapewne jego babcia.
- Talia, coś się stało? - spytała Ginny, kiedy zauważyła, że zostałam w tyle.
- Tam stoi Neville - odpowiedziałam - Ciekawe, kogo odwiedza.
Harry nagle się spiął .
- Wiecie co, powinniśmy iść dalej. Nie przeszkadzajmy mu.
- Chyba możemy się przywitać, prawda?
- Ale...- chciał mnie zatrzymać, ale na próżno.
Razem z Ginny weszłyśmy do sali.


niedziela, 13 grudnia 2015

Rozdział XIX Zbyt dużo naraz

Witam! Dość długo mnie tu nie było, ale wróciłam :D
Przepraszam was bardzo, ale potrzebowałam przerwy. 
Dość dużo się ostatnio działo i musiałam to sobie uporządkować. 
Teraz jednak wszystko wraca do normy, włącznie z blogiem!
Posty będą, jak zawsze, co niedzielę. Mam wielką nadzieję, 
że ten rozdział się wam spodoba :) Miłego czytania!

Panna Potter 





Wznieśliśmy ostatni toast za nasze szkoły, po tym, jak dyrektor wygłosił zabawną, choć dającą do myślenia przemowę. Najbardziej podobała mi się ostatnie część, w której mówił, że tylko łącząc siły możemy stawić czoła każdej przeszkodzie. Właśnie w chwili, kiedy dyrektor wypowiadał te słowa, Harry szturchnął mnie lekko z uśmiechem na twarzy. Cieszyłam się, że stan wojenny pomiędzy mną, a moim bratem już minął, ale nadal tkwiło we mnie dziwne uczucie, nie dające mi spokoju. Nie mogłam znieść faktu, że lekcje prowadzone przez Malfoya musiałam utrzymywać w tajemnicy. Nie tak powinno to wyglądać, ale nie miałam innego wyjścia. Harry nie tolerował moich kontaktów ze Ślizgonem.
- Na pewno nie chcesz, żeby pomóc wam w sprzątaniu? - zapytałam Hermionę. 
- Idźcie już, damy sobie radę - zaśmiała się w odpowiedzi. 
- Nie tak szybko - powiedział cichy, niski głos, tuż za moimi plecami. 
Profesor Snape patrzył na nas wszystkich z góry. 
- Każda pomocna dłoń się przyda - rzekł ze złośliwym uśmieszkiem, który nie dochodził do jego oczu - Do roboty. 
Opiekun Ślizgonów odszedł, zostawiając nas samych. 
- No to chyba jednak zostaniemy - powiedziała Ginny po krótkiej chwili ciszy. 
- Zanim zrobię cokolwiek, muszę pozbyć się tych butów - jęknęłam. 
Już chciałam zdjąć to cholerstwo, ale straciłam równowagę, podnosząc lekko nogę (obcasy nie były jednak dobrym pomysłem). Zanim jednak wylądowałam na parkiecie, który przypominał ogromne lodowisko, ktoś złapał mnie od tyłu. Silne ramiona podciągnęły mnie do góry i znowu stałam o własnych siłach. 
- Czekałem na ten moment cały wieczór - parsknął mój wybawca. 
Odwróciłam się. Draco Malfoy i dwójka jego przyjaciół powstrzymywali śmiech. Już wcześniej zauważyłam, że blondyn wyglądał... dobrze, ale z bliska prezentował się jeszcze lepiej. 
- Bardzo śmieszne - mruknęłam. 
- Weźmy się lepiej do roboty, nie chcę spędzić tutaj całej nocy - pogoniła nas Hermiona. 
Podała mi rękę, żebym mogła się przytrzymać. Pozbyłam się obcasów i razem z Ginny i naszą panią prefekt zaczęłyśmy sprzątać. Po dwóch godzinach nie było śladu po przepięknym namiocie, w którym odbywał się bal. Reszta prefektów i nauczycieli zmierzali już do zamku. 
- I jak Ci się podobał twój pierwszy bal? - spytał Blaise, kiedy byliśmy już prawie przy wejściu. 
- Muszę przyznać, że było lepiej, niż się spodziewałam. Z chęcią jednak zamienię tą sukienkę na spodnie.
- Prawdziwa dama z Ciebie - parsknął Draco.
- Cóż, wybacz, że nie urodziłam się arystokratką, tak jak ty - odparłam.
- I bardzo dobrze. Arystokraci są strasznie sztywni - dodała Ginny.
- To tylko Ci się tak wydaje - odezwał się Blaise i zaczął łaskotać Ginny.
Ta wyrwała mu się szybko z piskiem i tak zaczęła się ich kolejna przepychanka tego wieczoru. Podczas sprzątania musieliśmy ich niejednokrotnie przywoływać do porządku.
- Może nie jesteś arystokratką, ale dzisiaj ją przypominasz - szepnął Draco, podczas gdy pozostała czwórka naszych znajomych głośno się śmiała.
- Mam to uznać jako komplement? - spytałam unosząc brew.
Draco przybliżył się do mnie i objął w talii.
- Zdecydowanie - mruknął mi do ucha.
Przeszły mnie lekkie ciarki. Dłonie blondyna były chłodne, a cienki materiał sukienki nie chronił mnie przed niską temperaturą.
- Zmarzłaś? - zapytał nadal się nade mną nachylając.
Sklejenie zdania zajęło mi dobrą minutę. Bliskość Dracona, nie wiedząc czemu, zaczęła mnie bardzo onieśmielać, nie potrafiłam się skupić.
- Nie... To znaczy tak. Chodźmy już - odparłam, dopiero teraz uświadamiając sobie, że przystanęliśmy.
Już chciałam ruszyć w stronę reszty, ale Draco mnie zatrzymał.
- Widzę, że pogodziłaś się z Harrym - rzekł zbijając mnie tym z tropu.
- Ehm... No tak.
- Nie ma nic przeciwko temu, że Cię uczę?
- Nie powiedziałam mu o tym - odpowiedziałam spuszczając wzrok.
Malfoy zaśmiał się krótko.
- Trzymasz mnie w tajemnicy? Czuję się urażony - westchnął teatralnie.
- Cóż, ty z pewnością opowiedziałeś Pansy o naszych spotkaniach - powiedziałam, uśmiechając się złośliwie.  
Zmierzył mnie przenikliwym wzrokiem. Po chwili kącik jego ust uniósł się delikatnie.
- Touche
Ruszyliśmy dalej. Na szczęście Draco zwiększył odległość między nami.
- Jestem ciekawy jakiej wymówki użyjesz, żeby wymknąć się na nasz bankiet - odezwał się po chwili.
- Ja też - odparłam zrezygnowana.
Nie mogłam wpaść na żaden pomysł, a powiedzenie Harry'emu prawdy nie wchodziło w grę.
- Ach, prawie bym zapomniał. Bankiet będzie bardziej ... elegancki. Mimo, że w takim wydaniu wyglądasz uroczo, radziłbym wybrać coś bardziej eleganckiego.
- Nie przesadzasz z tymi komplementami? - parsknęłam.
- Nie wiem, ty mi powiedz.
- Przestań - klepnęłam go lekko w ramię.
- Ale co mam przestać? - spytał z miną niewiniątka.
- Dziwnie się zachowywać.
- Przecież nie zachowuję się dziwnie.
- Owszem, zachowujesz. Chyba zbyt mocno zawiązałeś sobie krawat.
- Cóż, w takim razie idę go rozwiązać, bo zacznę być jeszcze milszy. Dobranoc - zaśmiał się i ruszył w stronę schodów prowadzących do lochów.

- Gdzie ty się się podziewałaś? - zawołała Ginny, kiedy zauważyła, że przechodzę przez portret.
- Gdybyś nie była tak wpatrzona w Blaise'a, to wiedziałabyś, że rozmawiałam z Malfoyem - parsknęłam. Rozsiadłam się wygodnie w fotelu przed kominkiem.
- O czym rozmawialiście? - spytała Hermiona.
Zawahałam się przez chwilę. Nie byłam pewna, czy powiedzieć jej o bankiecie w Malfoy Manor. Ufałam im, ale wiedziałam że Hermiona nadal nie była całkiem przekonana do Dracona. Co gdyby powiedziała Harry'emu, myśląc, że robi to dla mojego dobra? Z drugiej strony... już dawno by mnie wydała, gdyby nie uważała że robię dobrze. Przecież widziała że Ślizgon chce mi pomóc. Wzięłam głęboki wdech i opowiedziałam jej o medalionie, który znalazł Lucjusz Malfoy i o zaproszeniu na ich coroczny bankiet. Tak jak podejrzewałam, Hermiona nie wyglądała na zadowoloną tym pomysłem, ale nic nie powiedziała. Ginny tylko pokiwała głową.
- Mam nadzieję, że wiesz co robisz - odezwała się w końcu Hermiona.
- Wiem - odpowiedziałam bez wahania, ale świadomość kolejnego spotkania z panem Lucjuszem powodowała u mnie dreszcze.
Ufałam Draconowi, owszem, ale jego ojcu... Byłam wdzięczna za jego starania, ale nie potrafiłam się wyzbyć tego dziwnego uczucia, które mnie ogarniało za każdym razem, kiedy go widziałam.
- Uważaj na siebie - powiedziała Ginny.
- I proszę Cię, bądź ostrożna. Nie bez powodu Zakon podejrzewa Lucjusza Malfoya o służenie Voltemortowi - dodała Hermiona.
W jej oczach czaiła się troska i strach.
- Obiecuję wam, że nic mi się nie stanie - odpowiedziałam - A zmieniając temat... Ginny, czy ty aby nie interesujesz się Zabinim?
Ruda wytrzeszczyła na mnie oczy i spłonęła rumieńcem. Hermiona parsknęła cicho śmiechem.
- Nie! To znaczy... Lubię go, jest zabawny, ale nadal... Wiesz... On to nie Harry - odparła usilnie patrząc na swoje dłonie.
- Ale on chodzi z Cho - odezwała się Hermiona, obejmując przyjaciółkę ramieniem.
- Tak, wiem, ale przecież nie mogę od tak sprawić, żeby to, co czuję do Harry'ego znikło - szepnęła.
- Hej, Ginny, głowa do góry. Mój brat na pewno w końcu przejrzy na oczy. Nie sądzę, że on i Cho...- zaczęłam, ale nagle strasznie rozbolała mnie głowa.
Mój umysł opanowała ciemność, czułam, jak coś próbowało się wkraść do mojej świadomość, sprawiając mi przy tym straszny ból. Chciałam to zwalczyć, ale nie wiedziałam jak. Przed oczami zaczęły mi przelatywać różne, niewyraźne obrazy. W końcu się poddałam. Poczułam, dziwne chrupnięcie w nadgarstku. Pewnie upadłam na podłogę, ale ból głowy sprawiał, że nie potrafiłam się skupić na niczym innym. Nagle wszystko ustało. Wiąż jednak nic nie widziałam. Chciałam wstać, ale bez skutku. Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Leżałam (chyba) tak bezradnie, nie wiedząc co się dzieję. Po dłuższej chwili moich uszu doszedł dziwny syk. Był cichy, ale mroził krew w żyłach. Zdawał się być coraz bliżej i bliżej. Podjęłam kolejną próbę poruszenia się. Z wielkim trudem, ale udało mi się otworzyć oczy. Obraz który teraz widziałam zupełnie nie przypominał mi Pokoju Wspólnego w Hogwarcie. Leżałam na zimnej podłodze z czarnego kamienia. Zaczęłam się niekontrolowanie trząść. Co ja tutaj robiłam? Jak ja się tutaj znalazłam? Czułam, jak panika paraliżuje moje i tak nie zdolne do ruchu ciało. Próbowałam wstać, poruszyć dłonią, cokolwiek, ale na marne. Wydawało mi się, że jakiś niewidzialny ciężar przygniatał mnie do posadzki. Nie miałam dość siły, aby go pokonać. " Uspokój się. Panika w niczym Ci nie pomoże. Pamiętasz, jak przez te wszystkie lata musiałaś sobie radzić?" odezwał się cichy głosik w mojej głowie. Miał rację. Musiałam się uspokoić.
Rozluźniłam wszystkie mięśnie i uspokoiłam nierówny oddech. Po chwili, która wydawała się być wiecznością, poczułam, że ciężar znika. Otworzyłam ponownie oczy. Nadal znajdowałam się w tym dziwnym miejscu. Podniosłam się do pozycji siedzącej. Chciałam się rozejrzeć, ale coś przykuło moją uwagę. Mianowicie osoba, która leżała obok mnie. Twarz miała całą we krwi, a rude włosy w nieładzie... Pan Weasley.
Z mojego gardła wyrwał się krzyk.
Nie. Nie, nie, nie, nie. To nie możliwe.
Przybliżyłam się do niego i sprawdziłam puls. Ledwo wyczuwalny. Cholera. Dopiero teraz zobaczyłam, że nie tylko jego twarz była poraniona. Ręce i klatkę piersiową pokrywały liczne rozcięcia, większość była bardzo głęboka. Musiałam coś zrobić.
- Pomocy! - wrzasnęłam, próbując zatamować krew.
- Już za późno - usłyszałam czyiś głos za moimi plecami.
Odwróciłam się gwałtownie. Voldemort patrzył na mnie z góry, a wokół jego stóp poruszał się wąż, sycząc złowrogo. To jego syk musiałam słyszeć. Już otwierałam usta, ale on podniósł różdżkę i rozbłysło się zielone światło.
I właśnie wtedy wyrwałam się z tego dziwnego transu. Znowu znajdowałam się w Hogwarcie. Leżałam na dywanie przed kominkiem, a moja dłoń pulsowała nieprzyjemnym bólem. Dyszałam ciężko. Co to było? Nie zwracałam uwagi na panikujące przyjaciółki, które pochylały się nade mną i co chwilę wołały moje imię. Co oznaczała ta przerażająca wizja? Znałam skądś to miejsce.... Ten korytarz... O nie. Sen Harry'ego.
Zerwałam się na równe nogi, ale prawie od razu upadłam. Nadal byłam słaba.
- Talia! Co się stało? - krzyknęła przerażona Ginny.
- Harry... Twój ojciec...- wymamrotałam.
- Jak to...- wtrąciła się Hermiona, ale uciszyłam ją gestem.
- Pomóżcie mi. Muszę iść do Harry'ego.
Dziewczyny pomogły mi się podnieść i nie puszczając mnie, skierowały się do odpowiedniego dormitorium. Kiedy do niego weszłyśmy, zobaczyłam mojego brata całego zlanego potem. Był blady, ale jego ciało przechodziły silne dreszcze.
- Harry!- jęknęłam, wyrywając się z uścisku przyjaciółek.
Udało mi się nie przewrócić po drodze do jego łóżka. Ron, który przy nim siedział wyglądał na zdezorientowanego.
- Ron, idź po McGonagall - zwróciłam się do niego.
Na szczęście nie zadawał zbędnych pytań.
- Harry - szepnęłam, przejeżdżając zdrową dłonią po jego czole.
Był nieprzytomny.
- Harry, proszę Cię.
Ku mojej uldze otworzył oczy. Był przerażony.
- Pan Weasley - wymamrotał, nadal się trzęsąc.
- Wiem, widziałam. Zaraz przyjdzie profesor McGonagall - odparłam, próbując go uspokoić.
- Moja blizna - syknął.
- Spokojnie, zaraz przyjdzie pomoc. Zaraz przestanie boleć - powiedziałam, przybierając łagodny ton głosu, ale nie do końca mi się to udało.
- Talia, co się tutaj dzieje? - spytała Hermiona.
Razem z Ginny stały w otwartych drzwiach do dormitorium. Były zdezorientowane i przerażone.
- Ten dziwny sen Harry'ego... Ja też go miałam. Tym razem był w nim twój tata - powiedziałam, spoglądając na Ginny.
- Czemu?
W jej oczach zaczęły zbierać się łzy.
- Nie wiem, ale jest ranny, przynajmniej tak mi się wydaje.


                                                                                ***

- No wreszcie! Nasza zguba się pojawiła - zawołał Blaise, kiedy stanąłem w drzwiach.
- Widzę, że nie mogłeś się powstrzymać - powiedział Teodor, znacząco unosząc brwi.
Pokręciłem tylko głową. Czy oni nie mogli mi dać spokoju?
- Muszę Cię rozczarować przyjacielu. Tylko rozmawialiśmy - odparłem.
- Chyba nie bardzo mnie to dziwi. Wydaje mi się, że Talia ma lepszy gust - zaśmiał się Zabini.
- Sugerujesz coś, Blaise? - warknąłem.
-Uraziłeś Dracona Malfoya, najprzystojniejszego i najbardziej pożądanego ucznia tej szkoły! Jak mogłeś! - krzyknął Teodor, ale chwilę później ryknął śmiechem
- Dorośnijcie wreszcie - syknąłem, rzucając marynarkę na oparcie fotela.
- Oj, no już, nie obrażaj się. A właśnie, Pansy pytała gdzie jesteś - powiedział Teo.
- Co jej odpowiedziałeś?
- Powiedziałem, że pomagasz przy sprzątaniu.
- I bardzo dobrze. Mam jej już dosyć. Wystarczy, że musiałem przesiedzieć z nią cały bal.
- Największą atrakcją tego wieczoru było wejście Ginny i Talii - wtrącił Zabini.
- Mów za siebie - odparł Teodor, próbując ukryć uśmiech.
- No tak, Hermiona przyszła wcześniej - powiedziałem.
- Nawet nie zaczynaj - ostrzegł mnie Teodor.
- Co, nie fajnie, jak role się odwracają? - zaśmiałem się złośliwie.
- Owszem, Hermiona jest interesującą osobą, ale ona mnie nienawidzi. Ja zresztą też nie miałem okazji jej specjalnie polubić, więc nie próbuj...
- No to całe szczęście, że wreszcie dostałeś taką szansę. Potraficie rozmawiać godzinami
- Wiem, że to dla Ciebie nowość. Jej iloraz inteligencji jest o wiele wyższy, co oznacza, że możemy rozmawiać na różne tematy.
- Tłumacz to sobie w ten sposób, skoro poprawia Ci to humor - odpowiedziałem, wyciągając się wygodnie na łóżku.
- Stary, nie jesteś odpowiednią osobą do mówienia takich rzeczy. Sam zaprzeczasz, że podoba Ci się Talia - wtrącił się Blaise
- Czy nie możemy chociaż raz nie rozmawiać o Talii? - jęknąłem.
- Damy Ci spokój, kiedy się przyznasz.
- Salazarze... Owszem, dzisiaj pokazała, że potrafi być... atrakcyjna. Jest też mądra i takie tam, ale jest też bardzo, ale to bardzo irytująca. Pozwólcie też, że przypomnę wam po raz setny. Ona należy do Czarnego Pana. Czy wy naprawdę sądzicie, że pozwoliłbym sobie na jakiekolwiek głębsze uczucia do niej, mając świadomość, że za niedługo oddamy ją w ręce Voldemorta?
- Szczerze? Tak. Tak właśnie sądzę. Bądźmy szczerzy, jesteś samolubny. Może i nie jest Ci dane jej zdobyć, ale nie mógłbyś sobie odmówić małej gierki - odrzekł Teo - Sam sposób w jaki się z nią obchodzisz Cię zdradza. Te twoje niby niewinne żarciki, zaczepki. Nikt nie jest na tyle ślepy, żeby tego nie zauważyć.
- Blaise, proszę, walnij go czymś, bo zaczyna bredzić.
- Myślę, że Teo ma rację. Wiesz, że nic z tego nie będzie, ale nie potrafisz się powstrzymać i próbujesz zbliżyć się do niej na tyle, na ile to możliwe.
- Czy wam wszystkim odbiło? Poza tym, czemu ciągniecie ten temat?
Moi współlokatorzy zamilkli na dłuższą chwilę. Wpatrywali się we mnie w milczeniu.
- Wiesz...- odezwał się w końcu Teodor - Chodzi o to, że ostatnie miesiące nie były łatwe. Odkąd Czarny Pan nas zaangażował, nic pozytywnego się nie dzieje, nic. Strach, kłótnie, obawy... Aż tu nagle spotykamy taką Talię. Pamiętasz jak nam o niej opowiadałeś, zanim Voldemort zlecił Ci to zadanie? Mówiłeś, że poznałeś interesującą dziewczynę, potem okazało się, kim była. Przyznaj, że od początku coś Cię w niej zafascynowało. Przyznaj, że jest Ci o wiele łatwiej, odkąd widujesz się z nią regularnie, a jednocześnie trudniej, bo wiesz co ma się stać.

Tym razem to ja musiałem zastanowić się nad odpowiedzią. Bardzo dobrze wiedziałem, o co chodziło mojemu przyjacielowi. Niestety musiałem mu przyznać rację pod tym względem. Ta złośnica z pewnością wprowadziła coś do mojego... może nie życia, ale mojej codzienności. Co najgorsze, wcale nie miałem nic przeciwko temu. Byłem ciekawy tej dziewczyny. Czy było to zauroczenie? Tak bym tego nie ujął, ale to na pewno było coś.
Westchnąłem ciężko i padłem na łóżko.
- Jest interesująca - przyznałem w końcu - Ale to nie ma znaczenia. Nie dowiem się jak to może się skończyć, bo ta historia nie miała prawa się zacząć. Jest interesująca, ale też nietykalna.
- To nam wystarczy - powiedział Blaise z szerokim uśmiechem na twarzy.


                                                                              ***

Zaraz po wizycie w gabinecie dyrektora, która była bardzo niezręczna, przenieśliśmy się na Grimmuald Place, za pomocą świstoklika. Nie dość, że spanikowane dzieci Pana Weasleya nie miały pojęcia co ze sobą zrobić w takiej sytuacji, to Harry miał dziwny napad i nawrzeszczał na dyrektora, wściekły za to, że ten go ignorował. Sama się temu dziwiłam. Z tego co słyszałam od Hermiony i reszty, Harry był jego ulubieńcem. W tym roku jednak kompletnie go ignorował, pomijając dzień w którym został wezwany do jego gabinetu, aby omówić moją sytuację i środki ostrożności. Jednak będąc na miejscu mojego brata, nie zaczęłabym na niego krzyczeć.
Kiedy tylko znaleźliśmy się w kuchni tajnej kryjówki Zakonu, zobaczyłam, że Lupin na nas czekał. Za nim, w kącie, stały nasze walizki.
- Cześć, dzieciaki. Wasza mama jest u waszego taty. Niestety jeszcze nic nie wiem o jego stanie -powiedział, kiedy zajęliśmy miejsca przy stole.
Ginny spuściła wzrok i oparła czoło o ramię Freda, który objął ją ramieniem. Ron i George mieli nieobecny wzrok, ich twarze wyrażały strach. Siedzący obok mnie Harry wpatrywał się w ścianę, nie zdradzając żadnych emocji.
Nikt nie odważył się zadać tego nurtującego nas pytania, więc postanowiłam podjąć ryzyko.
- A czy wiesz może - zaczęłam, ale poczułam rosnącą gulę w gardle, więc musiałam odchrząknąć - Czy żyje?
Lupin skrzywił się lekko.
- Molly powinna wrócić w przeciągu kilku godzin  - odparł, zbywając moje pytanie.
Poddałam się, nie ciągnąc już tematu.
Każda sekunda ciągnęła się niemiłosiernie, czas zdawał się coraz bardziej zwalniać. To było nie to zniesienia. Kiedy po raz kolejny rozejrzałam się po pomieszczeniu, wszyscy już spali. Lupin jako jedyny patrzył się na płomienie w kominku. Nagle coś mi się przypomniało.
- Gdzie jest Syriusz? - spytałam cicho.
- Od jakiegoś czasu prawie w ogóle nie opuszcza strychu. Przesiaduje tam z Hardodziobem - odpowiedział, najwyraźniej zmęczony tym wszystkim.
- Czemu?
- Czuje się niepotrzebny. Może zdążyłaś zauważyć, że najchętniej wyrwałby się z tego domu i pomógł Zakonowi. Niestety, to niemożliwe.
- Próbowaliście z nim porozmawiać?
- Oczywiście, że tak, ale on nikogo nie słucha.
- A myślisz, że mogłabym spróbować?
- Nie, lepiej nie. Bardzo łatwo go zdenerwować.
- Och...
Westchnęłam cicho i wstałam od stołu.
- Gdzie idziesz? - zawołał za mną Lupin, ale nie odpowiedziałam.
Wspięłam się po schodach, uważając, aby nie obudzić Pani Black. Kiedy wreszcie stałam przed odpowiednimi drzwiami, zapukałam cicho.
- Syriuszu, mogę wejść?
Brak odpowiedzi. Nie zapukałam ponownie, bo skoro nie odpowiedział za pierwszym razem, to po co miał by to robić za drugim? Otworzyłam ostrożnie drzwi i weszłam do środka.
Na podłodze było pełno siana. Niedaleko leżał mały stosik fretek, którym ochoczo przyglądał się Hardodziob, stojący na środku strychu. Zamknęłam za sobą  drzwi. Teraz, jedynym źródłem światła, były świece, porozstawiane na małym stoliczku przy przeciwległej ścianie. Tak siedział Syriusz.
Wyglądał okropnie. Jego twarz była wyprana z emocji, jego oczy, w których jeszcze parę miesięcy temu gościły wesołe iskierki, teraz wpatrywały się tępo w sufit. Cienie pod oczami zdradzały nieprzespane noce, a kilkudniowy zarost to, że rzeczywiście długo stąd nie wychodził.
- Cześć nieznajomy - przywitałam się, podchodząc do niego.
Wyminęłam Hardodzioba, który nie zwrócił na mnie większej uwagi i usiadłam obok Syriusza.
Już myślałam, że mi nie odpowie, ale po dłuższej chwili wreszcie na mnie spojrzał.
- Cześć mała - odparł zachrypniętym głosem.
- Słyszałeś, co się stało?
- Taa... To okropne. Chciałem pomóc, chciałem iść z Molly do Św. Munga, ale nie pozwolili mi. W niczym nie mogę pomóc - rzekł, a jego ton wyrażał niechęć, której jeszcze nigdy u nikogo nie słyszałam.
- Syriuszu, już i tak dużo pomagasz. Udostępniłeś Zakonowi swój rodzinny dom, wspierasz...
- I CO TO ZA POMOC ?! - krzyknął, aż Hardodziob zaskrzeczał.
- Syriuszu, proszę Cię...
- Nie Talio. Wiem, że ty widzisz to inaczej, wiem jak to wygląda z waszej perspektywy, ale ja już nie wytrzymuję. Siedzę w tym przeklętym domu kilka miesięcy, bezczynnie się po nim kręcąc, patrząc, jak reszta planuje misje i... Oni coś robią, a ja nie mogę w niczym pomóc. Nawet ten dom to ruina. To nazywasz tą wielką pomocą?
- Jesteś nam potrzebny! Świadomość, że ktoś tu na nas czeka, nie zważając na to, co dzieję się na zewnątrz, jest nam bardzo potrzebna. Jesteś dla Zakonu stałym wsparciem. Myślisz że Dumbledore nie wie w jakiej sytuacji jesteś? Myślisz, że nie jest świadomy tego, że chciałbym zrobić coś więcej? Dałeś Zakonowi wszystko co mogłeś dać i to się liczy. To jest ważne. Zakon Feniksa Ciebie potrzebuje. Jesteś kimś stałym, pewnym, kimś kogo w tych czasach nie da się już znaleźć. Rozumiesz?
Syriusz spuścił na chwilę wzrok, ale zaraz objął mnie ramieniem i poczochrał po głowie.
- Dzięki - powiedział.
- Zawsze do usług - zaśmiałam się.
- Jak sprawuje się miotła? - zmienił temat.
- Idealnie! - zawołałam - Jest naprawdę wspaniała. Wygraliśmy pierwszy mecz. Drugi przełożono na styczeń, bo był bal. Jak udało Ci się ją zdobyć?
- Mam swoje sposoby - odpowiedział, uśmiechając się szeroko - A jak tam twoje samopoczucie?
Przestałam się śmiać. Teraz już wiedziałam, że osoba, która się mnie o to pyta, wie o moich mocach.
- Och, no wiesz... Kilka razy zdarzyło mi się stracić kontrolę nad mocą i miałam te ataki, ale coraz lepiej mi idzie - odparłam w prost, czekając na jego reakcję.
Spodziewała się zdziwionej miny, strachu, paniki przemykającej jego twarz, ale nie śmiechu. Śmiech był ostatnią reakcją, której bym się spodziewała. A jednak. Syriusz odchylił głowę i zaczął się najzwyczajniej w świecie śmiać.
- Cieszę się, że sobie radzisz - powiedział, nadal chichocząc.
Pokręciłam tylko głowa. "Ech, Ci dorośli..."
- Czemu robiliście z tego taką tajemnicę? - spytałam.
- Zakon stwierdził, że lepiej będzie, jeśli jak najdłużej pozostaniesz w niewiedzy. Wiesz, dużo się ostatnio dzieje w twoim życiu, więc taka nieświadomość byłaby Ci bardzo na rękę, bo nie dość, że przejmujesz się wszystkim dookoła, to jeszcze martwiłabyś się tym, żeby tylko nie stracić kontroli. Ja nie byłem co do tego przekonany.  Byłem za tym, aby Ci powiedzieć, ale decydujący głos miał Dumbledore. Zresztą i tak jako jedyny głosowałem za wyjawieniem prawdy. Snape stwierdził, że brakuje mi sensacji, po tych kilku miesiącach spędzonych w domu.
- Snape?! - zdziwiłam się.
- Taa, on też jest w Zakonie. Nie wiedziałaś? Przecież był tutaj, kiedy do nas dołączyłaś.
- Musiałam nie zauważyć - mruknęłam, przypominając sobie nauczyciela od Eliksirów.
Nie za bardzo za nim przepadałam.
- No tak, byłaś zaaferowana odnalezieniem Harry'ego - zaśmiał się ciepło - A właśnie, co tam u niego?
- Nie za dobrze. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że nie zawsze był taki opryskliwy, prawda? Teraz bardzo łatwo go zdenerwować, jest bardzo zamknięty w sobie... Nie wiem jak mu pomóc.
- Masz rację, dopiero ostatnio zaczął się tak zachowywać, z tego co wiem. Musisz być dla niego wyrozumiała, Talio. Chłopak nie ma łatwo. W gruncie rzeczy, jego sytuacja robi się coraz trudniejsza. Dlatego daj mu trochę czasu. On musi sobie wszystko poukładać, przemyśleć. Będzie dobrze, ale miej na niego oko. Ten dzieciak to magnes na kłopoty, zupełnie jak jego ojciec. Coś czuję, że ty też to po nim odziedziczyłaś - parsknął.
- Tak, chyba masz rację - przyznałam.
- Masz też dużo z Lily... Nawet nie wiesz, jak nam ich brakuje... Kiedy to się stało, to tak jakby cząstka nas umarła razem z nimi. Musicie wiedzieć, że mieliście wspaniałych rodziców, niejedna osoba wam to powie - rzekł dobitnie, patrząc mi się prosto w oczy.
- Dzięki, Syriusz - odparłam łamiącym się głosem.
- Zawsze do usług, mała - zaśmiał się, ale po jego policzkach też popłynęły łzy.